video-jav.net

Japonia. Mecz z Polską

Minęło 12 lat ale tak jak wtedy, obrońcy tytułu nie radzą sobie najlepiej, tak jak wtedy, gospodarze turnieju grają lepiej niż ktokolwiek przypuszczał. I tak jak wtedy, ostatni mecz grupowy jest dla Polaków meczem tylko o honor

Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mecz z Japończykami miał być łatwym spotkaniem dla polskich orłów, które pomoże im zdobyć pierwsze miejsce w grupie, w śmielszych oczekiwaniach to rezerwy miały wybiec na Azjatów, by gwiazdy, czyli Milik i Grosicki odpoczęli przed trudnym bojem w ⅛ finału przeciwko Anglii i Belgii. Świat oczekiwań ma jednak niewiele wspólnego ze światem rzeczywistym. Mija 16 lat od mundialu w Korei, 12 lat od mistrzostw w Niemczech, a pewne zaskoczenia tych mistrzostw powtarzają się. Tak jak wtedy, obrońcy tytułu nie radzą sobie najlepiej, tak jak wtedy, gospodarze turnieju radzą sobie lepiej niż ktokolwiek przypuszczał. I tak jak wtedy, ostatni mecz grupowy jest dla Polaków meczem tylko o honor.

Niezależnie od tego, czy na napadzie gra Lewandowski, swego czasu czwarty najlepszy piłkarz na świecie, czy Maciej Żurawski, który odbił się od Celticu Glasgow, za każdym razem jesteśmy na mistrzostwa za słabi. Kapitan naszej reprezentacji, który ponoć już jest dogadany z Realem Madryt twierdzi, że sam meczu nie wygra, a reszta drużyny jest za słaba.

 

A jaka jest reprezentacja Japonii?

By zweryfikować śmiałą tezę Roberta Lewandowskiego, przyjrzyjmy się reprezentacji Japonii, która ma największe szanse na pierwsze miejsce w grupie. Tej samej Japonii, z której nie tak dawno wszyscy się śmiali, że zwalnia trenera 2 miesiące przed mundialem, bo jest skłócony z największymi gwiazdami, czyli drugoplanowymi postaciami solidnych, ale nie najlepszych klubów w Europie.

Te “gwiazdy” to Shinji Kagawa, który jest ważny w Borussi Dortmund, ale od futbolu na wyższym szczeblu odbił się w Manchesterze United. To Shinji Okazaki, który gra w Leicester bo dużo pracuje na boisku, ale gdy grał w Bundeslidze nikt nawet nie porównywał go do Lewandowskiego, żeby zwyczajnie nie narazić się na śmieszność. To Keisuke Honda, który ma 32 lata i od roku trochę dla frajdy, a trochę dla pieniędzy grywa w meksykańskiej Pachuce. W bramce stoi nie następca Gianluigiego Buffona, a 33-letni Kawashima, dla którego największym sukcesem w karierze klubowej jest mistrzostwo Belgii. Nie wiadomo zbyt wiele na temat japońskiego przemysłu napojów energetycznych, ale w Żabce na Honsiu nie ma chyba Turbo-Inuich z podobizną skrzydłowego Eibar, który strzelił na mundiale więcej goli na mundialu niż król strzelców Bundesligi i miał tyle samo asyst co Kuba Błaszczykowski, Piotr Zieliński i Kamil Grosicki razem wzięci.

 

Bez gwiazd

Ta drużyna, zupełnie pozbawiona gwiazd, której trener nie prowadzi od 5 lat, a od 2 miesięcy wygląda jakby miała pomysł na grę. Wygrywa z Kolumbią, którą nasz kapitan określił reprezentacją kilka klas lepszą od Polski. W kolejnym spotkaniu Japończycy od Senegalczyków nie odbijają się jak od rozpędzonego dzika, a potrafią stworzyć sobie masę sytuacji i dać szansę golkiperowi z ligi gwinejskiej na popełnienie błędów.

Uczciwie trzeba przyznać, że Senegal ten mecz zremisował dzięki szczęściu. W sumie mecz Polaków z drużyną z Afryki był meczem dwóch podobnych drużyn – dla obu ekip pomysł na kreowanie sytuacji pod bramką przeciwnika opiera się na “lagach na pałę”. Różnica polega na tym, że Senegal nie strzelił sobie dwóch goli, co w wyrównanym meczu może trochę przeszkodzić w osiągnięciu dobrego wyniku. W sumie po co na ławce siedział Adam Nawałka. Skoro taki był pomysł na grę, to powinniśmy dać szansę prowadzenia drużyny szkoleniowcowi Coco Jumbo Warszawa, który taką filozofię gry ma w małym palcu i stosuje ją od lat w B klasie.

Przed startem turnieju to Japończycy byli skazywani na pożarcie przez Polaków, nasi obrońcy mieli ich zniszczyć fizycznie, a Lewandowski miał być straszniejszą plagą dla defensywy Azjatów niż Godzilla dla mieszkańców Tokio. Dzisiaj prosimy prawdziwych piłkarzy z kraju kwitnącej wiśni o to, by byli miłosierni dla naszych. I życzymy powodzenia w fazie pucharowej.

Jacek Liberacki

Jacek Liberacki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >

Niemcy. Klątwa zwycięzców

Wyglądało to tak, jakby Niemcy myśleli, że mecz wygra się sam

Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

24 czerwca 2010. Na stadionie w Johannesburgu broniący tytułu Włosi sensacyjnie przegrywają ze Słowacją i zajmują ostatnie miejsce w grupie, dając się wyprzedzić nawet Nowej Zelandii. Kilka tygodni później po Puchar Świata sięga Hiszpania. 18 czerwca 2014 ta sama Hiszpania w fatalnym stylu zostaje pokonana na słynnej Maracanie w Rio de Janeiro przez rewelacyjne Chile. Tym samym już po drugim meczu zostaje pozbawiona szans na wyjście z grupy. Skąd my to znamy. Mundial w Brazylii w fenomenalnym stylu wygrywają Niemcy. Jest 27 czerwca 2018 r. Mija 8 lat i 3 dni od porażki Włochów, która rozpoczyna fatalną serię mistrzów świata. Niemcy wbrew jakiejkolwiek logice przegrywają z Koreą Południową 2:0. Zajmują ostatnie miejsce w kiepsko obsadzonej grupie i wracają do domu.

Jeśli po kimś można było się spodziewać, że przerwą fatalną passę, to chyba tylko po Niemcach. Po porażce z Meksykiem wszyscy byli zszokowani, ale każdy i tak wiedział, że to Niemcy, że i tak wyjdą z grupy, pewnie jeszcze z pierwszego miejsca. Mecz numer dwa te przewidywania potwierdzał. W fatalnym stylu, w ostatniej minucie, ale “urwali” te 3 punkty i przed nimi już tylko spacerek z Koreańczykami.

 

Zgubił ich brak pokory?

“Zylion” do zera i dawajcie Szwajcarów. Chyba mniej więcej w tym miejscu został popełniony błąd. To my, kibice, jesteśmy od myślenia, że nieważne jak, jakoś ten mecz wygrają. A piłkarze muszą wyjść na boisko i wybiegać, wywalczyć zwycięstwo, niezależnie od tego z kim grają. To nie tak, że ta wielka drużyna, Die Maanschaft, niespodziewanie zaczęła grać piach od meczu z Meksykiem. W sparingach wymęczyła zwycięstwo z wyśmiewanymi przez wszystkich reprezentantami Arabii Saudyjskiej. Przegrała z Austrią, którą Niemcy chcieliby chyba przecież pokonać bez względu na to, czy to sparing czy finał mistrzostw świata.

 

Mecz sam się nie wygra

Wszystko wskazuje na to, że trener Loew nagle zamienił się głowami z Franciszkiem Smudą. Dziwi jakikolwiek brak zmian wewnątrz drużyny. Nie chodzi tu tylko o zmiany personalne. Mowa przede wszystkim o zmianach tempa w rozgrywaniu akcji, zmianach w głowach zawodników, żeby wreszcie wzięli się do roboty, zmianach podczas meczu, które nie następowały. To, że Mesut Ozil grał do ostatniego gwizdka jest skandalem. W każdym z trzech meczów w Rosji Niemcy wyglądali tak, jakby mimo upływających minut i niekorzystnego wyniku myśleli, zupełnie jak fani, że mecz sam się wygra.

Uwierzyli być może w żartobliwe przecież, słynne hasło Gary’ego Linekera – notabene według kalendarza gregoriańskiego młodszego od Diego Maradony o miesiąc, a według kalendarza biologicznego o sto lat – powiedzenie, że na końcu i tak wygrywają Niemcy.

 

Postrach każdej reprezentacji

No to spójrzmy na tą przerażającą drużynę, postrach każdej reprezentacji. Zabójczo skuteczny lis pola karnego, Thomas Muller, który miał więcej celnych wymachów rękami niż zagrań. Błyskotliwy Mesut Ozil, który kiedy nie grał na stojąco i do najbliższego i podejmował ryzyko, to jego zagrania były tak przewidywalne, że nawet Andrzej Strejlau zdążyłby zbiec ze stanowiska komentatorskiego na murawę i przeciąć zagranie gwiazdy Arsenalu. Galaktyczny Toni Kroos, człowiek, który nigdy się nie myli, no może poza drugim już meczem, w którym zalicza asystę drugiego stopnia, tyle tylko że do swojej bramki. Dzisiaj nawet poniosła go kreatywność i włożył Koreańczykowi do pustej zagrywając między nogami swojego obrońcy, Niklasa Sule. To w końcu sam Manuel Neuer, najlepiej grający nogami bramkarz na świecie, który stwierdził, że jest tak dobry, że to on zrobi wszystko za cały Maanschaft i przedrybluje wszystkich Koreańczyków na ich własnej połowie. Tak się akurat zdarzyło, że zatrzymał się na pierwszym i to przez niego Niemcy przegrali nie 1, a 2 do 0.

 

Blamaż na całej linii…

O taki blamaż można by było posądzić Brazylijczyków, spodziewać się go po Argentyńczykach, ale Niemcy? Podczas wszystkich swoich występów na mundialach, których było 19, ani razu nie zakończyli turnieju tak wcześnie. Sytuacja jest tam tak zła, że można znaleźć parę podobieństw do reprezentacji Polski. Bramkarz niewiele grający w poprzedzającym turniej sezonie, doniesienia o fermencie w szatni, wypalony trener. Można nawet powiedzieć, że ich sytuacja jest gorsza. Jeśli nasi reprezentanci nie umieją wyjaśnić, co tak naprawdę się stało, to co ma powiedzieć najlepsza reprezentacja na świecie? Poza tym, my do klęsk naszych jesteśmy przyzwyczajeni, nasi zachodni sąsiedzi potykają się, a właściwie spektakularnie wywracają się na beton z drugiego piętra pierwszy raz na mundialu.

Dziwi to tym bardziej, że to mundial pragmatyczny jak żaden inny. Są bohaterskie pożegnania z turniejem, jak Iran czy Korea, ale koniec końców żadnych niespodzianek nie było. Faworyci wygrywali grupy, ich główni rywale zajmowali drugie miejsce. I nagle jak grom z jasnego nieba, Kim na jeden, Son na dwa, Niemcy out.

Jest takie przekonanie, że lepiej nie wygrywać poprzedzającego o rok mundial Pucharu Konfederacji, bo wtedy nie da się zostać mistrzem świata. Przyda się jednak aktualizacja tego przesądu, bo brak zwycięstwa w Pucharze Konfederacji nie wystarczy. Jeśli chce się wygrać mistrzostwo świata, nie można wygrać mistrzostw świata 4 lata wcześniej. Auf Wiedersehen Niemcy, nie będziemy za wami tęsknić.

Jacek Liberacki

Jacek Liberacki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >