video-jav.net

Porzuceni, osieroceni, adoptowani

Biblijne adopcje. W Biblii przypadki porzucenia dziecka zdarzały się bardzo rzadko, ponieważ narodziny dziecko uważano za przejaw błogosławieństwa

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? – zadaje retoryczne pytanie Bóg…  tak jakby nie dowierzając, że coś takiego jest możliwe i dodaje: „A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 14-15).

„Nawet gdyby ona!”. To pokazuje, jak bardzo jest to nienaturalne i uderzające w ład świata.

 

Porzucenie dziecka?

Niestety sporadycznie dochodziło nawet do czegoś takiego, jak porzucenie niekochanego dziecka na pastwę losu. Do podobnej sytuacji odwoływał się Ezechiel, snując metaforę o symbolicznej historii początków ludu Bożego: w dniu twego przyjścia na świat nie ucięto ci pępowiny, nie obmyto cię w wodzie, aby cię oczyścić; nie natarto cię solą i w pieluszki cię nie owinięto. Żadne oko nie okazało współczucia, aby spełnić względem ciebie jedną z tych przysług przez litość dla ciebie. W dniu twego urodzenia wyrzucono cię na puste pole – przez niechęć do ciebie. Oto Ja przechodziłem obok ciebie i ujrzałem cię, jak szamotałaś się we krwi. Rzekłem do ciebie, gdy byłaś we krwi: Żyj, rośnij! Uczyniłem cię jak kwiat polny (Ez 16, 4-5).

 

Nie powinno to wszakże przesłonić ogólnie uznawanej i zasadniczej prawdy, że w zdecydowanej większości przypadków, narodzin dziecka oczekiwano z radością, otaczając je należną mu, troskliwą opieką. Dziecko było cudem Bożego stworzenia i najpiękniejszym z darów nieba.

 

Jak się wydaje przypadki porzucenia dziecka zdarzały się więc bardzo rzadko. Ponieważ narodziny dziecko uważano za przejaw błogosławieństwa, porzucenie go traktowano jako de facto odrzucenie błogosławieństwa, czyli obrażenie samego Boga. Nie bez powodu pierwsze przykazanie Boga dane ludzkości brzmiało Bądźcie płodni i rozmnażajcie się!. Obecnie zdarza się, że niektórzy postrzegają dziecko jako przeszkodę w realizacji planów, w dorobieniu się, w karierze zawodowej, w wygodnym życiu, ale tego typu mentalność była całkowicie obca mentalności ludzi z czasach biblijnych. Po prostu w tamtych czasach nikomu coś takiego nie wpadłoby nawet do głowy. Ludzie mieli wówczas inne priorytety i wiedzieli co jest naprawdę ważne w życiu. Nie myśleli o tym, na ile dzieci mogą sobie pozwolić w związku ze swoją sytuacją materialną.

W Biblii są tylko dwa przykłady porzucenia dziecka (może ktoś zna więcej, ale ja jakoś innych nie kojarzę). Spowodowane były one jednak ekstremalną i tragiczną sytuacją, a nie brakiem miłości do niego.

 

Izmael, syn Abrahama i niewolnicy Hagar, został wyrzucony z domu swego ojca, ponieważ jego obecność nie podobała się pani domu, czyli Sarze. Nie mogła znieść widoku, że Izmael bawi się z jej synem Izaakiem, choć wcześniej sama naraiła niewolnicę mężowi, gdy przez lata nie mogła mu urodzić potomka. Kiedy zaś w końcu urodziła, Izmael stał się jej solą w oku. Nie ma tu co owijać w bawełnę i uciekać w gładkie eufemizmy… Sara postąpiła podle, ale Abraham zachował się jak… Cisną mi się na usta brzydkie słowa, więc – stosując autocenzurę – napiszę tylko, że „zachował się bardzo nieprzyzwoicie” (to cytat z „Rejsu”, jakby ktoś pytał).

 

hagar

“Hagar na pustkowiu”, Camille Corot, olej na płótnie, 1835 r., The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork

 

Za cenę świętego spokoju Abraham odprawił Hagar i swojego narodzonego z niewolnicy syna, nie wyposażając ich odpowiednio, aby mogli przeżyć na pustyni.

Za cenę świętego spokoju Abraham odprawił Hagar i swojego narodzonego z niewolnicy syna, nie wyposażając ich odpowiednio, aby mogli przeżyć na pustyni. Dość szokujące w tym wszystkim jest to, że według przekazu biblijnego właściwie otrzymał na to przyzwolenie od Boga. Udręczona kobieta, tułająca się po pustyni, nie mogła więcej znieść płaczu swojego synka, toteż „ułożyła dziecko pod jednym krzewem” i zostawiła je samo. Zatroszczyła się jeszcze o to, aby leżało w cieniu i aby słońce nie męczyło umierającego z pragnienia dziecka. Hagar „porzuciła” dziecko z powodu rozpaczy, w przekonaniu, że nie potrafi się o nie zatroszczyć… Z drugiej strony jednak odeszła od niego tylko „tak daleko, jak łuk doniesie”, chciała bowiem do końca widzieć, co się z nim dzieje. W ten sposób była dostatecznie blisko swojego dziecka, aby Bóg mógł mu pomóc. Bo Bóg przyzwolił co prawda, aby Abraham wypędził swoje dziecko i jego matkę, ale pragnął także, aby odrzucone dziecko żyło. I oto zjawił się Anioł Pański, który polecił Hagar: Podnieś chłopca i weź go za rękę, bo uczynię go wielkim narodem (Rdz 21, 18). W tym samym momencie Hagar dostrzegła studnię, której wcześniej nie widziała. Izmael przeżył i zgodnie z wolą Bożą zapoczątkował istnienie wielkiego narodu. Nota bene stąd właśnie wzięli się na świecie Arabowie, których niechęć do Żydów jest powszechnie znana. Z wzajemnością zresztą.

 

Kosz uszczelniony żywicą i smołą stał się arką, ratującą życie małego chłopca, na wzór Noego uratowanego od wód potopu. Ten kosz był w pewnym sensie takim starożytnym „oknem życia”.

Z kolei Księga Wyjścia opowiada historię hebrajskiej kobiety imieniem Jokebed, która urodziła syna w czasie, gdy faraon rozkazał zabijać wszystkie noworodki płci męskiej z plemienia hebrajskiego (Wj 1, 15-22). Przez trzy miesiące ukrywała swoje maleństwo, ale w końcu nie miała możliwości dalej go chronić. Nie mogła jednak znieść myśli, że jej synek mógłby zostać zabity, więc wzięła kosz z trzciny, powlekła go żywica i smołą, a potem włożywszy do niego dziecko, umieściła wśród trzcin nad brzegiem Nilu (Wj 2, 3). Autor tej biblijnej opowieści określił kosz słowem „tebah”, jakim nazwana została także arka Noego, która przyniosła ocalenie jego rodzinie i jemu samemu. Kosz uszczelniony żywicą i smołą stał się arką, ratującą życie małego chłopca, na wzór Noego uratowanego od wód potopu. Ten kosz był w pewnym sensie takim starożytnym „oknem życia”. Niewątpliwie Jokebed bardzo trudno było zdobyć się na ten krok. Ale czy miała inne wyjście? Z miłości do synka uczyniła to, co uznała dla niego za najlepsze. Co ciekawe, jej córka stanęła w pobliżu i obserwowała braciszka, dopóki ten nie znalazł się w bezpiecznych rękach. Prawdopodobnie zrobiła to właśnie na prośbę zatroskanej matki. Porzucenie dziecka w tym wypadku było po prostu ratowaniem jego życia. Przypomina to sytuacje z okresu II wojny światowej, gdy żydowskie matki próbowały ratować swoje dzieci przed zagładą, oddając je komuś na wychowanie. Taka była na przykład historia mojego wykładowcy z czasów studenckich – księdza Romualda Waszkinela, który jako niemowlę został oddany przez matkę polskiej rodzinie i w ten sposób jego życie zostało ocalone.

 

Alexey_Tyranov._Moses'_mother

“Matka Mojżesza”, Alexey Tyranov, 1839-1842, Tretiakowska Państwowa Galeria, Moskwa

 

Wszystkie dzieci nasze są

Oczywiście w sposób nieunikniony zdarzały się także dzieci, które nie zostały porzucone, ale były sierotami. Rodzice czasem umierali, padali ofiarą wypadków, ginęli podczas wojny. Los sierot nie był łatwy. Biblia trafnie przedstawiała wdowy i sieroty jako ludzi ubogich, ponieważ po śmierci męża, ojca czy też obojga rodziców osoby takie były często zdane na własne siły i pozbawione środków utrzymania. W Prawie Mojżeszowym zaznaczono: Nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty. Jeślibyś ich skrzywdził i będą Mi się skarżyli, usłyszę ich skargę (Wj 22, 21-22). Ale prawo żydowskie nie tylko zakazywało krzywdzenia ubogich, ale także bardzo mocno podkreślało, że religijnym obowiązkiem wierzącego Izraelity jest troska o tych uboższych, którzy są szczególnie umiłowani przez Boga (Ps 68,6; Ps 146, 9). Zgodnie z nakazem Boga, w czasie zbiorów Żydzi zostawiali pokłosie na polu i nie zrywali wszystkich owoców. Jeśli będziesz żął we żniwa na swoim polu i zapomnisz snopka na polu, nie wrócisz się, aby go zabrać, lecz zostanie dla obcego, sieroty i wdowy, aby ci błogosławił Pan, Bóg twój, we wszystkim, co czynić będą twe ręce. Jeśli będziesz zbierał oliwki, nie będziesz drugi raz trząsł gałęzi; niech zostanie coś dla obcego, sieroty i wdowy. Gdy będziesz zbierał winogrona, nie szukaj powtórnie pozostałych winogron; niech zostaną dla obcego, sieroty i wdowy” (Pwt 24, 19-21). Patriarcha Hiob oznajmił: Tak! Ucho, które mnie słyszało, życzyło mi szczęścia, a oko, które mnie widziało, przyświadczało mi, bo ratowałem ubogiego, gdy wołał o pomoc, sierotę i każdego, kto nie miał opiekuna (Hi 29,11-12). A w innym miejscu: Jeżeli odmówiłem prośbie ubogich albo sprawiłem, że oczy wdowy zaszły łzami, jeżeli sam jadałem swoją kromkę i nie jadała z niej sierota, którą od mojej młodości wychowywałem jak ojciec i prowadziłem od łona matki; jeżeli widziałem kogoś ginącego z powodu braku odzieży i biedaka bez okrycia, a jego biodra nie błogosławiły mnie i nie ogrzał się wełną moich owiec, jeżeli kiedy podniosłem rękę przeciwko sierocie, ponieważ widziałem w bramie pomoc dla siebie, to niech odpadnie moja łopatka od grzbietu, a moje ramię niech będzie wyrwane ze stawu!” (Hi 31,16-22). Z kolei autor Listu Jakuba stwierdza: Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach (Jk 1, 27).

 

Oni byli adoptowani

Kwestia posiadania potomstwa miała w większości kultur starożytnych znaczenie priorytetowe. W społeczeństwach starożytnych posiadanie potomstwa było wyznacznikiem pozycji społecznej człowieka.

W starożytnym Izraelu była także praktykowana adopcja. Już słynny Kodeks Hammurabiego (liczący sobie około 4000 lat) zawiera dość szczegółowe normy dotyczące motywów, natury i rodzajów stosunku adopcji. Kwestia posiadania potomstwa miała w większości kultur starożytnych znaczenie priorytetowe. W społeczeństwach starożytnych posiadanie potomstwa było wyznacznikiem pozycji społecznej człowieka. Małżeństwa bezdzietne uważano za gorsze od tych, które wydały na świat potomstwo. Dlatego w wielu kulturach starożytnego Bliskiego Wschodu spotykamy instytucję adopcji służącą zachowaniu rodu oraz poprawieniu wizerunku rodziny w oczach współobywateli. Adopcja była często jedyną możliwością realizacji marzeń o przedłużeniu rodu.

 

mikal

“Mikal pomaga Dawidowi w ucieczce przed królem Saulem”, Gustave Doré, 1865. Mikal została pierwszą żoną Dawida

W jednym miejscu Biblii czytamy, że Mikal (córka króla Saula) nie miała dzieci (2 Sm 6, 23), natomiast w innym wersecie znajdujemy stwierdzenie, że była matką pięciu synów (2 Sm 21, 8). Niekonsekwencja jest tu tylko pozorna. Tych synów urodziła Merab, siostra Mikal, ale po śmierci Merab wychowywała ich Mikal, a więc była – według Biblii – ich rzeczywistą (choć nie biologiczną) matką.

 

Szczególnym rodzajem adopcji było wyznaczenie przez żonę innej kobiety (niewolnicy), która w jej zastępstwie ma wydać potomstwo. Dziecko zrodzone z takiego związku było uważane za dziecko właścicieli niewolnicy, a nie tej, która faktycznie wydała je na świat. W Biblii sytuację taką możemy odnaleźć w małżeństwie Abrahama i Sary (Rdz 16,1 – 4). Sara oddała Abrahamowi swoją niewolnicę Egipcjankę Hagar, aby ta urodziła im syna Izmaela (Rdz 16,15). Teoretycznie Izmael był więc adoptowany przez Sarę, ale kiedy urodziła ona Abrahamowi syna Izaaka (Rdz 21,2), chciała pozbyć się syna niewolnicy, o czym wspominałem już wcześniej. Sara nie odczuwała macierzyńskiej więzi z Izmaelem, ale w wielu analogicznych przypadkach taka więź faktycznie miała miejsce. Przykładem może być chociażby historia bezpłodnej Racheli, która dała mężowi swoją niewolnicę Bilhę (Rdz 30,3 – 6). Kiedy ta urodziła dwóch synów – Dana i Neftalego, Rachela uznała ich za własne dzieci i sama nadała im imiona, jako ich matka. Zrodzone przez siebie dzieci Bilha kładła na kolanach Racheli, co było kulminacyjnym momentem ceremonii adopcji. Z kolei Zilpa, niewolnica Lei urodziła Jakubowi synów: Gada i Asera, których adoptowała Lea (Rdz 30,10-13). Ponieważ wszyscy żyli razem, tworząc jedną wielką wspólnotę, wychowanie dzieci także miało charakter wspólnotowy. Umierający Jakub, patriarcha rodu, uznał ponadto synów Józefa, urodzonych z Egipcjanki Asenat, za swoich, czyli należących do jego rodu. Włożył na nich ręce i udzielił im swojego błogosławieństwa (Rdz 48, 5. 14-20). Z kolei Józef jako własne traktował dzieci swych synów: Manassesa  i Efraima, co tekst biblijny wyraża zwrotem: urodzili się na kolanach Józefa (Rdz 50, 23). Kolejnym przykładem adopcji biblijnej jest Noemi, która adoptowała syna zrodzonego przez swoją synową Rut (por. Rt 4, 13-17). Położyła go na swoim łonie, a kobiety z otoczenia powiedziały: Narodził się syn dla Noemi (Rt 4,16-17). Niektórzy kwestionują, że były to adopcje w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ dokonywały się one wewnątrz rodziny i w linii prostej, gdzie dziecko było „adoptowane” przez jego macochę (por. Rdz 16,2 i 30,1-13), przez jego dziadka czy przez babkę. Ale zdarzały się także adopcje dziecka zupełnie obcego.

 

Bardzo pięknie jedną z biblijnych historii „wychowywania nie swojego dziecka” pokazał brazylijski serial, nakręcony w konwencji typowej latynoameryakańskiej telenoweli, pod tytułem „Król Dawid” („Rei Davi”). Jednym z pobocznych, ale niezwykle poruszających wątków, są w nim dzieje Meribaala, syna Jonatana, który stracił ojca w wieku pięciu lat i którym przez kolejne lata opiekowała się służąca jego zmarłej przy porodzie matki. Meribaal był chromy, ponieważ podczas ucieczki z obozu po jego nogach przejechał rydwan, miażdżąc mu kości. Piastunka Meribaala troszczyła się jednak o kalekie dziecko i aby zapewnić mu pożywienie, gotowa była nawet sprzedawać na ulicy swe ciało. Gdyby go porzuciła, mogłaby sobie jeszcze ułożyć życie, bo była młoda i nadal piękna, ale kiedy Jonatan wyruszał na bitwę i przeczuwał jej tragiczny finał, obiecała mu, że zajmie się jego synkiem, gdyby wydarzyło się coś złego. Całe swoje życie poświęciła chłopcu, który nie był jej własnym synem, ale którego pokochała z całego serca. Scenarzyści wiele tutaj dodali, opierając się na własnej wyobraźni. Biblia jest bardziej dyskretna, jeśli chodzi o losy Meribaala, ale ktoś przecież musiał troszczyć się o niego przez te wszystkie lata, skoro był niepełnosprawny. Kiedy Meribaal był już dorosły, król Dawid dowiedział się, że syn jego przyjaciela Jonatana nadal żyje i przywrócił mu wszystkie ziemie ojca, dał służących oraz gościł go przy swoim stole (2 Sm 4,4; 9; 16,1 nn.; 19,24-30; 21,7). Syn Jonatana i wnuk króla Saula przeżył jednak przede wszystkim dzięki tej bezimiennej kobiecie, która otoczyła go opieką.

 

meribaal

“Meribaal przed królem Dawidem”, ilustracja z “Biblii Maciejowskiego”, 1240 r. (manuskrypt Biblii stworzony na zamówienie króla Francji, Ludwika IX. Polska nazwa powstała od nazwiska biskupa krakowskiego, Bernarda Maciejowskiego, do którego należała w XVII wieku)

 

Adoptowana sierotka, która została królową

O adopcji pewnej osieroconej dziewczynki czytamy też w Księdze Estery. Jest to taka biblijna historia o Kopciuszku. Po śmierci rodziców niejaka Hadassa została przygarnięta przez starego Mardocheusza. W Piśmie Świętym czytamy o nim: Był on opiekunem Hadassy, to jest Estery, córki stryja swego, bo nie miała ona ojca ani matki. Była to panna o pięknej postaci i miłym wyglądzie; a gdy umarli jej ojciec i matka, przyjął ją Mardocheusz za córkę (Est 2, 7). Wzruszająca jest więź ukazana między Esterą i Mardocheuszem. Kiedy dziewczyna została zabrana do haremu króla, Mardocheusz przechadzał się codziennie na wprost przedsionka domu kobiet, aby dowiadywać się o zdrowie Estery i co się z nią dzieje (Est 2, 11). Zbliżając się do królewskiego haremu i próbując uzyskać informacje o jednej z zamkniętych tam dziewcząt, narażał oczywiście życie, ale czynił to pod wpływem miłości i troski o osobę, którą kochał z całego serca. W wyniku splotu wielu wydarzeń Estera została później żoną władcy imperium perskiego Aswerusa (czyli Kserksesa) i koronowano ja na królową. Mimo to ciągle wielkim autorytetem był dla niej przybrany ojciec: Estera nie powiedziała o swoim pochodzeniu i o narodzie, tak jak to polecił jej Mardocheusz. Estera uczyniła zgodnie z poleceniem Mardocheusza, tak jakby była jeszcze pod jego opieką (Est 2, 20). Ostatecznie historia tej młodej i pięknej Żydówki okazała się dziełem opatrzności Bożej, ponieważ Estera uratowała naród żydowski przed zagładą zaplanowaną przez podstępnego Hamana. Na motywach Księgi Estery nakręcono brazylijską telenowelę pod tytułem „A Historia de Ester” z oszałamiająco przystojnym Marcosem Pitombo jako perskim królem Ahaswerusem i z przepiękną Gabrielą Durlo jako Żydówką Esterą. Polecam, bo mi osobiście (i mojej żonie) serial ten bardzo się podobał…

 

historia-de-ester-1420478267

fot. materiały promocyjne serialu “A Historia de Ester”

 

Adoptowany Mojżesz

Oczywiście najbardziej znanym adoptowanym dzieckiem w Biblii jest Mojżesz. Ten sam, którego hebrajska matka porzuciła w koszyku, aby ocalał z eksterminacji zarządzonej przez faraona. Jak pamiętamy z Księgi Wyjścia, jedna z córek owego faraona dostrzegła koszyk i posłała swą służącą, aby go przyniosła. Zdumiona zobaczyła w środku niemowlę. Przyjęła je pod swój dach i traktowała jak własnego syna (por. Wj 2, 10; por. Dz 7,21). Co pobudziło córkę faraona do tego, że postanowiła ochronić niemowlę, chociaż domyśliła się, że należy do potępionego narodu izraelskiego? Czy była to jakaś fanaberia znudzonej księżniczki? Otóż Biblia powiada nam, że zobaczyła dziecko: był to płaczący chłopczyk. Ulitowała się nad nim mówiąc: Jest on spośród dzieci Hebrajczyków (Wj 2,6). Postępowanie córki faraona było więc motywowane litością, chęcią oszczędzenia dziecka. Fakt, że nadała mu egipskie imię (słowo moses, mosis oznacza w języku egipskim syna), oznaczał, że dokonała prawnego aktu adopcji. Niektórzy twierdzą, że Mojżesz stał się on jej synem nie z miłości, ale z litości, ale według Biblii litość i miłosierdzie (rachamim) to właśnie jedna z odmian miłości.

 

Moses Laid Amid the Flags

“Mojżesz leżący wśród zbóż” James Tissot, obraz malowany gwaszem, 1902r.

Nie wiemy tak naprawdę, jakie były relacje Mojżesza z jego egipską matką. Czy był między nimi chłodny dystans? Osobiście myślę, że ona autentycznie go pokochała, a on ją pokochał, ale są to jedynie domniemania. W różnych filmach i literaturze pięknej znajdziemy wiele wyobrażeń o tej relacji. Biblia nie wykazuje natomiast większego zainteresowania tą kwestią. Może ukazywanie miłości między egipską matką i Mojżeszem, uznano za wątek całkowicie niepotrzebny w narracji o wybawieniu narodu Izraela z egipskiej niewoli. Autor Księgi Wyjścia cały okres dorastania Mojżesza na dworze faraona skwitował jednym zdaniem: W tym czasie Mojżesz dorósł (Wj 2, 11a). W Dziejach Apostolskich czytamy zaś tylko: zabrała go córka faraona i przybrała go sobie za syna. Mojżesza wykształcono we wszystkich naukach egipskich, i potężny był w słowie i czynie (Dz 7, 21-22). Można powiedzieć, że Mojżeszowi powiodło się w życiu. Chłopiec, którego w najlepszym wypadku mógł czekać los niewolnika, stał się członkiem królewskiej rodziny. Posiadał wysoki status społeczny, bogactwo, dostęp do edukacji – wszystko to jako adoptowany syn córki najpotężniejszego człowieka na świecie. Był on na szczycie całego społeczeństwa. Przez blisko czterdzieści lat swego życia Mojżesz nie interesował się swoją biologiczną rodziną, swoimi rodakami, swoimi korzeniami, a tym samym nie uczestniczył w ich losie ciężko pracujących niewolników. Przez cały ten okres zniewoleni Hebrajczycy po prostu nie istnieli w jego świadomości, jakby ich nie było na świecie. Później to się zmieniło… Nie wiemy, w jakich okolicznościach usłyszał o tym, że został adoptowany, gdy był małym chłopcem, ale najwyraźniej odkąd się o tym dowiedział, narodziło się w nim nagle poczucie winy i pragnienie jej odpokutowania. Mojżesz odrzucił splendory i zaszczyty członka rodziny królewskiej i w napadzie gniewu zabił Egipcjanina, który znęcał się nad hebrajskim niewolnikiem. Potem, po długim okresie życia na wygnaniu, kiedy miał już 80 lat, stanął na czele co najmniej trzymilionowego narodu niewolników, aby ich wyzwolić i zaprowadzić do Ziemi Obiecanej (choć początkowo wcale nie chciał się podjąć tego zadania). Dla członków narodu wybranego stał się prawodawcą, prorokiem, sędzią, wodzem, pośrednikiem przymierza z Bogiem i najważniejszą postacią religii starożytnego Izraela. Paradoksalnie wiele umiejętności, przydatnych do pełnienia tych funkcji było wynikiem jego wychowania i wykształcenia na dworze faraona, a więc adopcji dokonanej przez egipską księżniczkę. Dla córki faraona pozostał zaś pewnie zawsze tym malutkim chłopczykiem, którego znalazła w koszu i którego uczyniła swoim synem.

 

Wszyscy jesteśmy adoptowani

W Nowym Testamencie czytamy, że Jezus Chrystus został poczęty z Ducha Świętego, nie zaś z mężczyzny (Mt 1,18). Był on „adoptowany” i wychowany przez męża swojej matki – Józefa, któremu nakazano nie bać się przyjęcia żony wraz z dzieckiem, nie będącym jego synem. Józef wychowywał nie swoje dziecko, ale tak, jakby był jego synem. Z wielkim literackim kunsztem relację między Jezusem a Józefem ukazał Jan Dobraczyński w książce „Cień ojca”. Jest to najlepsza powieść o św. Józefie jaką znam…

 

Co ciekawe, czytając Pismo Święte, można w nim zauważyć, obecność niezmiernie istotnej dla teologii, idei adopcji nadprzyrodzonej. Przy jej pomocy Biblia pragnie ukazać relację pomiędzy Bogiem a narodem wybranym. Już kiedy Izraelici znaleźli się u podnóża góry Synaj i Bóg zawarł przymierze ze swoim Ludem, mówiąc, Ja będę twoim Bogiem, a Ty będziesz moim ludem (Wj 19, 1-8), dokonał aktu usynowienia narodu. Bóg z miłości, dobrowolnie adoptował swój lud, czyli przyjął go jako swoje dziecko. „Zrodzenie” Izraela dokonało się w chwili wyjścia z Egiptu i Bóg traktował go jak syna, niosąc go na ramionach i nie pragnąc jego zguby (por. Oz 11, 1-3. 8; Iz l, 2) W późniejszym czasie także relację pomiędzy Bogiem a królem Izraela – Dawidem, ukazywano analogicznie do relacji istniejącej pomiędzy ojcem i synem. W żadnym z tekstów nie ma oczywiście mowy o fizycznym zrodzeniu króla przez Jahwe, jak było to w wielu starożytnych królewskich rodach. Natomiast niewątpliwie mamy tu do czynienia z ideą adopcji i wiarą, że to przybrane synostwo Boże króla gwarantuje jego władzę i autorytet. Według biblijnej teologii na mocy darmowego aktu adopcji, Bóg jako ojciec przyjął całego Izraela wraz z jego królem za adoptowanego syna, czyniąc go jednocześnie dziedzicem życia wiecznego i spadkobiercą przyszłej chwały. Idea króla jako adoptowanego syna Jahwe (2 Sm 7, 14; Ps 2, 7; Iz 9, 5; 42, l) miała wielkie znaczenie dla teologicznej myśli Nowego Testamentu. Oczekiwany w Nowym Testamencie król z pokolenia Dawida i Mesjasz, Jezus z Nazaretu, okaże się prawdziwym i jedynym Synem Bożym, w konsekwencji czego nasza więź z Chrystusem, będzie skutkowała przybranym synostwem Bożym.

 

Dlatego właśnie św. Paweł, kiedy chciał ukazać relację Boga Ojca do członków nowego Ludu Bożego (czyli Kościoła), wprowadził do swoich listów termin „hiothesia”, którym popularnie posługiwali się starożytni Grecy na określenie instytucji adopcji (por. Rz. 8, 15; 8, 23; 9, 4). Autorzy biblijni pod natchnieniem Ducha Świętego zaaplikowali ideę adopcji do nadprzyrodzonej relacji nas wszystkich do Boga. Nie jesteśmy pierworodnymi, ale dzięki Chrystusowi możemy wołać „Abba, Ojcze”. Gdy powierzamy swoje serca Chrystusowi, wierząc i ufając Mu w kwestii naszego zbawienia, Bóg mówi, że stajemy się częścią jego rodziny- nie przez naturalne poczęcie, lecz przez akt adopcji: Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (Rz 8,14-17). Podobnie także czynimy, gdy przez adopcję włączamy jakąś osobę do własnej rodziny. Jest to podyktowane dobrowolnym wyborem i miłością. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli (Ef 1,5). Bóg adoptuje do swojej duchowej rodziny tych, którzy przyjmują Chrystusa jako swojego Zbawiciela. Dzięki Niemu staliśmy się więc dziedzicami nieba i dziećmi samego Boga. Ta oczywista prawda powtarzana jest w Liście do Efezjan (np. 1, 5. 14; 2, 14; 4, 21) do Kolosan (3, 23-24), do Hebrajczyków (9, 15); do Galatów (4, 5-6), Liście Jakuba (2, 5) i innych. Jak się okazuje adopcja jest więc także naszym przeznaczeniem.

 

Nasuwa się tu pewna analogia z historią Mojżesza… Córka faraona wyjęła Mojżesza z koszyka zaplątanego w przybrzeżnym sitowiu, i uznała go za swego syna. Bóg, co prawda nie wyjął nas z wody, ale za to wyrwał nas z naszego plugawego środowiska grzechu i przyjął do swojej rodziny. W liście do Galatów czytamy, że Bóg uczynił to, gdy byliśmy sprzedani jako niewolnicy. Nadprzyrodzona adopcja jest więc w tym ujęciu wyprowadzeniem na wolność, analogicznie do sytuacji, gdy ktoś odkupi niewolnika, aby ulżyć jego losowi, a potem go usynowi, okazując mu niewiarygodna łaskę: „Tak więc już nie jesteś niewolnikiem, lecz synem, a jeśli synem, to i dziedzicem przez Boga” (Ga 4, 7).

 

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Samotność Jezusa

Trzeba zrobić wszystko, żeby Jezus już nigdy nie był sam

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dawno, dawno temu, pewna zakonnica próbowała mi wytłumaczyć sens wieczystej adoracji, uważanej za główny charyzmat i cel istnienia jej zakonu. Zakonnice w tym zakonie były rozpisane na dyżury, aby w kaplicy o każdej porze (na przykład o trzeciej nad ranem) któraś z nich adorowała Najświętszy Sakrament.

– Chodzi o to – powiedziała mi moja rozmówczyni – że w Ogrodzie Oliwnym uczniowie zawiedli Jezusa, bo spali, kiedy prosił ich o czuwanie z Nim. Teraz, dzięki takim zakonom, jak nasz, Jezus już nigdy nie jest sam!

 

getsemani_tissot

“Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?”, 1886-1894, James Tissot

 

Oczywiście trudno zaprzeczyć, że ten moment w życiu Jezusa, kiedy modlił się w Ogrójcu, był związany z Jego głęboką samotnością. Ks. Ryszard Kempiak, salezajanin, napisał nawet w jednym z artykułów, że w scenie rozgrywającej się w Getsemani, jak w soczewce skupiają się wszystkie aspekty samotności Jezusa. Jezus został wówczas zupełnie sam ze swoją trwogą. Getsemani, miejsce tłoczenia oliwy, było świadkiem dramatycznej walki, kiedy Jezus był miażdżony krańcową samotnością, lękiem przed śmiercią, pokusą ucieczki, a w końcu także zdradą przyjaciela. Kilka godzin wcześniej, spożył ze swymi uczniami ucztę paschalną w Wieczerniku. Przekonywał swoich uczniów o miłości do nich. W słowach pełnych zaufania i gestach pełnych serdeczności pokazał, że jest dla nich kimś bliskim. Potem wspięli się na Górę Oliwną. Jezus często, szukał odosobnienia, kiedy się modlił. Tym razem jednak było inaczej. Potrzebował obecności swoich przyjaciół. Poprosił trzech najbliższych uczniów i filary wspólnoty chrześcijańskiej – Piotra, Jakuba i Jana, aby spędzili z nim noc na czuwaniu i modlitwie. Zostańcie tu i czuwajcie ze mną – powiedział (Mt 26, 38). To czuwanie miało być udziałem w próbie Jezusa. Jezus prosił tych, którzy byli najbliższymi świadkami Jego najważniejszych przeżyć, aby mu przynajmniej duchowo, towarzyszyli w tym trudnym dla Niego momencie. Odszedł kilka kroków dalej i pogrążył się w modlitwie, ale kiedy podszedł do uczniów, zastał ich śpiących. I ta sytuacja ciągle się powtarzała. Kiedy odchodził oni znów zasypiali. Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? (Mt 26, 40); Śpicie jeszcze i odpoczywacie? (Mt 26, 45). Łukasz jest wzruszająco taktowny wobec uczniów, stwierdzając, że byli „śpiący ze smutku” (Łk 22, 45). Łagodzi to jakoś obraz śpiących apostołów, ale nie zmienia faktu, że kiedy Jezus ich potrzebował, oni odpływali w krainę marzeń sennych.

Łukasz jako jedyny podaje także informację, że w godzinie zwątpienia i próby w ogrodzie Oliwnym, kiedy uczniowie zawiedli, gdyż zostali pokonani przez senność, zstąpił z Nieba anioł, który pocieszał i umacniał Jezusa (Łk 22,43). Jest to jeden z bardziej poruszających fragmentów w Piśmie Świętym. Myśl, że Jezus potrzebował pocieszenia ze strony anioła, czyni Go bardzo bliskim.

Carl_Heinrich_Bloch_-_Gethsemane

“Getsemani”, olej na płycie miedzianej, Carl Heinrich Bloch, 1873 r.

Bardzo lubię obraz duńskiego malarza Carla Heinricha Blocha „Gethsemane”, na którym możemy ujrzeć anioła, przytulającego do siebie Jezusa, swego Pana i Stwórcę, który jako człowiek odczuwa strach przed mającą niebawem nadejść męką i opuszczeniem.

W jednym z opowiadań Vladimira Volkoffa, zawartym w książce „Kroniki anielskie”  możemy poznać, jakie były uczucia anioła, który miał pocieszyć Jezusa w Ogrójcu. Otóż według Volkoffa anioł ten tak bardzo był przejęty swoją rolą, że kiedy ujrzał agonię Jezusa i krwawy pot na Jego czole, wypowiedział wbrew sobie prośbę: „Pociesz mnie”… I ostatecznie to Jezus musiał być pocieszycielem dla anioła (V. Volkoff, Kroniki anielskie, tł. Beata Biały, Dębogora 2007).

Oczywiście możliwe jest również, że żadnego anioła nie było. Znamienne, że wspomina o nim tylko Łukasz. Może uznał on, że taki zabieg literacki jest potrzebny… ponieważ samotność Jezusa wśród chrapiących uczniów byłaby nazbyt dojmująca?

Przypomina mi się tu wiersz poety, który jest szczególnie drogi mojemu sercu, czyli Rainera Marii Rilkego. Napisał on niesamowity utwór pod tytułem „Ogród Oliwny”, który ukazuje osamotnionego i wątpiącego Jezusa, czyniąc Jego samotność w Ogrójcu archetypem wszelkiej ludzkiej samotności:

 

„Wchodził na górę w szarych liści chmurze,

W jesiennym krajobrazie szary i zgubiony.

I złożył ciężar skroni przyprószonych kurzem

Głęboko, w prochu swych gorących dłoni.

 

Po wszystkim to. I to był kres.

“Teraz mam iść, gdy ślepnąc tracę drogę?

I czemu żądasz, abym rzekł, żeś jest,

Gdy sam już Ciebie odnaleźć nie mogę

 

Już Cię nie odnajduję. Ciebie nie ma

we mnie. Ni w innych. Ni w trwaniu kamienia.

Już Cię nie odnajduję. Jestem sam.

 

Sam z troską wszystkich ludzi, w ich czuwaniu.

Przez Ciebie chciałem im zmniejszyć cierpienia,

przez Ciebie, którego nie ma. O, wstydzie.

 

Później opowiadano: przyszedł anioł.

 

Dlaczego anioł? Ach, to przyszła noc

i szeleściła obojętnie nad wezgłowiem.

I poruszyli się we śnie uczniowie.

Dlaczego anioł? Ach, to przyszła noc.

 

Noc ta nie była z tysiąca wybraną,

była jak inne, co mijają nieskończenie:

tutaj śpią psy, tam leżą kamienie,

ach, smutna, ach ta pierwsza lepsza noc

co czeka, kiedy znów nadejdzie rano.

 

Bo aniołowie nie schodzą wezwani

przez tak proszących, ani noce wielkie, jasne –

wszystko opuszcza tych, którzy się gubią sami,

przez swoich ojców rzuceni na pastwę

i ze żywota swych matek wygnani”

(tł.  Adam Ważyk)

 

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >