video-jav.net

Potrafisz udowodnić, że Bóg jest żywy?

6 marca na ekrany polskich kin wszedł głośny za oceanem film Harolda Cronka „Bóg nie umarł”. Film, który konfrontuje widza z jakże aktualną kwestią odwagi w byciu wyznawcą Chrystusa.

Polub nas na Facebooku!

„Bóg nie umarł” cieszy się niezwykłą popularnością w Stanach Zjednoczonych, uznawany jest wręcz za najgłośniejszy film religijny ostatnich lat. Przyczyn tego sukcesu upatrywać należy zarówno w odważnej konfrontacji wiary z wojującym ateizmem, jaki i w zdecydowanym przesłaniu filmu.


>>> 5 niedocenionych filmów z chrześcijańskim przesłaniem


W dzisiejszych czasach, kiedy głośne przyznanie się do wiary w Jezusa może w niektórych rejonach świata grozić nawet utratą życia, temat odwagi głoszenia świadectwa jest niezwykle aktualny i nabiera całkiem nowego znaczenia.

O czym jest film? Josh, student pierwszego roku jednej z amerykańskich uczelni, zapisuje się na zajęcia z filozofii do wojującego ateisty, profesora Radissona. Na pierwszych zajęciach, kontrowersyjny nauczyciel każe studentom zapisać słynne zdanie Friedricha Nietzschego „Bóg umarł” i podpisać się pod nim. Każdy kto odmówi wykonania tego polecenia, będzie musiał udowodnić, że Nietzsche się mylił. Z całej grupy tylko Josh przyznaje się do swojej wiary. Do końca semestru musi znaleźć argumenty na istnienie Boga i przekonać do nich Radissona oraz resztę studentów.

Intelektualny spór między odważnym studentem i przekonanym o swojej racji profesorem skłania do zastanowienia się nad własną wiarą, nad tym co to znaczy być chrześcijaninem i powodami dla których niektórzy są w stanie tak wiele dla tej deklaracji poświęcić.  


David A.R. White, jeden z producentów filmu:

„Chcieliśmy, żeby widzowie wyszli z kina podbudowani, żeby poczuli w sobie energię i chęć pokazywania innym, że Bóg nie umarł. On żyje w nas i dokonuje swego dzieła każdego dnia poprzez każdego z nas. Chcielibyśmy jednocześnie w pewnym sensie wyposażyć widzów w pewność siebie i przekonanie o własnej wartości, żeby łatwiej im przychodziło znajdywanie odpowiedzi na nurtujące ich pytania”.


Film z pewnością skłoni do refleksji i wytrąci niejednego ateistę z bezrefleksyjnego poczucia pewności. Obraz Harolda Cronka posiada też uniwersalne przesłanie, które mówi, że mimo przewagi powszechnego konformizmu  opłaca się dochować wierności własnym przekonaniom. „Bóg nie umarł” jest filmem szczególnie potrzebnym wszystkim tym, którzy w medialnym chaosie współczesności próbują odpowiedzieć sobie na pytania dotyczące wiary.

Droga krzyżowa. Tak było

Wydaje nam się, że dobrze znamy przebieg drogi krzyżowej Chrystusa. A jednak, powinniśmy mieć świadomość, że tradycyjny opis w wielu miejscach nie pokrywa się z faktami

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prawda czasu i prawda ekranu

Kiedy na ekrany kin wszedł film Mela Gibsona pt. „Pasja” reakcja, jak pamiętamy, była różna. Niektórzy zarzucali filmowi nadmierne epatowanie przemocą, zbyt dużą ilość lejącej się krwi, pokazywanej w zbliżeniach i często w zwolnionym tempie. Tryskała obficie z rozszarpywanego uderzeniami flagellum ciała Jezusa. Esteci wskazywali na drastyczność tych scen, twierdząc, że to może zaciemniać ewangeliczny przekaz. Potem świat obiegła wiadomość, że papież Jan Paweł II, po obejrzeniu „Pasji”, zaaprobował film, mówiąc „jest tak, jak było”.

papież Jan Paweł II, po obejrzeniu „Pasji”, zaaprobował film, mówiąc „jest tak, jak było”

Niemal natychmiast pojawiła się też informacja zaprzeczająca temu doniesieniu, bo jedna z katolickich agencji informacyjnych w Stanach Zjednoczonych, powołując się na anonimowego urzędnika watykańskiego, poddała w wątpliwość autentyczność wypowiedzi Jana Pawła II. Inni z kolei bronili poprzedniej wersji i w konsekwencji do dziś nie wiemy, jak było naprawdę z tymi słowami papieża. W każdym razie środowiska chrześcijańskie zareagowały na ten film z zainteresowaniem i to nie tylko katolicy, ale również w dużej mierze protestanci.

Pamiętam, że w ramach spotkań ekumenicznych, organizowanych cyklicznie w Lublinie, brałem udział w międzywyznaniowej dyskusji właśnie na temat „Pasji” Mela Gibsona. Gospodarzem tego spotkania był pastor baptystów. Po nabożeństwie, przy kawie, herbacie i ciastkach, podzieleni na grupy mieliśmy ekumenicznie podyskutować o tym, co dało nam obejrzenie „Pasji”. Zazwyczaj można było usłyszeć głosy, że film pozwala zrozumieć ogrom miłości Boga do człowieka, korespondujący z ogromem cierpienia Chrystusa, bo im bardziej męka jest ukazana, tym bardziej widzimy miłość Boga. I przyznam, że z pewnym zdumieniem przyjąłem wypowiedzi kilku moich protestanckich przyjaciół, którzy stwierdzili, że po raz pierwszy powstał film, który pokazuje, jak było naprawdę. Film, który wiernie trzyma się przekazu ewangelicznego i dokładnie rekonstruuje ostatnie godziny życia Jezusa. Po zwolennikach zasady Sola Scriptura tego się nie spodziewałem, bo obraz Gibsona nie jest bynajmniej wiernym przeniesieniem na ekran Ewangelii, ale filmem, który oprócz wyobraźni, bazuje głównie na mistycznych wizjach bł. Anny Katarzyny Emmerich, a jego schemat oparty został w bardzo widoczny sposób na stacjach drogi krzyżowej, odprawianej co piątek w okresie Wielkiego Postu przez katolików.

Trailer “Pasji”

W filmie Jezus upada właśnie trzy razy (ni mniej, ni więcej), podczas drogi na Golgotę spotyka swoją Matkę, a pewna kobieta wyciera mu twarz lnianą chustą. I wszystko odbywa się dokładnie w takiej kolejności, jak w stacjach drogi krzyżowej. Szkopuł w tym, że w Biblii nie ma żadnej wzmianki o tych kilku epizodach Męki Pańskiej, choć akurat upadki Jezusa są na tyle prawdopodobne, że pewnie miały miejsce.

12
Stacje II, IV, VI, VII, i IX zaczerpnięte zostały z apokryfów, czyli utworów niekanonicznych, powstających często pod wpływem pobożności ludowej. Apokryfy „uzupełniły o nowe szczegóły ewangeliczny opis męki i ukrzyżowania, który – co tu kryć – w Ewangeliach jest dość powściągliwy.

Stacje II, IV, VI, VII, i IX zaczerpnięte zostały z apokryfów, czyli utworów niekanonicznych, powstających często pod wpływem pobożności ludowej. Apokryfy „uzupełniły o nowe szczegóły ewangeliczny opis męki i ukrzyżowania, który – co tu kryć – w Ewangeliach jest dość powściągliwy.

Kto wymyślił Weronikę?

Jeśli chodzi o postać, którą Kościół od wieków przywołuje w czasie rozważań VI stacji drogi krzyżowej, jest prawie pewne, że święta [Weronika nigdy nie istniała]. Nie występuje ona w Martyrologium Rzymskim, a badania naukowe zawsze zaprzeczały istnieniu takiej osoby. Nie wspomina też o niej żadna Ewangelia.

Według opowieści wspomnianej w apokryfie „Vindicta Salvatoris” („Zemsta Zbawiciela”) z VI w., pewna jerozolimska kobieta na widok zbitego i osłabionego skazańca, upadającego pod ciężarem krzyża, przecisnęła się przez tłum i białą chustą otarła mu twarz. Skazańcem tym był Jezus, który odwdzięczył się, pozostawiając na chuście odbicie Swego bolesnego oblicza.

Droga krzyżowa. Tak było

Pierwsze opowieści o owej kobiecie, która wytarła twarz Jezusa, pojawiły się dopiero w IV wieku. Początkowo nie miała ona własnego imienia, ale z czasem nazwano ją Weroniką, od zbitki dwóch słów – łacińskiego „vera” (prawdziwy) oraz greckiego „eikon” (wizerunek). Nie brakowało jednak ludzi snujących spekulacje, jakoby imię Weronika pochodziło w rzeczywistości od greckiego imienia Berenike. Tę Berenike zaś z kolei utożsamiano (nie wiedzieć czemu) z kobietą cierpiącą na krwotoki, którą uleczył Jezus (por. Mk 5, 25-34).

W wizjach bł. Anny Katarzyny Emmerich (przypominających relację „na żywo” z procesu Jezusa, drogi krzyżowej, śmierci na krzyżu i zmartwychwstania) Weronika nazywa się z kolei Serafią. Była ona rzekomo żoną Syracha, jednego z członków „Wielkiej Rady”, ale już wcześniej należała do wyznawców Jezusa. Kiedy okazało się, że na chuście, którą otarła twarz Jezusa, odcisnęło się Jego oblicze, zaczęto ją też z czasem nazywać Weroniką.

Pewien ksiądz powiedział mi kiedyś, że nie ma dla niego żadnego znaczenia, czy w Biblii, jest mowa o Weronice, czy też nie, bo jemu wystarczającym dowodem są objawienia, jakie miała Katarzyna Emmerich. Skoro widziała, to tak było! Tertium non datur!. No cóż… Dla wielu ludzi łatwiejsze jest przeczytanie książki „Żywot i Bolesna Męka Pana Naszego Jezusa Chrystusa” , gdzie wszystko jest wyjaśnione i nie ma żadnych zagadek, niż lektura Pisma Świętego. Ja, rzecz jasna, jako biblista, takiej postawy zaakceptować nie jestem w stanie, bo po cóż w ogóle potrzebna byłaby egzegeza i objaśnianie trudnych miejsc Pisma Świętego, jeśli wszystko byłoby już wyjaśnione przez niemiecką mistyczkę, stygmatyczkę i wizjonerkę, żyjącą w XIX wieku. Ba! Można nawet postawić pytanie, czy potrzebowalibyśmy w ogóle Nowego Testamentu?

A może powinny być zupełnie inne stacje?

istnieje nowsza wersja drogi krzyżowej, bardziej oparta na Biblii i rezygnująca z informacji apokryficznych, która zatwierdzona została przez papieża Benedykta XVI w 2007 roku

Nie wszyscy wiedzą, że istnieje nowsza wersja drogi krzyżowej, bardziej oparta na Biblii i rezygnująca z informacji apokryficznych, która zatwierdzona została przez papieża Benedykta XVI w 2007 roku. Nowe stacje i związane z nimi rozważania opracował ks. prof. Gianfranco Ravasi, członek Papieskiej Komisji Biblijnej i późniejszy kardynał, opierając się wyłącznie na Ewangeliach i realizując postulat „ubiblijnienia” liturgii. Jeśli ktoś jest ciekawy, poniżej podaję zestawienie nowych i starych stacji tych dwóch wersji drogi krzyżowej:

Stacja I – Agonia Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (zamiast: Jezus skazany na śmierć);

Stacja II – Zdrada Judasza (zamiast: Jezus bierze swój krzyż na ramiona);

Stacja III – Jezus skazany na śmierć przez Sanhedryn (zamiast: Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem);

Stacja IV – Trzykrotne wyparcie się Jezusa przez Piotra (zamiast: Jezus spotyka swoją Matkę);

Stacja V – Jezus osądzony przez Poncjusza Piłata (zamiast: Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi);

Stacja VI – Ukoronowanie koroną cierniową (zamiast: Weronika ociera twarz Jezusowi);

Stacja VII – Jezus bierze na ramiona krzyż (zamiast: Jezus po raz drugi upada pod krzyżem);

Stacja VIII – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi (zamiast: Jezus spotyka kobiety);

Stacja IX – Jezus spotyka kobiety (zamiast: Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem);

Stacja X – Ukrzyżowanie Jezusa (zamiast: odarcie Jezusa z szat);

Stacja XI – Jezus obiecuje Raj dobremu łotrowi (zamiast: przybicie Jezusa do krzyża);

Stacja XII – Spotkanie Jezusa z Matką, stojącą pod krzyżem (zamiast: śmierć Jezusa na krzyżu);

Stacja XIII – Śmierć Jezusa na krzyżu (zamiast: zdjęcie z krzyża);

Stacja XIV – Złożenie Jezusa do grobu (bez zmian).

Czemu nikt w Polsce nie odprawia drogi krzyżowej w taki sposób, mimo iż została ona zaakceptowana przez tak wybitnego teologa jak Ratzinger, który nie bez powodu jako papież dał wiernym zielone światło? Przecież postulat bardziej biblijnej drogi krzyżowej jest niewątpliwie chwalebny! A jednak zaproponowana zmiana, nie zyskała uznania. Ktoś mógłby zażartować, że ten rewolucyjny pomysł upadł po podliczeniu kosztów związanych z ewentualną wymianą obrazów w kościołach. Tymczasem odpowiedź, dlaczego się to nie przyjęło, jest bardzo prosta. Ta nowa, bardziej biblijna, droga krzyżowa była od samego początku skazana na porażkę w konfrontacji z tradycyjną, opartą częściowo na apokryfach.

Droga krzyżowa. Tak było

Przyznam, że ja, kiedy dowiedziałem się o nowej drodze krzyżowej, byłem początkowo jej entuzjastą. Z mojej inicjatywy na wyjazdowych rekolekcjach wspólnoty muminkowej zdecydowaliśmy się poprowadzić nabożeństwo właśnie według tej nowej wersji. To był oczywiście pewien eksperyment. Uznałem, że tak diametralnie odmieniona droga krzyżowa, może stać się szansą na zupełnie nowe jej przeżycie. Mogła nas wyrwać z pewnego skostnienia i sztampowości. W pewnym sensie tak było, odniosłem wrażenie, że ludziom brakowało tych trzech upadków podczas dźwigania krzyża, spotkania z Matką i Weroniki ocierającej twarz Jezusa z krwi zalewającej Mu oczy. I powiem szczerze… Mi także tego brakowało po tych kilkuset drogach krzyżowych, w których miałem okazję uczestniczyć wcześniej i w których to wszystko było zawsze tak oczywistym elementem – jak tulipany w Holandii i wierzby płaczące w moich rodzinnych stronach.

Stacje drogi krzyżowej opracowane przez Gianfranco Ravasiego są oczywiście bardziej zgodne z Biblią, ale stacje, z których zrezygnowano z powodu ich apokryficzności, są z kolei bliskie sercu i wzruszające… Są (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi) częścią naszej tożsamości.

Dlaczego Jan “wykasował” Szymona z Cyreny?

Jeśli chodzi o prawdę historyczną, warto wspomnieć, że w przeciwieństwie do wielu obrazów ukazujących drogę Jezusa na Golgotę, rzymska literatura źródłowa zaprzecza jakoby skazany na ukrzyżowanie przenosił na miejsce egzekucji cały krzyż. Dźwigana była jedynie poprzeczna belka, podczas gdy prostopadła była osadzona w miejscu ukrzyżowania.

Pomysł, że to Żydzi (z czystej złośliwości) zrobili dla Jezusa specjalny, solidny krzyż, który musiał nieść w całości, jest dość kuriozalny, ale tak to sobie wyobrażała Katarzyna Emmerich i tak też pokazał to Mel Gibson. [Najprawdopodobniej Jezus dźwigał „tylko” poprzeczną belkę, opierając ją na barkach za głową], do której miał przywiązane ręce. Pamiętajmy jednak, że taka belka ważyła w granicach 30-40 kilogramów, a Jezus był po wyjątkowo okrutnej chłoście. Rzymskie flagellum posiadało rzemienie zakończone kawałkami ołowiu, kośćmi i haczykami. Po chłoście czymś takim plecy Jezusa musiały być krwawą miazgą z pogruchotanymi mięśniami. Oprawcy stwierdzili najwidoczniej, że Jezus nie zdoła sam zanieść ciężkiej belki na miejsce kaźni i wyznaczyli mu jako pomocnika, przypadkowego Żyda wyciągniętego z tłumu, niejakiego Szymona z Cyreny. W końcu byli okupantami i mogli sobie pozwolić na coś podobnego.

Droga krzyżowa. Tak było

Epizod ten znajdziemy w zgodnym przekazie Marka, Mateusza i Łukasza (por. Mt 27,32; Mk 15,21 i Łk 23,26). Dlatego podczas lektury Ewangelii według św. Jana w sposób szczególny może uderzać całkowity brak Szymona z Cyreny. A przecież z Ewangelistów, to właśnie Jan jako jedyny był naocznym świadkiem męki Jezusa. Nieobecność Cyrenajczyka wynika jednak z faktu, że opis męki Jezusa u Jana jest podporządkowany pewnej idei teologicznej.

Jak wiadomo, po uwolnieniu Barabasza, nastąpiło ukoronowanie Chrystusa cierniową koroną i okrycie go purpurowym płaszczem. O ile jednak synoptycy informują, że żołnierze poznęcali się nad Jezusem, po czym ubrali Go z powrotem w Jego własne szaty, to Jan nic o tym nie wspomina, sugerując, że Jezus wszedł na Golgotę w koronie cierniowej i odziany w purpurę (zob. J 19, 2–3; por. Mt 27, 27–30; Mk 15, 16–19). Dzieje się tak, gdyż w Ewangelii Jana wszystkie szczegóły mają za cel ukazać Jezusa jako Króla.

Jan pisze, iż Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata (J 19, 13). Takie tłumaczenie tego tekstu jest najczęstsze, ale użytą w tekście greckim formę czasownikową można tłumaczyć nie tylko jako: „usiąść”, ale też jako „posadzić”. Mamy więc dwie możliwości. Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i usiadł na trybunale albo Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i posadził Go na trybunale. Chociaż historycznie sąd nad Jezusem odbył Piłat i to on wydał na Niego wyrok skazujący, to autor czwartej Ewangelii, chce pokazać, że prawdziwą osobą, która sprawowała wtedy sąd, był Jezus – Król Żydowski. Z tego samego powodu u Jana zostało mocno zaakcentowane, że Jezus sam niósł swój krzyż: On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota (J 19,17). Biblia Tysiąclecia tłumaczy: „On sam dźwigając krzyż”, jednak bardziej poprawne wydaje się tłumaczenie, iż, Jezus sam niósł krzyż dla samego siebie. Nie niesie On krzyża – narzędzia swojej kaźni, jak skazany na śmierć, ale jak ktoś, kto zna wartość i ważność niesionego narzędzia, będącego wręcz znakiem triumfu i władzy.

Ojcowie komentujący to wydarzenie napiszą wręcz, że Chrystus niesie krzyż jak król berło, na znak chwały, jaką jest powszechne panowanie nad wszystkimi rzeczami. Niesie krzyż jak zwycięzca trofeum swojego zwycięstwa (Św. Tomasz z Akwinu, Komentarz do Ewangelii św. Jana, tł. T. Bartos).

Szymon z Cyreny po prostu nie pasował Janowi do jego koncepcji. Czy to oznacza, że Jan przeinaczał fakty? Bynajmniej. On chciał jak najdokładniej wyjaśnić wiernym, kim jest Jezus i co oznacza jego ukrzyżowanie w perspektywie teologicznej.

Droga krzyżowa. Tak było

Na krzyżu, ale bez cierpienia?

Kiedy byłem małym chłopcem, bardzo wówczas jeszcze niewinnym (miałem ok. 11 lat), przeczytałem po raz pierwszy „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka i pamiętam, że jeden fragment troszeczkę ugodził w moje dziecięce uczucia religijne, przepełnione szacunkiem wobec sacrum. Pozwolę sobie teraz ten fragment zacytować, w nadziei, że obecnie nikogo on nie zgorszy: Syn Boży natomiast był to (…) młody, wesoły mężczyzna z pięknym brzuszkiem, przysłoniętym czymś w rodzaju majteczek kąpielowych. Robił wrażenie sportowca. Krzyż trzymał z taką gracją, jakby to była rakieta tenisowa.

Wydawało mi się wtedy (jak już wspominałem, byłem bardzo niewinnym chłopcem), że takie niefrasobliwe pisanie o Jezusie jest niestosowne, nawet jeśli jest to tylko opis świętego obrazka, który wisiał w kaplicy. Trzeba jednak przyznać, że faktycznie znajdziemy w sztuce sakralnej i ikonografii przykłady ukazywania drogi krzyżowej, lub Jezusa wiszącego na krzyżu, które banalizują i wygładzają Jego mękę. Zdarzało mi się widzieć takie drogi krzyżowe, na których Jezus niósł krzyż, jakby był on ze styropianu. Można i tak. Czasami idzie za tym oczywiście pewien zamysł teologiczny. Pierwsze krucyfiksy nie bez powodu ukazywały Jezusa na krzyżu jako króla w pełni majestatu i chwały, bez jakichkolwiek śladów cierpienia, za to w królewskiej szacie. Jak wspominałem, już Ewangelia według świętego Jana symbolicznie postrzegała przecież ukrzyżowanie jako intronizację. Dopiero z czasem wizerunek Jezusa na krzyżu uległ zmianie, być może pod wpływem ascetycznych praktyk, z których słynął monastycyzm na Wschodzie, albo w reakcji artystów na monofizytyzm, herezję interpretującą naturę Chrystusa jako czysto boską, a zatem nie podlegającą też bólowi.

Droga krzyżowa. Tak było

Na przeciwległym biegunie należy zaś umieścić słynny obraz „Ukrzyżowanie” Matthiasa Grünewalda, który tak został opisany przez Waldemara Łysiaka: Ciężar wiszącego olbrzyma niemal rozrywa Jego korpus w pasie na dwie połowy, a żylaste, nienaturalne długie ramiona, wyrwane ze stawów, gną do dołu poprzeczną belką krzyża (…). Stopy, potworne jak stopy tragarza-giganta i zbite ze sobą jak bryły gliniastej ziemi, wiszą nad podnóżkiem przewiercone żelazną drzazgą, a ich palce szczerzą się do widza niby końska czaszka klawiaturą upiornych zębów. Czymś jeszcze bardziej ekspresyjnym są paluchy dłoni konwulsyjnie i szponiasto rozczapierzone, przypominające zęby muszli z morza południowego lub widły, którymi Syn drapie niebo Ojca (Waldemar Łysiak „Malarstwo białego człowieka” T. 3, rozdz. 25).

Kilka przerażających faktów o śmierci Jezusa

Agonia na krzyżu w niczym nie przypominała bowiem wesołej sceny z filmu „Żywot Briana”, w której wszyscy ukrzyżowani Żydzi śpiewają sobie optymistyczną piosenkę: „Always look on the bright side of life” („Zawsze patrz na jasną stronę życia”).

Ewangelie nie musiały opisywać drastycznych szczegółów, ponieważ wtedy ludzie dość często widywali konających na krzyżu skazańców i wiedzieli, co to oznacza. Jednym z głównych celów tej okrutnej metody egzekucji była jej wartość odstraszająca, dlatego wiele ofiar było krzyżowanych wzdłuż ruchliwych arterii komunikacyjnych miasta.

Droga krzyżowa. Tak było

Niejaki Quintilian napisał nawet swoistą instrukcję: kiedykolwiek krzyżujecie winnego, w większości wybierajcie zatłoczone drogi, gdzie wielu ludzi może zobaczyć i być poruszonym przez strach.

Żydowski historyk Józef Flawiusz określił ukrzyżowanie jako „najbardziej wstrętną ze śmierci”. Z kolei Cyceron w I w n.e. napisał, że „ze wszystkich kar, ta przez ukrzyżowanie jest najbardziej okrutna i najbardziej poruszająca”. Był to sposób zadawania śmierci, który przerażał do tego stopnia, że żadnego obywatela rzymskiego nie wolno było skazać na śmierć krzyżową (i dlatego np. św. Paweł uniknął tego losu, w przeciwieństwie do św. Piotra). Męki, jakich doświadczał ukrzyżowany, były niewyobrażalne. W przypadku rąk gwoździe wbijano między kości nadgarstka, gruchocząc je, rozrywając mięśnie, a także często przeszywając główny nerw. Rozdzierający ból powodowało również wbijanie gwoździ do stóp, najczęściej przez pierwszą lub drugą przestrzeń śródstopia. Mogło wtedy dochodzić do uszkodzenia nerwu strzałkowego jak i gałązki nerwu podeszwowego. Stopy układano jedna na drugiej i przybijano jednym, specjalnie dłuższym gwoździem niekoniecznie w naturalnej pozycji. Postać z Całunu Turyńskiego ma np. zwichniętą jedną stopę. Aby zapewnić „solidność” konstrukcji między gwoździe a ciało czasami wkładano małą deseczkę. Dłonie i stopy należą do najbardziej unerwionych części ciała. Ponadto cały ciężar ciała spoczywał właśnie na przebitych kończynach, a każde poruszenie dodatkowo potęgowało nieznośny ból. Jednak skazaniec musiał ciągle podciągać się wzwyż, aby zaczerpnąć powietrze i nie udusić się. Ciężar ciągnący ciało w dół na rozciągniętych ramionach i zgiętych kolanach wymuszał bowiem ustawienie mięśni międzyżebrowych w pozycji wdechowej i uniemożliwiał wydech. Aby dokonać wydechu ofiara musiała wznieść ramiona i opierając się na stopach rozprostować kolana. Ten manewr wywoływał z kolei przeszywający ból przebitych stóp i nadgarstków z podrażnionych i uszkodzonych gwoźdźmi nerwów oraz ból poranionych pleców, ocierających się o nieheblowane, surowe drzewo krzyża. Dlatego, jeśli chciano skazańcowi skrócić mękę, wystarczyło zgruchotać mu pałką nogi poniżej kolan, a wówczas bez możliwości podpierania się stopami i nie mając siły dłużej dźwigać się tylko na rękach, umierał on z uduszenia. Taki akt „miłosierdzia”, jak pamiętamy, został okazany łotrom po lewej i prawej stronie Jezusa.

Czy ta wiedza ma dla nas jakieś znaczenie? Ma, bo uświadamia nam dobitnie potworność śmierci na krzyżu.

W jednej z pieśni śpiewamy: „Zbawienie przyszło przez krzyż, ogromna to tajemnica”. Pomyślmy o tym w kontekście tego, jakie przerażenie budził krzyż. Tymczasem to narzędzie do zadawania okrutnej śmierci, stało się dla nas najświętszym symbolem zbawienia i znakiem nadziei. To jest coś, co wydaje się urągać zdrowemu rozsądkowi, a jednak w taki właśnie sposób działa Bóg.

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >