Nie ma jak u mamy

Macierzyństwo jest zaprzeczeniem wszelkich paradygmatów fizyki klasycznej.

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jedna z teorii o czasoprzestrzennej niezmienności zdarzeń mówi, że niezmiennicze są osobno odległości czasowe oraz przestrzenne. Inna natomiast, że dopiero ich kombinacja w postaci odległości czasoprzestrzennej jest niezmiennicza… Trudne do zrozumienia? To nic. Dlatego, że gdy wziąć pod uwagę te wszystkie teorie w kontekście matki, wtedy żadna nie jest prawdziwa.

Macierzyństwo jest po prostu zaprzeczeniem wszelkich paradygmatów fizyki klasycznej.

 

Prosty przykład. Pewna matka piła kawę z koleżanką siedząc na balkonie (drugie piętro). Dzieci bawiły się w piaskownicy. Nagle trzymając w ręku filiżankę z kawą zauważyła, że z ogromną prędkością w kierunku dzieci biegnie wielki pies. Nie zastanawiając się nad przestrzenią a jedynie nad czasem, jaki został, by zdążyć przed psem, wyskoczyła z balkonu, dobiegła do dzieci i złapała je na ręce. Zdążyła, ponieważ pies biegł po prostu za motylem i na całe zdarzenie zdziwiony jedynie zamerdał ogonem i pobiegł dalej. Matka wtedy dopiero zorientowała się, że ma złamaną nogę i oparzoną rękę. Wcześniej nawet nie bolało…

Powstaje więc nowa teoria: niewątpliwie niezmiennicza jest miłość matki do dziecka, która pokonuje wszelkie zależności kinetyczne, dynamiczne i wszelkie parametry czasoprzestrzenne. Na marginesie dodam, że niezmienniczość to stałość pewnych wielkości fizycznych przy określonych transformacjach układu odniesienia.

Macierzyństwo jest także samonakręcającą się spiralą siły, mocy i energii, natężenia i napięcia jednocześnie.

 

 

Zjawisko to zauważyć można szczególnie u matek wielodzietnych. Żaden inny organizm w przyrodzie nie jest w stanie funkcjonować z takim natężeniem, przy tylu napięciach. I wystarczy czasem tylko jeden uśmiech, czasem tylko jedno zdarte kolano, by wróciły wszystkie siły i moce i by znów być w gotowości z taką samą energią. I tak przez całe życie.

Każda z nas jest inna, dlatego też każda z nas jest inną matką. Łączy nas jedno. Łączy nas miłość do dziecka: bezwarunkowa, całkowita, bezinteresowna, absolutna. Bez względu na to, czy mamy jedno dziecko, czy całą gromadkę, zawsze oferujemy miłość największą na świecie.

Brawo My.

 

Pytanie tylko skąd mamy tę moc? Przecież to nie nasza zasługa. To cudowne, bezwarunkowe i bezgraniczne uczucie jakie mamy do własnych dzieci to prezent. Prezent dla nas. Wybranych przez Pana Boga do tego byśmy mogły być matkami. Jest to także nasze zobowiązanie wobec Niego. Siostra Chmielewska, która adoptowała czworo dzieci mówi, że kiedy zapuka do drzwi Nieba, najpierw zostanie zapytana gdzie są jej dzieci? Jeśli nie będzie ich w Niebie, ona też nie znajdzie tam miejsca.

Kochać dzieci oznacza zaprowadzić je do Nieba. Po tym poznają, żeśmy dobrymi matkami.

 

Tego właśnie nam wszystkim (mamom dzieci młodszych i starszych) z okazji zbliżającego się Dnia Matki życzę.

 

P.S. Ciągle jest maj. To dobry miesiąc by szturmować Niebo w sprawie naszych dzieci. Mamy tę moc. Moc modlitwy. Tak więc do dzieła Kochane Mamy.

 

Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat – Św. Augustyn

 


Fragment pochodzi z książki “30 scen z życia Maryi” Anety Liberackiej


 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl “Rozmowy z Janem Pawłem II” oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Gdyby nie pięcioro dzieci, osiągnęłabym więcej

Doktorat pisała dziewięć lat z przerwami, bo będąc w ciąży, nie mogła robić badań w laboratorium. Samo pisanie to pestka w porównaniu z tą niemożnością prowadzenia eksperymentów – zajęło jej to dziewięć miesięcy, mniej niż dziesięć procent z tych dziewięciu lat. Nie dałaby rady, gdyby mąż tak się nie zaangażował i maksymalnie nie odciążył jej w pracach domowych w okresie, gdy kończyła pisać.

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki “Kapłanki czy kury” Aliny Petrowej-Wasilewicz


W ciągu tych dziewięciu lat pisania Urszula dwa razy została zatrudniona na etacie technologa na Politechnice, zaraz po urodzeniu Kasi, kolejny raz po obronie doktoratu. W międzyczasie stracili z Bartkiem jedno dziecko. – Ale w pracy nikomu o tym nie mówiłam. Rozmowom o narodzinach zawsze towarzyszy niepewność i poczucie winy, że się zawiodło. „Zawodzenie” to cień tej sytuacji, bo uwielbia być w ciąży. Czuje się wówczas wspaniale, hormony sprawiają, że odczuwa wielką radość.

– Nie ma tak, że siedzę sobie przy kawie i mogę poczytać. Zawsze coś się dzieje, pojawiają się jakieś nowe zadania. Ostatnio przez pół roku szukaliśmy domu, bo tu się nie pomieścimy; przeprowadzka jest konieczna. – Urszula Bernaś patrzy na wąski pas ogrodu przylegającego do szeregowca na Saskiej Kępie. Ten dom odziedziczyli po dziadkach Bartka, ale niebawem przeniosą się pod Warszawę, do Józefowa, bo dwoje dorosłych i pięcioro małych dzieci musi mieć większą przestrzeń.

Reakcje na taką gromadę dzieci są skrajne. Wahają się od uprzejmego i sympatycznego, rzuconego na bazarku „Podziwiam panią”, aż po komentarze w rodzinie „Zwariowaliście?”. – Ale przecież ja nie byłam chora na raka, tylko mówiłam, że urodzi się kolejne dziecko. Mama Bartka była trochę zdziwiona, gdy powiedzieliśmy jej, że urodzi się Wojtek, jej piąty wnuk. To typowe, że ataki i agresja przychodzą ze strony starszych kobiet, takich około sześćdziesiątki.

 

family-591579_1280

 

Ula do dziś pamięta prawdziwą awanturę, którą zrobiła im pani,e stojąca za nimi w kolejce do kas w hipermarkecie. Bartek westchnął, że pieluchy są drogie. Na co usłyszeli, że nie trzeba mieć tylu dzieci, to nie będą się martwić o ceny, i była w tym jakaś niewytłumaczalna furia. Jej mąż próbował uspokoić panią z kolejki, mówił jej, że owszem, jest drogo, ale trzeba mieć zaufanie do Pana Boga, ale zamiast załagodzić sytuację, dolał oliwy do ognia, bo tamta kobieta jeszcze głośniej krzyczała, że zaufanie zaufaniem, ale nie można mieć tylu dzieci… Nieprawdopodobna historia.

Później ich spowiednik tłumaczył im, że jeśli atak był tak nieracjonalny i naładowany emocjami, prawdopodobnie ta kobieta dokonała kiedyś aborcji, więc chodzi o ukrytą ranę, która ujawnia się w podobnych okolicznościach. – Ale był i przypadkowo spotkany staruszek, który najpierw nie uwierzył, że Wojtek to piąte dziecko, a jak go już przekonałam, że to prawda, gratulował i zapytał, czy może ucałować mi dłoń. Emerytowany lekarz, bardzo radosny, którego trójka dzieci wyemigrowała za granicę. Udzielił mi dobrych rad: „Niech dzieci uczą się języków i niech pani da chłopaka na lekarza”. Serce mi stopniało i zapomniałam o wszystkich kąśliwych uwagach – wspomina Ula.

Tak to jest z kobietami. Zwłaszcza z tymi, które chcą rodzić. Są nieprzewidywalne, komplikują życie planistom i nieraz denerwują otoczenie swoją „nieodpowiedzialnością”. Może z tego powodu sytuacja pracownic jest odmalowywana przez media w czarno- białych barwach. Daje się kobietom do zrozumienia, że są tylko dwa warianty – albo dziecko rodzone koło czterdziestki w pakiecie z oczekiwaniem, że z jej strony wszystko będzie w porządku i nie stworzy problemów; albo – jeśli wybierze inaczej – wypada z obiegu.

– Oczywiście, że gdyby nie pięcioro dzieci, osiągnęłabym więcej. Po prostu każdy ma jakąś hierarchię wartości. Bardzo szanuję kobiety, które poświęciły się wyłącznie pracy w domu i wychowywaniu dzieci. „Kura domowa”? – Unikam oceniania i stosowania schematów, choć wyrosłam na światopoglądzie stworzonym przez ludzi, którzy to określenie ukuli i nim szafują. Dobrze znam także tamtą stronę i jej argumenty. Ale nie ulegam niczyjej presji. Po prostu ja, Urszula Bernaś, kocham chemię i wrócę do niej, gdy moje kochane dzieci podrosną.

 

Poznaj całą historię Urszuli Bernaś w książce “Kapłanki czy kury?” Aliny Petrowej-Wasilewicz

wklejka_kapłankiczykury

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap