Świętość od kuchni

Czego nie wiemy o Janie Pawle II. Tajemniczy stolik. Koniec zamieszania w Watykanie. Bliskie spotkania mistycznego stopnia. Relikwia nie załatwia sprawy. List niby z Rzymu, a jednak prosto z nieba. Jan Paweł II – domokrążca. Strasznie niewygodne buty. Brygida G. przechodzi sprawdzian z kompetencji dziennikarskich.

Świętość od kuchni

Brygida Grysiak

z Brygidą Grysiak rozmawia Mikołaj Foks

MIKOŁAJ FOKS: Jan Paweł II jest skarbnicą świętości dla wielu Polaków, i nie tylko dla nich. Czym zafascynował panią?

BRYGIDA GRYSIAK: Dobrocią, prostotą serca, tym, że modlił się za każdego, kogo spotkał, a z przyjaciółmi z Krakowa kolędował przez telefon. Tym, że był twardy, a jednocześnie czuły. Wymagał, ale kochał bez granic. Mogłabym w nieskończoność mnożyć powody mojej nim fascynacji. A przy tym w kwietniu 2005 roku nastąpił w moim życiu prawdziwie kopernikański przewrót. Kiedy Jan Paweł II umierał na oczach całego świata, odkryłam jego siłę na nowo. Potem, dzięki pracy nad książką Najbardziej lubił wtorki – która właściwie „przyszła” do mnie przypadkowo, bo ktoś zadzwonił z wydawnictwa, pytając, czy nie zrobiłabym wywiadu z abp. Mieczysławem Mokrzyckim – zaczęłam wchodzić głębiej w życie, codzienność, w tę świętość od kuchni Jana Pawła II. A to jest taki człowiek, że im więcej się o nim wie, tym bardziej się go kocha.

Można odnieść wrażenie, że papież – przez swoją dostępność – stał się właściwie dla nas taką postacią bez tajemnic.

Ale my jeszcze wszystkiego o nim nie wiemy. Nieodkryty pozostaje jego mistycyzm, który dla mnie jest u Jana Pawła II czymś szczególnie fascynującym.

Może w takim razie od jego śmierci upłynęło jeszcze za mało czasu, by tę sferę „ruszać”?

Pewnie tak. Zwłaszcza że ludzie, którzy naprawdę dobrze znali Karola Wojtyłę i byli z nim przez długie lata, o pewnych kwestiach nie chcą na razie mówić.

W czasie spotkań Dominikańskiej Szkoły Wiary, które stały się przyczynkiem do powstania tej książki, żaden z gości nie sięgnął po przykład Jana Pawła II.

Może to banalne?

Świętość od kuchni

No właśnie.

Ja się chyba nie boję banału. Uważam, że ciągle za mało znamy Jana Pawła II. Dlatego trzeba o nim mówić. O tym, jaki był i czego nas uczył. Dobrze, że jest wielu wspaniałych ludzi, którzy naprawdę ciężko pracują nad tym, by po Karolu Wojtyle zostało w nas coś więcej niż tylko historie o kremówkach. Zaczynając od Centrum Myśli Jana Pawła II, na lokalnych szkołach i parafiach kończąc. Sama pisząc kolejną książkę o papieżu, nieraz czułam dreszcze, bo – dzięki opowieściom ludzi, którzy byli blisko niego – odkrywałam nowe wątki, nowe fakty i emocje, o których wcześniej nie miałam pojęcia.

Jan Paweł II stanowi oś naszej rozmowy, ale przecież wokół tej osi, jak po orbicie, krążą różne inne postaci świętych.

Pisząc Najbardziej lubił wtorki, zapytałam abp. Mokrzyckiego o św. Stanisława, bo wiedziałam, że była to postać dla Jana Pawła II szczególnie ważna i słyszałam, że papież miał w swojej kaplicy jego relikwie. Arcybiskup tak mi odpowiedział: „Miał ich dużo więcej, około dziesięciu, między innymi śś. Piotra i Pawła – kiedy prowadzono badania grobu św. Piotra, zostały przeniesione w specjalnej szkatułce do prywatnej kaplicy Ojca Świętego. Były relikwie wspomnianego św. Stanisława, był włos św. Maksymiliana Kolbego, były relikwie św. Brata Alberta. Jeśli dobrze pamiętam, to także siostry Faustyny. Całował je za każdym razem, kiedy obok nich przechodził. A kiedy nie mógł już chodzić, woziliśmy go na wózku i zawsze zatrzymywaliśmy się przy tym stoliku z relikwiami, żeby Ojciec Święty mógł oddać im cześć, żeby mógł je ucałować. Otaczał je bardzo osobistym kultem”.

Kto znajdował się w gronie ulubionych świętych Jana Pawła II?

Arcybiskup Mokrzycki wymienia wśród nich oprócz św. Stanisława, także Wojciecha, Franciszka z Asyżu i oczywiście Jana od Krzyża. Papież szczególnym kultem otaczał również siostrę Faustynę. Jest coś niezwykłego w tym, że Karol Wojtyła, jeszcze jako biskup krakowski, odczytał Boży plan dotyczący jej przesłania. On już wtedy wiedział, że musi spróbować odkręcić całe to zamieszanie w Watykanie wokół Faustyny i jej Dzienniczka. Był w tym działaniu tak uparty, że w końcu doprowadził do wyniesienia jej na ołtarze. Zresztą Ewa Czaczkowska, autorka świetnej biografii św. Faustyny, mówi, że pewnie przyjdzie taki czas, kiedy Jan Paweł II zostanie doktorem Kościoła właśnie ze względu na kult Bożego miłosierdzia.

Świętość od kuchni

Jan Paweł II rzeczywiście stał się takim „adwokatem” Faustyny, ale czy możemy coś powiedzieć na temat jego osobistego stosunku do niej? Kim ona dla niego była?

Jedno możemy powiedzieć na pewno: była dla niego kimś bardzo ważnym. Siostra Elżbieta Siepak, która wie o Faustynie po prostu wszystko, jest przekonana, że musiała istnieć między nimi jakaś wielka mistyczna przyjaźń. Podobnie zresztą, jak między Janem Pawłem II a siostrą Łucją. Tyle tylko, że z Faustyną nigdy na ziemi się nie spotkał. Kiedy Karol Wojtyła przyjechał z ojcem do Krakowa, siostra Faustyna zmarła. Po latach przyznał, że kiedy – w drodze do fabryki Solvay – przychodził do maleńkiej kaplicy w Łagiewnikach, niewiele o Faustynie wiedział. Ale – już jako papież – mówił, że to było jego osobiste doświadczenie, które zabrał ze sobą na Stolicę Piotrową i które kształtowało obraz jego pontyfikatu. Podczas beatyfikacji i kanonizacji zwracał się do niej w homilii per „Faustyno”, po przyjacielsku. Pozdrawiał ją. Była w tym jakaś czułość. Dobrze pamiętam pielgrzymkę papieża do Polski w 2002 roku i ten jego apel na krakowskich Błoniach: „bądźcie apostołami Bożego miłosierdzia”, który ja osobiście traktuję jako element testamentu Jana Pawła II. Patrząc wtedy na te tłumy ludzi, pomyślałam, że my miłosierdzia Bożego chyba do końca nie rozumiemy i ten papież został nam dany także po to, żeby je nam wytłumaczyć. A jemu po to została dana Faustyna. Zresztą Faustyna też należy do moich ulubionych świętych.

Co się pani w niej tak podoba?

Jest prosta, skromna, szczera. Jest prawdziwa. I ma w sobie dużo uroku. Poza tym, przy okazji różnych małych życiowych trudności staje mi przed oczyma z wielkim garem ziemniaków, kiedy skarży się Chrystusowi, że już nie da rady, że to za ciężkie i prosi Go, by jej pomógł. I On jej pomaga. A przy odcedzaniu tych ziemniaków ona jeszcze znajduje na dnie garnka przepiękne róże – kolejna historia, która prowadzi mnie do myśli o teologii codzienności. Skoro Pan Bóg jest wszędzie, to ta świętość też musi być bardzo codzienna. Chciałabym, by młodzi ludzie, którzy ciągle szukają swojej drogi, wiedzieli, że życie z Panem Bogiem jest takie po prostu.

I że świętość jest taka normalna?

Jan Paweł II konsekwentnie nam pokazywał, że świętość jest w zasięgu ręki. To dlatego wyniósł na ołtarze rzesze ludzi, za co zresztą – jako rekordzista w beatyfikowaniu i kanonizowaniu – był przez niektórych krytykowany. Dla mnie dość oczywistym przykładem takiej właśnie „strategii” Jana Pawła II jest beatyfikacja, a potem kanonizacja Joanny Beretty Molli. To była piękna kobieta, lekarka aktywna zawodowo, modna, malująca paznokcie, chodząca do opery i po górach, zakochana bez pamięci w swoim mężu.

Ale zrobiła jednak też coś heroicznego, bo kiedy lekarze w związku z chorobą kazali jej wybierać: albo przeżyje ona, albo dziecko, z którym właśnie była w ciąży, to ona wybrała życie dziecka, a sama zmarła tydzień po porodzie.

Myślę, że Jan Paweł II wyniósł ją na ołtarze, bo chciał, żeby młode dziewczyny mogły się w kimś takim dzisiaj przejrzeć. I nie chodzi wcale o to, by nakłaniać je do heroizmu pod tytułem „oddam życie za moje dziecko”, ale o to, by im pokazać, że świętość to opcja również dla zwykłych żon, matek, kobiet spełniających się zawodowo. Jan Paweł II świetnie wiedział, że nadchodzą czasy, w których kobietom będzie coraz trudniej łączyć życiowe role. Joanna Beretta Molla robiła to w sposób fascynujący, jednocześnie, a może przede wszystkim, budując życie swoje i swojej rodziny na Chrystusie. Zresztą, Jan Paweł II w ogóle lubił święte z krwi i kości. Weźmy choćby Edytę Stein, która była niezwykle silną kobietą, filozofem, nosiła piękne bordowe suknie, a Boga odkryła na drodze nauki.

Na razie w naszej rozmowie zdecydowanie dominują święte kobiety, ale i tak muszę jeszcze panią zapytać o Matkę Teresę.

Arcybiskup Mokrzycki opowiadał mi, że kiedy Jan Paweł II i Matka Teresa jedli razem posiłek, to było widać, że przy tym stole świętość spotyka się ze świętością. Wszyscy znamy zdjęcia, na których papież całuje ją w czoło. W ich relacji można zobaczyć tyle czułości, przyjaźni, zawierzenia. Przecież to Jan Paweł II, kiedy z Matką Teresą było już naprawdę kiepsko, dzwonił do niej i prosił, żeby udała się do szpitala.

Świętość od kuchni

Sporo miejsca daliśmy świętym kobietom, więc teraz czas na świętych mężczyzn bliskich Janowi Pawłowi II.

W jego homiliach często powracali św. Wojciech i św. Stanisław. Musieli być dla niego inspiracją, co jest dość naturalne ze względu na lata spędzone w Krakowie. Ale chyba najbliższy był mu św. Jan od Krzyża, w którym widział mistrza modlitwy. Jan Paweł II mówił, że „znajdował w nim solidnego przewodnika po ścieżkach wiary”. Zresztą, korzenie duchowości Jana Pawła II – duchowości maryjnej, mistycznej, sięgają klasztoru karmelitów na wadowickiej Górce. Karol Wojtyła chciał przecież początkowo wstąpić właśnie do Karmelu, ale kard. Adam Sapieha wysłał go do seminarium diecezjalnego. Spośród innych męskich świętych na pewno bliscy byli mu także: Brat Albert, Jan Maria Vianney i Ludwik Maria Grignion de Montfort, od którego zaczerpnął swoje biskupie zawołanie: Totus Tuus.

A co ze św. Maksymilianem Kolbe? Jego wojenne losy splatają się także geograficznie z losami Karola Wojtyły, byli wtedy prawie w tym samym miejscu.

Młody kleryk Karol Wojtyła pracował w krakowskim Solvayu, kiedy św. Maksymilian Kolbe trafił do obozu zagłady Auschwitz. Po latach Wojtyła został pasterzem diecezji, na terenie której leży Oświęcim. To Wojtyła prosił Pawła VI o beatyfikację swojego rodaka. Wreszcie to on podarował biskupom podczas synodu w 1971 roku (wtedy odbyła się beatyfikacja) grudkę ziemi z Oświęcimia. I zawsze pięknie o nim mówił. Ze wzruszeniem wspominał też beatyfikację. A skoro trzymał na stoliku przy kaplicy relikwie Maksymiliana, możemy domniemywać, że miał on dla papieża większe znaczenie niż pozostali święci. Ale skoro znowu wrócił nam temat relikwii, to chciałabym przeczytać coś dla mnie szczególnego i jeszcze niepublikowanego.

Świętość od kuchni

Co to będzie?

Fragment świadectwa ceremoniarza papieskiego, ks. Konrada Krajewskiego, który był przy śmierci Jana Pawła II, a potem zajmował się także jego ciałem, aż do momentu pogrzebu: „Jana Pawła II ubierałem wraz z trzema pielęgniarzami. To byli Włosi, wysokiej klasy specjaliści medyczni intensywnej opieki, tak zwani reanimatorzy. Choć minęła już ponad godzina od chwili śmierci, cały czas rozmawiali z papieżem jak z ojcem. Zanim wykonali jakikolwiek ruch, całowali go w rękę, w policzek, czoło. Całowali zakładając mu skarpety, koszulę, sutannę, głaskali, dotykali, tak jak czyni się to tylko wobec najbliższych członków rodziny. To były najprawdziwsze ucałowania relikwii. Zachowanie tych świeckich pracowników Watykanu było nie tylko okazaniem szacunku i synowskiego oddania zmarłemu papieżowi. Dla mnie to był początek kultu, zapowiedź beatyfikacji. Może dlatego nigdy nie dałem się ponieść modlitewnym wezwaniom o rychłą beatyfikację, bo ja już w niej uczestniczyłem”. To świadectwo znajdzie się w mojej najnowszej książce: Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II.

Co myśleć o tym opisie?

Ja miałam dreszcze, kiedy czytałam to po raz pierwszy. Dotykamy tajemnicy tego świętego życia i świętej śmierci.

Jak pani reaguje na takie opowieści, że ktoś dotknął relikwii, ucałował je i to „podziałało” w jego życiu?

To nie dotyk działa ani pocałunek. Działa modlitwa. Przy „wsparciu” relikwii. Takich świadectw w przypadku Jana Pawła II są tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy, bo ciągle spływają do Watykanu.

Aż nie chce się wierzyć.

Ja wierzę. Natomiast trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie relikwia załatwia sprawę. Siła i moc jest w modlitwie, czego papież nas bardzo konsekwentnie uczył. Kiedy dowiadywał się o kłopotach swoich współpracowników, miał podobno zawsze jedną odpowiedź: będziemy się modlić. Kiedy opowiadano mu kolejne historie uzdrowień, które działy się także za jego życia, on zawsze mówił: dajcie spokój, to Pan Bóg robi, a my się módlmy.

No dobrze, to po co właściwie nam te relikwie?

Po to, żeby wzniecać modlitwę. Jak wznieca się ogień. Dotykam relikwii dłonią i mam taki cudowny pretekst, żeby się jeszcze bardziej żarliwie modlić.

A pani ma w domu relikwie Jana Pawła II?

Mam. Ale nie są to relikwie pierwszego stopnia. Jakiś czas temu, kiedy rozdałam wszystkie, jakie miałam, nagle okazały się potrzebne mojej rodzinie. I wtedy dostałam list z Rzymu, od zaprzyjaźnionego księdza, a w nim relikwie Jana Pawła II. Nie wiedział, że są nam potrzebne. I że wszystkie, jakie miałam, już rozdałam.

Nie obawia się pani tak rozdawać innym relikwii?

Nie, wręcz przeciwnie. Ja je po to dostaję, żeby móc je przekazać komuś, kto akurat jest w potrzebie. Te relikwie krążą między różnymi ludźmi. Czyli tak naprawdę krąży między nimi Jan Paweł II.

Kim właściwie on jest dla pani?

Prawdziwie dobrym człowiekiem.

Fragment książki pt. „Wywiady ze świętymi”, Wydawnictwo „W drodze”, objętej patronatem przez Stację 7.



Czasem nie trzeba słów

Kaja Kwiecińska dobrze pamięta swoją najsmutniejszą chyba wizytę u kardynała Karola Wojtyły, gdy przyjechała do Krakowa, by powiadomić go o śmierci swego męża Marka. - U wuja gościł akurat arcybiskup Luigi Poggi z Watykanu. Ale natychmiast mnie przyjął, gdy zobaczył, że jestem. Nie zapomnę nigdy tej chwili. Tylko spojrzał na mnie i zapytał: „Marek?”. Przygarnął mnie z całą serdecznością, nic nie mówiąc.

Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >

Gdy ksiądz Karol Wojtyła pracował jako wikariusz w kościele św. Floriana w Krakowie w latach 1949–1951, musiał mieć świadomość, że w tej świątyni odbyło się nabożeństwo przed pogrzebem jego dziadka Feliksa Kaczorowskiego, zmarłego 19 sierpnia 1908 roku. Nie wiadomo jednak, czy dotarł do metryki jego zgonu, która do dziś znajduje się w archiwum tej parafii.

Czasem nie trzeba słów

Wiadomo natomiast, że zachował bliskie więzy ze swoją matką chrzestną ciotką Marią (córką Feliksa i siostrą Emilii, zmarłą w 1959 roku), po mężu Wiadrowską, i z jej rodziną. Miał serdeczny kontakt z jej mężem Leonem Wiadrowskim. Ten ostatni na łożu śmierci poprosił o spowiedź właśnie księdza Karola Wojtyłę, swego krewnego. Chciał też, aby on, jako ktoś bliski, udzielił mu sakramentu namaszczenia chorych.

Zachował więź także z dziećmi swej matki chrzestnej: Felicją, Janiną i Adamem.

RODZINA MATKI ZAWSZE BLISKA

Felicja i Janina Wiadrowskie mieszkały przy Floriańskiej w Krakowie. Jako ksiądz i biskup Karol Wojtyła często je odwiedzał, dedykował im książki.

– Nie przejmował się tym, że nie były one łatwe w kontakcie – opowiada pani Kaja Kwiatkowska, ich kuzynka. – Udzielały nieraz Karolowi reprymendy, obrażały się na niego, a on z właściwym sobie poczuciem humoru rozładowywał wszelkie napięcia.

Czasem nie trzeba słów

Gdy Janina w 1971 roku zmarła, celebrował jej pogrzeb, a po nim zaprosił rodzinę na obiad do refektarza w krakowskiej kurii, pragnąc zaznaczyć wspólną więź i swoje przywiązanie do kuzynki ze strony matki.

Pamiętał też zawsze o Felicji, zwanej Lusią. Po wyborze na Stolicę Piotrową napisał do niej wzruszający list:

„Droga Lusiu, Pan Bóg zrządził, że pozostaję w Rzymie. Niezwykłe to zrządzenie Bożej Opatrzności. Myślę sobie w tych dniach wiele o moich Rodzicach i Mundku, ale myślę także o Twojej Mamie i Ojcu, którzy zawsze byli tak dobrzy dla mnie. Wspominam też śp. Janinę i Adama, a także śp. Rudolfinę, Annę i Roberta. Polecam Bogu ich dusze. Dużo mi wyświadczyli dobrego. Polecam również Bogu duszę śp. Stefanii, siostry mojego ojca. Ty zostałaś jedna przy życiu z całej mojej najbliższej Rodziny (…) Jan Paweł II, Państwo Watykańskie 27 X 1978”.

Czasem nie trzeba słów

A po jej śmierci w 1998 roku wystosował list, odczytany na jej pogrzebie, pisząc między innymi jako Jan Paweł II: „Odeszła do wieczności ostatnia osoba z najbliższej rodziny po stronie mojej Matki, Felicja Wiadrowska, najstarsza córka śp. Leona i Marii, moich Wujostwa, którym wiele zawdzięczam. Przede wszystkim posługę matki chrzestnej, oddaną mi w 1920 roku, a następnie wiele troski o moją osobę w ciężkim okresie okupacji niemieckiej. Żegnając na tym świecie moją kuzynkę Felicję Wiadrowską, pragnę wspomnieć o wszystkich innych zmarłych z jej rodziny. A więc oprócz wspomnianych już Rodziców, także jej siostrę, śp. Janinę oraz śp. brata Adama, jego zmarłą żonę i zmarłego syna Marka (…). Siostrom Duchaczkom najserdeczniej dziękuję za troskliwą opiekę, jaką otaczały w ostatnich latach życia moją zmarłą Kuzynkę. W dniu Jej pogrzebu ja także odprawiam Mszę św. za duszę śp. Felicji, którą dotąd codziennie wspominałem jako żyjącą. Teraz będę wspominał jako zmarłą”.

Najwięcej uwagi ksiądz Karol Wojtyła poświęcił rodzinie Adama. Kiedy Adam zmarł w roku 1954, zajął się jego jedynym synem, piętnastoletnim Markiem. Wspierał dorastającego bratanka. A gdy Marek rozpoczął studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, zamieszkał w siedzibie biskupa Wojtyły przy Kanoniczej. Wuj biskup zabierał go też ze sobą na narty, na spływy kajakowe, na górskie wędrówki. A potem pomagał mu, gdy ożenił się z Kazimierą (po mężu Wiadrowska, dziś: Kaja Kwiecińska).

Czasem nie trzeba słów

– To jemu, wtedy kardynałowi Wojtyle, jako najbliższej osobie z rodziny, Marek przedstawił mnie później jako swoją narzeczoną – wspomina Kaja Kwiecińska. – Do dziś pamiętam ciepło jego rąk, którymi objął mnie przy powitaniu, i tę niezwykłą serdeczność i aprobatę dla osoby, którą widział po raz pierwszy w życiu, a która miała wejść do jego rodziny.

Biskup Wojtyła błogosławił w Toruniu ślub Kai i Marka w 1971 roku. A potem wziął udział w weselnym obiedzie w domu rodzinnym panny młodej. Zachowało się czarno-białe zdjęcie, na którym – w sutannie, z biskupim krzyżem na piersiach – stoi obok nowożeńcow i z uśmiechem przemawia.

– Wuj chętnie przyjmował nas później w swoim domu przy Franciszkańskiej. Kontakty były częste. I dosyć bliskie – opowiada Kaja Kwiecińska. – Niekiedy wpadał do nas do domu. Pamiętam, kiedy przyjechał po urodzeniu pierwszej córki, Ani, i pytał mnie nawet o to, czy miałam ciężki poród. Była to swobodna, rodzinna wizyta. Bez tykającego zegarka przed oczami.

Czasem nie trzeba słów

Gdy Kai i Markowi urodziła się druga córka, Marysia, biskup Wojtyła nie mógł przyjechać, ale przysłał list: „Bogu niech będą dzięki, że Marysia już ujrzała światło dzienne. Szczęśliwym Rodzicom gratuluję, a Małą polecam specjalnej opiece Niepokalanej, skoro nawet Jej imię otrzymała”. Podpisał się: „wujek”.

To on ochrzcił Marysię w swojej prywatnej kaplicy przy ulicy Franciszkańskiej w Krakowie. A po Mszy św. zaprosił całą rodzinę na poczęstunek, który w jego mieszkaniu przygotowały siostry zakonne.

Kiedy dziewczynki podrosły, wujek zapraszał je systematycznie na kinderbale, które rokrocznie organizował w Krakowie dla dzieci zaprzyjaźnionych rodzin, głownie z tak zwanego Środowiska.

O rodzinie pamiętał również, gdy sam organizował jakieś spotkania. Zaprosił rodzinę Kai choćby na jubileusz dwudziestopięciolecia święceń kapłańskich do katedry wawelskiej i zadbał, by rodzina matki na Mszy św. zajęła miejsca w prezbiterium.

Czasem nie trzeba słów

Kaja Kwiecińska dobrze pamięta swoją najsmutniejszą chyba wizytę u kardynała Karola Wojtyły, gdy przyjechała do Krakowa, by powiadomić go o śmierci swego męża Marka.

– Było to w maju 1978 roku. U wuja gościł akurat arcybiskup Luigi Poggi z Watykanu. Ale natychmiast mnie przyjął, gdy zobaczył, że jestem. Nie zapomnę nigdy tej chwili. Tylko spojrzał na mnie i zapytał: „Marek?”. Przygarnął mnie z całą serdecznością, nic nie mówiąc.

Fragment książki Mileny Kindziuk „Matka papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej”, Wydawnictwo „Znak”.


Milena Kindziuk „Matka papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej”, Wydawnictwo „Znak”



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Milena Kindziuk

Milena Kindziuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >