Nasze projekty
Katarzyna Wysocka

Do końca mówił „dasz radę!”. 5. rocznica śmierci ks. Kaczkowskiego

Kulawy, ślepy a do tego ksiądz. "Skaner" z gdańskiego seminarium. Onkocelebryta żyjący na pełnej petardzie. Bioetyk, dyrektor hospicjum, autorytet i pacjent oddziału onkologicznego. Ksiądz, dla którego każda sekunda oddanego drugiemu człowiekowi czasu, oznaczała naprawdę każdą sekundę. Dziś mija 5. rocznica jego śmierci.

Reklama

Niewierzący ojciec, mama, która na każdym kroku dbała, by dom Kaczkowskich był „domem wielkiej bliskości”, a także babcia, która zaszczepiła w młodym Janie miłość do Kościoła. To fundamenty na których swoją tożsamość budował ks. Jan.

„To dość karkołomna sztuka pytać Jana Kaczkowskiego, kim jest i skąd się wziął. Nie mam wątpliwości, że wszystko zawdzięczam swojej rodzinie, a zwłaszcza rodzicom.”

„W moim religijnym wychowaniu najwięcej zawdzięczam swojej ukochanej babci. Babcia Wincentyna zwana Wisią to w mojej rodzinie katoliczka z prawdziwego zdarzenia.”

Reklama
Reklama

Poszukiwanie

Wraz z dorastaniem ks. Jana Kaczkowskiego, dorastała w nim wiara i powołanie do życia w kapłaństwie. Jednak droga ta nie była oczywista i jasna. Jako dziecko Jan chodził na lekcje religii, których nie wspominał z sympatią. Wręcz przeciwnie, ks. Kaczkowski jako młody chłopiec miał dosyć traumatyczne wspomnienia z katechezą, z której w końcu został wypisany. Pierwsze doświadczenia ze służbą liturgiczną także nie okazały się zachęcające. Te wszystkie sytuacje z pewnością nieco złamały wiarę przyszłego kapłana, jednak nie na tyle, by całkiem zrezygnował z poszukiwań. Te zaś doprowadziły go na drogę prowadzącą prosto do Jezusa Chrystusa.

Przełom

Jak w każdej historii o nawróceniu i pokonywaniu trudności, obserwatorzy najczęściej oczekują gwałtownego zwrotu akcji, niewiarygodnych przeżyć i załamań. W przypadku ks. Jana na drodze do całkowitego oddania się w ręce Jezusa, wystarczyła jedna spowiedź po nocnych, młodzieżowych występkach w klasie maturalnej. Wtedy też obudziła się w nim prawdziwa myśl o kapłaństwie, która coraz częściej odzywała się w młodym, dojrzewającym sumieniu…

„Podczas tej spowiedzi ksiądz polecił mi zgłoszenie się do jezuitów w Gdyni. Najpierw to zlekceważyłem, potem to do mnie wracało, aż wreszcie zdecydowałem się na rozmowę w tamtejszym duszpasterstwie powołaniowym.”

Reklama
Reklama

Niech żałują!

Kiedy chęć zostania księdzem urosła w świadomość o powołaniu, u Jana pojawiło się prawdziwe pragnienie, by zostać kapłanem, ale nie diecezjalnym, tylko zakonnikiem! Wybór padł na jezuitów, którzy odrzucili kandydaturę młodego mężczyzny. W tym czasie odczuwał on szczególną bliskość z Panem Jezusem w sakramencie Komunii Świętej. To też szczególnie bolesne było sprzeciwienie się prowincjałów wobec przyjęcia Jana do zakonu. Powodem odmowy były problemy zdrowotne kandydata, a w szczególności duża wada wzroku.

„A więc najbardziej rozstrzygające były problemy zdrowotne, ale najbardziej bolesne było sformułowanie <gdyby nie istniały inne przeciwskazania>. Jakie? Nikt nie chciał mi tego wyjaśnić, nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Czy jestem szalony, niezrównoważony?”

Skaner

Gdańskie seminarium duchowne przyjęło spragnionego kapłaństwa młodzieńca. Tamże dokonała się formacja kleryka, a następnie księdza Kaczkowskiego. To był czas pełen zadumy,  ale także obfitych żartów między klerykami, wtedy to alumn Jan zyskał ksywę „Skaner” ze względu na swoją wadę wzroku i sposób, w jaki czytał – książka jak najbliżej twarzy. Poza elementami humorystycznymi, ukończenie seminarium stało się jego najważniejszym wówczas życiowym celem.

Reklama

„Ja nigdy nie chciałem rezygnować z seminarium. Raczej odliczałem miesiące do święceń, wyznaczałem sobie kolejne cele na tej drodze i ich osiąganie dawało mi dużo radości.”  

Kapłaństwo fascynującą przygodą

Ks. Jan podkreślał, że dla młodego mężczyzny oddanie całego swojego życia Bogu, możliwości zostania ojcem, jest naprawdę trudne. Jednak decyzja ta musi być przemyślana, świadoma i ostateczna. Takie też było postanowienie ks. Kaczkowskiego, który oświadczył, że kapłaństwo pochłonie każdą sekundę jego życia.

Każda sekunda oznacza naprawdę każdą sekundę. Budowanie relacji z innymi, z uczniami w szkole, z pacjentami hospicjum wymaga przede wszystkim czasu, co zresztą doskonale sprawdzało się w kapłaństwie ks. Jana, które stało się fascynująca podróżą w nieznane. Czas buduje relacje, a relacja buduje zaufanie.

Kulawy, ślepy, a do tego ksiądz

Budowanie zaufania to nieodłączny element pracy z dziećmi i młodzieżą. Utrzymywanie klasy w ryzach, a także nauka relacji z niesfornymi nastolatkami wydaje się być ogólnie dużym wyzwaniem. Jeszcze większym staje się, kiedy mają oni do czynienia z księdzem, a w dodatku z problemami wzrokowymi i kulawą nogą. Swoim przychylnym podejściem, dystansem i poczuciem humoru, młody kapłan zdobył serca dojrzewających nastolatków. Prowadził lekcje religii w tzw. „Oksfordzie”, czyli w technikum i zawodówce.

„Nazywałem ich pieszczotliwie „ogrami”. Czasem zapominali, że są ogrami, i odsłaniali jakiś rąbek inteligencji, ale jak się to któremuś zdarzyło, był tym faktem tak zawstydzony, że czym prędzej musiał się zogrzyć i palnąć coś głupiego”.

Realna potrzeba

W Pucku likwidowano oddział, który spełniał rolę paliatywnego. Właśnie dlatego zrodziła się ogromna potrzeba, by utworzyć najpierw hospicjum domowe, a następnie hospicjum stacjonarne. Ks. Jan Kaczkowski całkowicie oddał się pomocy chorym i skupiał się na godnym odejściu każdego człowieka. Jako bioetyk doskonale zdawał sobie sprawę z ogromnej potrzeby budowania świadomości społecznej o umieraniu oraz o towarzyszeniu osobom umierającym. Obecność w ich ostatnich chwilach życia, błogosławieństwo, często spowiedź, ostatnie wyznania stały się najważniejszym powołaniem w życiu ks, Jana. Stąd też tak ogromne zaangażowanie w budowanie Hospicjum św. Ojca Pio w Pucku, którego stał się założycielem i dyrektorem.

W Hospicjum ks. Jan Kaczkowski wraz z personelem stawiał na człowieczeństwo i spełnianie nawet drobnych marzeń i zachcianek podopiecznych. Właśnie dlatego powstał “kącik piwosza i palacza”, aby pacjenci mieli chwilę na oddech i spełnianie z pozoru błahych, a dla nich wyjątkowych i uzdrawiających wręcz potrzeb. Przecież jeśli ktoś przez całe życie palił, przed śmiercią mu tego nie zabronimy. Piwko też można wypić, o ile nie zaszkodzi. Hospicjum skupia jak w soczewce cały społeczny koloryt.

Johny, umierasz

Wszystko zaczęło się w 2010 roku. Wtedy też wykryto zmianę na nerce, która okazała się złośliwa, nie dawała żadnych objawów. Po wycięciu drobnego guza wydawało się, że historia z nowotworem zakończy się. W 2012 r. świat ks. Jana obrócił się ponownie o 180 stopni. Diagnoza stała się jasna: glejak. Wtedy wszystkie plany kapłana runęły w gruzach. Perspektywa czasu była tragiczna, a księdzu lekarze przewidzieli 6 miesięcy życia.

„Poszedłem do auta i się popłakałem. Przecież dobrze wiedziałem, czym jest glejak.”

Onkocelebryta

Ks. Jan Kaczkowski niewątpliwie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych księży. Jak podkreślał – „jestem znany z tego, że mam raka”. Właśnie dlatego autoironiecznie określał się mianem onkocelebryty. Nie był znany z tego, że jest znany, ale swoją popularność zawdzięczał przede wszystkim: odwadze i dystansowi wobec choroby, poczuciu humoru, a także specjalistycznej wiedzy z zakresu opieki paliatywnej. Rozmowa ze wszystkimi o wszystkim stała się kluczem do rozpoznawalności i zyskania szacunku szerokiej opinii publicznej.

„Skoro ten glejak już tam jest, niech stanie się narzędziem do niesienia dobra i przełamywania tabu”.

Życie na pełnej petardzie 

 Żyć na pełnej petardzie oznacza korzystać z życia takim, jakim jest pamiętając, że nawet najtrudniejsze okoliczności nie zwalniają człowieka z obowiązków i powinności wobec innych. Szału nie ma, jest rak, ale poza nim jest wielu innych ludzi, którzy oczekują na dobre słowo bądź towarzystwo. Nie wolno tego zmarnować! Ks. Jan Kaczkowski z pewnością nie zmarnował i do ostatnich chwil udzielał pacjentom hospicjum i wszystkim, którzy chcieli go słuchać cennych rad na temat życia, wiary i godności. 

Stan ks. Jana stale się pogarszał, ale jego wrażliwość i chęć życia do ostatnich chwil nie pozwalała mu przestać działać. Do końca chciał mówić światu, swoim podopiecznym “Dasz radę”. Odszedł 28 marca 2016 roku pozostawiając po sobie świadectwo życia na pełnej petardzie. 

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite