Krew zwierząt

Zwierzęta stworzono do jedzenia czy do kochania?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przypominamy fragment książki Szymona Hołowni "Tabletki z krzyżykiem".

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,446,Tabletki-z-krzyzykiem

Ta skomplikowana sprawa doczekała się już setek (zbyt) łatwych odpowiedzi. W księgarniach niemieckich, szwedzkich czy angielskich bez problemu można na przykład zaopatrzyć się w Ewangelię Świętych Dwunastu, napisaną podobno przez świętego Jana, a następnie ukrytą w tybetańskim klasztorze. Niewielka książeczka wyjaśnia, iż Jezus na pustkowiu nie rozmnażał żadnych ryb, tylko pięć melonów. Podczas Paschy ze swoimi uczniami nie jadł zaś baranka, a owoce i zioła. Jezus przyszedł na świat nie po to, by go zbawić, lecz by głosić wyższość diety owocowo-warzywnej. Ewangelia… błyskawicznie stała się lekturą obowiązkową ruchów ekologicznych i wegetariańskich, które rozkwitają na całym świecie jako pokłosie newage’owej rewolucji z końca lat sześćdziesiątych. Duża część tych ruchów przy okazji walki o wyzwolenie zwierząt bierze sobie na celownik również Kościół, argumentując, że to właśnie przez chrześcijan psy, koty i świnie są dręczone, zabijane i cierpią.

To wierutna bzdura. Zwierzęta cierpią nie tyle przez chrześcijan (czy muzułmanów lub prawosławnych), ile przez ograniczonych ludzi, których nie brakuje w żadnej istniejącej grupie wyznaniowej. Bojownicy o prawa zwierząt, jak choćby ultraradykalny i głoszący nieludzko straszliwe brednie Peter Singer, zwolennik tezy, że zwierzętom należałoby przyznać prawa podobne do tych, jakie mają ludzie, podnoszą larum, że mnóstwo pogardliwych zdań dotyczących zwierząt znaleźć można w pismach świętego Augustyna czy świętego Tomasza. Pewnie tak, ale – po pierwsze – Singer popełnia grzech bezczelności, nie pokazując innych ważnych chrześcijańskich przykładów – ot, choćby Ojców Pustyni, którzy żywili się wyłącznie sałatą, co nierzadko nastręczało ich fanom pewnych kłopotów.

Krew zwierząt

To po pierwsze. Po drugie – należy pamiętać, że w średniowieczu w bardzo mądre teologiczne teksty wplatano czasem przeróżne nie najmądrzejsze rzeczy, wynikające nie tyle ze złej woli, ile z braku wiedzy o świecie. Nikt, nawet największy pisarz czy teolog, nie może się czasem oprzeć pokusie wypowiedzenia się na tematy o których nie ma bladego pojęcia. Święty Bonawentura, mnich i celibatariusz, pisał na przykład o kobietach, że są jak „róże cuchnące, kosy szatańskie i zawstydzenie rodzaju ludzkiego”. Nikt przytomny nie twierdzi jednak, że akurat tego typu idiotyczne dygresje stały się fundamentem współczesnego myślenia.

W odniesieniu do zwierząt stało się nim bowiem co innego. A mianowicie oświeceniowe poglądy Kartezjusza, który pierwszy głośno powiedział, że zwierzęta to nie istoty, a rzeczy. Laboratoria, gdzie morduje się przy użyciu gazów bojowych psy rasy beagle – cenione przez naukę ze względu na wrażliwą skórę – a świnie i szczury rozrywa się żywcem w komorach dekompresyjnych, zawdzięczamy przecież nie Chrystusowi – On na temat zwierząt się nie wypowiadał, a jednak Singer wyrzuca Mu, że doprowadził do śmierci dwóch tysięcy świń, które po wpędzeniu w nie złego ducha rzuciły się do morza – ale właśnie ludziom oświecenia, którzy od prymitywizmu przyrody uciekali w objęcia nauki i techniki. W średniowieczu zdarzało się, że paw prowadził liturgiczne procesje, a wilka można było ogłosić honorowym obywatelem Gubbio. To w epoce postoświeceniowej wymyślono farmy do przemysłowego tuczu drobiu, gdzie kurczętom przycina się dzioby i łamie skrzydła oraz miele je żywcem na paszę dla innych kur, cielęta trzyma się przez całe życie w kompletnej ciemności, a koniom łamie nogi, by łatwiej było je dowieźć do rzeźni. Żaden chrześcijanin, żaden człowiek, który ma sumienie, nie może mieć na ten temat innego zdania, to wszystko grzechy ciężkie przeciw Stwórcy świata.

Krew zwierząt

Gdy prasa pokazuje zdjęcia rzeźników wrzucających świnie żywcem do wrzątku, mieszczuchów zakopujących żywcem szczenięta, warto zadać sobie pytanie: gdzie są ich duszpasterze? Że wierni podniosą larum, zaczną krzyczeć, iż najpierw trzeba jednak troszczyć się o ludzi, a później o zwierzęta? Ciekawe, że zwykle najgłośniej krzyczą tak ci, którzy nie myślą ani o zwierzętach, ani o swych bliźnich. W Internecie można obejrzeć tysiące zdjęć zwierząt, którym nasi bracia w wierze ucięli łapy, wybili oczy, dusili, głodzili, wrzucali do studni. Czy to nie świetna okazja, by na tych przykładach wytłumaczyć, że Bóg, formułując nakaz „czyńcie sobie ziemię poddaną”, nie miał na myśli eksterminacji?

Paul Johnson w jednym ze swoich esejów przekonuje, że to dobrze, iż Kościół nie wypowiada się w sprawie praw zwierząt, gdyż jego zdaniem prawa na tym świecie należą się jedynie Panu Bogu – choć dodaje, że to, iż zwierzęta nie mają praw, nie znaczy wcale, że ludzie nie mają wobec nich obowiązków. Następnie wyżywa się ile wlezie na organizacjach typu Greenpeace, zarzucając im, że stanowią rdzeń „nowego pogaństwa”, próbują przyrodą zastąpić Boga, który tę przyrodę stworzył. Ale nagle w całej tej powodzi argumentów robi szybki zwrot. Zaczyna z przekonaniem wieszczyć wielką zmianę, której ulega stosunek ludzi do fauny.

A zmienia się on przede wszystkim dlatego, że z dnia na dzień wiemy coraz więcej o świecie, który nas otacza. Odkąd „się starzeję, (…) na każde wzbudzone przez Boga życie, jakkolwiek kruche czy prymitywne, nie potrafi ę już patrzeć inaczej niż jak na cud. Zwykła mucha (…) jest majstersztykiem inwencji. (…) rozpłaszczyć taką muchę łapką – poza sytuacjami wyraźnej konieczności – jest występkiem przeciw naturze. (…) A myśl o zabijaniu dla rozrywki budzi we mnie wstręt” – dodaje pisarz, spowiadając się z tego, że pół wieku temu zastrzelił w Skandynawii niedźwiedzia oraz dwie czaple pustoszące hodowlę łososi, z której żyła cała okolica. „Kiedy jednak pochyliłem się nad tymi przed momentem jeszcze wspaniałymi, majestatycznymi ptakami, zaniemówiłem z wrażenia. Z pełnych gracji i godności arystokratów przestworzy zmieniły się w jednej chwili w martwe, żałosne kupki piór. Gołym okiem było widać, że popełniono przestępstwo” – stwierdza Johnson.

Bóg dał ludziom świat, a z nim rośliny i zwierzęta, w leasing, z którego zostaną rozliczeni. Bóg nie chce nie tylko śmierci człowieka, ale również kota, psa i chomika. Przekazana przez proroka Izajasza wizja raju wzruszy wszystkich wegetarian – lew je tu słomę, a wilk bawi się z owieczką.

To człowiek sprowadził na świat śmierć, ale nie stracił przecież nigdy wolnej woli. Peter Singer w Wyzwoleniu zwierząt przekonuje, że na ziemi jest dość roślin, żeby wyżywić nas wszystkich. Kibicuje mu (sensacja!) cytowany już Paul Johnson, wyjaśniając, że „Bóg dozwolił nam kiedyś żywić się zwierzętami pól i lasów, ponieważ w tym czasie ludzkość nie mogła w inny sposób utrzymać się przy życiu ani rozwijać. (…) Myślę, że stopniowo zaczniemy postrzegać jedzenie mięsa jako coś na kształt kanibalizmu – i ani odrobinę bardziej od kanibalizmu koniecznego”. No właśnie. Dziś, w dobie Internetu i restauracji wegetariańskich, nic nie stoi na przeszkodzie, by każdy, kto chce – w tym katolik – wegetarianinem został. Kościół nie wkracza tam, gdzie wystarczy czyjś zdrowy rozsądek.

Jeden z największych myślicieli i pisarzy chrześcijańskich Gilbert Keith Chesterton w eseju Indyk na święta pisze, jak sam z owego zdrowego rozsądku korzysta: „Sądzę, że nie jest ani ludzkie, ani humanitarne, jeśli widząc głodną ubogą kobietę pochłaniającą wzrokiem wędzoną makrelę, myślimy nie o uczuciach kobiety, lecz o bliżej nieznanych uczuciach tragicznie zmarłej makreli. Podobnie nie jest ludzkie ani humanitarne, jeśli patrząc na psa, myślimy o bliżej nieznanych odkryciach, jakich moglibyśmy dokonać, gdybyśmy wywiercili mu dziurę w głowie”. Zdaniem Chestertona, badacze maltretujący żywe zwierzęta w poszukiwaniu wiedzy, która „może kiedyś przyda się i pozwoli wyleczyć czyjąś żonę”, przypominają nauczycieli, którzy trenują dzieci do mówienia kłamstw, bo „a nuż kiedyś im się to przyda”.

Puenta? Zwierząt nie wolno traktować jak przedmioty, ale nie wolno ich też ubóstwiać. Przedstawiciele obu tendencji grzeszą zaś zwykłą pychą, bo próbują wypowiadać kategoryczne sądy na temat świata, o którym na dobrą sprawę nic nie wiemy. Chesterton przypomina: „Indyk jest przecież bardziej sekretny niż wszyscy aniołowie i archaniołowie. Bóg powiedział nam, co znaczy anioł, ale nigdy nie powiedział nam, co znaczy indyk. A jeśli będziecie obserwować żywego indyka przez godzinę lub dwie, odkryjecie, że tajemnica raczej pogłębiła się, niż się zmniejszyła”.

To właśnie ze względu na tę Bożą tajemnicę, jaką nosi w sobie milczący świat zwierząt, powinniśmy traktować go z atencją. Rację ma katechizm, stwierdzając, że możemy kochać zwierzęta, ale „nie należy kierować do nich uczuć należnych jedynie osobom”. Ewangeliczne teksty, mówiąc wyraźnie o „całym stworzeniu”, które czeka na zmartwychwstanie, nie pozostawiają chyba wątpliwości, że ze zwierzętami spotkamy się w niebie. Bo jeśli na tamtym świecie jest sprawiedliwość, to ktoś będzie ją musiał oddać nie tylko bezrobotnym, głodnym i chorym, ale również milionom istot, które płacą gardłem za to, byśmy mieli co jeść i co na siebie włożyć, oraz tym, które nasi bracia i siostry odesłali okaleczone do schronisk.

W egipskiej Księdze Umarłych możemy znaleźć nagrobny zapis pośmiertnego sądu toczonego nad jednym z faraonów. „Nie ma żadnej skargi ze strony osoby żyjącej przeciw niemu. Nie ma żadnej skargi ze strony zmarłego przeciw niemu. Nie ma żadnej skargi ze strony gęsi przeciw niemu. Nie ma żadnej skargi ze strony wołu przeciw niemu”.

Kto będzie w stanie powiedzieć o sobie to samo?


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

“Nie jest łatwo być chrześcijaninem w Bangladeszu” [WYWIAD]

"Bycie chrześcijaninem w takim kraju jak Bangladesz nie jest łatwe: oznacza skazanie na różnorodne formy dyskryminacji" - podkreśla ks. Paweł Kociołek, salezjanin, misjonarz prowadzący placówkę misyjną w Joypurhat w Bangladeszu. W rozmowie z KAI polski misjonarz mówi m. in. o przygotowaniach do wizyty apostolskiej papieża Franciszka, która odbędzie się w dniach 30 listopada - 2 grudnia, specyfice kraju, sytuacji chrześcijan oraz Kościele katolickim.

Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >

Krzysztof Tomasik (KAI): Do jakiego Bangladeszu przyjeżdża papież Franciszek?

Ks. Paweł Kociołek: Aby dobrze zrozumieć znaczenie wizyty Ojca Świętego w Bangladeszu, trzeba znać kontekst, w jakim żyją tu chrześcijanie. W minionych latach dochodziło do ostrych prześladowań mniejszości religijnych, w tym wyznawców Chrystusa. Choć obecny rząd jest wyczulony na wszelakiego rodzaju próby wykluczeń społecznych i czasami interweniuje w obronie pokrzywdzonych, to trzeba jasno powiedzieć, że prawo to jedno, a życie to drugie i kieruje się swoimi zasadami. Bycie chrześcijaninem w takim kraju jak Bangladesz nie jest łatwe: oznacza skazanie na różnorodne formy dyskryminacji.

Dzięki Bogu obecnie nie jesteśmy przedmiotem krwawych prześladowań, ale praktycznie wszędzie: w pracy, szkole, urzędzie, restauracji chrześcijanin jest traktowany jako druga albo nawet trzecia kategoria człowieka. Dla wielu to bardzo męczące i niezwykle upokarzające. Chrześcijanie często zadają sobie pytania: dlaczego tyle lat nie mogę dostać pracy, czemu w szkole, szczególnie gdy w klasie jest dwóch, trzech uczniów chrześcijan, nauczyciel stale podkreśla wyższość islamu nad chrześcijaństwem? Dlaczego w restauracji posiłek podawany jest „dla swoich” w specjalnie, tylko dla nich, odłożonych miskach?

 

Jak w tej sytuacji wyglądają przygotowania do papieskiej wizyty?

– Wizyta papieża, która będzie przebiegać pod hasłem „Zgoda i pokój”, przede wszystkim umocni tych, którzy wątpią, doda sił tym, którzy czują się przytłoczeni, i zachęci wszystkich chrześcijan do jedności, do bycia świadkiem Jezusa nawet w tak niesprzyjających warunkach. Chrześcijanie bardzo się z niej cieszą. I dobrze pamiętają pielgrzymkę Jana Pawła II z 1986 r. Ze względu na ubóstwo wielu z nich nie będzie w stanie przyjechać do stolicy Bangladeszu Dhaki i osobiście uczestniczyć w spotkaniach z Franciszkiem, ale dużo mówi się o wizycie w środowiskach chrześcijańskich. Z tej okazji we wszystkich kościołach odmawiana jest codziennie specjalna modlitwa za papieża, Bangladesz i dobre owoce pielgrzymki.

 

Czy papieska wizyta obecna jest w bengalskich mediach?

– Na co dzień media, które prawie w 100 proc. należą do muzułmanów, nie mówią wiele o chrześcijaństwie. Jest to raczej temat, którego się nie porusza. Obecnie, tuż przed wizytą Ojca Świętego, sporadycznie pojawiają się w gazetach wzmianki o wizycie papieża. Telewizja państwowa raczej przemilcza ten temat. Natomiast osoba Franciszka pojawia się w mediach społecznościowych w kontekście uchodźców z ludu Rohindża, brutalnie wypędzonych z sąsiedniej Mjanmy. Na terenie Bangladeszu jest ich obecnie ok. 600 tys. Pamięta się słowa papieża, którymi nieraz wsparł prześladowanych Rohindżów. Nieoficjalnie się mówi, że żaden z liderów muzułmańskich nie stanął w ich obronie, tak jak to zrobił zwierzchnik największego Kościoła chrześcijańskiego.

 

W czym tkwi specyfika Bangladeszu?

– Bangladesz to jeden z najbardziej zaludnionych krajów świata, słabo rozwinięty gospodarczo i co się z tym wiąże – o bardzo wysokim poziomie ubóstwa. 80 proc. mieszkańców mieszka na wsiach i trudni się rolnictwem. Główną uprawą jest ryż, dlatego też dominującą część krajobrazu stanowią pola ryżowe. Bangladesz to niewielki kraj. Jego powierzchnia wynosi 144 tys. km kw., czyli mniej niż połowa Polski. A zamieszkuje go prawie 170 mln ludzi.

 

Jakie największe wyzwania stoją dziś przed Bangladeszem?

– Obok przeludnienia i ubóstwa boryka się on z wieloma problemami, które dotykają całe społeczeństwo, a są nimi: praca dzieci i nieletnich, prostytucja, duża przestępczość, analfabetyzm, wyzysk pracowników, niesprawiedliwość społeczna. Często dochodzi do strajków, które paraliżują cały kraj. Innym problemem są bardzo obfite deszcze, jedne z największych w świecie, które co roku nawiedzają Bangladesz. Największa liczba opadów połączonych z cyklonami występuje w okresie monsunowym pomiędzy czerwcem a wrześniem. Wtedy dochodzi do ogromnych powodzi i zniszczeń.

 

Jak scharakteryzowałby Ksiądz Kościół katolicki w Bangladeszu? Kim są katolicy, skąd się wywodzą?

– Kościół jest podzielony na osiem diecezji z 400 tys. wiernych. Chrześcijanie to w absolutnej większości biedni ludzie, żyjący przede wszystkim w wioskach i wywodzący się w 60 proc. z wielu grup etnicznych zamieszkujących różne tereny kraju, m.in. z ludów Garo, Shantal, Mohali i Oraun. Można powiedzieć, że życie wcale ich nie rozpieszcza, a w chrześcijaństwie i Kościele znajdują wsparcie i różnorodną pomoc.

 

Jak są traktowani chrześcijanie na co dzień przez muzułmańskie w większości społeczeństwo?

– Mimo że wspólnota chrześcijan jest bardzo mała, to większość społeczeństwa postrzega ją bardzo pozytywnie. Kościół katolicki prowadzi wiele szkół. Praktycznie przy każdej misji jest placówka edukacyjna. Warto zaznaczyć, że najlepsza szkoła w Bangladeszu jest prowadzona przez księży z założonego w XIX w. przez o. Basile-Antoine Moreau we Francji Zgromadzenia Świętego Krzyża. Kościół prowadzi także wiele szpitali i przychodni zdrowia, w których każdy bez względu na wyznanie znajdzie pomoc. Katolicy są znani i kojarzeni z pomocą charytatywną najbardziej potrzebującym. Jeśli ktoś zada pytanie pierwszemu spotkanemu człowiekowi na ulicy – a zapewne będzie to muzułmanin – z czym kojarzy mu się chrześcijaństwo, to na pewno odpowie, że z dobrymi szkołami i szpitalami. Arcybiskup Dhaki kard. Patrick D’Rozario zwykle mówi, że „Kościół w Bangladeszu jest solą dla naszego narodu. To mała ilość, ale w misce ryżu wystarczy jej szczypta, aby nadać potrawie odpowiedni smak”. Warto zaznaczyć, że oprócz katolików jest wiele różnych mniejszych lub większych Kościołów protestanckich, z którymi nasze relacje są raczej pozytywne.

 

Wcześniej mówił ksiądz o dyskryminacji bengalskich chrześcijan…

– Raz jeszcze podkreślę, Bangladesz to kraj, w którym w ciągu ostatniej dekady sytuacja chrześcijan dramatycznie się pogorszyła. Będący religią państwową islam coraz bardziej się radykalizuje. Jest to zauważalne także przed wizytą papieża. Co prawda wielu ludzi cieszy się z tej wizyty, ale są to głównie chrześcijanie, którzy oczekują wsparcia i pocieszenia. Duża część muzułmanów nie jest zadowolona, pojawia się nawet pytanie: „Po co on tu przyjeżdża?”. Systematycznie narasta islamski fundamentalizm, któremu władze nie są w stanie stawić czoła albo zwyczajnie nie chcą. Arabia Saudyjska zapowiedziała właśnie sfinansowanie w Bangladeszu budowy 560 meczetów. Przeznaczy na to ponad miliard dolarów. Powstaną przy nich sale do nauki, biblioteki i ośrodki kulturalne, by jak mówią ofiarodawcy, upowszechnić prawdziwą znajomość islamu. Problem w tym, że będą promować islam w najbardziej radykalnej postaci wahhabizmu. Pieniądze znad Zatoki Perskiej finansują masowy rozwój szkół koranicznych, a ci, co znają temat, wiedzą, że nie wróży to nic dobrego.

 

Dlaczego wybrał Ksiądz Bangladesz?

– W naszym zgromadzeniu salezjańskim raczej nie wybieramy sobie miejsca pracy i posługi. Każdy, kto wybiera się na misje, oddaje się do dyspozycji przełożonemu i to on, znając potrzeby i sytuację na świecie, posyła misjonarzy w różne miejsca, i tak też było ze mną. Przełożony uznał, że Bangladesz będzie najlepszym miejscem dla mnie i pracuję tu od 2010 r., praktycznie od początku działalności salezjańskiej misji.

 

Na czym polega Wasza praca? Czym możecie się pochwalić?

– Salezjanie w Bangladeszu są obecni od 2009 r. W ciągu ośmiu lat otworzyliśmy trzy misje: w Utrail, Lokhikul i niedawno w Joypurhat. Wszędzie, gdzie jesteśmy, stawiamy przede wszystkim na edukację, widząc w niej „klucz”, który otwiera młodzieży drzwi do lepszego jutra. Nasza misja jest bardzo młoda. Gdy przybyliśmy do Bangladeszu, wszystko trzeba było organizować od zera. Na przykład w Utrail mieszkaliśmy w jednej z sal starego, prawie całkowicie zniszczonego budynku szkoły. W tym niewielkim pomieszczeniu mieliśmy wszystko i robiliśmy wszystko. W Lokhikul po dotarciu na miejsce nie było żadnego budynku oprócz obory, więc trzeba było kilka miesięcy mieszkać „z krowami”, a w Joypurhat pierwszy rok mieszkałem w zakrystii kościoła.

 

Ksiądz pracuje na misji w Joypurhat…

– Tak, w założonej trzy lata temu placówce misyjnej. Prowadzimy tam w niewielkim budynku przerobionym ze starego magazynu internat dla uczniów. Mieszka w nim obecnie dziewięciu chłopców w wieku 16- 19 lat. Prowadzimy dożywianie. Codziennie 50 osób, w większości dzieci, ale także parę samotnych starszych otrzymuje obiad. Prowadzimy popołudniową bezpłatną szkołę dla najbardziej zaniedbanych dzieci, głównie z pobliskich slumsów. Niestety lekcje odbywają się pod gołym niebem, ponieważ nie mamy żadnego budynku. Działa oratorium dla 200 dzieci. Zajęcia odbywają się w każdy piątek.

 

Jak wygląda codzienna ewangelizacja?

– Odbywa się głównie przez odwiedzanie wiosek zamieszkiwanych przez różne plemiona. Są to ludzie bardzo ubodzy, opuszczeni i zostawieni samym sobie. Często proszą nas o pomoc medyczną, zakup lekarstw, wsparcie dla uczących się dzieci, a czasem nawet o pomoc w naprawie rozlatującego się domu. W ramach ewangelizacji wybudowaliśmy także kilka kaplic w oddalonych od misji wioskach.

Cały czas rozbudowujemy infrastrukturę misji. Swoją działalność rozpoczęliśmy od zakupu gruntów. Teren ogrodziliśmy murem, a następnie przerobiliśmy stary magazyn na internat i wybudowaliśmy kościół. Jest to jedyna katolicka świątynia w całym regionie. Wybudowaliśmy też niewielki dom dla posługujących tu salezjanów. Obecnie jest ze mną kleryk (pierwsze nasze lokalne powołanie do kapłaństwa), który odbywa praktykę. W planach mamy budowę centrum młodzieżowego im. św. Jana Pawła II, w którym mają być internat, szkoła i dom zakonny. Finansowania dużej części tego projektu podjął się Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu” w porozumieniu z Krakowską Inspektorią Salezjanów.

 

W czym zatem i jak najlepiej Kościół w Polsce powinien wspierać katolików w Bangladeszu?

– Pomoc może być różnoraka. Przede wszystkim pomagajmy modlitwą za misjonarzy, misjonarki i tutejszych chrześcijan, którzy żyją w niełatwej dla nich rzeczywistości i jako chrześcijanie doświadczają różnorakich form dyskryminacji.

Niezwykle ważna jest oczywiście pomoc finansowa. Kościół w Bangladeszu bez pomocy z zewnątrz nie jest w stanie funkcjonować i służyć bliźniemu. W parafii w której pracuję niedzielna ofiara na tacę, która jest jedynym jej dochodem, wynosi około 300 taka to jest 2,5 euro. Za taką sumę można kupić 5 kilogramów ryżu. Przypomnę raz jeszcze budujemy i prowadzimy szkoły, finansujemy edukację najuboższym, dożywiamy ich, zajmujemy się pomocą medyczną, na to wszystko potrzebne są środki materialne. Każde wsparcie jakiegokolwiek projektu to wsparcie dla tutejszych chrześcijan i za to już z góry dziękujemy.


Ks. Paweł Kociołek, salezjanin urodził się w 1975 r. Pochodzi z Koniuszowej k. Nowego Sącza, parafii św. Marcina w Mogilnie. Do salezjańskiego nowicjatu wstąpił w 1998 r. Święcenia kapłańskie przyjął w 2007. Pracował w Świętochłowicach w salezjańskim liceum ogólnokształcącym jako nauczyciel katechezy i wychowawca. Ponadto był duszpasterzem młodzieży a wolnym czasie zajmował się wolontariatem misyjnym i pomocą misjonarzom. Na misje do Bangladeszu wyjechał w 2009 r. Obecnie prowadzi placówkę misyjną w Joypurhat.

Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI)


 

 

Otylia Brendel

Otylia Brendel

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >

Jak ukraiński prałat uratował życie kardynałowi di Montezemolo

W wieku 92 lat zmarł 19 listopada w Rzymie kard. Andrea Cordero Lanza di Montezemolo. Jako wybitny heraldyk był autorem papieskiego herbu Benedykta XVI, który w 2006 roku podniósł go do godności kardynalskiej a także m. in. pierwszym nuncjuszem apostolskim Stolicy Apostolskiej w Izraelu po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych w 1993 r. W kwietniu br. w wywiadzie dla ukraińskich dziennikarzy kardynał opowiedział m.in. jak podczas niemieckiej okupacji został uratowany przez ukraińskiego prałata.

Kard. Montezemolo pochodził ze znanej arystokratycznej rodziny z Piemontu. Jego ojciec Giuseppe był podczas II wojny światowej pułkownikiem włoskiej armii. Po wypowiedzeniu przez Włochów sojuszu z Trzecią Rzeszą, odsunięciu od władzy Benito Mussoliniego i zakończeniu okupacji kraju przez hitlerowców, założył wojskową organizację ruchu oporu. Schwytany i osadzony w więzieniu Regina Coeli, był jednym z 335 rozstrzelanych (w tej licznie było 75 Żydów), w Grotach Ardeatyńskich w marcu 1944 r. w odwet za akcję partyzantów.

 

Kard. Montezemolo miał wtedy 19 lat. “To było w 1943 roku. Ojciec żył w podziemiu i starał się za wszelką cenę zapewnić nam wszystkim bezpieczeństwo. Moja matka i trzy siostry ukrywały się w klasztorze w Rzymie, ponieważ mój ojciec umieścił je tam dzięki fałszywym dokumentom Gubernatoratu Państwa Watykańskiego. Byliśmy poszukiwani przez niemieckich okupantów. Znaliśmy dobrze jednego z ukraińskich prałatów, który pracował w Kongregacji Kościołów Wschodnich i mieszkał w Papieskim Kolegium Ukraińskim św. Jozafata na rzymskim wzgórzu Janiculum” – wspominał kardynał. To dzięki niemu młody Montezemolo ukrywał się w czasie okupacji w Kolegium jako „ukraiński student”.

 

“Podczas mojego pobytu w ukraińskim kolegium zapisałem się na filozofię i teologię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Wybrałem te kierunki ponieważ myślałem o kapłaństwie. Ale wtedy nie byłem tego do końca pewien. Przez kilka lat mieszkałem w ukraińskim kolegium. Tam właśnie po raz ostatni widziałem mojego ojca przed jego śmiercią” – wyznał sędziwy kardynał dziękując ukraińskiemu kolegium za gościnę w latach niemieckiej okupacji.

 

Od kilku lat kardynał chorował. Rok temu w rzymskiej klinice odwiedził go papież Franciszek. Po śmierci kard. Montezemolo kolegium kardynalskie liczy 217 członków, spośród których 120 nie ukończyło jeszcze 80. roku życia i ma prawo do udziału w ewentualnym konklawe.


tom (KAI/RV) / Watykan

Z KRAJU

Rozpoczęła się XVII edycja „Szlachetnej Paczki”

Rozpoczęła się XVII edycja Szlachetnej Paczki, projektu Stowarzyszenia Wiosna, który inspiruje społeczeństwo do pomocy potrzebującym. Przygotować paczkę dla osób starszych, samotnych, niepełnosprawnych, a także ubogich dzieci i rodzin można już za pośrednictwem strony internetowej szlachetnapaczka.pl. Akcja co roku łączy tysiące osób potrzebujących pomocy oraz darczyńców i wolontariuszy.

W ubiegłym roku paczki z potrzebnymi produktami dotarły do 19 tys. rodzin. Aktualne baza osób potrzebujących jest już dostępna na stronie Szlachetnej Paczki. W pomoc co roku angażują się ludzie świata polityki i kultury. W poprzednich latach paczki dla potrzebujących przygotowali między innymi papież Franciszek, para prezydencka, polscy piłkarze, skoczkowie narciarscy, znani aktorzy i muzycy i politycy.

 

– Dokonujemy rewolucji, ale to jedyna rewolucja, w której nie ma ofiar. Tworzymy historię, bo wydobywamy z ludzi piękno – podkreśla ks. Jacek Stryczek, prezes Stowarzyszenia Wiosna. – Nie chodzi jedynie o to, kim ludzie są, ale kim mogą się stać. Bo zaangażować się możesz w każdej chwili. Możesz być wolontariuszem, możesz być darczyńcą, możesz być kierowcą, który przewiezie paczkę. Po prostu dołącz i rób to razem z nami – zachęca pomysłodawca projektu Szlachetna Paczka.

 

W ostatnich tygodniach wolontariusze akcji odwiedzali rodziny, które mogą potrzebować pomocy.
Aby zachęcić do pomocy i przekonać, że warto pomagać, zaangażowani w akcję wolontariusze zorganizowali w weekend pochody w całej Polsce, marsze Szlachetnej Paczki odbyły się m.in. w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Szczecinie i Opolu.

 

Na stronie internetowej szlachetnapaczka.pl można wybrać rodzinę, której chcemy pomóc. Ogólnopolski finał akcji odbędzie się w weekend 9-10 grudnia. Wtedy paczki przygotowane przez darczyńców trafią do potrzebujących.

 

Akcję Szlachetna Paczka organizuje od 2001 roku krakowskie stowarzyszenie Wiosna.


(KAI) led / Kraków

Ściągnij coś z wieszaka i podziel się!

Studenci z dominikańskiego Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka” organizują zbiórkę odzieży dla osób bezdomnych. – Ściągnijcie coś z wieszaka i podzielcie się dobrem – namawiają. Akcja „Wieszak” potrwa do końca tygodnia.

Zbiórka rzeczy „ściągniętych z wieszaka” rozpoczęła się w związku z I Światowym Dniem Ubogich i zakończy w niedzielę Chrystusa Króla. Dla bezdomnych do przeżycia zimy niezbędne są m.in. plecaki, w których mieszczą oni cały dobytek, śpiwory, karimaty, koce, termosy, kurtki ciepłe oraz zimowe buty.

– Papież Franciszek, kończąc Jubileusz Miłosierdzia, ogłosił w przedostatnią niedzielę roku liturgicznego ogłosił Święto Ubogich. To bardzo świeże spojrzenie na to, jak w naszej wspólnocie, która nazywa się Kościół mamy patrzeć na ubogich: świętować ich – mówią studenci z „Beczki” i podkreślają, że sam Jezus był „tym, który nie miał gdzie głowy położyć”.

Ich zdaniem, święto ubogich to święto nas wszystkich, bo każdy ma jakieś braki w sobie. Akademicy chcą jednak konkretnie odpowiedzieć na potrzeby osób najuboższych i bezdomnych – by Dzień Ubogich nie stał się tylko jednorazową akcją, ale zobowiązaniem na co dzień
– Dlatego bardzo serdecznie zapraszamy, abyście ściągnęli w wieszaka kilka rzeczy i podarowali je komuś, kto ich potrzebuje – zachęcają studenci od dominikanów. Proszą jednak, by był to faktyczny dar z siebie, a nie pozbywanie się niepotrzebnych sztuk odzieży czy zużytego wyposażenia turystycznego.

Rzeczy można przynosić do Beczki przez cały tydzień po Mszy o 7 rano oraz na spotkaniach grup po 19.15. W niedzielę po Mszach św. ubrania można zostawiać w koszach ustawionych na krużgankach klasztoru ojców dominikanów.


md / Kraków

KAI

 

Rozpoczął się Rok Jubileuszowy bł. Salomei

Bł. Salomea uczy nas, że głos serca, które jest spragnione Boga, można usłyszeć zawsze i wszędzie, także dziś, wśród otaczającego nas zgiełku i zamętu – mówił bp Damian Muskus OFM, który w kościele św. Andrzeja Apostoła w Krakowie przewodniczył Mszy św. inaugurującej obchody Roku Jubileuszowego pierwszej polskiej klaryski. Mija 750 lat od śmierci księżnej, która wyrzekła się korony, by poświęcić życie na wyłączną służbę Bogu.

Do rozpoczęcia jubileuszu krakowskie klaryski przygotowywały się przez nowennę z uczczeniem relikwii bł. Salomei. W niedzielę, wraz ze swoją ksienią m. Joanną Długą, siostry wzięły udział w Mszy św. otwierającej jubileusz, której przewodniczył bp Damian Muskus. W homilii hierarcha mówił, że choć życie błogosławionej upływało w odległych dla nas czasach i skrajnie odmiennych warunkach, warto wsłuchać się w jej głos sprzed ośmiu wieków.

Przypomniał historyczne przekazy, z których wynika, że królewskie dwory, polityczne intrygi i wystawne życie nigdy nie było pragnieniem pobożnej Piastówny. „Urodzona w książęcym rodzie, musiała jednak podjąć obowiązki stanu. Ani jednak małżeństwo z węgierskim królewiczem, ani zabawy i uczty na dworze, nie przeszkodziły jej w dochowaniu wierności ewangelicznym wartościom, do których tęskniła od dzieciństwa” – mówił krakowski biskup pomocniczy.

Kaznodzieja zwrócił uwagę na fascynację Salomei franciszkańskimi ideałami ubóstwa, prostoty i radości, która zrodziła w niej pragnienie życia według rad ewangelicznych. Mogła je zrealizować po śmierci męża, kiedy to stała się pierwszą polską klaryską w konwencie utworzonym na ojczystej ziemi.

„Czy odnalazła swój skarb? Koronę księżnej zamieniła na zakonny welon, gwar dworu na wieczne milczenie, a światowe życie – na zamknięcie w surowych murach klasztoru. Była jednak szczęśliwa, bo nareszcie mogła żyć i oddychać jedynie Bogiem” – podkreślał bp Muskus.

Nawiązując do przechowywanego w krakowskim klasztorze obrazu Salomei ochraniającej siostry swoim zakonnym płaszczem, franciszkański biskup przypomniał o jej opiece nad tutejszą wspólnotą sióstr. Namawiał także do refleksji nad tym, kim byśmy byli bez cichej obecności krakowskich klarysek za murami, które mieszkańcy Krakowa i turyści codziennie mijają w zabieganiu.

„Rozpoczynając jubileuszowe obchody 750-lecia śmierci bł Salomei, pragnę wam życzyć, drogie siostry, byście w chwilach trudnych doświadczeń pamiętały o jej płaszczu, który chroni was przed złem” – mówił na zakończenie bp Muskus.

Bł. Salomea Piastówna (1211 lub 1212 – 1268) była księżniczką, która odrzuciła koronę królewską i wybrała ubóstwo idąc śladem św. Franciszka i św. Klary. Odkryła, że na Miłość odpowiada się miłością: całkowitą, pełną oddania i rezygnacji z siebie.


md / Kraków

(KAI)

 

Polscy biskupi na rekolekcjach w Częstochowie

Dziś na Jasnej Górze polscy biskupi rozpoczynają czterodniowe rekolekcje. Poprowadzi je ks. prałat Paweł Ptasznik z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej. - Nie chodzi o to, by przekazywał nam kuplety z życia Stolicy Apostolskiej, ale by wniósł powiew pogłębionej myśli i prowadził drogami świętych – powiedział KAI przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

Oprócz konferencji, 4-dniowy program rekolekcji przewiduje czas na adorację Najświętszego Sakramentu, spowiedź oraz uczestnictwo w Apelu Jasnogórskim.

Abp Gądecki przypomina, że chrześcijaninowi każde rekolekcje są potrzebne. – Zachęcamy dzieci i młodzież do rekolekcji wielkopostnych, zachęcamy kapłanów do rekolekcji kapłańskich. Byłoby dziwne, gdyby biskupi sami pozostali bez rekolekcji. Dlatego też czekamy na ten czas w listopadzie, gdy można oderwać się trochę od codziennych zajęć i przejść na inny poziom – wyjaśnił w rozmowie z KAI przewodniczący KEP.

Metropolita poznański wskazuje, że w życiu duchowym każdego człowieka mogą pojawiać się momenty słabszej aktywności, dlatego potrzebny jest czas „doładowywania akumulatorów w postaci praktyk rekolekcyjnych”.

Nauki duchowe dla polskich biskupów zgromadzonych na Jasnej Górze poprowadzi w tym roku ks. prałat Paweł Ptasznik z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, odpowiedzialny za prace polskiej sekcji. Jest także rektorem kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Rzymie oraz duszpasterzem polskiej emigracji w Wiecznym Mieście. – Cieszymy się, że podejmie on trud rekolekcjonisty – powiedział abp Gądecki.

Przewodniczący KEP przyznał, że Episkopat zadbał już o zaproszenie kolejnych rekolekcjonistów na kilka najbliższych lat. Co do tegorocznych rekolekcji, wyraził nadzieję, że tak jak poprzednie prowadzone przez Polaków z Rzymu, „wniosą powiew myśli ważkiej i pogłębionej”. – Ważne jest też doświadczenie człowieka, który od wielu już lat pracuje w Stolicy Apostolskiej i dla którego nie ma ona żadnych tajemnic – powiedział KAI przewodniczący Episkopatu.

Ubiegłorocznym rekolekcjonistą biskupim był o. Ryszard Szmydki, misjonarz oblat, sekretarz generalny Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

Zdaniem metropolity poznańskiego nie chodzi o to, by tegoroczny rekolekcjonista przekazywał biskupom „kuplety z życia Stolicy Apostolskiej”, ale o to, by „kierowany autentyczną wizją Kościoła, prostował to, co jest do sprostowania, pomagał w trudnościach zrozumienia myśli watykańskiej i jednocześnie prowadził drogami świętych, którzy zostają za takich uznani i wnoszą nowe bogactwo duchowe w historię Kościoła”.


rl, lk / Warszawa

KAI

 

Ukraina: ingres najmłodszego ordynariusza na świecie

„Nasza obecność na Bukowinie to obecność braci” – powiedział 18 listopada w Czerniowcach arcybiskup większy Światosław Szewczuk, zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego (UKGK) podczas wprowadzenia tam do katedry greckokatolickiej biskupa Jozafata Moszczycza, pierwszego ordynariusza eparchii (diecezji) czerniowieckiej. 41-letni hierarcha jest obecnie najmłodszym biskupem katolickim na świecie, któremu powierzono kierowanie diecezją.

W odczytanych dekretach zwierzchnika UKGK przypomniano, że grekokatolicy przybyli na te tereny w XVIII w., gdy Bukowina znalazła się pod zaborem austriackim. Od samego początku parafie greckokatolickie znajdowały się pod jurysdykcją biskupów we Lwowie i Stanisławowie.

 

Abp Szewczuk w homilii podziękował starszemu pokoleniu bukowińskich grekokatolików, którzy po likwidacji struktur Kościoła greckokatolickiego za czasów reżimu komunistycznego w swoich rodzinach zachowały wiarę i przekazały ją młodszym pokoleniom.

 

Również obecni na uroczystości starsi bukowińscy grekokatolicy powiedzieli KAI, że za czasów sowieckich chodzili na nabożeństwa do zawsze czynnego w Czerniowcach kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego, gdzie modlili się razem z rzymskimi katolikami. „Tam nas spowiadał i udzielał nam Komunii św. ks. Franciszek Krajewski” – wspomnieli z wdzięcznością.

 

„Zaistnienie eparchii greckokatolickiej na Bukowinie i mianowanie tam biskupa UKGK Jozafata Moszczycza jest wydarzeniem historycznym dla naszego wielonarodowego i wielowyznaniowego obwodu” – podkreślił, składając życzenia, przewodniczący czerniowieckiej państwowej administracji obwodowej (wojewoda) Aleksander Fyszczuk.

 

Podczas uroczystości abp Szewczuk ogłosił, że została zmieniona nazwa eparchii kołomyjsko-czerniowieckiej na kołomyjską.

 

Przed rozpoczęciem liturgii życzenia bp. Moszczyczowi złożył abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski obrządku łacińskiego, a jego 39-letni biskup pomocniczy Edward Kawa (najmłodszy biskup katolicki na świecie) wraz z kilkoma księżmi rzymskokatolickimi uczestniczył w uroczystości pod przewodnictwem zwierzchnika UKGK. Z sąsiedniej Rumunii przybył bp Petru Gherghel, ordynariusz diecezji Jassy, jak również księża greckokatoliccy z Bukowiny Południowej. W ingresie bp. Moszczycza wziął udział także abp Claudio Gugerotti, nuncjusz apostolski na Ukrainie. Zaproszono też prawosławnych.

 

Podczas konferencji prasowej przede ingresem bp Moszczycz powiedział, że przeważającą większość mieszkańców obwodu czerniowieckiego stanowią prawosławni patriarchatów moskiewskiego i kijowskiego, a w 18 parafiach greckokatolickich służy zaledwie 13 księży.

 

Eparchia czerniowiecka powstała decyzją Synodu Biskupów Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego z terytorium odłączonego od eparchii kołomyjsko-czerniowieckiej. Weszła w skład metropolii iwanofrankowskiej. Zgodę na to wyraził papież Franciszek. Pierwszym ordynariuszem eparchii czerniowieckiej został wybrany przez Synod dotychczasowy biskup pomocniczy w Iwano-Frankowsku Jozafat Moszczycz, który pochodzi spod Lwowa. Święcenia kapłańskie przyjął w 1999 r. Trzy lata później złożył śluby wieczyste w Zgromadzeniu Misyjnym św. Andrzeja Apostoła. Na Akademii Alfonsjańskiej w Rzymie uzyskał licencjat kanoniczny z teologii moralnej. Był m.in. przełożonym generalnym swego zgromadzenia, a także odpowiadał za działalność ewangelizacyjną, duszpasterstwo migrantów i stowarzyszenia wiernych świeckich w archieparchii iwanofrankowskiej. Od 2014 r. był biskupem pomocniczym tej archieparchii.


kcz (KAI Lwów) / Czerniowce

Br. Alois: spotkania młodzieży pomagają przeciwdziałać podziałom

Osobiste spotkania pomiędzy młodymi z różnych krajów są niezbędne, jeśli chcemy uniknąć rosnących podziałów w Europie - uważa przeor ekumenicznej wspólnoty braci z Taizé, br. Alois. W rozmowie z francuskim portalem katolickim “La Vie”, duchowny zachęca by do społecznych i kulturowych przemian w Europie podchodzić z intencją pojednania i duchowego zrozumienia.

Jak mówi w rozmowie z portalem “La Vie” br. Alois, przeor ekumenicznej wspólnoty w Taizé, zanużenie w Ewangelii oraz pragnienie pojednania i spotkania się z drugim człowiekiem, pomimo dzielących różnic – to lekarstwo na rosnące podziały wewnątrz Europy. Protagonistami pozytywnych zmian są według niego ludzie młodzi.

 

– Obserwuję dwa sprzeczne ruchy. Z pewnością istnieje strach, z którym wiąże się szukanie zabezpieczeń, samoobrony, zamknięcia na innych. Ale z drugiej strony widzę wielką otwartość wśród młodych, którzy nie tylko oczekują [wspólnego] budowania Europy, ale konkretnie się w nie angażują. Przekraczają granice, niekiedy wybierają życie na obczyźnie, a nie u siebie, uczą się innych języków – mówi duchowny. Odwołując się do doświadczeń spotkań w Taizé, zachęca, by myśląc wyzwaniach współczesnych Europejczyków, patrzeć szerzej, niż tylko na mieszkańców Unii Europejskiej.

 

“Do Taizé bardzo licznie przyjeżdżają np. Ukraińcy: ci młodzi chcą być częścią wspólnoty europejskiej, nawiązując do słów papieża. Dla nas Europa nie kończy się na granicy Unii Europejskiej” – przekonuje.

 

Br. Alois podkreśla też, że stawienie czoła współczesnym wyzwaniom Starego Kontynentu nie jest możliwe bez troski o duchowy wymiar wspólnoty europejskiej, a także bez otwarcia się narodów na siebie nawzajem.

 

“Aby dać nowy powiew Europie, zmagającej się z licznymi problemami ekonomicznymi i politycznymi, musi zapłonąć iskra entuzjazmu. Ta iskra rodzi się z poczucia, że potrzebujemy siebie nawzajem, przy uwzględnieniu naszych różnic. Nie możemy stawić czoła problemom i wyzwaniom, jeśli będziemy się ograniczać jedynie do własnych narodów” – ocenia.

 

Pytany o to, co może współcześnie zjednoczyć kraje europejskie, francuski duchowny wskazuje na pojednanie, jako ponadczasową wartość, która pomogła w budowaniu powojennej wspólnoty europejskiej i także dziś może prowadzić do umacniania więzi ponad podziałami. Jako przykład budowania takich więzi podaje spotkania młodych, odbywające się m.in. w Taizé.

 

“Osobiste spotkania pomiędzy młodymi z różnych krajów są niezbędne, jeśli chcemy uniknąć rosnących podziałów w Europie. Próbujemy wnieść w nie swój wkład poprzez spotkania w Taizé i spotkania europejskie, które każdego roku organizujemy w dużym mieście takim, jak Ryga w 2016 r. czy najbliższe w Bazylei. Tam ok. 15-20 tys. młodych spotka się i odkryje, że Bazylea, to nie tylko szwajcarskie miasto, ale też centrum regionu obejmującego trzy kraje: Szwajcarię, Francję i Niemcy” – zapowiada br. Alois.

 

Jak podkreśla, oprócz otwartości wobec młodych i stworzenia im przestrzeni dialogu i spotkania, ważne jest też wsparcie ich w odnajdywaniu perspektyw na przyszłość tam, skąd pochodzą.

 

“W ubiegłym roku zorganizowaliśmy w Beninie spotkanie z udziałem 8 tys. młodych z różnych rejonów Afryki. Jednym z przedmiotów refleksji była wówczas przedsiębiorczość. Zauważyliśmy u tych młodych Afrykańczyków niebywały potencjał ludzki, intelektualny i wielką kreatywność, potencjał, który jak dotąd nie miał zbyt wielu okazji by zostać zaprezentowany. Właśnie w taki sposób możemy pomóc tym młodym: nie poprzez postawę paternalistyczną, ale partnerstwo” – wskazuje br. Alois.

 

W odpowiedzi na pytanie o obawy Europejczyków przed utratą własnych kultur, przeor ekumenicznej wspólnoty przypomina, że kultura jako taka podlega ciągłej ewolucji, a kultury naznaczone wiarą chrześcijańską nie mogą się właściwie rozwijać, jeśli “Ewangelia nie będzie właściwie przeżywana”.

 

“Wśród pierwszych chrześcijan, niektórzy mieli pokusę, by pozostać wewnątrz judaizmu, a następnie otworzyli się na świat grecki. Być może dziś chrześcijaństwo stoi wobec podobnego wyzwania. Odważne podjęcie go będzie ubogaceniem, nie tylko wśród narodów europejskich, ale też dzięki wkładowi migrantów, skądinąd licznych w naszych krajach. Tak wiele parafii i wspólnot chrześcijańskich odnajduje nowy zapał, przyjmując ich” – mówi.

 

Także w kontekście kontaktów międzyreligijnych, przełożony wspólnoty z Taizé odwołuje się do inspirującego przykładu młodzieży, która odwiedza francuską wioskę, dzieląc się swoim doświadczeniem budowania więzi międzyreligijnych z rówieśnikami, m.in. w Libanie.


abd (KAI) / La Vie / Taizé

„Ubodzy są braćmi, których dał nam Bóg”

"Ubodzy są naszymi braćmi, których Bóg nam dał!" – przypomniał dziś kard. Kazimierz Nycz podczas Mszy św. sprawowanej z okazji obchodzonego po raz pierwszy Światowego Dnia Ubogich. Liturgię sprawowano w kościele kapucynów w Warszawie. Od 30 lat przy tutejszym klasztorze działa jadłodajnia, w której codziennie posiłek otrzymuje około 300 ubogich i bezdomnych.

Kard. Nycz apelował w homilii, by “wiązać wiarę z życiem” tak, żeby pobożność szła w parze z konkretnymi czynami miłości bliźniego, wyrażającymi się dobroczynnością. “W taki dzień jaki dzisiejszy, trzeba w sobie jeszcze bardziej ożywić związek wiary i życia, żeby on był udziałem wszystkich, udziałem całego Kościoła” – podkreślił kard. Nycz.

 

Arcybiskup Warszawy wskazywał, że prawdziwym wyznaniem wiary jest pełnienie czynów miłości, zwłaszcza wobec tych, którzy jej najbardziej potrzebują.

 

Kard. Nycz nawiązał do spotkania modlitewnego w którym kilka dni temu uczestniczył w rzymskiej Bazylice Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu. Przy tej świątyni swoją siedzibę ma wspólnota Sant’Egidio, zaangażowana w pomoc ubogim, bezdomnym i uchodźcom. Kardynał przypomniał, że w rzymskim domu wspólnoty przebywa też kilkudziesięciu uchodźców z Afryki, a tylko niektórzy z nich to chrześcijanie.

 

“Patrzymy nieraz na nich z perspektywy rysowanej często w mediach narracji, iż to są wrogowie, ludzie niebezpieczni. To są biedni ludzie, młodzi, uczą się, chcą się jakaś urządzić a niektórzy po zakończeniu wojny pragną wrócić” – mówił kard. Nycz. Podkreślił, że ludzie ci doznają ze strony Włochów i tamtejszego kościoła niezwykłej pomocy. “Także tych ludzi ma na myśli papież Franciszek i o nich nam przypomina ustanawiając Światowy Dzień Ubogich” – zaznaczył metropolita warszawski.

 

Arcybiskup Warszawy zachęcił do pomnażania przez całe życie talentu dobroczynności przez konkretną, uczynną miłość wobec ludzi potrzebujących, których spotykamy w rodzinie, pracy, na ulicach naszych miast. “To są nasi bracia, których Bóg nam dał! I nie próbujmy tworzyć żadnych konstrukcji, szukając winy, dlaczego jest taki lub inny – mówił kard. Nycz. – Naszym wezwaniem, powołaniem, zadaniem jest nie pozostawić nikogo potrzebującego bez pomocy. To są nasi bracia! Światowy Dzień Ubogich jest wielkim wezwaniem do tego byśmy czynili dla nich jeszcze więcej” – zachęcał hierarcha.

 

Kard. Nycz podziękował ojcom kapucynom za czynione przy ich klasztorze od wielu lat dzieło pomocy najuboższym. Zachęcił wszystkich do wspierania tej pracy ofiarą i modlitwą, wspominając, że przy klasztorze buduje się nowe pomieszczenie, które będzie służyło ubogim.

 

Przy stołecznym klasztorze ojców kapucynów działa powołana przez nich Fundacja Kapucyńska im. bł. Aniceta Koplińskiego. W latach międzywojennych o. Anicet wspierał ubogich i bezdomnych, organizując dla nich żywność i ubrania. Dzięki inicjatywie kapucynów, w tym o. Aniceta, powstała na Annopolu kuchnia dla najuboższych Warszawiaków, wydająca 8 tys. posiłków dziennie.

 

Obecnie przy klasztorze na ul. Miodowej w Warszawie zakonnicy prowadzą działającą od 30 lat jadłodajnię, z której korzysta codziennie 300 osób. Posiłki przygotowują wolontariusze. Fundacja wspiera też bezdomnych pomocą psychologiczną i duchową oraz organizuje warsztaty socjoterapeutyczne.

 

Obchodzony dziś po raz pierwszy Światowy Dzień Ubogich ustanowiony został przez Franciszka na zakończenie Jubileuszowego Roku Miłosierdzia. Papież postanowił, że dzień ten będzie obchodzony w każdą XXXIII Niedzielę Zwykłą – tydzień przed uroczystością Chrystusa Króla. Swoje orędzie na I Światowy Dzień Ubogich ojciec święty opatrzył hasłem „Nie miłujmy słowem, ale czynem”, zaczerpniętym z 1 Listu św. Jana.


(KAI) tk / Warszawa

„W ubogich objawia się obecność Jezusa”

- W ubogich objawia się obecność Jezusa - mówił papież Franciszek w homilii wygłoszonej podczas Mszy św., którą odprawił w bazylice św. Piotra w I Światowym Dniu Ubogich. Jednocześnie zauważył, że „nikt nie może uważać siebie za bezużytecznego, nikt nie może uznać siebie za tak ubogiego, aby nie mógł dać czegoś innym”.

Ojciec Święty wskazał, że „wszyscy jesteśmy żebrakami tego, co istotne – miłości Boga, która daje nam sens życia i życie bez końca”. Wyciągamy do Niego rękę, aby otrzymać Jego dary. Ewangeliczna przypowieść o talentach przekonuje, że jesteśmy „utalentowani” w oczach Boga. – Dlatego nikt nie może uważać siebie za bezużytecznego, nikt nie może uznać siebie za tak ubogiego, aby nie mógł dać czegoś innym. Jesteśmy wybrani i pobłogosławieni przez Boga, który pragnie napełnić nas swoimi darami, znacznie bardziej niż ojciec i matka pragną obdarować swoje dzieci – tłumaczył Franciszek.

 

A jednocześnie Bóg uczy nas odpowiedzialności, każąc pomnożyć otrzymane talenty. Niepomnażanie ich jest bowiem zaniechanie, które oznacza nieczynienie dobra. – Również my często uważamy, że nie uczyniliśmy nic złego i tym się zadowalamy, przyjmując, że jesteśmy dobrzy i sprawiedliwi – zauważył papież. Ale „nieczynienie niczego złego nie wystarcza. Ponieważ Bóg nie jest kontrolerem szukającym ludzi jeżdżących na gapę, ale Ojcem poszukującym dzieci, któremu trzeba powierzyć swoje dobra i swoje plany. I smutno, kiedy miłujący Ojciec nie otrzymuje wielkodusznej odpowiedzi miłości od dzieci, które ograniczają się do przestrzegania reguł, aby wypełniać przykazania, jak najemnicy w domu Ojca”.

 

Franciszek wskazał, że „nie jest wierny Bogu ten, kto troszczy się jedynie o zachowanie, o utrzymanie skarbów przeszłości”. Naprawdę wierny jest ten, kto dodaje nowe talenty, „ponieważ ma taką samą mentalność jak Bóg i nie stoi biernie: podejmuje ryzyko ze względu na miłość, naraża swe życie dla innych, nie godzi się, by zostawić wszystko takim, jakim jest. Pomija tylko jedną rzecz: własną korzyść. To jest jedyne słuszne zaniechanie”.

 

– Zaniechanie to także wielki grzech wobec ubogich. Tutaj przyjmuje wyraźną nazwę: obojętność. To powiedzenie: „To mnie nie obchodzi, to nie moja sprawa, to wina społeczeństwa”. To odwrócenie się w inną stronę, kiedy brat jest w potrzebie, to zmienianie kanału, kiedy jakaś poważna sprawa nas irytuje, a także oburzanie się na zło, nic nie czyniąc. Jednakże Bóg nie zapyta nas, czy mieliśmy słuszne oburzenie, ale czy uczyniliśmy dobro – podkreślił Ojciec Święty.

 

Odpowiadając na pytanie, w jaki sposób możemy konkretnie podobać się Bogu, zaznaczył, że „gdy chcemy zadowolić kogoś nam drogiego, na przykład dając mu prezent, trzeba najpierw poznać jego gusty, aby uniknąć takiej sytuacji, gdy prezent bardziej podoba się temu, kto go daje niż temu, kto go otrzymuje”. – Kiedy chcemy ofiarować coś Panu, to Jego upodobania odnajdujemy w Ewangelii – stwierdził papież i zacytował słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

 

– Tymi braćmi najmniejszymi, przez Niego umiłowanymi są głodny i chory, obcy i więzień, ubogi i opuszczony, cierpiący pozbawiony pomocy i odrzucony potrzebujący. Możemy sobie wyobrazić odciśnięte na ich twarzach Jego oblicze; na ich ustach, mimo że zamkniętych z bólu, Jego słowa: „To jest Ciało moje”. W ubogim Jezus puka do naszego serca i spragniony prosi nas o miłość. Kiedy pokonujemy obojętność i w imieniu Jezusa poświęcamy się Jego braciom najmniejszym, to jesteśmy Jego przyjaciółmi dobrymi i wiernymi, z którymi lubi On przebywać. Bóg to bardzo docenia – zapewnił Franciszek, odwołując się do pierwszego czytania mszalnego „dzielnej niewieście”, która „otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce”. – To jest prawdziwe męstwo: nie zaciśnięte pięści i założone ramiona, ale ręce pracowite i wyciągnięte ku ubogim, ku zranionemu ciału Pana – powiedział Ojciec Święty.

 

Dodał, że „w ubogich objawia się obecność Jezusa, który będąc bogatym, stał się ubogim”. – Z tego powodu, w nich, w ich słabości jest „zbawcza moc”. A jeśli w oczach świata mają małą wartość, to oni otwierają nam drogę do nieba, są naszym „paszportem do raju”. Dla nas troska o nich, będących naszym bogactwem, to ewangeliczny obowiązek i mamy to czynić nie tylko dając chleb, ale również dzieląc z nimi chleb Słowa, którego są oni naturalnymi adresatami. Kochać ubogiego to walczyć z wszelkim ubóstwem, duchowym i materialnym – zachęcał Franciszek.

 

Jego zdaniem „przydałoby się nam wszystkim zbliżenie do uboższych od nas”, gdyż poruszy to nas i „przypomni nam, co liczy się naprawdę: kochać Boga i bliźniego”. – Tylko to trwa wiecznie, wszystko inne przemija. Zatem to, co inwestujemy w miłość – pozostaje, reszta zanika – mówił papież.

 

Swą homilię zakończył słowami: „Niech Pan, który współczuje naszemu ubóstwu i obdarza nas swoimi talentami, daje nam mądrość, byśmy szukali tego, co się liczy i odwagę, aby kochać, nie słowami, lecz czynem”.


st, pb (KAI) / Watykan

 

Ballady i romanse [#30] Podróż poślubna

To już ostatni odcinek trzeciego sezonu 'Ballad i romansów". Po ślubie i weselu pora wyjechać w podróż poślubną. Koniecznie! Nie ważne dokąd, ważne byście byli tylko we dwoje. Zobacz film.

Adam Szustak OP
Adam
Szustak OP
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Jończyk
Marcin
Jończyk
zobacz artykuly tego autora >

Adam Szustak OP

Adam Szustak OP

Dominikanin, wędrowny kaznodzieja, były duszpasterz krakowskiej "Beczki". Jest autorem kilkunastu książek i audiobooków o tematyce religijnej, a także rekolekcji internetowych (Wilki Dwa, Plaster miodu, Jeszcze 5 Minutek). Prowadzi blog i kanał Langusta na Palmie, na którym można znaleźć wszystkie nagrania jego homilii i konferencji.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jończyk

Marcin Jończyk

Ekspert od form multimedialnych, operator i montażysta, zawsze ma ręce pełne roboty. Samouk, któremu umiejętności zazdroszczą zawodowcy z wieloletnim stażem.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Adam Szustak OP
Adam
Szustak OP
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Jończyk
Marcin
Jończyk
zobacz artykuly tego autora >

“Jesteśmy jak bezdomni pomagający bezdomnym”

Nie mają swojego miejsca, ale chcą pomagać tam, gdzie są potrzebujący. Dwa razy w tygodniu z torbą pełną bandaży i kompresów wyruszają na Planty, by opatrywać bezdomnych. - Wiemy, że jeśli my im tej pomocy nie damy, nigdzie indziej jej nie dostaną - mówi Mateusz Gajda, jeden z pomysłodawców założenia Fundacji Przystań Medyczna.

Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >
Mateusz Gajda
Mateusz
Gajda
zobacz artykuly tego autora >

Czym zajmuje się Fundacja Przystań Medyczna?

Fundacja działa dopiero od kilku miesięcy. Na co dzień zajmujemy się pomocą osobom ubogim i bezdomnym na terenie Krakowa, szczególnie osobom, które są nieubezpieczone i z tego względu nie mogą korzystać z różnych świadczeń medycznych. W naszej grupie docelowej są też osoby ubezpieczone, ale których nie stać np. na wykupienie leków czy systematyczne wizyty u specjalistów – a w wielu przypadkach takie długie leczenie jest konieczne. Głównie zajmujemy się opatrywaniem ran, ale pomagamy też przy zwykłych infekcjach – bezdomni tak samo jak my są narażeni na wirusy i przeziębienie.

 

Jesteście w stanie pomóc takiej osobie przez kupno leków?

Niestety nie, system prawny w Polsce nie pozwala nam na to, nie można rozdawać leków za darmo, nie mówiąc już o wtórnym obrocie leków. Na tyle, na ile możemy, staramy się pomagać. Czasem potrzebny jest antybiotyk i zdajemy sobie sprawę, że jeśli my danej osobie go nie wykupimy, to ona sama tego nie zrobi ze względu na brak własnych środków.

 

 

Dlaczego zdecydowaliście się pomóc akurat bezdomnym?

W szpitalach takie osoby są niechciane. Nie ma wielu miejsc, gdzie tacy ludzie, mogą uzyskać pomoc. Jeśli już trafią na SOR, to przez swoją sytuację bezdomności, nie mają szansy leczyć się skutecznie i po jakimś czasie wracają do szpitala, przez co obciążają też w jakiś sposób system zdrowotny. Mamy więc, nieskromnie mówiąc, nadzieję, że dzięki naszej działalności trochę wychodzimy tej sytuacji naprzeciw. Ministerstwo oszacowało, że w Małopolsce jest około 2000 bezdomnych, ale my wiemy, że tych osób jest o wiele, wiele więcej – nie da się ich tak dokładnie policzyć.

 

A jak wielu osobom udaje się Wam pomóc?

Wychodzimy na Planty w środy i niedziele. W niedzielę mamy okazję pomóc większej grupie, która przychodzi systematycznie na “Zupę na Plantach”. Współpracujemy także ze wspólnotą Sant’Egidio, która troszczy się o jedzenie dla bezdomnych głównie w środy. Wykorzystujemy ten czas kiedy zbierają się w większe grupy, tak abyśmy mogli pomóc jak największej liczbie potrzebujących. Każdorazowo udzielamy pomocy około 20 osobom. W skali miesiąca robi się z tego duża grupa, ale nie jest to liczba zamknięta, bo osób bezdomnych jest bardzo dużo – pomogliśmy już około 1700 osobom, a ja przechodząc Plantami w dalszym ciągu spotykam nowe twarze. Informacje o takiej bezpłatnej pomocy szybko się też rozchodzą, był nawet przypadek, że pewien bezdomny przyjechał do nas z Katowic, gdy dowiedział się o możliwości konsultacji z lekarzami.

 

Skala potrzeb wydaje się ogromna. Ile osób angażuje się w prace Fundacji?

Ta liczba stale rośnie. Póki co mamy 40 wolontariuszy zaangażowanych na stałe plus jeszcze około 30 okazjonalnie. Są to studenci medycyny i lekarze różnych specjalizacji – chirurdzy, ortopedzi, jest z nami też chirurg naczyniowy, nieoceniony jeśli chodzi o opatrywanie ran. Wszyscy przychodzą tutaj po swoich godzinach pracy i – trzeba to powiedzieć – jak do drugiej pracy, bo tak staramy się to traktować.

 

 

Jak bezdomni reagują na Waszą pomoc?

Są ogromnie wdzięczni. Przychodzą nierzadko ze łzami w oczach, przestraszeni, ale wzruszeni, że ktoś zechciał poświęcić im uwagę. Współpraca z nimi jest bardzo różna – nie zawsze zastosują się do naszych zaleceń odnośnie leczenia, wielu z nich nie pojawia się ponownie, byśmy mogli kontrolować proces leczenia, a niektórzy ze względu na problem z alkoholem nie dają rady być trzeźwi na czas brania leków. Zdecydowana większość jest wdzięczna, że poświęcamy im swój czas i uwagę, widzą, że nam zależy, że traktujemy ich poważnie. Wiele osób nas już zna z imienia, z nazwiska, cieszą się na nasz widok. Ale trzeba powiedzieć, że to wymagało czasu, zbudowania zaufania. Jest to bardzo potrzebne, szczególnie jeśli jest konieczność zastosowania się do jakichś zaleceń lekarskich.

Bezdomni tworzą w pewien sposób takie mikrospołeczeństwo – są tam osoby, które zastraszają i osoby, które stają w obronie słabszych, są osoby atakujące, ale i wspierające. Relacje między nimi są nierzadko bardzo silne, dzięki temu przekazują sobie też informacje o możliwości pomocy, ale i budują między sobą zaufanie do nas, mając dobre doświadczenia ze spotkania z nami.

 

Taka bezinteresowna pomoc bez stawiania wymagań nie jest często spotykana. Choćby w niektórych noclegowniach nie przyjmuje się osób nietrzeźwych, a Wy pomagacie wszystkim bezwarunkowo.

Nie do końca bezwarunkowo, bo bezdomni zdają sobie sprawę, że bez ich zaangażowania nie damy rady im pomóc. Najczęściej w tej kwestii chodzi o postawienie ultimatum w związku z alkoholem, ale z drugiej strony są osoby, które cierpią już na padaczkę poalkoholową. Przydałaby się dodatkowa organizacja, która by przeprowadziła takie osoby przez odwyk – dziś wszystkie miejsca na terapiach odwykowych są zajęte.

 

 

Wspomniałeś, że wykorzystujecie w jakiś sposób akcję “Zupa na Plantach”, która gromadzi bezdomnych w niedzielę oraz środowe spotkania wspólnoty Sant’Egidio. Z jakimi organizacjami jeszcze współpracujecie? Udaje Wam się udzielić pomocy innej niż medyczna?

Z naszej strony jeśli potrzebują odzieży, śpiworów – staramy się to zapewnić. Jesteśmy jednak otwarci na współpracę z każdą organizacją pomocową, tym bardziej że nie ma jakiegoś wspólnego systemu pomocy osobom bezdomnym. Nie mamy np. możliwości skierowania na nocleg kogoś z zapaleniem płuc, kto musi leżeć, by wyzdrowieć, bo do tego potrzebny jest np. pracownik socjalny, który musi ocenić, czy i w jakim zakresie dana osoba potrzebuje pomocy oraz gdzie ją uzyska, a to bardzo długa procedura.  Mamy taki pomysł, by w przyszłości stworzyć coś w rodzaju platformy, dzięki której będzie wiadomo, gdzie można wysłać kogoś na nocleg, na posiłek, na leczenie szpitalne. Przydałaby się lepsza współpraca na tym polu.

 

Bierzecie teraz udział w krakowskich obchodach Światowego Dnia Ubogich. Co tu robicie?

Prowadzimy punkt medyczny, mówiąc najprościej. Punkt znajduje się w Arcybractwie Miłosierdzia, współpracujemy tu z siostrami albertynkami. Można u nas zrobić podstawowe badania – zmierzyć ciśnienie, cukier, ale też oczywiście opatrujemy. Mamy pełen zestaw sterylnych narzędzi, ale w ogóle miejsce, które tu mamy (punkt medyczny znajduje się w Arcybractwie Miłosierdzia na ul. Siennej – przyp. red.) pozwala nam dokładniej zbadać pacjentów, osłuchać, skierować do szpitala jeśli byłoby to konieczne.

 

 

Spotkania z bezdomnymi są na pewno niezapomniane. Jaka historia Tobie zapadła w pamięć?

Przede wszystkim te spotkania nauczyły mnie nie wrzucania wszystkich bezdomnych do jednego worka. Ich historie są naprawdę przeróżne, to są ludzie w różnym wieku i różnych zawodów – są wśród nich nawet lekarze. Jest wiele przyczyn, które spowodowały, że dziś ci ludzie są na ulicy – od uzależnień po różne historie rodzinne. Jedna z najmocniejszych, z którą się spotkałem, to historia mężczyzny, któremu włamano się do mieszkania i zgwałcono jego żonę. Po tym wydarzeniu nie mógł się pozbierać, na sali sądowej pobił oskarżonego tak, że trafił do więzienia. Dziś mieszka na ulicy, nie jest w stanie wrócić do domu, z trudnością przyjmuje pomoc, którą mu się oferuje – mówię tu również o pomocy od rodziny – bo ma takie przekonanie, że nie chce nikomu robić problemu.

Większość bezdomnych ma takie poczucie i często widać to w naszych spotkaniach z nimi, że nie pchają się po pomoc, bo wiedzą, że może będzie ktoś bardziej potrzebujący. W tym całym przykrym zjawisku to jest chyba najpiękniejsze – że oni nie mając nic, potrafią jeszcze komuś ustąpić i pomóc, jak tylko mogą.

 

Może kiedyś i oni będą w stanie pomagać tak, jak Wy.

Już mamy takie przypadki Są bezdomni, którzy przynoszą nam opatrunki, choć jeszcze jakiś czas temu sami ich potrzebowali.

 

 

 

W jaki sposób można Wam pomóc?

Naszą największą trudnością jest to, że nie mamy “swojego miejsca” – można powiedzieć, że jesteśmy trochę jak bezdomni pomagający bezdomnym. Naszym stałym miejscem pracy są po prostu Planty. Może uda nam się zdobyć ambulans dzięki FundacjiNEUCA dla zdrowia”. Może uda się znaleźć jakiś lokal. Jest to problem tym pilniejszy, że zbliża się zima i jakkolwiek latem nie ma problemu, by pomóc komuś na powietrzu, tak na mrozie, czy na śniegu jest to bardzo trudne. Poza tym osoby bezdomne ubierają się na chłodne dni bardzo ciepło i opatrzenie ich jest wtedy ogromnym wyzwaniem. Żadne rany nie będą się też dobrze goić jeśli nie zostaną opatrzone w przyzwoitych warunkach.

Na pewno nie jest nam bardzo potrzebny rozgłos, nie robimy tego na pokaz. Raczej interesuje nas bardziej porządne zrobienie opatrunków, a trzeba powiedzieć wprost, że nie oszczędzamy na tym, staramy się o artykuły naprawdę dobre, a idą za tym duże koszta. Oczywiście mamy świadomość, że jak każdej młodej organizacji przyda nam się reklama, ale tylko dlatego, żeby właśnie – znaleźć jakieś stałe miejsce do udzielania pomocy, czy móc kupić opatrunki. Jeśli ktoś chciałby nas wspomóc finansowo – będziemy wdzięczni. To mogą być naprawdę niewielkie kwoty – każde 10 zł to już jeden opatrunek.

Przyda nam się też pomoc w wyjściu do ubogich – i wcale nie mówię tu o osobach związanych jakkolwiek z medycyną. Bezdomni w wielu przypadkach cierpią nie tylko biedę, ale również samotność. Każde spotkanie z nami to dla nich okazja do rozmowy, ale czasami bywa to bardzo absorbujące, co nie pozwala na pomoc większej liczbie osób. Zapraszamy więc wszystkich, którzy po prostu chcą poświęcić trochę swojego czasu na towarzyszenie nam na Plantach i rozmowy z potrzebującymi – jestem pewny, że w wielu przypadkach to właśnie obecność, rozmowa, zainteresowanie są tym, czego najbardziej im brakuje.

 

Zapraszamy na stronę Fundacji Przystań Medyczna

 

Otylia Brendel

Otylia Brendel

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Gajda

Mateusz Gajda

Inicjator i założyciel Fundacji Przystań Medyczna, student medycyny.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >
Mateusz Gajda
Mateusz
Gajda
zobacz artykuly tego autora >