Święty Ignacy Loyola. Rozrabiaka, który Jezusowi służył

Miał kłopoty z prawem, bo uwielbiał pojedynki, awantury oraz hazard. Nie stronił też od towarzystwa pięknych kobiet. Przed młodym Iñigo otwierały się drzwi wspaniałej kariery

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >
Święty Ignacy Loyola. Rozrabiaka, który Jezusowi służył

Św. Ignacy Loyola w zbroi

Iñigo Loyola (imienia Ignacy zaczął używać później) przyszedł na świat w 1491 r. Rodzice przeznaczyli go do stanu duchownego, choć jego samego pociągało bardziej światowe życie. Nosił jednak tonsurę (znak przynależności do stanu duchownego), co nieraz uratowało mu skórę, kiedy spod kurateli bardziej surowych świeckich sądów wymykał się pod opiekę pobłażliwych sądów kościelnych.

A kłopoty z prawem miał, bo uwielbiał pojedynki, awantury oraz hazard. Nie stronił też od towarzystwa pięknych kobiet. Przed młodym Iñigo otwierały się drzwi wspaniałej kariery: na początku był paziem wielkiego podskarbiego Jana Velasqueza de Cuellar, a po jego śmierci został jednym z zaufanych wicekróla Nawarry. Służąc temu drugiemu, stanął w 1521 r. wraz z kilkuset żołnierzami na czele obrony Pampeluny, stolicy Nawarry, którą próbowała zdobyć dwunastotysięczna armia Francuzów.

W czasie oblężenia został jednak ciężko ranny – kula armatnia strzaskała mu prawą nogę poniżej kolana i zraniła też lewą. Po tym wypadku obrońcy Pampeluny poddali się. Francuzi otoczyli Iñigo opieką i po dwóch tygodniach przenieśli go do rodzinnego zamku.

Żebrak i mistyk

Tam okazało się, że kości źle się zrosły i trzeba było łamać nogę raz jeszcze. Iñigo bardzo źle znosił rekonwalescencję, kilka razy znalazł się na progu śmierci. Leżąc w łóżku, czytał powieści rycerskie i książki religijne. I zaczął zmieniać swoje życie. Dokonał pewnego ważnego dla jego przyszłości odkrycia.

Zauważył, że kiedy myślami wracał do zabaw z okresu poprzedzającego wypadek, wspomnienia przynosiły mu wielką radość, ale kiedy kończył rozmyślać, pojawiała się pustka, niezadowolenie i smutek. Kiedy zaś zainspirowany lekturą rozmyślał o świętych, radość i spokój trwały dłużej.

Tak rozpoczął „rozeznawanie duchów”, odkrywał, czym są duchowe strapienia i pocieszenia. Z czasem stworzył cały zbiór reguł, które pomagały mu w rozpoznawaniu łaski Boga i życia według niej. To odkrycie stało się jednym z kluczowych elementów późniejszej jezuickiej duchowości.

Święty Ignacy Loyola. Rozrabiaka, który Jezusowi służył

Wizja Ignacego Loyoli

W ramach pokuty za swoje dotychczasowe życie Iñigo postanowił udać się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Po drodze odwiedzał lokalne sanktuaria. U podnóża gór Montserrat w klasztorze w Igualadzie przywdział strój żebraczy, a miecz i sztylet złożył pod obrazem Matki Bożej jako dar wotywny. Odbył trwającą trzy dni spowiedź z całego życia i ruszył dalej.

Dotarł do miasta Manresa, gdzie żył jak żebrak. Nachodziło go zwątpienie i popadał w głębokie przygnębienie, chciał nawet popełnić samobójstwo. Pewnego dnia nad rzeką Cardonera, nieopodal miasta, doświadczył jednak czegoś na kształt przeżycia mistycznego.

Nagle wszystko zobaczył na nowo, wszystko stało się świeże, inne. Odkrył w sobie również głęboką znajomość życia duchowego, wiary i teologii. Czuł się nowym, zupełnie innym człowiekiem, wydawało mu się, że otrzymał nowy umysł. Odkrył wtedy, że Boga trzeba szukać i znajdować we wszystkim. Przekonanie to stało się później jedną z najważniejszych dewiz jezuitów.

Ignacy i inkwizycja

W Ziemi Świętej Iñigo przebywał 10 dni i czuł się tam niezwykle szczęśliwy. Po powrocie studiował łacinę i w Alkali słuchał wykładów z teologii. Wraz z kilkoma przyjaciółmi przywdział szare workowate habity i zaczął pomagać miejscowej biedocie, a przy okazji głosić katechezy.

Zaniepokoiło to inkwizytorów, którzy oskarżyli młodego Baska i jego znajomych o herezję. Podczas procesu nakazano im zafarbować habity na różne kolory, by nikt nie pomylił ich ze wspólnotą religijną. Mając nadzieję na swobodniejsze życie, Iñigo i jego przyjaciele udali się do Salamanki, ale niedługo po przybyciu, na wniosek dominikanów, aresztowano ich na 22 dni. Zakazano im wypowiadania się na tematy wiary, dopóki nie skończą studiów teologicznych.

W 1532 r. w Paryżu Iñigo skończył studia. Wtedy po raz pierwszy przy jego nazwisku pojawiło się imię Ignacy. Znów zebrał wokół siebie grupę znajomych, którzy postanowili żyć jak apostołowie.

W 1534 r. ślubowali podczas Mszy św. żyć w czystości i ubóstwie oraz odbyć pielgrzymkę do Jerozolimy. Gdyby to ostatnie się nie udało, mieli oddać się do dyspozycji papieża, bo on lepiej zna potrzeby Kościoła.

W 1537 r. Ignacy otrzymał święcenia kapłańskie. Nie myślał jednak o założeniu zakonu. Zmienił zdanie po mistycznej wizji, w której zobaczył Chrystusa stojącego obok Boga Ojca.

Jezus powiedział: „Chcę, abyś nam służył”. Wtedy zrodził się pomysł powołania Towarzystwa Jezusowego. Trzy lata później, 27 września 1540 r., papież Paweł III zatwierdził przedłożoną mu przez Ignacego regułę zakonną. Tak narodzili się jezuici.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Ufali modlitwie

Tysiące ludzi przystąpiło do sakramentów. Większość kościołów była już w gruzach, mszę świętą odprawiało się teraz w podwórzach, w piwnicach i na linii walk. Chrystus Eucharystyczny poszedł pomiędzy swój lud.

Fragment wspomnienia –  Andrzej Janicki, Na rozkaz. Wspomnienia 1937–1947, Henley-on-Thames, Oxon 1995, s. 108–109.


Kiedy z 14 na 15 sierpnia przeskoczyłem przez Aleje Jerozolimskie, niespodzianie spotkałem trójkę znajomych dziewcząt: Marysię Okońską i jej dwie koleżanki z „Ósemki”: Lilkę Wantowską i Janeczkę Michalską.

Kiedy się wszyscy przygotowywali do Powstania, Marysia wraz z „Ósemką” podjęły ideę „modlitwy za walczących”. W kaplicy sióstr na Woli kilka z nich wraz z Marysią zorganizowało „punkt modlitwy”. Kiedy Wola padła, prawdziwym cudem nie dostały się w ręce zbirów z osławionej Brygady Kamińskiego, stworzonej z jeńców z Armii Czerwonej i różnego rodzaju kryminalistów, i po wielu przygodach dotarły do Śródmieścia. Właśnie wtedy spotkaliśmy się.

Teraz kościół „na Moniuszki” stał się „punktem modlitwy”, ale „Ósemkom” to nie wystarczało. Zapragnęły całą Warszawę porwać do modlitwy o ratunek dla Stolicy. A „jeśli przeznaczone nam zginąć” – mówiły – „niech to będzie z czystymi sercami – w stanie łaski”. Szczególną datą dla modlitwy powstańczej Warszawy miał stać się dzień 26 sierpnia – święto Jasnogórskiej Pani.

Z tą ideą dotarły do dowództwa Powstania i otrzymały zgodę i poparcie. Przebiegały teraz ulicę po ulicy, nie bacząc na bomby i kule, rozwieszały plakaty wzywające do duchowej mobilizacji, starały się zdobyć jak najwięcej pomocników, a przede wszystkim porwać do czynu księży. Dużo oddziałów posiadało od początku własnych kapelanów, ale nie wszystkie. A tak bardzo podnosiła ducha obecność kapłana na linii walk, jak i wśród zwykłych mieszkańców. Wielu dzielnych księży z narażeniem życia niosło posługę kapłańską. Nieraz trzeba było ich zaprowadzić w miejsca największej potrzeby, o których nie wiedzieli, a czasem „wyłuskać” bardziej bojaźliwego sługę Bożego z mniej lub więcej bezpiecznej kryjówki i skłonić do działania. „Kali bać się, ale pójść”… i poszli ratować dusze.

Dzień Matki Boskiej Częstochowskiej stał się rzeczywiście niemal powszechnym aktem zawierzenia powstańczej Warszawy Jej opiece i Opatrzności Boskiej. Tysiące ludzi przystąpiło do sakramentów. Większość kościołów była już w gruzach, mszę świętą odprawiało się teraz w podwórzach, w piwnicach i na linii walk. Chrystus Eucharystyczny poszedł pomiędzy swój lud…

I mnie udało się sprowadzić księdza na naszą redutę. Jakoś nam się potem – z oczyszczoną duszą – spokojniej oczekiwało niepewnej przyszłości. (…)

Nieraz pytano mnie, czy w czasie Powstania bardzo się bałem. Oczywiście, gdy obok wybuchała bomba, rozrywał się pocisk, gdy świstały kule, odczuwałem naturalną reakcję strachu. Kryłem się za mur, schylałem głowę, schodziłem do schronu. Jednakże przeważał we mnie dziwny spokój i jakieś przekonanie, że z Bożą opieką wyjdę z Powstania żywy. Nawet byłem z tego trochę dumny i patrzyłem z pewną wyższością na tych, co więcej okazywali strachu.

Któregoś dnia poszedłem odwiedzić Marysię i jej dziewczęta w „punkcie modlitwy” przy kościele „na Moniuszkach”. Ledwo spotkaliśmy się, Marysia przerywa rozmowę i pospiesznie zaczyna się żegnać ze mną. Usłyszała niedalekie wybuchy i chciała czym prędzej znaleźć się w schronie.

Wyraziłem zdziwienie, że tak mało ma ufności w Bożej opiece. Odpowiedziała: „Tak, boję się, ale cieszę się, że tak jest, bo mogę razem z całą ludnością odczuwać to, co wszyscy przeżywają”. Odeszła do schronu, a ja klęknąłem w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem, żeby się pomodlić. Usłyszałem nagle ryk nadlatującego samolotu i przeżyłem okropny paroksyzm strachu, jakiego nigdy nie doznałem ani przedtem, ani potem… A zdawałem sobie sprawę, że jest nonsensowny – zwykle to najprzód walą bomby, a dopiero potem słyszy się samolot.

Zrozumiałem wtedy, że ten mój spokój to nie moje jakieś „męstwo”, ale łaska Boga… Jak mi ją na chwilę cofnął, zaraz zrobiła się ze mnie galareta*.

Ufali modlitwie


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas