Patrioci z Marszu Niepodległości

Dziesiątki tysięcy osób na Marszach Niepodległości to polscy patrioci. Nie faszyści, nie naziści, nie bandyci - choć często taką łatkę im się przykleja

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Uczestnicy Marszu Niepodległości to normalni ludzie, których spotykacie codziennie w drodze do pracy, w kawiarni i kinie, tramwaju, na klatce schodowej… Wszędzie. Młodzi i starsi. Kobiety i mężczyźni. Rodzice z dziećmi. Harcerze, księża, studenci, kibice, robotnicy… Wszyscy.

 

Czarne kaptury, czarne kominiarki i okulary. Czarne bluzy. Na dłoniach czarne rękawiczki. Kilkadziesiąt czy sto lub dwieście osób – trudno ocenić. Czekają. Jest 11 listopada 2011. Święto Niepodległości. Warszawa, ulica Marszałkowska. Zaraz ruszy Marsz. Podchodzę, robię zdjęcia. Nie jestem zamaskowany, nie robię zdjęć z ukrycia. Widać, że jestem dziennikarzem – łatwo nas odróżnić, chociażby po sprzęcie fotograficznym. A jak ktoś pyta zawsze się przedstawiam, pokazuję legitymację. Jedno zdjęcie, drugie, kolejne… Patrzą na mnie. Jeśli ktoś nie miał kominiarki – szybko zasłania twarz: ręką, chustą, maską – czymkolwiek. Maska z horroru “Krzyk” pokazuje mi środkowy palec… Jestem na Kolorowej Niepodległej. Kontrmanifestacji wobec Marszu Niepodległości, zorganizowanej przez środowiska lewicowe.

 

Przyszedłem właśnie tutaj, bo nie mogłem uwierzyć, że ktoś w stołecznym Ratuszu wydał zgodę, by na drodze Marszu Niepodległości stanęli lewicowcy z Kolorowej Niepodległej. To zabawa zapałkami w fabryce prochu. Wiedziałem, że będzie gorąco, że muszą się zetrzeć. Władza też wiedziała. Wysłała na ulice uzbrojonych (strzelby gładkolufowe, kaski, tarcze, kamizelki, armatki wodne itp) policjantów. Zawsze takich wysyłają, jak wiedzą, że będzie zamieszanie.

 

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego o manifestacji sprzed kilku lat? Bo tu tkwi klucz do zrozumienia fenomenu Marszu Niepodległości i manipulacji tym, co tam się dzieje. Rozrabia grupka, a tysiące, tysiące zwykłych ludzi idzie radośnie.

 

W gotowości na zamieszki. Foto Sławomir Dynek CogitoMedia

W gotowości na zamieszki. Fot. Sławomir Dynek CogitoMedia

 

Marsz Niepodległości został zainicjowany przez środowiska narodowe. Szybko zyskał zwolenników wśród osób niezaangażowanych politycznie. Stał się manifestacją patriotyczną, na którą nie trzeba zwozić uczestników autokarami. Ludzie po prostu chcieli w nim uczestniczyć – nagle stał się wydarzeniem, na którym warto być. I okazało się, że chcą tu być dziesiątki tysięcy, z biało czerwonymi flagami.

 

11-go listopada 2011 roku ludzie gromadzą się w pobliżu rotundy w centrum Warszawy. Marsz Niepodległości rusza wreszcie z ronda Dmowskiego. Nieprzebrany tłum z biało czerwonymi flagami. Kolorowa Niepodległa, malutkie zgromadzenie, czeka w okolicy pl. Konstytucji. To jeden, dwa przystanki tramwajowe. Blisko. Wcześniej, w pobliże lewicowej “czarnej grupy” dotarli ci z Marszu Niepodległości, którym trudniej poruszać się w tłumie. Osoby starsze, matki z wózkami, jest ktoś na wózku inwalidzkim. Nagle, w ich kierunku, z tłumu za moimi plecami lecą butelki i słoiki wypełnione jakąś farbą, czymś… Ciężkie. Jeśli kogoś trafi w głowę… Zamieszanie. Ktoś biegnie, ktoś krzyczy. Lecą te butelki. Szarpanina zamaskowanych postaci z policją. Policja odprowadza do karetki mężczyznę z zakrwawioną twarzą. A nawet nie dotarło tu jeszcze czoło marszu. Jakaś starsza kobieta, z biało czerwoną chorągiewką, staje przed szpalerem policji. Nie wie co zrobić dalej. Jakiś pan w sile wieku łapie mnie za ramię: Proszę pana! Co tu się dzieje!? O co chodzi?! – krzyczy do mnie. Którędy mam iść? – pyta. Co mam mu odpowiedzieć? Przecież mieli spokojnie przejść Marszałkowską… A wpadli w pułapkę, kocioł.

 

Jak się zaczęło w ten sposób, to już nie było szans na spokojne dotarcie Marszu do mety. Zamieszki. Telewizje pokazują bitwę między policją a ludźmi w kominiarkach. Część krewkich uczestników Marszu Niepodległości, Kolorowej Niepodległej – wybiera burdę między sobą i policją. Już nie ważne kto zaczął. Wszystko się miesza. Nikt już nie kontroluje tego, co dzieje się na pl. Konstytucji. Policja odcina plac od reszty miasta. I to trafia na czołówki przekazów w TV, radiu, internecie i do gazet. Choć marsz poszedł dalej. Większość ludzi chciała to przejść spokojnie. Część została odcięta w bocznych ulicach. Na ul. Pięknej grupa dziewcząt, harcerek. Niedowierzanie na twarzach. Bezradnie tkwią w miejscu i patrzą na to, co się dzieje.

 

fot. Mateusz Ochman

 

Megafony policyjne wzywają dziennikarzy do opuszczenia pl. Konstytucji. Podobne wezwania lecą w kierunku manifestantów. Większość jest spokojna, ale znaleźli się między młotem a kowadłem. Plac pustoszeje. Leżą kostki brukowe, szkło, jakieś deski, kosze na śmieci. Dostaję się na ul. Waryńskiego. Teraz od placu oddziela mnie kordon policji i armatki wodne. Przechodzą ostatni manifestanci. Pojawiają się Zbigniew i Zofia Romaszewscy. Też byli na placu. Dwóch mężczyzn kładzie się na asfalcie i przykrywa białoczerwoną flagą. Chcą powstrzymać armatki wodne, ale te już nie jadą dalej. Marsz już odszedł daleko. Jak się potem okaże – nie to będzie “jedynką” przekazu. Gonimy za Marszem Niepodległości. Dzisiaj jeszcze będzie dużo zamieszania.

 

Po tym dniu, ktoś jednym rysunkiem oddał istotę manipulacji. Ten rysunek krąży w internecie. Pół kartki zapełnia spokojny tłum. Głowa przy głowie, z biało czerwonymi flagami. I nie ma dziennikarzy. Drugie pół jest czyste. Tylko w dolnym rogu jakiś człowiek niszczy samochód TVNu. I przy nim tłumek dziennikarzy. Ale reporterzy, którzy są w miejscach takich gorących wydarzeń są w trudnej sytuacji. Muszą być tam, gdzie są zamieszki, chociaż redakcje powinny zadbać o to, by relacjonować całość wydarzenia.

 

Przed każdym 11 listopada atmosfera gęstnieje. Środowiska lewicowe alarmują, że zbliża się faszyzm, nacjonalizm itp. Wśród obrażanych w ten sposób znajdują się tacy, którym puszczą nerwy. Są też tacy, którzy przyjeżdżają bić się z policją. Są także tacy, którzy na wszelkie sposoby prowokują uczestników Marszu. I kółko się zamyka. Ale ich jest zdecydowana mniejszość. Tylko w mediach wyrosła na armię. Kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy uczestników Marszu Niepodległości chce spokojnie cieszyć się wolnością. Świętować. Chce przejść przez Warszawę w białoczerwonym marszu. Zderzają się tu dwie narracje. Zamaskowani z Kolorowej Niepodległej niosą transparent z napisem “Faszyzm nie przejdzie” i “Faszyzm niejedno ma imię”. Odkryte twarze idą pod hasłem “Polska zawsze niepodległa”. Te światy są tak odległe… Gdzieś w oddali, zawieszony nad tłumem majaczy mi transparent z napisem “Miłość do Boga i Polski nie jest faszyzmem”.

 

Nie wiem, jak będzie w tym roku. Ale pewnie znowu przyjdą dziesiątki tysięcy radosnych patriotów, w biało czerwonych szalikach, z polskimi flagami, w bluzach z orłami albo symbolami Polski Walczącej. I dzięki internetowi zobaczą się i policzą.

 

Opisałem, co widziałem.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Kochać jak Fryderyk Chopin

Ojczyznę wyssał z mlekiem matki, wychowany w wartościach, żył w ciekawych czasach i inspirował się otaczającym światem

Sabina Treffler
Sabina
Treffler
zobacz artykuly tego autora >

Zamieszczone w artykule wykonania utworów Fryderyka Chopina zostały zarejestrowane podczas XVII Międzynarodowego Festiwalu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w październiku 2015 roku.

 

Fryderyk Chopin komponował utwory zrozumiałe dla publiczności na całym świecie. Wystarczy znaleźć do niego odpowiedni klucz – tęsknota za Ojczyzną, literatura lub duchowość.

 

Zacznijmy może od czegoś lekkiego. W utworach Chopina przejawy tęsknoty za Ojczyzną i wspomnienia związane z Polską wiążą się głównie z najprzyjemniejszym dla Fryderyka okresem, czyli dzieciństwem. Jego Mazurki, jak większość pamięta ze szkolnych lekcji muzyki, były inspirowane wspomnieniami z wakacji 1824-25 spędzonych we wsi Szafarnia na Kujawach. To tam nastoletni pianista poznał muzykę ludową, której impresje w latach 1825-49 stały się podstawą do napisania 57 mazurków.

 

Patriotyczne pobudki towarzyszyły jednak kompozytorowi dopiero głównie po wyjeździe z Polski w podróż do Francji. Pierwsze święta Bożego Narodzenia, które miał spędzić na obczyźnie natchnęły go do umieszczenia w Scherzu h-moll op. 20 motywów z polskiej kolędy “Lulajże Jezuniu”. Melodia spokojnej kołysanki rozrywana jest wystrzałami akordów. Warto pamiętać, że utwór był komponowany w trakcie Powstania Listopadowego. Najbardziej kojarzącym się z tym wydarzeniem utworem jest najczęściej przychodząca nam na myśl Etiuda c-moll op. 10 nr 12, zwana potocznie “Rewolucyjną“.

 

 

Chopin napisał ją po informacji o upadku Powstania Listopadowego w 1831 r. Utwór idealnie oddaje uczucia, które targały wtedy polskim kompozytorem. Gorycz porażki, tęsknota za bliskimi oraz żal, że nie mógł być wtedy w kraju.

 

Te czytelne dla Polaków elementy są dla nas najprostszym kluczem do zrozumienia jego muzyki. Jednak są przedstawione w na tyle uniwersalny sposób, by mogli naszą historią zainteresować się obcokrajowcy. Niejednokrotnie trudno jest im w pełni zrozumieć tragizm wydarzeń. Większość uczestników minionego już XVII Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego przyznawała, że wizyta w Polsce i spacery śladami Chopina były impulsem do głębszego zrozumienia jego twórczości. Jedna z uczestniczek konkursu przyznała, że oglądała nagrania ludzi tańczących walce i polonezy, a nawet sama próbowała tańczyć. Taki zabieg pomógł jej w uzyskaniu poprawnej interpretacji i uchwyceniu charakteru utworów.

 

Bardziej zaawansowany poziom rozumienia Chopina to twórczość inspirowana literaturą. Obcokrajowcom trudno odczytać polską poezję, mimo istnienia tłumaczeń. Jednak w większości przypadków ułatwieniem jest forma. Jak podają niektóre źródła, Chopin komponując ballady inspirował się balladami zapisanymi przez Adama Mickiewicza. Sam kompozytor nigdy tego nie przyznał, ale wnikliwy słuchacz jest sobie w stanie wyobrazić snującą się balladę “Świtezianka” słuchając chopinowskiej Ballady As-dur op. 47.

 

 

Zachęcam do takiego eksperymentu w chwili wolnej. Chopin idealnie zobrazował już w pierwszych akordach wyłaniającą się z wody powabną nimfę, spokojne fale jeziora Świteź, następnie flirt, namiętności i kłótnię kochanków, a także ukaranie młodzieńca, który oszukał Świteziankę.

Nawet niechętni poezji ludzie są w stanie znaleźć przyjemność w odnajdywaniu muzycznych obrazów. Dopiero po spełnieniu tego warunku możemy przejść do kolejnego etapu.

 

Najbardziej zaawansowanym elementem twórczości była duchowość Fryderyka Chopina. Idealnie została ona nakreślona w książce Jerzego Klechty. Przytacza on m.in. list ks. Aleksandra Jełowieckiego, przyjaciela Chopina, który towarzyszył mu w ostatnich chwilach życia. Po śmierci kompozytora pisał o jego zmaganiach duchowych i słabnącej wierze w paryskim towarzystwie artystów i melomanów. Miał on niewielu dobrych przyjaciół, a złych, to jest bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami. A tryumfy jego w sztuce najwnikliwszej zagłuszały mu w sercu Ducha Świętego jęki niewypowiedziane. Pobożność, którą z łona Matki Polski był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich, wsiąkała coraz bardziej w chwycony umysł jego, i na duszyjego, jak chmurą ołowianą, osiadła zwątpieniem. – pisze ks. Jełowiecki. Jednak w ostatnich chwilach życia zawołał kapłana, by się wyspowiadać i spokojnie móc opuścić ziemski padół.

 

Fryderyk był jak każdy z nas – Ojczyznę wyssał z mlekiem matki, wychowany w wartościach, żył w ciekawych czasach i inspirował się otaczającym światem. Upadał i podnosił się. Nic więc dziwnego, że słuchając jego utworów gdziekolwiek na świecie się znajdziemy, rozpoznajemy jego charakterystyczny styl i czujemy dumę z wybitnego rodaka. Trudno przecież nie kroczyć z podniesioną głową słysząc Poloneza As-dur op. 53.

 

 

Sabina Treffler

Dziennikarka Gazety Polskiej Codziennie


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sabina Treffler

Sabina Treffler

Dyrektor Projektów Medialnych Instytutu Nowych Mediów. Absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach, Dyplomacji Publicznej w Collegium Civitas w Warszawie oraz Marketingu Kultury na Uniwersytecie Warszawskim. Szlify dziennikarskie zdobywała w Dziale Świat "Gazety Polskiej Codziennie". Zastępca red. nacz. Wszystko Co Najważniejsze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Sabina Treffler
Sabina
Treffler
zobacz artykuly tego autora >