Wychował Jezusa

Gotowość na zmianę, determinacja, wierność i zaufanie. Oto kilka cech, za które podziwiam św. Józefa i których mu zazdroszczę.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Wychował Jezusa

Zapewne każdy słyszał kiedyś, że św. Józef powinien być wzorem dla mężczyzn, a Maryja dla kobiet. Wezwanie to, to przecież evergreen wszelkich rekolekcji stanowych. Nieraz więc – posłuszny przedstawicielowi Kościoła nauczającego – zastanawiałem się jak to jest z tym Józefem w moim życiu i czego mogę się od niego nauczyć. I przez lata nic z tego nie wychodziło, może poza pobożnymi deklaracjami.

Trudno zrozumieć św. Józefa. Może dlatego, że wiemy o nim naprawdę niewiele. W Biblii nie wypowiada ani jednego słowa, nic, cisza. Widzimy go zaledwie w kilku scenach. Tradycja mówi, że wykonywał zawód cieśli. Wiemy, że przygotowywał się do ślubu z Maryją. Zapewne doszedł do porozumienia z ojcem Maryi, Joachimem, jaki posag wniesie Maryja i jakie on, Józef wniesie zabezpieczenie dla młodej żony. Wszystko zostało ustalone. Małżeństwo na starożytnym Bliskim Wschodzie przypominało kontrakt, więc pewnie i tu było podobnie. Nie zamieszkali jednak razem, bo być może jedna ze stron, lub obie czekały, aż uda się zebrać wszystkie potrzebne środki, aby dopełnić umowy, a może po prostu mieszkanie młodych nie było jeszcze gotowe… Czy tych oboje łączyła romantyczna miłość, jaka dziś prowadzi narzeczonych do ołtarza? Być może. Chociaż… Czy gdyby tak było, Józef nie zareagowałby większym wybuchem emocji na wieść, że Maryja jest w ciąży? Byłby wściekły, czułby się potwornie zraniony, zrozpaczony. Nic takiego jednak nie zaszło. Był zagubiony, zaczął się zastanawiać, co zrobić, żeby jego wybranka, mimo wszystko, zachowała dobre imię. Był w nim wtedy smutek, ale i spokój. Ale w Ewangelii jest coś jeszcze…

Wychował Jezusa

Od pewnego czasu podziwiam św. Józefa i zazdroszczę mu (a więc czasem proszę, aby mi tego użyczył) trzech rzeczy: otwartości na głos Boży, zaufania Bogu w sytuacji niemal beznadziejnej i życiowej konsekwencji.

Józef po prostu robi to, co do niego należy. Nazwano go sprawiedliwym, a to znaczy, że w życiu dokładnie przestrzegał 613 przykazań żydowskich. Był skromnym, bogobojnym facetem, w którym tkwiła wielka determinacja, by żyć tak, a nie inaczej. Ale była w nim jednocześnie gotowość na zmianę. Zrozumiałem to, kiedy sam stałem się ojcem. Kiedy w życiu pojawiają się dzieci, każda życiowa trudność jeszcze bardziej staje się trudna. Zmiana pracy, miejsca zamieszkania, decyzja o wzięciu kredytu, bądź nie – to wszystko dodatkowo obciążone jest tym słodkim brzemieniem. Przecież nie odpowiadam już tylko za siebie. Kiedy sam chorujesz, jest OK, ale kiedy zaczyna chorować dziecko – OK już nie jest, przeżywasz to o wiele bardziej niż swoje dolegliwości. I w tym wszystkim widzę Józefa. Czytamy o nim zaledwie kilka zdań, ale każde z nich nosi w sobie dramatyzm, którym możnaby obdarować kilka osób. A on w tym wszystkim idzie jakąś dziwną drogą zaufania: wierzy, że wszystko ma sens, mimo, że pewnie rozumowo trudno mu było go uchwycić: przyjmuje do siebie ciężarną narzeczoną, która twierdzi, że to Bóg jest Ojcem Dziecka, wyrusza w podróż tuż przed rozwiązaniem, nie mając pojęcia, gdzie przyjdzie im rodzić, ucieka z Dzieciątkiem i Jego Matką przed zabójcami do Egiptu, wraca, wychowuje nie swoje Dziecko, które na mu dodatek ucieka. Chciałbym ufać jak Józef, chciałbym mieć w sobie taką determinację, determinację do zwyczajnego życia w zaufaniu Bogu, bez kombinowania, bez wymyślania „lepszych” niż te dane od Boga życiowych rozwiązań.

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6112,Badz-uzdrowiony-moca-Jezusa?utm_source=stacja7&utm_medium=Wklejka&utm_campaign=Bądź uzdrowiony mocą Jezusa

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Naparzajcie Pompejankę

Naparzajcie pompejankę! - taki wpis znalazł się w dziale „komentarze” portalu z pieskiem w nazwie, pod jednym z cytowanych z kolorowej prasy wywiadów z Katarzyną Figurą o jej skomplikowanych relacjach z – niedługo byłym – mężem.

Monika
Florek-Mostowska
zobacz artykuly tego autora >

Spontaniczny wpis wypatrzył znajomy. „Czy to nie podpada pod paragraf?!” – zapytał. Dobry żart… Tyle że on pytał serio. Po chwili mocno zdziwiony, że pompejanka to nie nowa celebrytka, a wezwanie do naparzania pod paragraf nie podpada.

„Pompejanka” to tzw. nowenna pompejańska, a słowo „naparzanie”… ok, też nie do końca wydaje się od rzeczy – skoro chodzi o odmawianie wszystkich tajemnic różańca przez 54 dni z rzędu. Nie lada wyzwanie, jeśli przyjmiemy, że jedna tajemnica nie odklepana a przemedytowana zabiera jakieś 30 minut. Dwie godziny dziennie skupienia na modlitwie. Nie dla amatorów.

W internecie można znaleźć setki zapewnień, że i jak cudownie „pompejanka” odziałowuje na rzeczywistość. W księgarniach katolickich, kioskach i kioseczkach – wiele pozycji ze świadectwami osób, które doświadczyły wybawienia z tarapatów finansowych, zdrowotnych, rodzinnych, albo wybawienie wymodliły swoim bliskim, odmawiając tę nowennę. Eksponowane są „na widoku”, jak batony i gumy do żucia w supermarketach. A to znaczy: idą.

Naparzajcie Pompejankę

Jedni załamują ręce – że ciemnogród, wiara magiczna i zabobon! Inni – łapią za różaniec, z internetu ściągają instrukcję obsługi, i ściśle się jej trzymając – czekają na cud. Na uzdrowienie z chorób bardziej lub mniej nieuleczalnych, uwolnienie z nałogów, załatwienie pracy, na spotkanie miłości życia, ocalenie od śmierci po wypadku, powrót męża, który odszedł; powodzenie w biznesie; o dzieci wbrew orzeczeniu o niepłodności. Powodów do trosk, intencji do modlitwy, w życiu człowieka nie brakuje. Ale jak rozdzielić proszenie Boga, któremu ufamy, o coś co nam jest potrzebne do życia z postawą „wymuszania cudu” – czyli myślenia: ja dam Tobie tyle modlitw, Ty mi dasz, o co proszę.

Na wszelki wypadek

Co trzeci Polak wierzy we wróżby i z nich skorzystał, co piąty przyznaje, że mają one wpływ na jego życiowe decyzje! Magia, horoskopy, numerologia, tarot. Ciekawe co który z co trzeciego i co piątego został ochrzczony i w innym badaniu zdeklaruje się jako chrześcijanin. Czyli ktoś, kto wierzy w dobrego Boga. Chyba nie do końca wierzymy, że jest dobry, skoro liczymy, że przekupimy Go pobożnymi praktykami. Albo sądząc, że Bóg Bogiem, ale lepiej dodatkowo się zabezpieczyć, wpływając na swoją przyszłą pomyślność wizytami u wróżek, tarocistów czy astrologów.

Nie dowierzamy, że nasz Bóg jest życzliwy człowiekowi, bo taki po prostu jest, i że nie trzeba Jego życzliwości sobie zaskarbiać.

Nie o to chodzi w praktykach, jakie zaleca Kościół, by pogłębiać wiarę. One – także nowenny – mają prowadzić do większej wolności i do porządkowania życia, a korzystać z nich można, o ile w tym pomagają. W Kościele jest wiele osób, które nigdy nie odmówiły nowenny, bo nie miały takiej potrzeby. Ale jest też wiele takich, które odmawiając tego typu modlitwę kiedyś „w potrzebie” – klepiąc formułki wyczytane w internecie lub książeczce, bo inaczej modlić się nie umiały, po latach stały się ludźmi głebokiej wiary. Nawet jeśli cud, o jaki wówczas prosiły – się nie wydarzył. Często wydarza się inny: ufając, że modlitwa ma sens, i odmawiając ją cierpliwie – nawet jeśli zamiast wiary w Boga jest szczere wołanie: „jeśli jesteś, pomóż” – zaczynają doświadczać Jego opieki.

Doświadczanie jej bywa trudne, gdy za bardzo skupiamy się na „cudzie”, czyli spodziewanym efekcie modlitewnego wysiłku (w tym kontekście: skuteczności szeptanych zaklęć).

Zabobon – to lubię

Aż 85 proc. ludzi na świecie wierzy w zjawiska paranormalne, a najczęściej cytowanym źródłem doniesień w pracach studentów amerykańskich jest serial „Z archiwum X”. Brytyjski socjolog, Frank Furedi na łamach pisma „Spectator” już wiele lat temu ostrzegał, że to objaw chaosu moralnego i upadku autorytetów, jakiego jeszcze nie było w dziejach naszej cywilizacji. We Włoszech liczba wróżbiarzy i osób stawiających horoskopy przekracza 350 tys. i jest o 100 tys. większa niż księży katolickich. W Wielkiej Brytanii jest już więcej specjalistów od medycyny „uzupełniającej i alternatywnej” niż lekarzy rodzinnych! Metody spirytualistyczne są reklamowane nawet na stronach internetowych akademii medycznych. Ludzie łatwo im ulegają. Żyjemy w czasach, kiedy rośnie zainteresowanie mistyką i doświadczeniami duchowymi.

Problem w tym, że mieszamy duchowość z psychologią i parapsychologią i magią.

Naparzajcie Pompejankę

Mieszamy pojęcia. W efekcie poruszamy się w sferze synkretyzmu religijnego – dziwnym świecie pojęć, do którego zostało wrzucone wszystko, co przekracza naszą doczesną percepcję. Duchowość chrześcijańska nie jest od tego wolna. Aleksander Posacki, jezuita, twierdzi, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest odrzucenie „teologii krzyża” i „cierpienia ekspiacyjnego”. Wiele osób ulega magii po prostu, z powodu braku wiedzy. Inni odrzucają Boga, i wtedy zaczynają wierzyć we wszystko: czary, wróżby i łańcuszki szczęścia. Jeszcze inni, na wzór pogan, wierzą w Boga, jak w moc czarownika, którego magiczne formuły wymuszają, by stało się wszystko zgodnie z zaklęciem. – Uleganie magicznym rytuałom to przejaw myślenia pogańskiego, które niestety wciąż istnieje w Kościele. Wiele osób zamawiając intencje mszy świętej, także myśli na sposób pogański. A magiczne myślenie to sposób na bóstwo. Poganie w różny sposób starali się ubłagać bóstwo, by zadziałało na ich korzyść, niektórzy, żeby je ułaskawić potrafili się nawet okaleczać – mówi ks. Mirosław Nowosielski, psycholog i teolog duchowości.

Z punktu widzenia analizy psychologicznej, magiczne myślenie jest cechą niedojrzałej osobowości, która poprzez odprawianie rytuałów chce zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa.

To prymitywna potrzeba, prymitywna forma religijności i poszukiwanie sensacji. – Dojrzały człowiek temu nie ulegnie. U osoby, której wiara jest dojrzała, od razu zapali się czerwone światło, bo ma świadomość, że chrześcijanin, modląc się, włącza się w modlitwę Jezusa Chrystusa. Osoby, które nie mają tej świadomości, są jakby w próżni, a osobowość nie znosi próżni, i wtedy absorbuje to, co najłatwiejsze. To kojarzy mi się z młodzieżą, która przed maturą z największą ochotą jedzie do Częstochowy na czuwanie, a po maturze nie pojawia się w kościele. Modlitwa jest traktowana jak amulet.

Naparzajcie Pompejankę

Sprawa jest delikatna

Nie widzę nic złego w odmawianiu, nawet mechanicznym różańca czy nowenny.

Ludzie mają prosić Boga o to, czego im potrzeba. I nie jest to wymuszanie cudu. Ważne jednak, by mieć przekonanie, że nasze życie nie jest wyłącznie w naszych rękach.

że Panem naszego życia jest Bóg – mówi ks. Andrzej Draguła. To jest głębia naszej wiary. – Szukanie linii demarkracyjnej w tym przypadku jest zabiegiem wielce ryzykownym. Potrzebujemy obrzędów, ceremoniałów. One integrują wspólnotę, ale jednocześnie rzucają pomost pomiędzy człowiekiem a Bogiem. W Kościele katolickim dokonujemy rozróżnienia pomiędzy sakramentami, np. chrzest, bierzmowanie, a sakramentaliami – pogrzeb katolicki, błogosławieństwa. Nie ma tu miejsca na żadną formę magii! W sakramentach spotykamy się z Bogiem-Osobą, w magii bazujemy na naturze – mówi ks. Jarosław Rodzik SAC. Przywiązywanie się do tego, że wielokrotne wypowiedzenie jakiejś formuły spowoduje spełnienie naszych marzeń to już magia, zabobon. A zabobon jest wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają. Zabobon to w końcu nic innego, jak wynaturzony przerost religijności. Religijności fałszywej. Nie opartej na chrześcijańskich fides i ratio, ale własnych imaginacjach.

Granica między tego typu bałwochwalstwem, a głębokim zaufaniem Bogu bywa cienka. Ale jedynie dla tych, dla których Jezus Chrystus nie jest osobą, nie jest kimś, kogo chcą poznać.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba

Monika Florek-Mostowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika
Florek-Mostowska
zobacz artykuly tego autora >