Karol Sobczyk: To jest czas wyostrzania duchowego wzroku

To czas, aby przepracować coś w sobie. Aby pozwolić Bogu złamać nasze serce, naszą wyniosłość, naszą chęć kontroli - mówi Karol Sobczyk, lider wspólnoty Głos na Pustyni, psycholog, działacz społeczny. W rozmowie z KAI wskazuje, jakie wyzwania obecna sytuacja stawia wspólnotom, jak radzić sobie z lękiem i emocjami oraz zastanawia się, co dobrego przynieść może aktualny kryzys.

Polub nas na Facebooku!

Dawid Gospodarek (KAI): Jesteś liderem sporej i prężnej wspólnoty. Jak sobie radzicie w aktualnej sytuacji, kiedy każdy powinien siedzieć w swoim domu?

Karol Sobczyk: To prawda, sytuacja jest bardzo szczególna. W ciągu krótkiej chwili zamknął się za nami świat, który dotychczas znaliśmy. Wszyscy zostali umieszczeni w zupełnie nowych, nieznanych i ciągle nieprzewidywalnych okolicznościach. My jako wspólnota także. W takich chwilach pierwsze z czym musisz sobie poradzić, to atakujący Cię zewsząd lęk. Panuje sztorm, więc potrzebujesz szybko znaleźć gdzieś bezpieczną przystań.

Wierzącym w tym czasie jest dużo prościej, ponieważ w swoim życiu położyli fundament, który jest nienaruszalny przez obecny kryzys i burze. Ten czas jest dla nas, jako wspólnoty, czasem testów, jak mocno został on położony. To test naszej ufności, naszej nadziei, naszej wiary. Obecnie we wspólnocie wszyscy zakotwiczamy jeszcze mocniej nasze życie w słowach Pisma Świętego. Każdego wieczora spotykamy się razem na modlitwie dzięki transmisjom internetowym. Dzielimy się tym, co Bóg do nas mówi i tym, czego się obawiamy, tak aby móc nawzajem być w tym czasie dla siebie wsparciem. W przyszłym tygodniu – również zdalnie – będziemy zgodnie z planem kontynuować spotkania w małych grupach domowych.

Nieraz zdarza się nam, że dopiero gdy nagle i zaskakująco czegoś nam zabraknie, uświadamiamy sobie, jak rzeczy te są dla nas bardzo ważne i jak bardzo ich potrzebujemy. Myślę, że wielu z nas uświadamia sobie teraz jak nigdy wcześniej, jak wiele jako rodzina – Boża rodzina – dla siebie nawzajem znaczymy.

 

Nowa sytuacja sprawia, że uczymy się nowych rzeczy, szukamy nowych rozwiązań. To pokazuje, że kryzys można wykorzystać rozwojowo. Musieliście we wspólnocie zacząć intensywniej korzystać z internetowych możliwości…

W ostatnią środę przeprowadziliśmy pierwsze spotkanie on-line dla wszystkich. Poszerzyliśmy swoje granice, ponieważ dotąd nie rozwijaliśmy się w prowadzeniu transmisji. I zdaliśmy sobie sprawę, jak ludzie są dziś głodni Boga. Okazało się, że przez transmisję przewinęło się kilka tysięcy ludzi. Dostajemy szereg zapytań o naszą wiarę, prośby o modlitwę. Dziś głosy ludzi walczących z Bogiem i Kościołem nagle przestały być wyraźne. W sercach ludzi pojawiły się zupełnie nowe pytania, na które my, jako wierzący w Chrystusa, mamy odpowiedzi. Wierzę, że niedługo dostrzeżemy, że Kościół poprzez inicjatywy nowej ewangelizacji przygotowywał się przez dziesięć ostatnich lat na ten właśnie czas.

Jeszcze miesiąc temu spotykaliśmy się w zgromadzeniach, które prowadziło kilka, kilkanaście osób. Łatwo było schować się za filarami lub za kimś – wydawałoby się – bardziej znaczącym. Dziś w obliczu tej sytuacji nie ma ambon, nie ma scen, nie ma gwiazd. Jesteś tylko Ty i Bóg. I sam osobiście każdy z nas zdaje dziś przed samym sobą sprawę z tego, na ile rzeczywiście był i jest wierzący. Wielu chrześcijan naprawdę w swoim życiu nigdy nikomu nie dało jeszcze żadnego świadectwa i nikomu nie głosiło Ewangelii, ponieważ inni robili to za nich. Ale ten czas właśnie się skończył. Dziś – kiedy nie ma nabożeństw i spotkań, rodzi się w nas pytanie: „co tak naprawdę świadczy dziś o tym, że jestem wierzącym w Boga”?

Wielu ludzi dawniej utożsamiało bycie wierzącym z chodzeniem co niedzielę do Kościoła, czy pozostawianiem dziesięciny we wspólnocie. W tym nowym dla nas kontekście życia, kiedy publiczne praktyki religijne zostały wstrzymane, zaczynamy rozumieć, że jeśli nie jesteśmy teraz gotowi złożyć przed światem swojego świadectwa, nasze chrześcijaństwo przestaje być chrześcijaństwem. To jest moment dla nas, żeby upewnić się na ile rzeczywiście umarliśmy dla tego świata. Na ile jesteśmy gotowi być dziś świecącymi pośród ciemności świadkami wiary i Ewangelii. Zapewne dla wielu z nas są to rekolekcje życia. We wspólnocie zachęcamy ludzi, aby w tym czasie pobyć sam na sam z Bogiem, odciąć rzeczy, które dotychczas były zbędne, niepotrzebne. Zostawić to, co okazało się teraz zbyt kruche, aby poświęcać temu tak wiele uwagi. To moment, aby zbadać swoje serce.

 

Co doradziłbyś na ten czas osobom, które nie mają wspólnot? Jak dobrze przeżyć ten czas wymuszonej samotności? Co robić z czasem, gdy się jest np. singlem?

Bożym planem dla wierzących było to, aby Kościół był rodziną, która jest ze sobą, jest razem, jest blisko. To właśnie odzwierciedlają choćby zgromadzenia zakonne, które decydują się z uwagi na Ewangelię przyjąć wspólnie określony przez nią styl życia, wejść razem na wspólną drogę i być na niej dla siebie wsparciem. Zachęcałbym każdą osobę, która nie ma dziś swojej wspólnoty, aby pozostała w kontakcie z ludźmi wiary. Aby razem z nimi się modlić. Aby zachęcać się wzajemnie, pisać do siebie, telefonować. Dzielić się tym, co nas dotyka, z czym nam trudno i tym, co daje nam nadzieję.

Izolacja i samotność – nie tylko w kontekście przeżywania wiary – sprawia, że jesteśmy coraz słabsi. Bóg chciał, żebyśmy jako wierzący, trwali razem. Nawet kiedy posyłał swoich uczniów, posyłał ich nie samych, ale dwójkami. Potrzebujemy siebie nawzajem zarówno w duchowym wzroście wiary, jak i w bardzo praktycznym wymiarze: codziennej pomocy czy wzajemnym wsparciu finansowym.

 

Czy w aktualnej sytuacji widzisz jakieś możliwości zaangażowania w ewangelizację? Jak ewangelizować siedząc w mieszkaniu?

Osobiście sądzę, że ten czas jest przede wszystkim czasem naszej izdebki i przygotowania. To czas, aby przepracować coś w sobie. Aby pozwolić Bogu złamać nasze serce, naszą wyniosłość, naszą chęć kontroli. Wszystkie nasze bożki, czymkolwiek one były: pogonią za komfortem, konsumpcjonizm, chęć wzbogacania, kult ciała, budowanie bezpieczeństwa w oderwaniu od Boga, oglądanie sportu czy imprezy, one wszystkie zeszły teraz ze sceny. Ludzcy idole i celebryci znaleźli się dziś dokładnie w tej samej sytuacji, co każdy z nas. Stoimy razem poddani dużo większej rzeczywistości, niż my sami. Zostały od nas odsunięte rzeczy, które dotychczas każdego dnia okradały coś z naszego serca. Pochłaniały naszą uwagę.

Z dnia na dzień dostaliśmy możliwość słuchania Boga w tak szeroki i głęboki sposób, jak prawdopodobnie w naszym życiu nigdy dotąd. To jest dla nas wielki przywilej żyć w czasie, w którym jedyną opcją dla nas stał się Bóg.

Dlatego we wspólnocie zachęcamy się nawzajem, aby nie pozwolić na to, by ten dany nam czas spędzić na oglądaniu seriali na Netflixie czy całodziennym dzwonieniu od znajomych do znajomych. Nie chcemy przespać czasu łaski. To jest czas wyostrzania duchowego wzroku. Czas przygotowania na to, co przed nami.

 

Co zrobić, gdy przytłacza nas lęk przed zagrożeniem chorobą, gdy nie radzimy sobie z emocjami?

Prawdopodobnie tak samo jak ja, mierzysz się z lękiem. Strach to jest taka negatywna wiara. Ona zawsze spodziewa się najgorszego. Oczekuje trudnych okoliczności i zakłada czarne scenariusze. Co ja robię z lękiem? Przychodzę z Nim do Boga. Otwieram Słowo, które mówi o życiu z Bogiem. Chcę wiedzieć, co mój Bóg myśli na ten temat. Lata chodzenia z Bogiem nauczyły mnie tego, że całkowicie mogę Mu ufać, mogę na Nim polegać. I to nie oznacza, że nie będzie trudnych okoliczności. Ale wiem, że On jest ze mną. Zostałem przez Niego powołany na tym świecie dla jakiegoś konkretnego celu, i z tej perspektywy – perspektywy wiary i relacji z Nim, potrzebuję odczytać obecny czas.

Na świecie pojawił się koronawirus, który sparaliżował nasz świat, ale osobiście myślę, że to nie ten wirus jest najgorszy. Pojawiło się w świecie coś jeszcze. Wirus lęku. On próbuje wpływać na narody i miasta. Próbuje wpływać na nasze życie. Dlatego potrzebujemy dziś regularnie słuchać Bożego głosu, aby nie stać się zarażonymi przez lęk.

Dziś nawet w środowiskach Kościoła są ludzie, którzy tak mocno cenią swoje życie, że ich główny fokus działania jest skoncentrowany na tym, co zrobić aby przeżyć, aby przetrwać ten czas, aby się zabezpieczyć, aby się uchronić przed śmiercią. I to prawda, że mamy zwariowany czas, że mamy czas sztormu, ale nasz Bóg, Jezus Chrystus, ma władzę nad wzburzonymi falami i absolutne panowanie nad sytuacją. Jego Korona jest nieporównywalna z koroną tego wirusa. A to wszystko co się dzieje, nie wymyka Mu się spod kontroli.

 

Ta sytuacja wymusza zatrzymanie się, zastanowienie się nad celem, szukanie nowej perspektywy, również w życiu duchowym…

Musisz dziś odpowiedzieć sobie na pytania, na które możliwe, że było Ci dużo łatwiej odpowiedzieć kilka miesięcy temu. „Czy pamiętasz kim jesteś?”, „Czy wiesz co otrzymałeś?”, „Dlaczego jesteś wierzący?”. Dlaczego? Bo coś otrzymałeś. Otrzymałeś pewien dar – dar wiary. Wiarę, z której – jak mówi Pismo Święte – żyje sprawiedliwy. Wiarę, która zwyciężyła ten świat.

W obliczu napadającego Cię lęku jest jedna rzecz, z której potrzebujesz pilnie skorzystać. Moim marzeniem jest, aby zagubieni dziś chrześcijanie przypomnieli sobie o tym: jesteśmy jedynymi ludźmi na ziemi, którzy – dzięki wierze – słyszą Boży głos! Nasz Pan, Jezus Chrystus powiedział, że Jego owce znają Jego głos. Dlatego jako ludzie Kościoła musimy dziś zostawić te wszystkie rzeczy, które nas rozpraszają i zastraszają, i sięgnąć do Słowa Bożego. Zadać sobie pytanie: co Bóg mówi swoim dzieciom o tym kryzysie? Co Bóg powiedział konkretnie Tobie o tej sytuacji? Co mówi na temat koronawirusa w kontekście Twojego życia?

Musisz zdecydować́, co w obecnym czasie zawirowań będzie kształtować́ Twoje myślenie. Sytuacja wymaga od Ciebie dostosowania się do właściwego źródła, z którego będziesz czerpać́. Innymi słowy, po prostu zamknij media i otwórz Biblię. Nie masz na to wiele czasu. Jeśli w obecnym czasie będziesz czerpać więcej inspiracji z tego, co mówią media, niż z tego co Bóg pozostawił w Słowie, będziesz mierzyć się z lękiem i atakującą Cię depresją.

Nasze życie jako wierzących, w każdym jego aspekcie – w naszych decyzjach, w naszym sposobie myślenia i działania, w kontekście naszej rodziny, pracy i otaczających nas okoliczności musi być poddane i oparte na wierze. Dlatego myślę, że potrzebujemy ukierunkować nasze myślenie, nasze perspektywy, nasze oczekiwania, nasze modlitwy – wszystko to, czym żyjemy, aby było zgodne ze stylem życia, które zostało nam powierzone. To, w jaki sposób Bóg myśli, w jaki sposób On patrzy, jest naszym sposobem życia.

 

Czyli cały czas patrzeć w niebo? Tam gdzie nasza ojczyzna, jak mówił św. Paweł?

Sądzę, że jako chrześcijanie, zostaliśmy umieszczeni na tym świecie nie po to, aby tak po prostu przetrwać i pójść do Nieba. Jeśli takie byłoby pragnienie Boga, już w momencie chrztu zabrałby nas z tego świata. Po coś nas tutaj pozostawił. Jesteśmy tu, aby zanieść temu światu przesłanie. Niesiemy je swoim życiem. Ono w niczym się nie zmieniło. Miesiąc temu i sto lat temu również było dokładnie takie same. Niesiemy nadal tę samą, Dobrą Nowinę. I wciąż, z Bożej woli, jesteśmy na misji.

To, co się zmieniło, to okoliczności tej misji, które – jak pokazuje historia – im są trudniejsze dla nas, tym lepsze dla Ewangelii. Dlatego jeśli ten wirus przyszedł do nas z piekła, diabeł na tym stracił. Bo możliwe, że Kościół w niedługim czasie będzie mniej zasobny, ale wyjdzie z tego kryzysu dużo silniejszy.

 


Karol Sobczyk wraz z żoną Małgorzatą prowadzi krakowską ekumeniczną wspólnotę Głos na Pustyni (www.glosnapustyni.pl), która służy na rzecz jedności, wzrostu i charyzmatycznej odnowy Kościoła. Psycholog, mówca konferencyjny, działacz społeczny, sekretarz Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej. W latach 2012-2017, również w ramach Sekretariatu, ściśle współpracował z abp. Grzegorzem Rysiem. Od 2018 roku jest członkiem Rady ds. Dialogu Ekumenicznego i Międzyreligijnego Archidiecezji Krakowskiej, a także członkiem rady koordynującej Forum Wspólnot przy Zespole Konferencji Episkopatu Polski ds. Nowej Ewangelizacji.

 

KAI, zś/Stacja7

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

ROZMOWY

Shawn Carney: “Aborcja to naruszenie prawa człowieka”. Bohater filmu “Nieplanowane” o działalności pro-life

"Aborcja to naruszenie prawa człowieka. Udana aborcja polega na pozbawieniu życia człowieka, który nie ma możliwości obrony. Nienarodzone dzieci traktuje się jak własność" - mówi Shawn Carney, jeden z głównych bohaterów filmu „Nieplanowane”, szef fundacji „40 dni dla życia”.

Polub nas na Facebooku!

Paulina Guzik: Zacznijmy od tego, jak to się wszystko zaczęło. Studenci modlący się przed kliniką aborcyjną to niecodzienny widok. Co skłoniło ciebie i przyjaciół do tego, żeby tam pójść i zacząć się modlić?

Shawn Carney: Na mnie osobiście i na wielu innych studentów i młodych osób, nawet dorosłych z naszej społeczności, znaczny wpływ miał pewien wspaniały ksiądz; dlatego jesteśmy za życiem. Dorastałem we wschodniej części Teksasu, w którym katolicy stanowili 2%. Miałem niesamowite szczęście móc uczęszczać na Msze irlandzkiego misjonarza. W Irlandii aborcja była wtedy nielegalna i nie do pomyślenia, dlatego posyłali na misje ludzi zdolnych do stanowczej, ale i pełnej radości obrony nienarodzonych oraz przemawiania przeciw aborcji. W gimnazjum i szkole średniej miało to na mnie spory wpływ. Gdy dostałem się na studia, miałem już wyrobione przekonanie w tej kwestii, ale nigdy wcześniej nie widziałem kliniki aborcyjnej – nigdy również, tak mi się przynajmniej wydaje, nie spotkałem kobiety, która dokonałaby aborcji, ani mężczyzny, który zapłaciłby za nią lub do niej zachęcał. Zupełnie mnie zaskoczyło, gdy moja ówczesna dziewczyna, a obecna żona, powiedziała, że chodzi się modlić pod klinikę – była wtedy na trzecim roku studiów – i zaprosiła mnie, abym z nią poszedł! Udałem się tam oczywiście, a kilka lat później dowiedziałem się, że liczba dokonywanych aborcji wzrosła. Stąd decyzja o pełnym poświęceniu czterdziestu dni na tę sprawę – czterdziestu dni modlitwy, postu i pokojowego czuwania pod placówką.

Jesienią 2004 roku zorganizowaliśmy pierwszą kampanię „40 Days for Life” („40 dni dla życia”) przed kliniką, w której pracowała Abby Johnson. Akcja przerodziła się później w kampanię krajową, by w 2007 roku wyjść na arenę międzynarodową. W 2009 roku Abby była świadkiem aborcji. Po tym wydarzeniu przyszła prosto do mojego biura, które w tym czasie znajdowało tuż obok kliniki. Teraz w tym budynku mieści się centrala „40 Days for Life”.

 

Nasze działania ratują życie, dlatego wymagają odwagi i trudu, co wiem z pierwszej ręki. W ujęciu statystycznym mierzymy się z rzeczywistością gorszą niż Holokaust, z największą hekatombą w historii ludzkości.

Czego potrzeba do tego, aby zdecydować się pójść modlić przed kliniką?

Myślę, że odwagi, to oczywiste. Wiele osób trenuje sporty ekstremalne, skacze ze spadochronem czy też chodzi do parków rozrywki korzystać z atrakcji znacznie straszniejszych i groźniejszych niż modlenie się pod kliniką aborcyjną, ale żadna z tych osób nie ocali niczyjego życia. Nasze działania ratują życie, dlatego wymagają odwagi i trudu, co wiem z pierwszej ręki. Na początku jest ciężko, zresztą początki zawsze takie są. W ujęciu statystycznym mierzymy się z rzeczywistością gorszą niż Holokaust, z największą hekatombą w historii ludzkości.

 

Jaka jest najskuteczniejsza strategia ruchów pro-life, gdy po drugiej stronie widać transparenty z napisem: „To nasz wybór”?

Prawa człowieka, to znaczy troska o interesy tych, którzy nie mogą zabrać głosu w swojej obronie. Aborcja to naruszenie prawa człowieka. Udana aborcja polega na pozbawieniu życia człowieka, który nie ma możliwości obrony. Nienarodzone dzieci traktuje się jak własność, co miało już miejsce w historii Ameryki. Do tego aborcja ma katastrofalne skutki dla kobiet. Rzekomy wybór to kwintesencja antykobiecości. Nie ma gorszej zbrodni wobec kobiety niż przekonanie jej, że kobietą czyni ją jedynie zdolność i prawo do dokonania aborcji. Nie wyobrażam sobie bardziej poniżającej rzeczy, którą można powiedzieć kobiecie. To wyjątkowo smutne, ale często te fakty podkreślają osoby cierpiące z powodu aborcji lub po prostu zagubione. Większość osób nie dostrzega w tym niczego złego, bo wszystko odbywa się w szpitalu, a ofiar nie widać jak na wojnie, dlatego bronią one tego barbarzyństwa. Oczywiste jest jednak, że zabieg jest wymierzony przeciwko dziecku i ludzkości, a także kobietom, którym rzekomo pomaga, nie mówiąc już o tym, jak demoralizujący obraz społeczeństwa przedstawia. Uważam, że takie komunikaty oraz przyjęta strategia ruchów pro-life w USA reprezentują energię oddolną. Natomiast przemysł aborcyjny z ośrodkami Planned Parenthood ma co prawda dużo pieniędzy i wpływów politycznych, ale jest organizowany odgórnie. Stawia głównie na Waszyngton, co, jakby nie patrzeć, działa na niektórych frontach, ale brakuje im umocowania w masach społecznych. W ciągu ostatnich 10 lat zamknęli 37% placówek. To znak, że dzięki wydarzeniu „40 dni dla życia”, centrom będącym za macierzyństwem i podobnym wspaniałym inicjatywom – wygrywamy. Warto nadmienić, że w nasze działania angażują się młodzi ludzie. Ruchy oddolne to coś więcej niż polityka. Nie ma dla nich znaczenia, czy prezydentem jest Obama, największy w historii obrońca aborcji na takim stanowisku, czy Trump, który plasuje się w czołówce prezydentów pro-life. Inicjatywy społeczne są jak trawa, to znaczy rosną ku górze aż do osiągnięcia celu – naszym jest zakończenie aborcji.

 

Nie ma gorszej zbrodni wobec kobiety niż przekonanie jej, że kobietą czyni ją jedynie zdolność i prawo do dokonania aborcji. Nie wyobrażam sobie bardziej poniżającej rzeczy, którą można powiedzieć kobiecie. 

 

fot. facebook.com/shawn.carney.338

 

Co pomyślałeś sobie, gdy przybyła do ciebie Abby Johnson? Zapukała, otworzyłeś i od razu wiedziałeś, że ma problem? Poczułeś, że przyszła po pomoc?

Można było po niej poznać, że przyszła po pomoc i że przeżyła nawrócenie. Nie potrafiła tego ukryć. Miałem wtedy 25, może 26 lat, byłem młody i ona też. Myślę, że to ułatwiło nam komunikację. Abby jest dwa lata starsza ode mnie. Byliśmy młodzi i znaliśmy się z „branży”, z tym że ona stała po drugiej strony barykady. Odbyliśmy kilka przyjemnych rozmów i kilka zupełnie niemiłych konwersacji, które można zobaczyć w filmie; zostały bardzo dobrze odwzorowane. Mimo wszystko nigdy w nią nie zwątpiłem i jestem wdzięczny, że mogę tak teraz mówić, choć nigdy się nad tym nie zastanawiałem… Gdy się spotkaliśmy, była autentyczna, szczera. Wydaje mi się, że Abby nie potrafi ukrywać prawdziwych emocji, co jest niesamowitą łaską. Nie miałem wątpliwości nawet przez chwilę.

 

Jak to się stało że z pro-lidera stałeś się gwiazdą filmu?

Książka Abby “Nieplanowane” ukazała się w 2011 roku, a dwa lub trzy lata później dostałem telefon od Chucka i Carry’ego, czyli Carry’ego Salomona i Chucka Konzelmana, autorów scenariusza filmu “Bóg nie umarł”, dwóch katolickich gentlemanów. Wcześniej napisali kilka scenariuszy, ale nie dane im było samodzielnie reżyserować ani produkować filmów. Przeczytali książkę Nieplanowane, którą dostali po codziennej Mszy w Los Angeles – obstawiam, że od jakiejś przemiłej starszej pani, która nalegała, żeby zrobili z niej film. Wiesz, jak jest, słodkie staruszki potrafią nakłonić ludzi do robienia najdziwniejszych rzeczy, więc musieli wziąć książkę i się zgodzić. Carry przeczytał ją jako pierwszy i przekonał wspólnika do tego, że realizacja pomysłu jest wręcz koniecznością. Podziękowania należą się zatem uroczej starszej katoliczce, która po codziennej Mszy była na tyle, jakby to ująć, stanowcza, że zmobilizowała Chucka i Carry’ego do przeczytania książki, co poskutkowało tym, że odezwali się do nas w 2013 roku. Dodam, że panowie są z Nowego Jorku, a mieszkają w Los Angeles – jakby ktoś „wyjął” ich z Ojca chrzestnego. Powiedzieli mi, że kręcą film na podstawie książki Nieplanowane i oświadczyli, że przyjadą, aby zrobić wywiad ze mną i Marilisą. Byli u nas już dwa dni później. Do ich przyjazdu byłem pewny, że ktoś sobie ze mnie zakpił. Ale naprawdę pojawili się u mnie i przeprowadzili z nami sześciogodzinny wywiad. Ponownie przyjechali sześć miesięcy później i sfilmowali nasz budynek, zrobili zdjęcia. Oczywiście musiałem ich oprowadzić, bo naszą kwaterą stało się dawne centrum Planned Parenthood, w którym Abby była menedżerką. Identyczny schemat konstrukcji wykorzystano podczas kręcenia filmu i wyszło naprawdę niesamowicie. Cały proces zajął cztery lata. Nauczył mnie wiele o przemyśle filmowym, sprzedaży filmów oraz mocy drzemiącej w mediach, a do tego był wyjątkowo przyjemny. Nie chciałbym robić tego znowu, ale było warto.

 

A co z kobietami? Czy dochodzą do ciebie głosy kobiet, które po obejrzeniu filmu zrezygnowały z aborcji?

Tak, niemal natychmiast doszły do mnie takie informacje. Na początku myślałem, że ocalenie choćby jednego dziecka będzie sukcesem. Cieszyłbym się, gdyby jedna kobieta po obejrzeniu filmu zrezygnowała z zabiegu, ale zaledwie kilka godzin od premiery zaczęły do nas docierać różne relacje. Jedna z kobiet miała mieć aborcję w sobotę, ale jej przyjaciółce udało się ją namówić na wspólne wyjście na „nasz” proliferski film. Kupiły bilety na piątkowy seans filmu, myśląc, że po wyjściu z kina kobieta powie triumfalnie: „Widziałam film, a jutro i tak będzie aborcja”! Oczywiście film był dla niej na tyle poruszający, że nie tylko nie poddała się zabiegowi w sobotę, ale i udała się z koleżanką pro-life na czuwanie „40 dni dla życia” pod kliniką, w której miała umówiony zabieg, i modliła się wspólnie z innymi. Właściwie to było pierwsze świadectwo w weekend premiery. Myślę, że dzięki filmowi urodzi się naprawdę wiele nieplanowanych dzieci. To naprawdę piękne i cieszy mnie to, że mogę tego doświadczyć.

 

Co odpowiedziałbyś feministce, która może nawet miała już wcześniej aborcję i twierdzi, że to wspaniały zabieg, a na dodatek krzyczy, że to prawo kobiety? Co mówisz takiej osobie w rozmowie twarzą w twarz?

Przede wszystkim mówię: „Jesteśmy tu dla ciebie”. Nie ma sensu rozpoczynać produktywnej rozmowy z kimś, kto krzyczy o swoich prawach. Takie osoby jedynie racjonalizują sobie swoje decyzje i nie interesuje je nic ponadto. Uważam, że lepiej pozwolić im to robić i powiedzieć, że jesteśmy tam dla nich. Jasne jest, że tacy ludzie mają problem z aborcją. Przecież nikt nie próbuje uzasadniać, dlaczego je kurczaka zamiast łososia w sałatce, i nie denerwuje się z tego powodu. W przypadku aborcji decyzja jest zupełnie inna niż w przypadku jadłospisu. Zwolennicy aborcji chcieliby, żeby chodziło jedynie o gust, ale tak nie jest, stąd rodzi się ich niezadowolenie, a rozwiązywanie tak złożonego problemu na chodniku wykracza poza moje możliwości. Pozostaje jedynie powiedzenie, że nie muszą tego robić, a my jesteśmy dla nich. Uważam, że to poważny krok w dobrą stronę.

 

Argument podobny do tego o kurczaku i łososiu krążył po Polsce. Część redaktorów przekonywała, że aborcja to nic więcej niż wyrwanie chorego zęba, ot taki pożyteczny zabieg, tak przynajmniej twierdzili zwolennicy przerywania ciąży.

Argument zęba brzmi równie głupio co porównywanie aborcji do obcinania paznokci u stóp. Co więcej, przemysł aborcyjny wcale nie traktuje w ten sposób przerywania ciąży; kobiety, które są jej poddawane, również nie utożsamiają go z obcinaniem paznokci. Jedynie na uniwersytecie i w filmach mówi się o tym jak o wyrywaniu zęba. To niezwykle dziecinne, życzeniowe postrzeganie świata.

 

Opowiesz mi więcej o strategii spokojnego, pełnego miłosierdzia podejścia wobec kobiet przybywających do klinik aborcyjnych? Wiem, że nie krzyczycie ani nie utrudniacie im wejścia do środka, tylko modlicie się, głównie w ciszy, zupełnie jak na filmie. Omówiłbyś strategię i jej skutki?

Polegamy po prostu na prawie naturalnym i Boskim. Uważamy, że żadna kobieta nie chce tak naprawdę poddawać się aborcji, tak samo nikt w dzieciństwie nie marzy o pracy w klinice aborcyjnej. Obecnie lekarz dostaje ocenę, z której wynika, że będzie najlepszym specjalistą od aborcji w kraju. Część ludzi w to wierzy. Uważam, że aborcji towarzyszy zbyt dużo intelektualnej złożoności. Nikt tak naprawdę nie chce tam być poza wolontariuszami, którzy przychodzą, by udzielić pomocy, stąd cisza i miłosierdzie. Nie przesadzę, twierdząc, że to walka o serca i umysły, tylko tyle i aż tyle, dlatego najbardziej skupiamy się na tych aspektach.

 

Czy Jan Paweł II jest dla ciebie inspiracją?

Mówił o aborcji w mojej ojczyźnie, chyba to jest najważniejsze. W szkole średniej brałem pod uwagę kapłaństwo. Jan Paweł II rozpalił we mnie to pragnienie, zwłaszcza wtedy, gdy zobaczyłem go w Saint Louis. Wszyscy w kraju optowali za aborcją, co zrodziło we mnie skrajną niechęć wobec rządów i prezydentów; Natomiast przyjazd Jana Pawła II do Ameryki wywarł na mnie wielkie wrażenie. Do teraz widzę w wyobraźni Billa Clintona i papieża na lotnisku. Jeszcze nawet nie odpoczął po podróży, dopiero przybył do kraju i od razu przechodzi do obrony życia w obecności prezydenta Billa Clintona. To było coś niesamowitego! Zacząłem się nad sobą poważnie zastanawiać. On dopiero przyjechał, angielski jest dla niego językiem obcym, słychać u niego wyraźnie polski akcent, a mimo to mówi prawdę. Wspaniałe! Krzyczałem wtedy: „Kochamy cię JP II!”.

 

Czy czujesz jego obecność podczas „40 dni dla życia”? Czy daje ci odwagę w te dni?

Czuję, myślę o Janie Pawle II, nawet kilka razy prosiłem o jego wstawiennictwo w okolicznościach, gdy się zdenerwowałem, czegoś przestraszyłem lub w jakichś naprawdę nieprzyjemnych sytuacjach. Robię to, bo w swoim życiu emanował pewnością siebie. Niby nikt nie jest całkowicie wolny od strachu, ale on, zdaje mi się, był. Dokładnie takie było jego głębokie życie wewnętrzne, życie głęboko zatopione w modlitwie. Gdy konfrontował się z komunistami, trzęśli się ze strachu. Podobnie było z aborcjonistami. Zmierzył się z nimi, ale po ojcowsku, z miłością – na pewno wiesz, o czym mówię, bo wiele razy go widziałaś. Dlatego właśnie w chwilach zdenerwowania czy lęku myślę o nim i proszę o wstawiennictwo, ponieważ podczas jego pontyfikatu miało miejsce naprawdę wiele trudnych wydarzeń, zarówno w Kościele, jak i poza nim. Według mnie jest wzorem do naśladowania.

 

fot. facebook.com/shawn.carney.338

 

To on mówił nam w pierwszych chwilach pontyfikatu: „Nie lękajcie się”. Kiedy odczułeś największy stres w związku z „40 dniami dla życia”, ale też jakie chwile wspominasz najlepiej?

Najbardziej zestresowała mnie wizyta Abby w moim biurze. Była swojego rodzaju wisienką na torcie z mojego stresu, ponieważ kupiliśmy budynek obok ośrodka Planned Parenthood, a ja jeździłem po całym kraju z uwagi na rosnącą popularność „40 dni dla życia”. Byłem bardzo zajęty, a do tego mnie i Marilisie urodziło się trzecie dziecko w ciągu trzech lat i mieliśmy się przeprowadzić do Waszyngtonu. Jeszcze nie powiedzieliśmy rodzinie o tym, że zamierzamy się wykopać z korzeniami i przenieść na odległy koniec Stanów. Osobiste sprawy były napięte, w zawodowych totalny szał, aż tu nagle widzę Abby w moim biurze. Wiedzieliśmy, że Planned Parenthood nie odpuści ani mnie, ani jej, a nasze obawy potwierdziła rzeczywistość. To był bardzo owocny i piękny okres, ale pod kątem stresu, patrząc z perspektywy czasu na 26-letniego mnie, przeszedłem wtedy prawdziwą szkołę życia. Teraz, po upływie 10-11 lat jestem bardziej zajęty niż kiedykolwiek. Nadal nie do końca wiem, co robię (śmiech), ale wiem znacznie więcej niż wtedy. Dzięki temu łatwiej mi się żyje. Trudno mi wyłowić te jednoznacznie najlepsze chwile. Szczerze? Myślę, że największą radość czerpię z dorocznego prywatnego sympozjum z lokalnymi liderami, gdy wszyscy zjeżdżają się w Londynie w celu omówienia kampanii międzynarodowych. Uwielbiam też wydarzenia w stolicy Meksyku i Stanach Zjednoczonych. To piękne móc się spotkać z liderami, usłyszeć ich historie, dowiedzieć się o ich zmaganiach i trudach w życiu osobistym. Mieliśmy liderów, którzy potracili współmałżonków i dzieci, przeżywali katastrofy samochodowe i żyli dalej, jednocześnie przewodząc kampaniom „40 dni dla życia”. Przebywanie w obecności takich osób to największa nagroda.

 

Naprawdę zadziwia mnie to, jak proste byłoby życie, gdyby każdy robił chociaż połowę z tego, czego uczy nas Kościół. Niestety, słabo stosujemy się do jego poleceń, przez co grzeszymy, ale przecież lepsze życie jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko żyć w wierze katolickiej.

Czy wierzysz, że robiąc coś tak fundamentalnego jak ratowanie życia dziecka, ściągasz na siebie więcej zła? Uważasz, że zło skupia się na tych, którzy czynią więcej dobra? Doświadczasz tego? Czy twoi liderzy tego doświadczają?

Tak, muszę wykonywać mnóstwo duchowej pracy i moi liderzy czują tak samo. To jeden z powodów, dla których napisałem moją nową książkę “To the Heart of the Matter”. Wierzę, że rzeczy wymagają odpowiedniego uporządkowania. Były chwile, gdy czułem się ofiarą ataku duchowego. Według mnie należy być świadomym niebezpieczeństw; gdy tylko opuścisz gardę, diabeł zaatakuje. Jeśli jednak o niej pamiętasz, modlisz się, chodzisz na Mszę, regularnie się spowiadasz i do tego działasz, szukając drogi duchowej, diabeł nie będzie miał do ciebie łatwego dostępu. Uważam, że to naprawdę wiele daje. Oczywiście musimy również powierzyć swoje życie duchowe Kościołowi. Wspaniałe jest życie monastyków: nie istnieje ciągła gniewna wojna, ale są też wspaniałe czasy pokoju i radości. Na pewno wiesz, jak genialnie radziła sobie św. Teresa z Ávili, gdy przychodził do niej diabeł. Nie wstawała, tylko wznosiła wzrok i mówiła mu po prostu: „O, to znów ty”. Przekonanie o tym, że świat zmierza w dobrym kierunku, i ciągły rachunek sumienia to podstawy. Naprawdę zadziwia mnie to, jak proste byłoby życie, gdyby każdy robił chociaż połowę z tego, czego uczy nas Kościół. Niestety, słabo stosujemy się do jego poleceń, przez co grzeszymy, ale przecież lepsze życie jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko żyć w wierze katolickiej.

 

Jakie masz marzenia? Zarówno te osobiste, jak i te związane z ruchem pro-life?

Właściwie to ciągle żyję marzeniami. Żyję na ziemi po to, aby być dobrym mężem i ojcem, bez względu na to, czy miałbym być hydraulikiem, liderem ruchu pro-life czy dane by mi było zostać wybranym na prezydenta Polski. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Jeśli zaś chodzi o ruch pro-life, marzę, aby wszystkie kliniki aborcyjne zniknęły z Ameryki, nawet gdyby przerywanie ciąży miało być dalej legalne. Taki stan rzeczy byłby znakiem odmiany duchowej. Zresztą to jest po prostu najważniejsze – prawo jedynie imituje prawdę. Amerykanie przeszli wiele pomimo swojej krótkiej historii; co więcej, uważam, że to dla nas korzystne, ponieważ możemy się zmienić, a razem z nami zmieni się ten kraj. Uważam, że zmiana jest możliwa w nawet dziesięć lat, co zresztą potwierdza historia. Wszystko zaczęło się od 13 kolonii, które nie bały się rozpętać największego buntu w historii wojny. Zwycięstwo nad Wielką Brytanią nie leżało w naszym interesie, po prostu masowo się zbuntowaliśmy i wywalczyliśmy sobie kraj. Co prawda czasami zarządzaliśmy nim nieudolnie, ale nie brakowało nam hartu i ostatecznie kilka razy wyświadczyliśmy światu wielkie zasługi. Wierzę, że ludzie, którzy bronią życia, bez względu na to, czy są z Polski, Meksyku, Irlandii czy Ameryki, to po prostu patrioci. Walczą dla Boga i ojczyzny. Abraham Lincoln obawiał się nie wrogich najazdów, ale zjawisk, które mają obecnie miejsce, to znaczy rozsadzania narodów od wewnątrz. Obecnie to nasza kultura jest dla nas największym zagrożeniem. Moim marzeniem jest koniec działalności klinik aborcyjnych spowodowany przemianą serc i umysłów.

 

Dziękuję bardzo, Shawn, to była naprawdę inspirująca rozmowa.

Dziękuję za możliwość przemawiania do tak wspaniałych ludzi w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś odwiedzę wasz kraj osobiście.

 

Wybrane fragmenty wywiadu Pauliny Guzik z Shawn’em Carney’em pochodzą z książki “Nieplanowane. Bunt dla życia” autorów: Chuck Konzelman i Cary Solomon. Książka przedstawia kulisy produkcji i wprowadzenia filmu “Nieplanowane” na polski rynek, motywy i postawy bohaterów filmu, poruszające świadectwa widzów, których film wyrwał z wygodnej bierności i zachęcił do zaangażowania się po stronie życia.

Książkę można zakupić TUTAJ>>>

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap