Nie jestem spoko

Nie jestem spoko i nie chcę być spoko. To całe spoko kojarzy mi się trochę z obłudą. Człowiek zawsze chce być taki fajny dla każdego, taki miły. Ale to jest bardzo często zwyczajna hipokryzja… Ja nie zabiegam o to, żeby być fajnym, chcę być przynajmniej uczciwym grzesznikiem

Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Z Tomaszem Budzyńskim o uczciwości i spoko-ludziach rozmawia Judyta Syrek

 

Lubi pan słowo uczciwość?

A czemu nie miałbym lubić. To bardzo dobre słowo.

A kiedy myśli pan – człowiek uczciwy, to kogo ma pan w pamięci?

Znam kilka takich osób, ale niestety nie jest to zjawisko powszechne. Od razu mówię, że nie uważam się za kogoś lepszego od innych. O uczciwości to Platon pisał całe swoje dialogi. Ja tu nie chcę się jakoś wymądrzać ale mam, jak chyba każdy, swoje doświadczenia w tym względzie. To są, że się tak wyrażę – wzloty i upadki. Co do przykładów to najpierw przychodzi mi do głowy mój teść. To był człowiek prawy i był dla mnie wzorem mężczyzny. Dotrzymywał słowa, był honorowy. Taki Polak – szlachcic, dla którego uczciwość była podstawą. Bardzo się cieszę, że go poznałem.

Wszyscy narzekają na teściów, a pan się chwali.

No wiadomo, początki są zawsze trudne i chyba każdy to przerabiał. Po prostu rodzice, a szczególnie matki nie potrafią poradzić sobie z nową sytuacją. To jest ta "nieprzecięta pępowina", bo matka i pierworodny syn to najsilniejsza więź na świecie. Psychiczna pępowina zostaje na długo a kobieta próbuje robić wszystko, by przytrzymać pierworodnego syna przy sobie. Moja mama i chyba nie tylko ona tak się właśnie zachowywała. Jest absolutna konieczność przecięcia tej psychicznej pępowiny! A przynajmniej wyjechać z żoną jak najdalej od rodziców i teściów.

Nie jestem spoko

Ma pan w swoim otoczeniu jeszcze inne uczciwe osoby, poza rodziną?

Jest kilka osób, na których mogę całkowicie polegać. Zawsze mogę liczyć na pomoc z ich strony a także sam powierzyłbym im wszystko co mam. Ale uczciwość to nie tylko zaufanie. Uczciwość to także odpowiedzialność za obietnice, które się składa. I to nie jest już takie proste. Czasem staje się niewygodne. Natomiast człowiek uczciwy i honorowy zawsze dotrzyma obietnicy. Jest takie powiedzenie, że szlachectwo zobowiązuje.

Rozmawia pan o uczciwości ze swoim synem?

Oczywiście, że tak. Żyjemy bardzo blisko siebie, niczego nie ukrywamy. My to się nawet z żoną dziwimy, bo w domu nasze dzieci nie zamykają przed nami drzwi od swoich pokojów. Kiedy byliśmy w ich wieku, to bardziej kryliśmy swój świat przed rodzicami. Chcieliśmy się odciąć. A oni kompletnie nie mają takiego problemu. W codziennych rozmowach wszystko wychodzi na jaw, więc to nie przebiega tak, że specjalnie siadam i rozmawiam z synem. Ale zdarzają się nam spacery albo wspólne, dalsze wycieczki gdy mówimy o tych sprawach. Dzieci nam się zwierzają. Mamy do siebie pełne zaufanie. Pamiętam, że tak poważnie ukarane zostały chyba tylko dwa razy i to dawno temu.

Za co?

Za kłamstwo. Zwalili winę na kogoś innego. I to było bardzo nieuczciwe, bo ktoś inny mógł cierpieć przez nich. Była kara i powiedziałem im, że prawda zawsze jest lepsza od kłamstwa, choćby była niewygodna, to ona i tak zwycięży. Dla mnie to jest podstawa stosunków międzyludzkich. Zawsze mówię dzieciom, że choćby miały stracić, muszą mówić prawdę. Zapamiętały to.

Używa pan w obecności dzieci takich słów jak szlachetność? Tłumaczy pan, że powinni być tacy jak ich dziadek na przykład?

Tak, bo w szlachetności jest właśnie honor, odpowiedzialność, uczciwość, ale też miłość i piękno. Te wszystkie rzeczy łączą się ze sobą. Człowiek odważny jest piękny. Kiedy byłem dzieckiem, wszyscy moi bohaterowie z filmów i książek, na przykład Winnetou byli odważni i piękni. Cechy, o których teraz mówimy łączą się, bo to wszystko jest dobrem. Wydaje mi się jednak, że miłość jest czymś największym. A uczciwość to w moim odczuciu dopiero pierwszy stopień do miłości.

A pierwszy stopień do uczciwości? Mógłby pan stworzyć taki dekalog człowieka uczciwego?

Przepraszam ale nie chciałbym wyjść na jakiegoś moralistę, ja jestem grzesznikiem. Nie mam co do siebie złudzeń. Wiem, że mam permanentną skłonność do zła, ale żeby to widzieć, trzeba być uczciwym choćby wobec siebie samego, bo inaczej nie można się nawrócić. Jeżeli widzę swoją grzeszność, to mogę wyznać zło, więc uczciwie przyznaję się, że jestem winny. Tyle mogę zrobić.

Przypomniało mi się opowiadanie o słynnym cadyku. To był chyba Elimelech z Leżajska. Kiedyś powiedział do swoich chasydów, że po śmierci na pewno wejdzie do nieba. Na co oni byli zgorszeni. Mówili , mistrzu jak możesz tak mówić? Elimelech jednak uparcie powtarzał, że na pewno po śmierci będzie w niebie. A uzasadnił to w taki sposób: „Kiedy stanę przed Najwyższym Sądem – to zapytają mnie: Czy uczyłeś się jak należy? I będę musiał odpowiedzieć, że nie. Oni mnie dalej będą pytać: Czy modliłeś się jak należy? Znowu będę musiał odpowiedzieć, że nie. Na końcu spytają: Czy, jak należy, czyniłeś dobro? I po raz trzeci będę musiał powiedzieć  że nie. A wtedy wydadzą wyrok: Mówisz prawdę. Ze względu na prawdę należy ci się udział w przyszłym świecie.

To jest właśnie uczciwość. Uczciwość, która otwiera nawet drogę do nieba.

Nie jestem spoko

Powiedział pan o swoim teściu, że był jak szlachcic. Szlachciców kiedyś charakteryzowało to, że byli w stanie oddać nawet część swojego majątku dla dobrych inicjatyw. Na przykład Badeniowie na przełomie wieków urządzili wielką wystawę we Lwowie, finansując ją z własnych środków. To byli ludzie uczciwi.

Ale to jest jasne jak słońce. Uczciwy i szlachetny człowiek jest w stanie oddać nawet swoje życie. W dawnej Japonii tak pojmowana szlachetność była posunięta, aż do ostatecznych granic. Lubię czytać Yukio Mishimę, on takie rzeczy opisuje w swoich opowiadaniach. Ale to jest zupełnie inna kultura niż nasza. Według mnie uczciwość i odwaga to móc publicznie przyznać się do popełnionego zła i prosić o przebaczenie. W naszej tak zwanej "kulturze politycznej " jest to postawa całkowicie obca.

To skrajna odwaga. A dzisiaj chyba skrajnie brakuje nam ludzi uczciwych. Dlaczego?

Bo ludzi się boją.

Czego?

Ludzie boją się śmierci. Boją się na przykład, że stracą twarz.

Skąd to się bierze?

Za tym strachem stoi szatan. To on wmawia człowiekowi, że nie może kochać drugiego bo ten drugi to wykorzysta i go zniszczy. To jest kłamstwo pierworodne – Bóg cię nie kocha. Twoje życie Go nie obchodzi, jesteś sam i musisz walczyć o swoje. Skoro tak jest, to każdy musi bronić swojego życia za wszelką cenę, robi to ze strachu przed śmiercią, która jawi się jako jakiś potwór. Ta śmierć jest w wielu życiowych wymiarach. Już nie może kochać drugiego, nie może się dać całkowicie. To jest właśnie egoizm. Jak można wtedy komukolwiek zaufać? Człowiek jest otoczony bardzo grubym więziennym murem. Jest niewolnikiem.

A może to jest kwestia psychiki, braku wiary w siebie, a nie podpowiedź diabła?

Tu nie chodzi o wiarę w siebie tylko o wiarę w Boga, który jest kochającym Ojcem. Ojcem który ciebie zna i cię kocha. Ja widzę, że dziś młodzi ludzie mają problem z podjęciem decyzji o małżeństwie. Ciągle ze sobą chodzą i chodzą. Wydaje mi się, że oni się boją. I to jest dokładnie ten strach o którym mówiłem przed chwilą. Bo miłość to również odpowiedzialność… odpowiedzialność za druga osobę. Ja osobiście nie miałem takich myśli. Zakochałem się i od razu wiedziałem, że to jest właśnie to. Po pół roku wzięliśmy z Natalią ślub. Ile można w kółko tylko ze sobą chodzić?

Dzisiaj to jest chyba jakiś poważny kryzys męskości. Nie wiem do czego to zaprowadzi, ale to dotyczy kultury zachodniej, która odrzuciła Boga. Tu chodzi o pewien wzór, o figurę prawdziwego Ojca. Kiedy moja córka chodziła do szkoły podstawowej to w jej klasie większość dzieci pochodziła z rozbitych rodzin. Były wychowywane przez matki. Gdzie podział się ojciec? Skąd chłopak ma zdobyć te wszystkie cechy? Kto mu daje przykład męskości? Samotna matka nie może tego zrobić. Choćby nie wiem jak się starała. Dziecku ojciec jest niezbędnie potrzebny a ojciec uciekł. Wiadomo, że są oczywiście wyjątki ale gdzieś przecież tkwi przyczyna tego stanu. To wszystko nie jest takie proste i ja tu sobie tak kombinuję.

Nie jestem spoko

Lubi pan wracać do teścia. No to powspominajmy, jak to było między wami. Rozmawialiście dużo ze sobą?

Nie, nie dużo. Ale to co było najważniejsze w naszej relacji, to mój szacunek do niego. On był dla mnie wzorem mężczyzny.

Chodziliście razem na piwo?

Nigdy. Myślę, że piwo nie jest potrzebne do układania dobrych relacji. To nie na tym polega, żeby się szturchać w ramię, poklepywać i mówić: Ale z ciebie spoko gość! Nie chodzi o to, żeby być spoko, żeby spełniać oczekiwania wszystkich dookoła. Chodzi o to, że uczciwy człowiek w relacjach z innymi nie zgodzi się na wszystko. Ma odwagę mówić: nie. I mój teść taki był. Zachowywał nawet pewien dystans.

Ma pan dystans wobec swoich dzieci? Dzisiaj ojciec jest bardziej kumplem…

Nie, ja nie jestem kumplem i nie jestem "spoko". Ojciec nie może być kumplem. Dziwię się, kiedy dzieci mówią do rodziców po imieniu, to dla mnie oznacza brak szacunku. Wszystkie dzieci moich znajomych mówią do mnie wujku i uważam, że tak powinno być. Nie chcę być dla swoich dzieci kumplem. Ja chcę być dla nich ojcem.

I nie jest pan spoko?

Nie jestem spoko i nie chcę być spoko. To całe "spoko" kojarzy mi się z obłudą. Człowiek zawsze chce być taki fajny dla każdego, taki miły. Ale to jest hipokryzja, bo taki "spoko-człowiek" za plecami może wbić nóż w plecy. Mnie to kiedyś spotkało. Ci ludzie z zasady nie mówią prawdy. Udają kogoś kim nie są. Bo szczerość się nie opłaca. Szczerość sprawia, że się ma potem wielu wrogów. Szczerość a nie cynizm.

No, ale to dobrze chyba, że jest pan szczery, bo ze szczerym lepiej się gada.

Mnie się wydaje, że tak. Ale nie zabiegam o to, żeby być fajnym, chcę być przynajmniej uczciwym grzesznikiem.

Powiedział pan, że prawda zawsze zwycięża. To jasne. A można powiedzieć, że uczciwość prowadzi do zwycięstwa, do sukcesu?

Nie. Człowiek uczciwy nie jest w stanie osiągnąć sukcesu w sensie "światowym".

Ale przecież mamy w historii osobowości, które osiągnęły sukces, zdobyły zwycięstwo. Nie trzeba daleko szukać, mamy Jana Pawła II. Kiedy przemawiał, porywał tłumy. I mówił prawdę…

Tak. I chcieli go zabić. Ten świat prześladuje wszystkich, którzy mówią prawdę, bo prawda jest na tym świecie bardzo nieporządana. Kto mówi prawdę ryzykuje życiem. I zawsze tak było. Czy sprawiedliwy może dożyć starości? To są rzadkie wypadki. Pani używa słowa sukces. Co to znaczy? To jest trudne do zrozumienia i może się wielu nie spodobać, ale myślę, że ten "sukces" człowieka uczciwego jest na krzyżu, bo uczciwość wiąże się też z naśladowaniem Chrystusa. Ale oczywiście uczciwość to nie tylko domena chrześcijan, to nie ma tak naprawdę żadnego związku z wyznaniem, można być uczciwym ateistą. Ja mam na myśli konsekwencje jakie niesie za sobą postawa człowieka, który odważnie mówi prawdę i jest uczciwy do samego końca. Ludzie nie rozumieją dzisiaj krzyża. Nie widzą w cierpieniu żadnego sensu. Nie rozmawiajmy więc o tym.

To jest istota chrześcijaństwa, więc czemu nie mamy o tym rozmawiać?

Bo ludzie nie chcą o tym nawet myśleć. Słyszy pani na kazaniach, czym jest krzyż?

Rzadko. Ale ten krzyż to właśnie oddanie się….

Ale na krzyżu to się umiera. Sukces człowieka uczciwego nie ma nic wspólnego z tym w jaki sposób rozumie to świat. Lubisz być odrzuconym? Mnie się wydaje, że tak pojmowana uczciwość jest ofiarowaniem siebie innym. Ofiara za tego drugiego i to wcale nie za przyjaciela a wręcz odwrotnie… Tego się głośno nie mówi ludziom na mszy w niedzielę.

Żywot człowieka uczciwego to trudna sprawa.

Nie wiem czy trudna, bo życie nie składa się z samych przyjemności. Tu chodzi o perspektywę życia. Skoro życie kończy się w grobie to może nie warto być uczciwym. Ale w wieczności można zaryzykować nawet uczciwość. (śmiech)

Jan Paweł II mówił, że człowiek uczciwy ma spokój w sercu.

No jasne. Jest spokojny bo ma tę perspektywę, o której mówiłem. Perspektywę życia wiecznego. Tu wszystko sprowadza się do tego czy jesteś niewolnikiem czy wolnym. Człowiek wolny nie boi sie śmierci. Ma odwagę być wiernym temu w co wierzy, bez względu na to co powie na to świat i inni. To jest bezinteresowna odwaga. Niektórzy ludzie to muszą się cały czas strasznie naprężać aby udowodnić prze światem swoją dobroć, żeby wszyscy ich kochali, bo mają w tym interes. To chyba bardzo męczące jest. Wtedy trzeba mieć wiele masek na podorędziu. Są to między innymi maski "fajnego, sympatycznego gościa", Chrystus nie używał żadnej maski. Miał wielu wrogów, bo mówił prawdę.

I tak jest od początku chrześcijaństwa.

Tak jest od początku i to się raczej nie zmieni.

Wesprzyj nas
Tomasz Budzyński

Tomasz Budzyński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Uczciwie przyznam

Podwójne życie. Brzmi nieźle, ale jedynie w tytule filmu Kieślowskiego i pod warunkiem, że dotyczy jakieś niesprecyzowanej Weroniki. W małżeństwie to równia pochyła. Nawet jeśli chodzi o drobnostki, szczegóły, duperele.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Wieczorem mieliśmy trudną rozmowę. Chciałem być uczciwy. Zaryzykowałem, odsłoniłem się i opowiedziałem o najświeższych bolesnych zawirowaniach. Wiedziałem, że wyjawiając prawdę mogę zranić żonę, nadużyć jej zaufania. Zdawałem sobie świetnie sprawę z tego, że mogę zostać źle zrozumiany, a Dorota nie rzuci mi się na szyję z łkaniem i nieodłącznym: „Rozumiem, rozumiem”. Nie było łatwo. Bolało, ale było warto. A rano zadzwonili ze Stacji7.pl z propozycją tekściku o… małżeńskiej uczciwości. Doprawdy, trudno mi się było z tego wygumować.

Uczciwie przyznam

Zły przykład

Solidną lekcję nieuczciwości małżeńskiej otrzymałem jeszcze zanim usłyszałem „Marsz Mendelssohna” i przejęty wydukałem „…i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę…”.

Zaczęło się od mocnego uderzenia, zimnego prysznica. Poznałem życie rock’n’rollowe od podszewki. Zajrzałem za scenę, za kulisy, do hotelowych pokoi, jako dziennikarz. Głównym tematem rozmów nie były narkotyki czy alkohol, ale seks, „wyrywanie panien”. Artyści byli wierni.Niestety nie żonom, ale dewizie „sex&drugs&rock’n’roll”. Realizowali ją z niespotykaną wprost sumiennością. Najbardziej zdumiewało mnie to, że po powrocie do domów, ci sami faceci udawali przykładnych kochających tatusiów i mężów. Przebierali się w domowe fartuszki, pomagali żonom przygotowywać kolację, zawozili dzieci na baseny. Podskórnie czułem, że niebawem się to wszystko rozsypie. Nie musiałem długo czekać.

Ponieważ jestem mistrzem świata w nakładaniu masek, wiedziałem, że sam za wszelką cenę muszę zrezygnować z każdej formy nieuczciwości w małżeństwie. Czułem, że bezkompromisowe słowa Jezusa: Poznasz prawdę, a prawda cię wyzwoli, oraz obietnica, że „Duch doprowadzi mnie do całej prawdy”, sprawią, iż nie jeden raz będę płakał rozłożony na łopatkach albo przerażony sobą krzyczał przyciśnięty do ściany. A jednak zdecydowałem się na uczciwość. Bo niewiele rzeczy budzi we mnie taki niesmak, jak podwójne życie.

Drobnostka…

„Niech inni prowadzą wojny, a ty szczęśliwa Austrio wstępuj w związki małżeńskie”. Nam w małżeństwie nie poszło tak sielankowo. Zdecydowanie, zbyt długo zastanawialiśmy się, czy wstąpić w związek. Bóg uszanował naszą decyzję. Wszedł w tę rzeczywistość błogosławiąc ją i zamieniając w sakrament.

Po latach widzę, jak toksyczne dla małżeństwa są nawet najmniejsze, najbardziej niepozorne formy nieuczciwości. Lekceważymy szczeliny, drobnostki, duperele. Nie zdajemy sobie sprawy, że to one sprawiają, iż potężne mury rozsypują się w proch.

 

Symbolem zła jest wąż. Dlaczego? Może dlatego, że potrafi wślizgnąć się w najmniejsze szczelinki? Bóg zapowiadał prorokowi Amosowi: W tym dniu podniosę szałas Dawidowy, który upada i zamuruję jego szczeliny.

Potężne zagrożenie stanowią nie tylko spektakularne manifestacje, głośne protesty, ostentacyjne tupanie nogami, trzaskanie drzwiami, cała ta małżeńska pokazówa i demonstracja siły. Równie groźne są maleńkie gesty, drobne nieuczciwości, sekreciki, niepozorne ukłucia. Nie mają siły rażenia pneumatycznego młota, nie miażdżą, ale boleśnie zatruwają życie. Widziałem to wielokrotnie.

Nawet drobne nieuczciwości powodują, że rodzi się w nas podejrzliwość, a rodziny rozsadzają niedopowiedzenia, domysły, półprawdy.

Skutecznie rozwaliły kilka znajomych małżeństw. Naprawdę nie zaczynało się to od zdrady, czy hitchockowego trzęsienia ziemi, ale od niewielkich nieuczciwości. Obserwuję ten mechanizm od lat. Sprawdza się w praniu nie tylko na płaszczyźnie małżeństw. W historiach znajomych zakonników – charyzmatycznych, poczytnych, rozchwytywanych (i tak dalej, i tak dalej), którzy z hukiem opuścili swe zgromadzenia, znalazłem pewien wspólny mianownik. Wszyscy oni zaczynali od tego, że byli nieuczciwi w drobnostkach. Przestali przychodzić na modlitwy z braćmi, zatajali coś przed wspólnotą. Opuszczali liturgię godzin. Ot, drobniutkie nieposłuszeństwa. Błahostka, na którą zdecydowali się, zanim zabrnęli w grząskie bagno. Pozornie niewinne decyzje były szczeliną, która rozsadziła skałę.

Uczciwie przyznam

Niezły kaliber

Czy należy mówić wszystko? Bezceremonialnie wywalać prawdę w oczy? Nie!

Nadrzędna jest miłość, dobro związku. Nie trzeba za wszelką cenę wkładać kija w mrowisko.

Znam przypadki, gdy spowiednicy nie zachęcali (czy nawet wprost zabraniali) opowiadania o grzechach przeszłości. Bo mogły wprowadzić one w życie małżonków niepotrzebne zamieszanie i skutecznie oddaliłyby ich od siebie.

 

Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię. Tak to działa. Jestem nieuczciwy w drobnostkach? Jeżeli o mnie chodzi, to wiem, że polegnę przy większym kalibrze – znam swoją kondycję. Dlatego zdecydowaliśmy się z żoną na szczere rozmowy. I, przyznam uczciwie, nie żałujemy.

Wesprzyj nas
Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >