video-jav.net

Klerykalizacja. Gdzie?

Intelektualiści polscy w przeważającej liczbie piętnastu profesorów wystosowali apel do władz państwowych w związku z zatrważającym zjawiskiem klerykalizacji kraju. Wystarczy jednak zajrzeć do słownika, by dostrzec, że ta błyskotliwa diagnoza nie ma nic wspólnego z rzeczywistością

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To chwalebne, że tęgie umysły usilnie szukają odpowiedzi na pytanie: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Że padło na Kościół, nie jestem zdziwiony ani krzty, wszak w Polsce jest od dawna traktowany z buta jak bezdomne szczenię. Bo czy da się wskazać inną instytucję w Polsce, której tak krytyczną i niegasnącą atencję poświęcają wszystkie media, na której grzechach znają się wszyscy redaktorzy, na której krytyce partie budują sobie społeczny kapitał i dostają się do Sejmu i która wiecznie jest winna wszystkiemu? Nie. Taką rolę pełni u nas tylko Kościół.

Media specjalizują się w relacjonowaniu kościelnych wydarzeń, gazetowi detektywi wyszukują nieprawidłowości i skandali, telewizje miesiącami wchodzą w butach w kościelną jurysdykcję, wywierają presję na hierarchów, a tych, którym z nimi nie po drodze oczerniają bez ponoszenia odpowiedzialności. Ot, jak duchowieństwo zdominowało nasze życie!

Nie mamy bowiem do czynienia z klerykalizacją przestrzeni publicznej, ale z jej radykalną deklerykalizacją! A bajdurzenie sygnatariuszy apelu nie jest niczym innym jak entą z rzędu inkarnacją mentalności kieszonkowca, który wkładając ręce w torebkę staruszki, krzyczy: kradną!

W ciągu ostatnich miesięcy zwolniony za skorzystanie z klauzuli sumienia został dyrektor świetnie funkcjonującego szpitala, wiceminister sprawiedliwości został za poglądy wygnany z resortu i zastąpiony fanatyczną genderystką, ludzie wierzący nie mogli podpisać deklaracji wiary, ani nawet protestować przeciw bluźnierczym spektaklom bez akompaniamentu stukających się po czołach mędrców.

Bo ponoć tak nas już to katolskie duchowieństwo omotało, że wiceminister nie może być benedyktyńskim oblatem, ale poseł może być wiceprzewodniczącym loży. Biblię można targać, ale protestować przeciw spektaklom nigdy. Wierzący musi zostawić przekonania przed gabinetem i urzędem, ateista może nosić je wszędzie.

Wśród wielu zabawnych i niestety niekonkretnych zarzutów umieszczonych w apelu dla mnie niekwestionowanym numerem jeden jest domniemane blokowanie inicjatyw legislacyjnych. Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i dzieci nie została bowiem przyjęta z winy Kościoła i – jak diagnozuje prof. Środa – polityków PSL, którzy się go ponoć pilnie słuchają. Aż dziw, że przy tak potężnej władzy wetowania ustaw Kościół zawahał się w sprawie ustawy o leczeniu niepłodności i wielu innych dokumentach, które mimo wszystko zostały przepchnięte przez parlament.

Wszystko dlatego, że to mityczne wtrącanie się Kościoła do polityki, na które sygnatariusze listu i ich ideowi sprzymierzeńcy dostają ataku świerzbu, to bujda. Na resorach. Jest bowiem dokładnie odwrotnie.

Rozdział państwa od Kościoła kończy się bowiem w chwili, w której państwo czegoś potrzebuje: pomniejsi politycy łaszą się do kościelnych ławek jak koty do worka z jedzeniem, w przededniu wyborów chętnie wystają pod świątyniami, by zyskać kilka głosów, terenowe jednostki władzy zwracają się z prośbą o odczytywanie komunikatu na mszach świętych, a w telewizji prof. Środa przekonuje duszpasterza, by naciskał w sprawie feministycznych postulatów.

Jeśli ludziom niewierzącym jest w Polsce źle z powodu wszechobecności Kościoła, to dzieje się tak nie z winy tej instytucji, ale mediów i polityków, którzy na jej krytyce lub zachwalaniu kształtują sobie markę. Zamiast apelować do władz o niesłuchanie głosu Kościoła, przestańcie się nim zajmować, dajcie mu żyć swoim życiem, relacjonujcie tylko fakty, nie snujcie nieustających domysłów, nie faszerujcie wymierzonym w oglądalność obłudnym uwielbieniem dla papieża Polaka i nie przekonujcie wszystkich, że muszą mieć na temat Kościoła własne – czyli Wasze – zdanie.

I skoro już tak ładnie apelujemy: wyjdźcie z domów, pojedźcie zobaczyć innych ludzi niż Wasi wyborcy i czytelnicy i spotkajcie się z tymi, którzy dzięki temu, co Wy mądrze nazywacie klerykalizacją przestrzeni publicznej, mają co jeść i gdzie żyć. Weźcie na ręce dzieci z Downem, które chcieliście wyabortować, a które Kościół obronił, zobaczcie, jak uczniowie, których spisaliście na straty jedzą posiłek za parafialne pieniądze, przytulcie w noclegowniach bezdomnych staruszków, którym do zaproponowania macie tylko eutanazję i zobaczcie jak żyją wielodzietne rodziny, którym z braku funduszy chcielibyście odebrać pół potomstwa.

Spotkajcie ich i powiedzcie, że ich życie jest przesadnie sklerykalizowane. Jeśli nie zabiją Was śmiechem, to tylko przez grzeczność.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

My – katolicy. Jesteśmy inni

Zawsze nieprzychylnie reagowałem na działania ewangelizacyjne, których priorytetem jest pokazanie, że oto my, katolicy, jesteśmy tacy sami jak Wy, niewierzący! Bo to nieprawda. Nie jesteśmy.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Takie ocieplanie wizerunku jest o tyle niedorzeczne, że przecież nikt nie ma wątpliwości, że też jesteśmy ludźmi. Medialne zdziczenie jeszcze nie opanowało naszej kultury do tego stopnia, byśmy byli powszechnie traktowani jak baba z brodą – dziwna atrakcja w cyrku. Może i jesteśmy czasem obywatelami drugiej kategorii, ale usilne udowadnianie wszystkim wokół, że też się śmiejemy, że mamy te same potrzeby itp. to strzał kulą w płot. Ot, źle celujemy.

Bo nie tak samo działamy, nie z tego samego się śmiejemy, nie mamy tylko takich samych potrzeb. Mamy też inne – wyższe, lepsze. Bo jesteśmy wyjątkowi. Nie jak przysłowiowa baba z brodą, ale jak czterolistna koniczyna.

Katolik nie jest posłany po to, by wtapiać się w tłum, ale by wyrastać ponad. Co to za ewangelizacja, która pokazuje, że niczym się nie różnimy od niewierzących? Trzeba pokazać to, co wyższe i tym pociągać do wiary resztę ludzi, a nie swoją normalnością. Przecież i poganie tak czynią – pomyślą inni i pójdą swoją drogą. Niestety wielu z nas tę misyjną świadomość zatraciła. Ja też biję się w pierś.

Podróż autobusem, w którym niemiłosiernie śmierdzi od bezdomnego człowieka, nie może stanowić dla katolika szansy na synchroniczne odwracanie głowy wraz z resztą współpasażerów. To nie konkurs, kto dłużej wstrzyma oddech. To trudne, wiem, ale gdyby Jezus wsiadł do tego samego autobusu, najprędzej podbiegłby do właśnie tego znienawidzonego współpasażera i przytulił. Nie jesteśmy jego dobrymi uczniami, gdy nie bierzemy przykładu z niego, ale razem z innymi odwracamy wzrok. Kto z nas o tym pamięta?

My - katolicy. Jesteśmy inni

Wiara rodzi się z przykładu, z ludzkiego zachwytu i tęsknoty do bycia kimś lepszym, do doświadczania czegoś lepszego.

W firmie wszyscy kradną poza jednym. Uczciwy do przesady, nawet ołówka do domu nie weźmie! Co to za dziwny etos pracownika? – cytuję z pamięci pewnego człowieka. Co za etos? Dekalog. Mało tego, że dekalog, ale jeszcze spełniany z radością! Skąd ten gość to bierze? – z tej refleksji nad przykładem narodziło się sporo dobra.

fragment obrazu Henryka Siemiradzkiego

Gdy faceci w swoim gronie opowiadają sobie wszelakie zbereźności, naginają fakty, by lepiej wyglądać i konfabulują, jak to się z dziewczynami nie posprawdzali, czego to nie robili, a w ich grupce pojawia się ten, który tematu nie podejmuje, bo nie ma o czym opowiadać – staje się pośmiewiskiem. To chore, smutne i prawdziwe. Ale przykład głębi relacji, dostrzegania piękna, których zadyszani kowboje nigdy nie byli w stanie doświadczyć, obraz miłości uczciwej i otwartej nie takich samców alfa już pociągał.

Zachowując pewne proporcje, to trochę jak chrześcijanie, którzy szli odważnie na śmierć za panowania Nerona lub innych psychopatów. Budził się dla nich szacunek, który zastępował współczucie. Byli w stanie oddać życie za coś, a mówili przy tym, że raczej za Kogoś. I nagle wszyscy chcieli tego Kogoś poznać.

Nie jesteśmy tacy jak inni – jesteśmy uzdolnieni do lepszych rzeczy niż zgnuśnienie i przykładanie się do normy statystycznego Kowalskiego. Ewangelizacja, która tego nie pokazuje jest

tylko słabą odmianą apologetyki. Słabą i nieskuteczną.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >