Przypowieści – Jezusowy styl. Wprowadzenie

Jeśli w Ewangeliach istnieje jakiś gatunek literacki, który jest charakterystyczny dla Jezusa, styl, po którym moglibyśmy poznać Jego nauczanie, to są nim przypowieści. Po tylu stuleciach nikomu nie udało się go skopiować, czy osiągnąć mistrzostwa i głębi Jezusa.

ks. Marcin Kowalski
ks. Marcin
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >

Przypowieści - Jezusowy styl. Wprowadzenie

Przypowieści przenoszą nas w jego świat, świat w którym On, jak prawdziwy rabin, opowiada historie zaludnione postaciami z codziennego życia. Pojawiają się w nich rolnicy, rybacy, kobiety krzątające się przy domowych pracach, z rzadka trafi się jakiś król. Celem przypowieści jest zilustrować to co nieznane i ukryte przed ludzkimi oczyma przez to znane z bezpośredniego doświadczenia.

Przypowieści odkrywają tajemnice Królestwa Bożego, posługując się znakami i obrazami pochodzącymi z codziennego życia. Są jak łuk, krzywa, parabola, która łączy niebo z ziemią.

Przypowieści ukazują to, co najbardziej charakterystyczne dla Ewangelii Jezusa: Królestwo Boże jest już obecne wśród nas. Rośnie powoli, jak ciasto w rękach kobiety (Mt 13,33; Łk 13,20). Jest jak małe ziarnko gorczycy, lecz któregoś dnia zamieni się w wielkie drzewo, dające schronienie wszystkim istotom (Mt 13,31; Mk 4,30-32; Łk 13,18). Jest jak ziarno rzucone w rolę, które rozwija się, i zapuszcza korzenie, pracuje cierpliwie we wnętrzu ziemi (Mk 4,26-29). Bóg, także obecny w naszym ludzkim świecie, ukrywa się w przypowieściach pod różnymi postaciami. Jest jak rolnik, który obsiewa ludzkie serca swoim słowem (Mt 13,24-30) czy przypomina pasterza, który wyrusza na poszukiwanie zaginionej owcy (Mt 28,12-14; Łk 15,4-7). Innym razem przeistacza się w króla, który przed podróżą rozdaje swój majątek sługom (Mt 25,14-30; Łk 19,12-27 ) lub wydaje ucztę dla swojego syna (Łk 14,15-24). Wreszcie przypomina ojca, który wypatruje i przyjmuje z otwartymi ramionami powracającego syna (Łk 15,11-32).

Przypowieści - Jezusowy styl. Wprowadzenie

Jakie miejsce Jezus wyznacza w swoich przypowieściach swoim słuchaczom, jak nas opisuje? Jesteśmy przez Pana porównani do młodych dziewczyn, które prowadzą pana młodego na ucztę (Mt 25,1-13). Często mówi o nas jako sługach, oczekujących na powrót swego pana (Łk 17,7-10; Mt 24,45-51; Łk 12,42-46). Porównuje nas także do podróżników i ludzi drogi, do poszukiwaczy pereł (Mt 13,44-46). Chociaż Królestwo Boże w przypowieściach Jezusa wydaje się samo rosnąć i wypełniać ten świat, ma sobie siłę i dynamizm, który nie zależy od nas, to jednak ludzie z przypowieści są w nieustannym ruchu, są aktywni. Ryzykują, sprzedając wszystko, co mają, aby nabyć tajemniczy skarb ukryty w polu lub jedną drogocenną perłę (Mt 13,44-46). Muszą się dobrze przygotować na drogę z panem młodym, aby w środku nocy w ich lampach nie zabrakło oliwy (Mt 25,3). Muszą czuwać, aby pan nie zastał ich śpiącymi, kiedy powróci (Mt 24,50-51). Wreszcie mają twórczo pomnażać talenty, które im powierzono (Mt 25,26-27).

Przypowieści - Jezusowy styl. Wprowadzenie

Poprzez przypowieści Jezus uczy nas także jednej z najważniejszych aktywności w tym świecie – modlitwy. Ma być wytrwała, jak prośba wdowy kołaczącej do niesprawiedliwego sędziego (Łk 18,1-8) i ufna jak prośba dziecka skierowana do ojca (Mt 7,9-11; Łk 11,11-13). Przypowieści przypominają, że życie ludzkie to czas owocowania miłością i dobrymi czynami, czas jedyny, którego nie można stracić, bo zależy od niego nasza wieczność. Ogrodnik okopuje drzewo, które nie wydaje owoców, tylko na kolejny rok, a potem zostanie ono przeznaczone do wycięcia (Łk 13,6-9). Bogacz powinien odkryć swój największy skarb, Łazarza, póki miał na to czas, w doczesnym życiu. Po śmierci podzieli ich już przepaść nie do przebycia (Mt 22,1-10; Łk 14,16-24). Przebaczenie, do jakiego wzywa Jezus, to także pilne zadanie związane z obecnym czasem. Potem, kiedy zostaniemy wtrąceni do miejsca ciemności i zgrzytania zębów, będzie już za późno (Mt 18,23-35).

Wiemy dobrze, że słuchacze Jezusa mieli problemy z jego przypowieściami. Nie wszyscy je rozumieli. Nawet uczniowie proszą, aby Mistrz tłumaczył im swoje historie (Łk 8,9). Na czym polegał problem słuchaczy Jezusa i dlaczego tak trudno było im zrozumieć obrazy, które Mistrz zaczerpnął przecież z codzienności?

Pierwszy zasadniczy problem, który dotyka także nas, współczesnych, polegał na strategii Jezusa, których w swoich opowiadaniach jest zwięzły, nie podaje wielu szczegółów i nie tłumaczy wszystkiego. To do słuchaczy należy przełożenie na praktyczny język i odniesienie do siebie prawd Jezusowych przypowieści. Mistrz nie oszczędza tu nikomu intelektualnego i duchowego wysiłku. Zaprasza do zagłębiania się w Jego Słowo, do uważnego słuchania i zastanawiania się nad nim, zaprasza do pracy umysłu i serca. Przypowieści są dla tych, którzy chcą jak Maria, usiadłszy u stóp Mistrza, tracić z Nim czas i słuchać Go.

Przypowieści - Jezusowy styl. Wprowadzenie

Tu także dwie praktyczne wskazówki dla nas, współczesnych czytelników przypowieści. Warto je czytać z Biblią opatrzoną komentarzami lub dobrym słownikiem. W przypowieściach pojawią się obce zwyczaje, miary i jednostki monetarne, które warto poznać. Bez świadomości tego ile wart był biblijny talent nie zrozumiemy, jak hojny był Pan wobec sług, którym powierzył swój majątek (Mt 25,14-30), czy ile zostało darowane nieszczęśnikowi, który zaciągnął wobec króla dług dziesięciu tysięcy talentów (Mt 18,24). Kolejna reguła czytania przypowieści to ostrzeżenie, aby nie zgubić się w szczegółach. Przypowieść to nie alegoria, gdzie każdy element ma swoje znaczenie. Popatrzmy choćby na przypowieść o nieuczciwym rządcy, który, zagrożony zwolnieniem z urzędu, okrada swojego Pana, aby zapewnić sobie przyszłość (Łk 16,1-12). Czy Jezus zaprasza nas do okradania bogatszych, opresyjnego państwa itd.? Nie, sens tej przypowieści tkwi w jej całościowym przesłaniu, które należy znaleźć.

Zakończmy wreszcie drugą, znacznie poważniejszą trudnością, jaka pojawia się przy słuchaniu przypowieści Jezusa. Jest nią opór naszego ludzkiego serca. Ewangelie wspominają smutek Jezusa, który narzeka na zatwardziałe serca swoich słuchaczy, nie chcących przyjąć Jego Słowa i nawrócić (Mt 13,13). Nie łudźmy się. Jezus nie opowiada swych przypowieści, aby zabić czas, pomóc nam w miłym spędzeniu popołudnia lub wieczoru. Każda przypowieść jest trochę jak pułapka, a narrator to wprawny myśliwy, który, konstruując akcję, prowadzi swego słuchacza tam gdzie chce, zmusza go do wydania sądu lub podjęcia decyzji.

Jezus w przypowieściach zmusza swoich słuchaczy do odkrywania prawdy o sobie samym, która może być bolesna. Co zrobić, kiedy dochodzimy do wniosku, że jesteśmy gorsi od marnotrawnego syna lub jesteśmy znudzeni naszym Bogiem i zamknięci na jego miłosierdzie jak starszy syn (Łk 15,25-28)? Co zrobić z naszym przywiązaniem do dóbr i osób, z naszym zniewolonym sercem, które według Jezusa powinno bić wolnością dziecka Bożego? Co zrobić z zakopanymi talentami? Po wysłuchaniu przypowieści Jezusa są tylko dwie drogi: droga nawrócenia i wędrowania z Panem albo droga powrotna do zamkniętego w ludzkiej ograniczoności i egoizmie serca.

Witaj w świecie przypowieści Jezusa, świecie, który wciąga, zaprasza do decyzji i do fascynującej wędrówki z Panem.


Przypowieści – Jezusowy styl. Miłosierny Ojciec i jego synowie



Przypowieści – Jezusowy styl. Faryzeusz i celnik



Przypowieści – Jezusowy styl. Bogacz i Łazarz


jn2


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
ks. Marcin Kowalski

ks. Marcin Kowalski

Doktor nauk biblijnych, wykładowca KUL oraz WSD w Kielcach. Sekretarz czasopism biblijnych The Biblical Annals oraz Verbum Vitae. Uczestnik programów radiowych i telewizyjnych popularyzujących Biblię: W Namiocie Słowa, Szukając Słowa Bożego, Telewizyjny Uniwersytet Biblijny (Radio Maryja i Telewizja Trwam). Moderator Dzieła Biblijnego Diecezji Kieleckiej.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Marcin Kowalski
ks. Marcin
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >

Miłosierdzie – drugie imię miłości

O posłudze arcybiskupa Konrada Krajewskiego, papieskiego Jałmużnika oraz historii tego urzędu.

Anna
Artymiak
zobacz artykuly tego autora >

Kościoła ubogiego i dla ubogich – to hasło Papieża Franciszka stało się dla wielu ludzi przejawem nowości w Kościele, w rzeczywistości jest przypomniem i podkreśleniem cichej, oddanej posługi jaką Kościół pełni od samego początku na rzecz potrzebujących i odrzuconych.

Dziś posługa ta wyraża się na różny sposób. Mało znanym, za to konkretnym i bezpośrednim udziałem papieża w dziełach miłosierdzia jest Urząd Dobroczynności Apostolskiej, który troszczy się o biednych z Diecezji Rzymskiej. Na czele tej jednej z nastarszych instytucji Stolicy Świętej stoi Jałmużnik Jego Świątobliwości.

Funkcję Jałmużnika po raz pierwszy w historii objął Polak – arcybiskup Konrad Krajewski.

Choć początki samej instytucji w sensie strukturalnym nie są odległe, to sama posługa jest tak samo stara jak chrześcijaństwo. Jej pierwowzór możemy odnaleźć w osobie św. Wawrzyńca, któremu św. Papież Sykstus II powierzył administrację dóbr kościelnych oraz opiekę nad ubogimi Rzymu. Wawrzyniec za tę posługę w 258 roku poniósł śmierć męczeńską. Odmówił on przekazania cesarzowi Walerianowi pieniędzy, którymi zarządzał na rzecz imperatora, gdyż rozdał je ubogim i wskazał jako skarb Kościoła.

Obecna forma i struktura Urzędu Dobroczynności Apostolskiej została określona w art. 193 konstytucji apostolskiej Pastor bonus promulgowanej przez Jana Pawła II w 1998 roku, gdzie stwierdza się, że Eleemosynaria Apostolica „pełni w imieniu Ojca Świętego służbę wobec ubogich i podlega mu bezpośrednio”.

W zeszłym roku poprzez ten Urząd, Benedykt XVI pomógł konkretnie około sześciu tysiącom mieszkańcom Rzymu i okolic. Udział w dobroczynności papieskiej mają wszyscy wierni zamawiający Błogosławieństwa Papieskie, czyli pergaminy wydawane z okazji przyjęcia sakramentów: chrztu, I Komunii, małżeństwa czy kapłaństwa. Dzięki temu Urząd Dobroczynności jest niezależną i samofinansującą się instytucją.

Nominacja z 3 sierpnia 2013 na Jałmużnika ks. abp Konrada Krajewskiego wyraźnie pokazała, iż Papież Franciszek planuje wzmocnić posługę Kościoła na rzecz ubogich. Podkreśla to arcybiskup Krajewski:

Ojciec Święty powiedział, że najlepsze konto jałmużnika jest to, które jest puste. Nie składamy i nie inwestujemy tych pieniędzy, lecz je rozdajemy. Moim zadaniem jest iść i szukać ludzi, którzy potrzebują pomocy, a nie czekać, aż sami zapukają do Watykanu. To nie jest łatwe zadanie, ale Ojciec Święty wyraźnie mi powiedział, że nie chce mnie widzieć za biurkiem.

O szczególnej uwadze i trosce jaką Papieże obdarzają ten Urząd świadczy również fakt, iż Jałmużnik jest członkiem tzw. Rodziny Papieskiej, czyli najbliższych posługujących Ojcu Świętemu osób, z przywilejem uczestniczenia obok osobistych sekretarzy i prefekta Domu Papieskiego we wszystkich papieskich uroczystościach liturgicznych. Jako przewodniczący instytucji watykańskiej nie zostaje zawieszony wraz z rozpoczęciem sede vacante do czasu wyboru kolejnego papieża.

Franciszek pragnie widzieć swojego Jałmużnika przede wszystkim, jako człowieka przemierzającego ulice Rzymu, by szukać potrzebujących, a wagę i znaczenie tej posługę podkreślił uczestnicząc osobiście, jako zwykły wierny, we mszy święceń biskupich ks. Konrada. Gdy będzie potrzeba, posługa ta zacznie obejmować nie tylko diecezję rzymską. I tak już się stało w przypadku tragedii, jaka miała miejsce na Lampedusie. Papież Franciszek wysłał tam arcybiskupa Krajewskiego.

Miłosierdzie – drugie imię miłości

Co o swojej misji mówi sam arcybiskup Konrad Krajewski?  

– rozmowę prowadzi Anna Artymiak  

– Niespodziewana nominacja nowego jałmużnika nieoficjalnie była tłumaczona jako chęć rozwinięcia tego urzędu. Na czym ma ona polegać?

Ojciec Święty chce czegoś zupełnie innego. Mówi o fantazji Matki Teresy. Powiedział mi bardzo wyraźnie: „Biurko nie jest twoim miejscem, masz iść do ludzi!”.

Papież chce, żebym wychodził na ulice, tak, jak to zrobiłem kilka dni po święceniach biskupich. "To są moje ręce, ale one dzisiaj są za krótkie, potrzebuję rąk Konrada, które przedłużą moje, bym mógł dotknąć wszystkich biednych w Rzymie i nie tylko w Rzymie" – mówił do mnie Papież podczas rozmowy na temat urzędu Jałmużnika. Mam być dłońmi i sercem Ojca Świętego. On chętnie by poszedł sam na ulice. Wiemy, że w Buenos Aires wielokrotnie w tygodniu wychodził na ulice i jadał z ubogimi. Ja również będę tak postępował, będę z jadał z ubogimi; swoją pracę rozpocząłem właśnie w ten sposób, poszedłem do domu starców prowadzonego przez Piccole Sorelle dei Poveri, przy Piazza San Pietro in Vincoli, zaraz przy głównym kościele. Jest to dom dla 60 osób. Pracuje tam 16 sióstr, które nie mają pieniędzy na utrzymanie. Posługują ludziom, którzy nie mają emerytury. Siostry codziennie wychodzą i proszą o rzeczy, które mają 2-3 dni ważności lub o zakup warzyw. Ludzie bardzo chętnie kupują. Przyszedłem do nich na Nieszpory, potem odwiedziłem wszystkich, którzy są w łóżkach i nie mogą chodzić, a z pozostałymi zjadłem kolację.

To są ludzie bardzo opuszczeni, większość z nich jest z Rzymu, a rodziny ich nie odwiedzają. Są samotni, ale za to bardzo blisko Boga. Oni modlą się za nas wszystkich. Bo starość Panu Bogu się udała. Oni już na nic nie liczą, ani na wielką miłość rodziny, ani na podniesienie emerytury. Zostaje im tylko Pan Bóg. Oni wiedzą, że mogą już tylko na Niego liczyć. To jest taka piękna złota jesień tych ludzi, mimo, że cierpią.

Ojciec Święty chce, żeby szedł do nich, by im powiedzieć, że o nich myśli, że są w jego sercu, żeby ich ucałować od niego, żeby dotknąć ich serca. I ja to czynię. Zaniosłem wszystkim obrazek Ojca Świętego z dnia jego wyboru. Pozostawiłem także taki piękny różaniec perłowy w jego imieniu.

Chciałbym, żeby przekazywano go sobie z pokoju do pokoju, modląc się w jego intencji. On jest pierwszym, który najbardziej potrzebuje naszej modlitwy. Jest pierwszym ubogim Diecezji Rzymskiej, żyje ubogo i dlatego ma tak piękne serce, dlatego tak ludzie do niego lgną. Moja rola będzie polegała na tym, żeby odwiedzić wszystkie domy starców Rzymu i okolic.

Ten wymiar nowej posługi wyraża także herb i zawołanie Księdza Arcybiskupa.  

Ponieważ Ojciec Święty mnie przeznaczył do pracy z ubogimi, którzy są ludźmi starszymi, ludźmi ulicy, ludźmi opuszczonymi, czyli do celebrowania miłosierdzia Bożego w intencji Pana Boga, a także Ojca Świętego, więc nie widziałem innej możliwości, jak wybranie herbu, który będzie związany z miłosierdziem. Miłosierdzie Boże jest drugim imieniem miłości. Jest słynne zdanie Jezusa w Ewangelii: „Chcę bardziej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 12,7). Czyli bardziej pragnę miłości niż ofiary. W Starym Testamencie składano ofiary zastępcze. Natomiast Jezus żąda byśmy stali się ofiarą dla innych. Nie ma już ofiary zastępczej, to my mamy stać się tym miłosierdziem. To ja mam się dzielić sobą z innymi. Stąd herb jest bardzo prosty, jest krzyż w centrum, nawiązujący trochę do herbu Jana Pawła II. Z krzyża zaś wychodzą promienie miłosierdzia Bożego, jak na obrazie Jezusa Miłosiernego siostry Faustyny. Nawiązuję całkowicie do miłosierdzia, bo to jest moje zadanie: iść do ubogich i dzielić się sobą.

Jak rozpoczęła się pomoc bezdomnym sąsiadom w Rzymie?

To, co zostaje w mensie Gwardii Szwajcarskiej wraz z siostrami albertynkami, które im gotują, i siostrami prezentkami pracującymi w magazynie papieskim, zabieramy, pakujemy i roznosimy nie tylko Polakom, ale wszystkim, którzy mieszkają na ulicach wokół Watykanu. To robił codziennie Jan Pawel II. Wszystko, co zostawało z jego stołu siostry sercanki zwoziły na dół windą i dawały pracownikom Watykanu. Stworzył on tym gestem sieć swojego stołu rozszerzając go o żandarmów i windziarzy. Oni szli do domów a to, co zostało ze stołu Papieża, dzielili ze swoimi rodzinami. Bardzo często też to, co zostawało, my braliśmy i roznosiliśmy ubogim nie mówiąc, skąd pochodzi. Tak też było za czasów Papieża Benedykta.

Wielu z tych ludzi przyszło na święcenia. Mnie osobiście przy Biurze Prasowym zatrzymała jedna z pań, wyrażając swoją radość z nominacji i wdzięczność, że Ksiądz nigdy ich się nie wstydził.

To była rzecz niesamowita. Większość z nich jest uzależniona od alkoholu, a dwa dni przed moimi święceniami postanowili, że nie będą pić i przyjdą trzeźwi. I tak też się stało. Przyszli trzeźwi w wypranych ubraniach. Niektórzy przynieśli kwiaty, nie wiem skąd wzięli na to pieniądze. Przyszli do Bazyliki i byliśmy razem. Spełniło się to, o co prosi Ojciec Święty, by byłem razem z tymi, do których mnie posyła. W czasie moich święceń w Bazylice Watykańskiej nastąpiło także pierwsze piękne spotkanie Papieża Franciszka z ubogimi Rzymu. Chciałbym, żeby na zakończenie mojego pielgrzymowania po domach starców ci wszyscy ludzie właśnie przyszli do Bazyliki na msze św. z Ojcem Świętym i by udzielił też cierpiącym sakramentu chorych. Na pewno na to się zgodzi.

Nominacja Księdza na jałmużnika została przyjęta bardzo ciepło również wśród osób z Watykanu i wśród osób pracujących na ulicy Borgo Pio.  

Rzeczywiście bardzo dużo ludzi okazało mi wielką życzliwość. Odczułem to także, kiedy poszedłem do najbliższego sklepu z rzeczami kapłańskimi i paramentami liturgicznymi, żeby zamówić sutannę i piuskę biskupią. Okazało się, że wszystko jest już zapłacone. Sklepikarze z Borgo Pio widząc do kogo chodzę, opłacili wszystko, uczestnicząc tym samym w mojej posłudze jałmużnika. A znamy się od lat. Na Borgo Pio panuje rodzinny klimat, zawsze rozmawiamy. Do dzisiaj nazywają mnie Padre Conrado. Święcenia zmieniły istotowo moją posługę, wszystko inne pozostało tak jak było.

W czasie podziękowań na koniec święceń była mowa o Księdzu Dziadku, który był chyba takim pierwszym wzorem dla Księdza Biskupa.  

Tak. To jest ksiądz, który był wikariuszem w parafii, z której pochodzę, potem był proboszczem w wielu parafiach. Moje drogi do Rzymu zawsze prowadziły przez jego dom. Był wśród dwóch kapłanów, którzy towarzyszą biskupowi przy święceniach. To jest ksiądz, który miał zawsze dom otwarty. A jeśli miał klucz to tylko po to, żeby wiatr nie wszedł do środka. Natomiast ten klucz nigdy nie służył do zamykania drzwi przed ludźmi. My jako młodzi chłopcy z oazowych grup formacyjnych ,chodziliśmy do niego, modliliśmy się i jadaliśmy razem. Jego dom był zawsze otwarty. Przygotowaliśmy zawsze razem Boże Narodzenie i Wielkanoc, jeździliśmy na Jasną Górę, na pielgrzymki i oazy. Opłacał nam te wyjazdy, pierwsze sutanny, książki… Bardzo pomagał naszym rodzinom. Do tej pory nie ma nic. W jego domu jest jakiś prosty, skromny mebel i klęcznik. Wszystko rozdał innym i nadal rozdaje. Ja zawdzięczam mu swoje kapłaństwo. Ktoś mógłby się spodziewać, że na święceniach podejdę i ucałuję ręce Ojcu Świętemu. Odważyłem się podejść do tego kapłana i ucałować jego dłonie. Natomiast wdzięczność Ojcu Świętemu wyraziłem wielokrotnie przy innych okazjach.

Konrad Krajewski – łodzianin, rocznik 1963. Na Watykanie pracuje od 1998 roku, kiedy to za zaproszenie ówczesnego mistrza ceremonii papieskich ks. prał. Piero Mariniego, przyjechał pomóc w organizacji obchodów Roku Jubileuszowego 2000. Rok później został mianowany ceremoniarzem papieskim. Na ogromne wyczucie liturgii przez Krajewskiego, ks. Marini zwrócił uwagę znacznie wcześniej, kiedy to w 1987 roku przy okazji wizyty Jana Pawła II w Łodzi 1500 dzieci przyjęło I Komunię. Odpowiedzialny był już wtedy jeszcze jako diakon za organizację liturgii. Po sprawnym zebraniu wszystkich dzieci do wspólnego zdjęcia, o które poprosił sam Papież, ks. Marini zasugerował abp. Ziółkowi, by skierował ks. Konrada na studia z liturgiki do Rzymu. Nastąpiło to dwa lata później. Służył jako ceremoniarz w czasie uroczystości w Watykanie i pielgrzymek po Włoszech i świecie trzem Papieżom: Janowi Pawłowi II, Benedyktowi XVI i Franciszkowi. Wierni zapamiętali go szczególnie w czasie złożenia księgi Ewangeliarza w dniu pogrzebu na trumnie zmarłego Papieża Polaka, jak również jego wzruszenie, gdy Benedykt XVI ucałował relikwie swojego poprzednika w dniu beatyfikacji. Dla Polaków mieszkających w Rzymie posługuje codziennie z mszą św. i w konfesjonale.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Anna Artymiak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna
Artymiak
zobacz artykuly tego autora >