“Cuda świętej Faustyny” – spotkanie z Autorką i Bohaterami książki

Serdecznie zapraszamy na konferencję dotyczącą najnowszej książki Ewy K. Czaczkowskiej.

W spotkaniu wezmą udział: J.E. Ksiądz Kardynał Kazimierz Nycz, Ewa K. Czaczkowska (autorka książki), Danuta Skóra (Dyrektor Wydawnictwa Znak) oraz bohaterowie książki, m.in.: Zuk Spanca, Ben Radecki, Witold Nikody.

Spotkanie odbędzie się w Centrum Myśli Jana Pawła II (ul. Foksal 11 w Warszawie) w czwartek 29 maja 2014 o godzinie 16.00.


Cuda świętej Faustyny”to 12 reportaży o ludziach, których ocaliło Boże Miłosierdzie. Ocaliło życie i zdrowie, wyprowadziło z uzależnień duchowych i z nałogów, obdarzyło rodzicielstwem… Historie Zuka Spancy i Pereca Willenberga pokazują, że Miłosierdzie Boga nie zna granic. Wszystkie historie są emocjonujące i poruszające. Prawdziwe!

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

W czasie bitwy o Monte Cassino, gdy ruszył pierwszy atak na wzgórze, szedł przed czołgami z krzyżem w ręku. Usuwał rannych żołnierzy spod gąsienic czołgów i udzielał im pociechy duchowej. Niejednokrotnie pojawiał się strach, jednak zaraz przekonywał samego siebie: nie powinienem się bać, strach mi, jako księdzu nie przystoi, powinienem być opanowany.

Marek
Miławicki OP
zobacz artykuly tego autora >
fot. Mariusz Kubik

Adam Studziński OP

Polski dominikanin, „ojciec pułkownik”, a potem „ojciec generał” – jak go nazywano w zakonie – Adam Studziński, był kapelanem w armii generała Władysława Andersa i walczył pod Monte Cassino. Był też zagorzałym pasjonatem-archeologiem, konserwatorem, malarzem, który niemal do końca swoich dni nie rozstawał się ze swoimi pasjami. Więziony przez komunistów, nie stracił autorytetu wśród ludzi, którym służył, jako kapłan. To był silny człowiek, ukształtowany przez silne osobowości przedwojennego Kościoła. Warto poznać jego historię od początku.

Urodził się 2 czerwca 1911 roku w miejscowości Strzemień w powiecie żółkiewskim (teren dzisiejszej Ukrainy). Był synem rolników Adama i Józefy z Sicińskich. Na chrzcie otrzymał imię Franciszek, Adam to imię zakonne. W niedalekiej Żółkwi ukończył gimnazjum i właśnie tam zapoznał się z zakonem dominikańskim. Prowadzony był tu przez nich internat dla chłopców, którzy kształcili się w miejscowych szkołach średnich. Było to tak zwane „małe seminarium”, czyli ośrodek, który miał pomagać w pozyskiwaniu kandydatów do zakonu. Na przykładzie naszego bohatera widzimy, że żółkiewski internat w jakimś stopniu spełniał swój cel. Studziński po uzyskaniu „małej matury” w 1928 r. wstąpił do zakonu św. Dominika. Nowicjat odbywał już w Krakowie i tutaj eksternistycznie zdał egzamin dojrzałości. Studia teologiczno-filozoficzne odbył we Lwowie. Jak sam wspomina, miał znakomitych profesorów: o. Atanazego Fica, wybitnego biblistę i archeologa (zginął we Lwowie w czasie II wojny światowej), o. Jacka Woronieckiego (jeden z najwybitniejszych dominikanów okresu międzywojennego), czy Andrzeja Gmurowskiego, teologa moralisty, który zmarł młodo po przeżyciach w Powstaniu Warszawskim. Opiekunem jego formacji był zaś bł. o. Michał Czartoryski (kapelan powstania Warszawskiego który zginął na Tamce wraz z rannymi, nie chcąc ich zostawiać samych na pewną śmierć; został beatyfikowany przez Jana Pawła II w 1999 r. wraz z 107 innymi męczennikami II wojny światowej).

9 marca 1937 r. we Lwowie brat Studziński przyjął święcenia kapłańskie i zaczął posługiwać w parafii na Służewiu.  W wakacje 1939 r. władze zakonne wysłały go do Czortkowa na Podolu, gdzie miał pracować jako katecheta. O wybuchu wojny dowiedział się w drodze na Kresy. Gdy jednak 17 września 1939 r. Polskę napadli bolszewicy, wschodnia część Polski nie była już bezpieczna. Ówczesny przeor klasztoru, o. Justyn Spyrłak, oświadczył, że w takiej sytuacji nie może braciom nakazać pozostać w klasztorze. Pozwolił im uciekać z miasta. Część ojców, w tym Studziński, rzeczywiście opuściła klasztor i okolicę. Pozostał tylko przeor i kilku starszych braci. Dwa lata później, w nocy z 1 na 2 lipca, siedmiu dominikanów z Czortkowa i jeden tercjarz zostali zamordowani przez NKWD.  Obecnie trwa ich proces beatyfikacyjny.

Ojciec Adam ucieczką ustrzegł się przed śmiercią i prześladowaniami przez NKWD, ale nie zrezygnował ze służby. Jako kapłan wędrował razem z polskimi żołnierzami. Udał się na Węgry, skąd przez Jugosławię, Grecję oraz Turcję dotarł 20 marca 1941 roku do wybrzeży Palestyny. Po drodze prowadził cały czas pracę duszpasterską. W 1942 roku ojciec Studziński wstąpił do Wojska Polskiego i został kapelanem 4 batalionu czołgów, który prawie rok później został przemianowany na 4 pułk pancerny. I to właśnie z tym pułkiem odbył swoją największą kampanię wojenną we Włoszech w 1944 r.

Jako kapelan Czwartego Pułku Pancernego „Skorpion”, czynnie brał udział w bitwie pod Monte Casino. Wykazał się w czasie tych walk odwagą i troską o innych. Przez żołnierzy nazywany był przekornie „panem Adamem”. W czasie bitwy, gdy ruszył pierwszy atak na wzgórze, szedł przed czołgami, usuwał rannych żołnierzy spod gąsienic czołgów i udzielał im pociechy duchowej.

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

Melchior Wańkowicz opisał to tak: Ksiądz Studziński, kapelan czołgistów, idzie z krzyżem przed pierwszym czołgiem, usuwa z drogi rannych, by ich uchronić przed zmiażdżeniem, bierze leżących na drodze za ramiona, ciągnie na brzeg drogi pod skałę, jeśli w ogóle może być mowa o brzegu, gdy o kilka cali w lewo – przepaść kilkusetmetrowa.

O ojcu Studzińskim i jego odwadze pisała również żona generała Władysława Andersa – Irena, w liście, który wysłała mu z okazji jubileuszu 70-lecia święceń kapłańskich (10 marca 2017 r.:

Mój świętej pamięci Mąż, generał Władysław Anders cenił niezwykle odwagę Ojca Generała i Jego troskę o żołnierzy 2. Polskiego Korpusu we Włoszech, okazaną między innymi w bitwie o Monte Cassino.

Z kolei ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, sam także niegdyś żołnierz Andersa, napisał:

Miałem szczęście spotykać się z Jubilatem i dziękuję mu za to, co swoją postawą przez całe życie reprezentował.

Za udział w bitwie na Monte Cassino ojciec Studziński otrzymał order Virtuti Militari V klasy numer 9936, nadanym przez Kapitułę w Londynie. Po wielu latach, za namową przyjaciół, postanowił spisać swoje wojenne wspomnienia. O Monte Cassino pisał tak:

Nocą ostrzeliwano nas z ciężkich dział, pociskami z opóźnionymi zapalnikami, ponieważ wtedy pociski te miały większą przebijalność. Wobec tego nie całkiem bezpiecznie czuliśmy się w naszym schronie pod czołgiem, bo istniała obawa, że jednak tego rodzaju pociski, o ile by się nie rozbiły na samym moście umieszczonym nad czołgiem, to mogłyby przebić dno czołgu, które było stosunkowo nie grube i wtedy, nic by z nas nie pozostało.

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

Niejednokrotnie pojawiał się u niego strach, jednak zaraz przekonywał samego siebie: nie powinienem się bać, strach mi jako księdzu nie przystoi, powinienem być opanowany… Począłem się w tym celu modlić, aby się uspokoić.

Dzień, w którym nastąpiło zdobycie klasztoru benedyktynów na Monte Cassino, wspominał:

Gdy więc, 18 maja rano, przyszła wiadomość, że mamy postąpić do przodu, przenieść się z punktem sanitarnym bliżej klasztoru, który jakoby miał być wzięty, zapanowała naprawdę wielka radość, bo tym razem nie było wątpliwości, że jesteśmy bliżej końca. Radość ta doszła do szczytu, gdy wkrótce potem, gdy byliśmy już pod Gardzielą, przyszło potwierdzenie wiadomości o wzięciu klasztoru. Nie chciało się po prostu wierzyć, że już koniec tego wszystkiego, co było. Oblicza wszystkich tak często dotąd przygnębione, rozpogodziły się. We wszystkich wstąpiło nowe życie. Już napotkany żołnierz nie pytał mnie: «Kapelanie, kiedy to się skończy?». W Gardzieli, tylokrotnie wymienianej w dziennych bojowych rozkazach, w którą tyle krwi polskiej wsiąkło, zwłaszcza biednych saperów, którzy za wszelką cenę starali się ją rozminować, aby ułatwić przejście czołgom i która tak zajadle się broniła nie tylko minami ale i ogniem karabinów maszynowych z własnych stanowisk i z Mass Albanetty, stał spalony czołg śp. por. Ludomira Białeckiego. Jemu to, w losowaniu z ppor. Kochanowskim, przypadło to przejście przez Gardziel, o którym wiadomo było, że jest zaminowane i że ten, który pierwszy pokusi się je sforsować, będzie musiał prawie że na pewno wylecieć w powietrze. Przypuszczenie to spełniło się. Teraz stał jego spalony czołg, a obok niego leżała wieża, która choć waży 9 ton, została przez wewnętrzny wybuch amunicji zdmuchnięta z nasady czołgu. Spadając z niego wbiła się ona swą lufą głęboko w ziemię. Wybuch ten był następstwem zapalenia się amunicji czołgowej, jaki nastąpił wskutek wstrząsu po najechaniu przez czołg na miny, poukładane tutaj przez Niemców jedna na drugiej, dla zwiększenia ich siły wybuchu. Załoga czołgu cała nie zginęła na miejscu, bo amunicja czołgu, składająca się głównie w takim wypadku z 150 pocisków artyleryjskich, nie wybuchła równocześnie z wybuchem min, lecz nieco później. Mogli więc jeszcze niektórzy, ale już paląc się, wyskoczyć z czołgu. Uczynili to, z pięcioosobowej załogi czołgu: ppor. Ludomir Białecki – dowódca czołgu i plut. Józef Nickowski – jego kierowca, którzy byli najbliżej włazów czołgu. Ale i oni pomarli. Pierwszy znalazł śmierć w zarośniętym tarniną rowie, odległym od czołgu jakieś 100–150 metrów, a drugi skończył życie po 8 dniach, w strasznych męczarniach, w szpitalu. Wyciągnięty los był więc prawdziwy, choć fatalny. Naokoło czołgu było aż czarno od spalenizny. Wszędzie walało się pełno odłamków z amunicji. […] Za Gardzielą teren się rozszerzał. Cały pokryty był czerwonymi makami, których wszędzie było pełno. Gęsto skupione leje po wybuchach pocisków armatnich i moździerzowych, i porzucone wraki czołgów amerykańskich, przy których jeszcze leżały czarne trupy ich spalonych załóg, świadczyły, że po tej pięknej łączce płonącej w tej chwili czerwienią maków, przechadzała się śmierć i po swojemu niszczyła życie. Czerwone maki w takiej sytuacji były jakimś anachronizmem – albo nieodpartym wołaniem życia, które wszystko przezwycięża, podobnie jak ten śpiew po krzakach na wzgórzach Monte Cassino rozlicznych słowików, który aż drażnił człowieka, gdyż był nie w porę, nieodpowiedni do ogólnego nastroju, jakby zgrzytem w melodii wojny, która od radości ucieka bo karmi się lękiem, rozdzierającym wołaniem rannego o pomoc i syci się śmiercią. I podobnie jak słowiki, które przerywały swoją pieśń życia tylko na chwilę, gdy w bezpośredniej bliskości od nich padł w krzaki pocisk, ale zaraz potem, zrazu nieśmiało, jakby na próbę pocmokując, znowu nuciły ją z tym większą siłą na nowo, tak i maki, gdzie tylko mogły tam rosły, walcząc o swoje prawo do życia na każdej piędzi ziemi, mimo że człowiek je deptał, nie zwracał na nie uwagi i wyrywał z korzeniami przez swoje pociski.

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

Po tych walkach ojciec Studziński nie przestał być żołnierzem, nie złożył broni. Brał jeszcze udział w bitwach o Piedimonte i Bolonię. W kwietniu 1945 roku, gdy zginął ks. Waculik, został mianowany kapelanem 2 batalionu komandosów zmotoryzowanych w 2 Brygadzie Pancernej. Brygada ta została potem przemianowana na 2 Warszawska Dywizje Pancerną. Wraz z nią Ojciec Adam w maju 1945 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii. Stacjonował w Heimsey. Po demobilizacji wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Wrócił do Polski 28 października 1947 roku i osiadł w dominikańskim klasztorze w Krakowie. Podobnie, jak w wojsku, nie spoczął na jednym miejscu. Podejmował służbę wszędzie tam, gdzie kierowali go przełożeni.

W czasie pobytu w Krakowie, ojciec Adam co jakiś czas odwiedzał w Zgierzu pod Łodzią swojego kolegę, księdza Szczepana Rembowskiego. Znali się jeszcze z czasów wojny, podczas której ksiądz Rembowski służył w dywizji generała Maczka, a za swoje bohaterstwo również został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Pod wpływem spotkań z nim ojciec Adam podjął decyzję o wyjeździe z PRL-u. Postanowił uciekać do Stanów Zjednoczonych.

Pewnego razu – pisze we wspomnieniach – poinformował mnie, że jest możliwość wyjazdu za granicę. Postanowiłem z tego skorzystać, bo w klasztorze często słyszałem, że szkoda, że Dominikanie w Polsce nie mają jeszcze kogoś poza O. Piusem w Ameryce, tym bardziej, że O. Pius jest już stary i jego pomoc może wkrótce się skończyć. Podawano za przykład Bernardynów, którzy swoich ojców nie ściągnęli do kraju i mają ich aż czterech. Zdawało mi się, że jeżeli skorzystam ze sposobności to dobrze zrobię dla zakonu. Więc zakomunikowałem ks. Rembowskiemu, że chcę wyjechać.

Z dokumentów zgromadzonych przez komunistyczną bezpiekę, wynika bardzo wyraźnie, że sprawa przygotowywanej ucieczki z kraju była dużo bardziej skomplikowana i rozciągnięta w czasie.

Ojciec Adam z władzami zakonnymi miał załatwić przeniesienie do prowincji amerykańskiej. Wydawało się, że wszystko było już bliskie finału, trzeba było jedynie wydostać się z Polski. Plan ucieczki na Zachód przygotował wraz z kilkoma innymi osobami, głównie żołnierzami AK, którzy również spotykali się u znajomego księdza w Łodzi. Okazało się jednak, że niejaki Grek, który we wszystkim pośredniczył, był konfidentem na usługach SB i wydał cały plan. Wszystkich, którzy planowali ucieczkę złapano w Gdańsku 5 kwietnia 1950 r. i przewieziono do Łodzi, gdzie osadzono w więzieniu przy ulicy Sterlinga.

Wspominany przez ojca Studzińskiego Grek, który okazał się faktycznie agentem komunistycznej bezpieki, nie wiadomo, czy był rzeczywiście narodowości greckiej, czy po prostu obcokrajowcem posługującym się takim właśnie pseudonimem. Wiadomo jednak, iż to on z polecenia swoich mocodawców zorganizował rzekomą ucieczkę, która okazała się prowokacją UBP. Nadano jej kryptonim „Włóczęga” i była ona prawdopodobnie odpowiedzią aparatu bezpieczeństwa na udaną ucieczkę pilotów „Lotu” w roku 1949. Wtedy to samolot, który wystartował z łódzkiego lotniska zamiast w Gdańsku, wylądował na Bornholmie.

Ów Grek (a może raczej należałoby napisać „Grek”) otrzymał w listopadzie 1949 roku następujące zadanie: „Ustalić, które osoby wraz z księdzem [chodzi tu o ks. Alfonsa Kowalskiego – przyp. M. M.] zamierzają uciekać za granicę oraz zapewnić księdza, że macie pilota, który podjął się przeprowadzić pilota z uciekinierami. Zaznaczyć, że pilot będzie żądał pieniędzy”. Kiedy funkcjonariuszom bezpieki udało się ostatecznie rozpracować grupę „uciekinierów” o całej sprawie poinformowano dyrektora Departamentu X MBP, płk. Anatola Fejgina. Wspólnie ustalono ostateczną datę „ucieczki”.

W przeprowadzonej akcji, prócz ojca Studzińskiego, aresztowano jeszcze 22 osoby. Wobec uciekinierów przeprowadzono proces sądowy, który zakończył się wydaniem wyroku więzienia i kary grzywny.

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

Ojciec Adam Studziński, podobnie jak inni, został oskarżony o to, że „w okresie miesiąca marca i kwietnia 1950 r. na terenie miasta Łodzi brał udział w „związku mającym na celu nielegalne przerzucenie poza granice Państwa Polskiego osób wrogo nastawionych do obecnego ustroju demokratycznego, przy ewentualnym użyciu broni i gwałtu w stosunku do urzędników państwowych. Czyn ten stanowi przestępstwo przewidziane z art. 14 par. 1 Dekretu z dnia 13.6.1946 r.”.

Ojciec został skazany na 10 lat więzienia. Niemalże rok później, 20 września 1951 roku, po odbyciu drugiej rozprawy Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi znacznie złagodził wyroki większości skazanym. Za próbę ucieczki z kraju oraz nielegalny obrót obcą walutą ostatecznie otrzymał 1,5 roku więzienia i 100 złotych grzywny. Wszyscy pozostali członkowie „spisku” otrzymali kary od jednego do dwu i pół roku więzienia.

Adam Studziński został w końcu zwolniony z więzienia kilka tygodni po zakończeniu drugiej rozprawy sądowej i powrócił znowu do Krakowa. Po prawie pięćdziesięciu latach wspominał:

Nie żałuję tego, że byłem w więzieniu, bo wiele się tam nauczyłem i wiele zrozumiałem. Poznałem też, jak i tam działa Opatrzność.

Już przez cały okres komunistyczny był inwigilowany przez służby specjalne PRL, o czym świadczą także wytworzone przez ubeków materiały, obecnie znajdujące się w krakowskim oddziale IPN.

Resztę swoich lat spędził w Polsce, w różnych klasztorach dominikańskich. Po wyjściu z więzienia przebywał w Krakowie i Poznaniu. Przez 6 lat, w latach 1952-1958 był pierwszym proboszczem parafii św. Dominika w Warszawie na Służewie. Parafii, którą do istnienia powołała specjalnie Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, ratując w ten sposób klasztor dominikanów przed likwidacją przez władze państwowe. Ksiądz Prymas powiedział wtedy, że jeśli władze zechcą wyrzucić dominikanów, on będzie w klasztorze nocował. Ustanawiając tam parafię dostarczył argumentu, który pokazał, że obecność Dominikanów w tym miejscu jest konieczna.

Ojciec Adam wspomina to tak:

Nowo powstała parafia św. Dominika liczyła ok. 1400 osób. Leżała ona (1952-1958) na skraju Warszawy, na Służewie, który w tym czasie jeszcze był wsią. Zaplanowano zabrać nam ogród. Chodziło o teren na prawo do kaplicy. Pojawiły się osoby wojskowe, które w dawnej skarpie Wisły rozpoczęły wykopy pod jakieś schrony. Nie było wątpliwości, że teren ten zostanie zabrany. Wtedy życzliwe osoby podpowiedziały, by podejść do odpowiedzialnego za wykonywane prace majora i porozmawiać. Byłem u niego dwa razy. Przyznawałem się do wojska, do tego, że byłem podany (na pierwszym miejscu z dywizji) do awansu na “majora frontowego”. Załatwiłem sprawę bardzo szybko. Posłużyłem się bowiem «rzeczowym» argumentem. Takie załatwianie cieszyło się wówczas wyjątkową skutecznością. Udało mi się uratować plac klasztorny. […] Pracę na terenie nowego ośrodka duszpasterskiego postanowiłem zacząć od złożenia wizyty w każdym domu. Dało mi to bardzo wiele. Poznałem parafian. Nie była to kolęda, dlatego wszyscy, również partyjni i oficerowie UB, chętnie przyjmowali mnie. Byli bowiem ciekawi jak ten proboszcz wygląda.

W 1963 roku ojciec Adam ostatni raz wrócił do Krakowa, gdzie pozostał już do końca życia. Będąc już w zaawansowanym wieku, podjął studia na Wydziale Konserwacji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zakończył je w 1970 r. uzyskując tytuł magistra sztuki. Warto podkreślić, że ojciec Adam w wolnych chwilach malował. Niektóre jego obrazy były wystawiane na wystawach, m.in. w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. W krakowskim klasztorze zaczął zajmować się amatorsko konserwacją dominikańskich zabytków. A za osiągnięcia w tej dziedzinie, głównie kościół dominikański i kościół św. Idziego przy Wawelu, którego rektorem był przez wiele lat, został mianowany honorowym obywatelem stołecznego miasta Krakowa.

Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP

Lista jego zasług, pasji i prac jest jeszcze bardzo długa. Prawie do końca udzielał się duszpastersko wśród kombatantów, harcerzy i Kresowiaków. Organizował spotkania rocznicowe i pielgrzymki na Jasną Górę byłych legionistów, POW-iaków, żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego i II Korpusu. Był nieformalnym kapelanem krakowskiego oddziału Związku Legionistów Polskich. Od 1981 był honorowym kapelanem corocznego Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej. Dnia 3 maja 2006 prezydent RP awansował go na stopień generała brygady WP (w stanie spoczynku).

W latach 80.-tych stał się jednym z pierwszych, którzy odrodzili duszpasterstwo harcerskie, to właśnie on nadał mu charakter. Wraz ze współpracownikami wyremontował kościół św. Idziego przy Wawelu.  Organizował w nim Msze św. i rekolekcje dla harcerek i harcerzy. Te pasje rozwijał do końca swojego życia. Będąc naczelnym kapelanem ZHR w Polsce brał udział w IV Międzynarodowym Zlocie Harcerzy Polskich w Stanach Zjednoczonych w Rising Sun w dniach 15-28 sierpnia 1988 roku. Na tym Zlocie otrzymał nominację na harcmistrza.

Ojciec Adam Studziński zmarł 2 kwietnia 2008 r. w klasztorze krakowskim. Został znaleziony martwy na łóżku w swojej celi wieczorem. Uroczystości pogrzebowe odbyły się pięć dni później w Krakowie i miały uroczysty charakter. Po mszy św. w kościele Dominikanów, której przewodniczył kardynał Franciszek Macharski a kazanie wygłosił ordynariusz polowy Wojska Polskiego, biskup Płoński, kondukt żałobny przeszedł na Cmentarz Rakowicki, gdzie o. Adam Studziński pochowany został z wojskowymi honorami w Alei Zasłużonych.

Rok przed śmiercią, w Święto Niepodległości, odebrał z rąk prezydenta RP Krzyż Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wcześniej otrzymał Krzyż Waleczny, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami, Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino i Medal Wojska Polskiego oraz brytyjski Defence Medal, Star 1939-45, War Medal 1939-45 i Africa Star. Kilka miast i gmin dołączyła go do grona honorowego Obywatela.

Po śmierci plac przy kościółku św. Idziego w Krakowie, gdzie spotykał się z harcerzami został nazwany jego imieniem. A w Łodzi został o nim nakręcony dokumentalny film biograficzny.

Marek Miławicki OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marek
Miławicki OP
zobacz artykuly tego autora >