video-jav.net

Labor macht Frei

To znany w świecie chrześcijańskim schemat: pogańskie miejsce, data zostają odarte z pierwotnego pustego kultu i zaadaptowane przez wiarę i kulturę katolicką. Chrystianizacja zawsze obalała fałszywych bogów razem z przedmiotami ich adoracji, często – dla wygody i łatwiejszej adaptacji – wypełniając powstałą pustkę chrześcijańskim sacrum.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W Polsce bardzo żywym tego przykładem jest klasztor ustanowiony na Łysej Górze. Ale historia tego miejsca jest dużo ciekawsza niż można by przypuszczać.

Jeszcze nim ustanowiono tu klasztor, w którym benedyktyni mogliby realizować swoje Ora et labora – co miało miejsce wg różnych źródeł w XI lub XII w. – prasłowiańskie ludy uczyniły tę górę miejscem kultu dla trzech mitycznych bóstw. Jedno z nich z całą pewnością patronowało tutejszym kowalom i hutnikom, co prowadzi nas do kolejnej tajemnicy tego wzgórza. Już około II wieku powstał tu największy (oczywiście poza Rzymskim Imperium) ośrodek wyrobu żelaza! Podejrzewa się, że pogański kult już wtedy zaczął nabierać mocy. Kto wie? Być może nim został wyrugowany z tego miejsca rozwijał się całe tysiąclecie?

Co ciekawe pogańska adoracja trzech bogów została w tym miejscu zastąpiona kultem Trójcy Przenajświętszej, bowiem takie było wezwanie pierwszej chrześcijańskiej świątyni zbudowanej w tym miejscu przez polskiego króla.

Najstarsze polskie Sanktuarium jest jednak wyjątkowe z innego powodu. Jest to bowiem Sanktuarium Relikwii Świętego Krzyża. Dość karkołomnym zadaniem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: skąd w posiadaniu miejscowych tak wyjątkowy skarb? Jak zawsze w takich przypadkach z pomocą przychodzą nam legendy.

Labor macht Frei

Wg najpopularniejszej z nich węgierski książę Emeryk (późniejszy święty), który przyjechał do Polski, aby doglądać państwowych interesów z miejscowym królem otrzymał od swojego ojca błogosławieństwo i relikwie na drogę, aby strzegły go od niebezpieczeństw. Złoty relikwiarz noszony na szyi (tzw. enkolpion) zawierał fragmenty krzyża z Golgoty, w których posiadanie królewski ród mógł wejść dzięki wychowawcy księcia, Gellertowi – weneckiemu opatowi. Podczas polowania na Łyścu Węgier popędził za jeleniem w środek lasu i gdy miał oddać strzał z łuku, został oślepiony przez blask bijący od krzyża, jaki pojawił się między rogami zwierzęcia. Emeryk po powrocie z polowania oddał relikwie polskiemu królowi i poprosił, aby we wskazanym przez niego miejscu postawiono świątynię. Ten właśnie podarunek można dziś adorować w Kaplicy Relikwii Drzewa Krzyża Świętego.

Należy oczywiście wziąć poprawkę, że legendy rządzą się swoimi prawami i – dla przykładu – wielu kronikarzy przyjmujących powyższą wersję historii jednocześnie datuje to wydarzenie na kilka lat przed… narodzinami Emeryka. Jednak dostarczenie relikwii do Polski przez węgierskiego dostojnika wydaje się jak najbardziej prawdopodobne. Od czasu ich wprowadzenia na Łysą Górę miejsce to stało się sławne na całą Polskę i Europę.

Jednak moneta, którą odwrócono wprowadzeniem chrześcijaństwa i wzrostem adoracji krzyża została ponownie przekręcona na pogańską stronę. Po wojnach napoleońskich i stworzeniu Kongresowego Królestwa nastąpiła kasata zakonu. Po całej Polsce rozprzedano wszystko, co przez kilka ostatnich wieków udało się benedyktynom zgromadzić. Spieniężono nawet najtańsze i najmniejsze przedmioty. Relikwie udało się jednak przenieść do Nowej Słupii.

Miejsce podupadało. Stało się nawet państwowym więzieniem dla osadzonych duchownych. Gorzka ironia osiągnęła szczyt, gdy sto lat później nad wejściem na dawny teren klasztorny umieszczono napis Arbeit macht Frei. Siedziba benedyktynów stała się obozem zagłady, w którym masowo uśmiercano wrogów III Rzeszy. A gdy niemieccy żołnierze wraz z jeńcami uciekli, wkroczyli radzieccy, którzy nie znalazłszy innych rozrywek bezcześcili groby i na przykład zmumifikowane ciało księcia Jeremiego Wiśniowieckiego pozbawili głowy, przyprawiając mu inną, pochodzącą z grobu anonimowego zakonnika.

Na szczęście dziś klasztorem opiekuje się zakon Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, dzięki czemu niewiele jest tu przykrych pamiątek po najczarniejszych kartach historii tego miejsca. Relikwie Świętego Krzyża wystawione są na wieczystą adorację w przezroczystym tabernakulum, dzięki czemu Sanktuarium promienieje sacrum, a nie tylko wielowątkową, nie zawsze słoneczną opowieścią, której nie można zmieścić w żadnej książce. Warto tego doświadczyć.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Dama na Krzemionkach

Niedaleko kopca Krakusa na wzgórzu Lasoty znajduje się drobny, niepozorny kościółek pw. św. Benedykta. Mało kto wie, że to prawdopodobnie najstarsza świątynia w Krakowie. Ale nie tylko ten fakt czyni to miejsce wyjątkowym.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Świątynia ta zbudowana jest na zboczu urwiska. Jest to właściwie niespotykane nigdzie rozwiązanie. Kościołów nigdy nie stawiano w taki sposób, przeciwnie – raczej starano się, aby dojście do świątyni było łatwe. Także wtedy, gdy budowano je na wzgórzu. Wyjaśnienie tej zagadki dostarczyły nam przeprowadzone w latach ’60 badania archeologiczne kierowane przez prof. Wiktora Zina, późniejszego wiceministra Kultury i Sztuki. Okazało się, że kościół został zbudowany na terenie małego pałacu pochodzącego jeszcze z czasów przed polską państwowością! Pod posadzką dzisiejszej świątyni znaleziono fragmenty ceramiki, które archeologowie datują na X-XI wiek. Oznacza to, że prawdopodobnie, kiedy na terenie dzisiejszego Wawelu rządzili Wiślanie, po drugiej stronie rzeki mieszkał inny, konkurencyjny władca. Nie zachowały się jednak o nim nawet legendy, wobec czego historycy podejrzewają, że wraz z poddanymi został starty przez wspomniane plemię Wiślan.

Historia powstania samego kościoła na Krzemionkach nie jest znana. Zakłada się, że budynek został przerobiony na świątynię dzięki benedyktynom, którzy zajmowali się chrystianizacją tych terenów. W XII wieku była to już siedziba sióstr norbertanek. Przez wieki kościół był gruntownie przebudowywany – najpierw na styl romański, później nadano mu charakter bardziej barokowy.

Dziś kościół ten można podziwiać właściwie tylko z zewnątrz. Jest otwierany jedynie dwa razy w roku: 21 marca w dzień św. Benedykta oraz we wtorek w Oktawie Wielkanocnej. W tym czasie odbywa się tzw. odpust Rękawki. Są dwie hipotezy dotyczące nazwy – albo wynika ona z legendy, według której kopiec Kraka został usypany przez przenoszenie ziemi w rękawie albo też pochodzi od chorwackiego rakev, tzn. kopiec. Bardzo prawdopodobne, że zrzucanie z wzgórza jedzenia i pieniędzy (bo pierwotnie taką odpusty przyjmowały formę) to ewolucja jakiegoś pogańskiego obrzędu. Na to zresztą wskazywałoby zaanektowanie pierwszego dnia wiosny i ustanowienie w tej dacie święta patrona.

Jest to zatem świątynia bardzo stara. Wspomina o niej nawet Jan Długosz w swojej „Księdze nadań”. Tak stare, a przez to tajemnicze miejsca fascynują. Ponieważ ludzka wyobraźnia nie zna granic i nie znosi pustki, miejsce obrosło legendą.

Opowiada ona o duchu pewnej księżniczki, który co noc nawiedza to miejsce. Księżniczka za życia lekką ręką wydawała pieniądze poddanych na swoje przyjemności i kaprysy. Nigdy nie liczyła się z groszem, którego nie brakowało, bo zdobywała go od swojego ludu bez wysiłku. Gdy umarła, dawny pałac całkowicie upadł, opustoszał i stał się siedzibą zbójców. Do życia przywrócili go dopiero benedyktyni, którzy jednak uczynili z niego świątynię, a w niej ołtarz postawiony – przypadkiem lub nie – na miejscu pochówku księżniczki. Była to jedna z form pokuty narzuconej na Czarną Damę na Zbóju, jak została nazwana ze względu na powyższą historię.

Jak to zwykle bywa w legendach, Czarna Dama strzeże ogromnych skarbów. Może zostać uwolniona od swojej pokuty tylko przez śmiałka, który odważy się przyjść w to miejsce nocą, oznajmić, że chce ją odczarować i wtedy otrzymane od ducha pieniądze musi jak najszybciej wydać w krakowskich lokalach na jedzenie i picie. Gdy to mu się uda, Księżniczka zostanie odczarowana, a śmiałek „odziedziczy” po niej skarby.

Mówi się, że znalazł się młodzieniec, który podjął wyzwanie. Z pieniędzy, które otrzymał do zmarnowania pozostał w jego kieszeni tylko grosz. Gdy wędrował na Krzemionki, aby zameldować wykonanie zadania minął przy Podgórskim Mieście żebraka, któremu rzucił ostatni pieniądz. Okazało się jednak, że nie był to żebrak, a przebrany diabeł, który skusił go do takiej formy oszustwa. Za to młodzieniec został zabity poprzez urwanie głowy. Według jednej wersji legendy zrobił to sam diabeł, inni twierdzą, że zrobiła to rozwścieczona niepowodzeniem pokutująca księżniczka.

Dziś nikt już nie wierzy w legendę o Czarnej Damie. Została włożona na półkę pomiędzy bajki. Ale tego samego nie można zrobić z wyjątkowością najmniejszego i najstarszego kościoła w Krakowie. Dobrze jest poznać jego historię, a jeszcze lepiej – odwiedzić i doświadczyć. I do tego zachęcam.

Dama na Krzemionkach

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >