O co chodzi w kulcie świętych?

Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła - i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

Ks. Andrzej Persidok
Ks. Andrzej
Persidok
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła - i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa. Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

„Żywe kamienie”

Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój. Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

Poszukiwanie inspiracji

Ks. Janusz St.Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Ks. Andrzej Persidok

Ks. Andrzej Persidok

doktor teologii fundamentalnej, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Andrzej Persidok
Ks. Andrzej
Persidok
zobacz artykuly tego autora >

Rycerze na Dalekim Wschodzie

„Ma ojciec pieniądze?” „Nie”. „Zna ojciec japoński?” „Nie, ale się nauczę”. „Ma ojciec jakichś znajomych na miejscu, zaplecze?” „Nie, ale Niepokalana zaradzi”. Tak zaczyna się przygoda św. Maksymiliana Kolbego i jego współbraci w Kraju Kwitnącej Wiśni. Owoce tej tej przygody trwają do dziś.

Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rycerze na Dalekim Wschodzie
„Ma ojciec pieniądze?” „Nie”. „Zna ojciec japoński?” „Nie, ale się nauczę”. „Ma ojciec jakichś znajomych na miejscu, zaplecze?” „Nie, ale Niepokalana zaradzi”. Tak zaczyna się przygoda św. Maksymiliana Kolbego i jego współbraci w Kraju Kwitnącej Wiśni. Owoce tej tej przygody trwają do dziś.

„Szalony Maksiu”

Jego mama, Marianna, martwiła się, co wyrośnie z małego Mundka. Kilkanaście lat później młodego, inteligentnego franciszkanina, który przyjął zakonne imię Maksymilian, zaczęto zwać „szalonym Maksiem”. Choroba płuc nie przeszkadza mu w tym, by „zdobyć cały świat dla Niepokalanej, a przez Nią – dla Chrystusa”. Znana jest opowieść o tym, jak będąc w Zakopanem ewangelizował studentów. Kiedy zakazano mu przestępować drzwi ośrodka, w którym mieszkali… wchodził oknem, zresztą ku uciesze i zadowoleniu żaków.

Trudno się dziwić, by ten, którego pasją było głoszenie Chrystusa, nie wykorzystał do tego wszystkich znanych sobie środków. Z wiary w Opatrzność Bożą i wstawiennictwo Maryi zakłada czasopismo „Rycerz Niepokalanej”. Kiedy w 1922 r. Maksymilian przenosi redakcję z Krakowa do Grodna, wydawnictwo mieści się w walizce. W ciągu kilku lat „Rycerz” zwiększa nakład tak bardzo, że trzeba znaleźć nowe miejsce do jego wydawania. Tak powstaje Niepokalanów pod Teresinem, a maszyny poligraficzne przyjeżdżają z Grodna pociągiem. W krótkim czasie powstaje tam małe zakonne miasteczko, z własną drukarnią, szwalnią, stolarnią, piekarnią, szpitalem (infirmerią) i apteką, a nawet jednostką straży pożarnej, działającą zresztą po dziś dzień. Wielką rolę w dziele ewangelizacji Maksymilian przypisuje nie tylko ochoczo pracującym braciom, ale i tym, którzy wspomagają dzieło cierpieniem i modlitwą.

 

Nowy Niepokalanów

Lata 20. XX wieku to czas, kiedy w Kościele dużo mówi się o misjach – także w Polsce. W 1927 r. w Poznaniu odbywa się Międzynarodowy Kongres Misyjny. Oczywiście o. Kolbe nie trzeba wiele powtarzać. Na początku chce założyć wydawnictwo w Chinach, okazuje się jednak, że z misją trzeba przenieść się dalej. Japonia zaledwie 50 lat wcześniej przywróciła katolikom wolność religijną. Ludzie są tam zdystansowani, nieufni. Maksymilian jednak pragnie „zdobyć całą Japonię, wszystkie dusze i każdą z osobna, które są i będą, Niepokalanej, a przez Nią Przenajświętszemu Sercu Pana Jezusa i to… jak najprędzej”.

Pierwsze pytanie: gdzie założyć nowy Niepokalanów? Początkowo bracia zastanawiają się nad dużym placem przed katedrą Matki Bożej w Nagasaki, największą świątynią chrześcijańską ówczesnego dalekiego Wschodu, położoną w dzielnicy Urakami, zamieszkałej przez bez mała 15 000 katolików. To miasto, naznaczone historią męczenników, po dziś dzień jest największym skupiskiem wyznawców Chrystusa w Japonii. A jednak święty, który wszystkie sprawy przedkłada Niepokalanej na modlitwie, ostrzega: „Tu nie możemy zbudować klasztoru. Wkrótce spadnie tu ognista kula i wszystko zniszczy”. Ostatecznie franciszkanie znajdują domek na obrzeżach, w dzielnicy Hongochi. To dzielnica całkowicie pogańska. Mimo trudności i ubóstwa bracia nie zniechęcają się: „Czujemy się bardzo szczęśliwi, że Niepokalana Mamusia taką łaskę nam wyświadczyła, iż możemy dla Niej pracować, nieraz się zmęczyć, a tymi drobnymi ofiarami pomagać do zbawienia biednych pogan”.

 

 

Niebieskie znajomości

Już w miesiąc po wylądowaniu u brzegów Japonii Maksymilian wydaje Rycerza Niepokalanej, co więcej, czasopismo – mimo ówczesnego kryzysu prasowego w tym kraju – błyskawicznie zwiększa swój nakład, w 5 lat  później rozchodząc się w 65 000 egzemplarzy. Jak to możliwe, skoro święty nie zna japońskiego? Pisze artykuły po łacinie, a tłumaczy je o. Mirosław Mirochna albo klerycy i profesorowie z miejscowego seminarium, z którymi jako wykładowca szybko znalazł dobry kontakt. „Nadarzył się [również] poczciwy pastor protestancki, który z miłości ku św. Franciszkowi, naszemu Patriarsze, stale i nawet bezinteresownie dla Niepokalanej tłumaczy z włoskiego”.

Maszyny drukarskie oraz grunt pod japoński Niepokalanów święty kupuje, ufając Opatrzności Bożej. Choć sam nie ma grosza przy duszy, w ostatniej chwili zawsze pojawia się anonimowa osoba, która chce wesprzeć dzieło dokładnie taką sumą, jaka jest potrzebna. Cudowne interwencje przypisuje wstawiennictwu Matki Bożej, którą także japońscy katolicy otaczają szczególną czcią.

Maksymilian pisze: „Społeczeństwo japońskie odnosi się do nas z rosnącą sympatią. Rozumieją nas coraz bardziej, a nawet ostatnio nie pobierają już cła z przedmiotów, które Niepokalanów polski nadsyła, gdyż uznają nas za ubogich zakonników, pracujących dla dobra Japończyków”. A jednak prócz osób, które chcą poznać życie franciszkanów i pomóc im w wydawaniu „Seibo no Kishi”, do Rycerstwa Niepokalanej wstępują również… szpiedzy. Jest nim chociażby oficer policji, Yoshino, oddelegowany do kontroli działalności cudzoziemców. Ostatecznie tak się nią zachwycił, że poprosił o chrzest. A jak Japończycy odbierali lekturę czasopisma? Święty w swoich listach przytacza wypowiedzi m.in. ojca umierającego dziecka,  młodej małżonki, która po kryjomu uczyła się katechizmu, kobiety, której ojciec otrzymał gazetę w pociągu, a nawet pewnego protestanta. Dla każdej z tych osób czytane treści są ogromną pomocą i budują ich wiarę. „Ta książeczka zmieniła mi serce” – piszą.

 

Ognista kula

Wielu świadków słyszy, jak Maksymilian gorąco prosi Maryję, aby opiekowała się licznymi sierotami. Tymczasem w 1936 r., kiedy ze względów zdrowotnych musi opuścić Japonię (choć marzył, by być pochowanym na tej ziemi), franciszkanie prowadzą drukarnię i wydawnictwo – ale nie sierociniec.

Wszystko wyjaśnia się kilka lat później. 9 sierpnia 1945 r. na Nagasaki zostaje zrzucona bomba atomowa. Z powodu dużego zachmurzenia pilot zmienia cel i trafia w pierwszy namierzony budynek – katedrę św. Marii. W ciągu kilku sekund ginie 10 000 osób, w następnych dniach na skutek ran i choroby popromiennej – 70 000. Z klasztoru franciszkanów, oddalonego od epicentrum zaledwie o 6 km, ale osłoniętego przez góry, wylatują tylko szyby z okien. Ojcowie ofiarnie pomagają poszkodowanym. Kochany przez mieszkańców Nagasaki brat Zeno (Józef Żebrowski), chociaż ciągle porozumiewa się łamaną japońszczyzną, chodzi po ulicach miasta, przyprowadzając ze sobą do klasztoru błąkające się dzieci. W ciągu kilku lat założy kilka sierocińców, nad którymi opiekę podejmie nowo powstałe zgromadzenie: Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej. Siostry zaopiekują się też dziećmi upośledzonymi.

Dziś Rycerz Niepokalanej wychodzi w Japonii w mniejszym nakładzie – 10 000 egzemplarzy. Jednak na zboczu góry Hikosan ciągle wznosi się Ogród Maryi, kościół, klasztor franciszkanów, małe seminarium, zakład opieki nad niepełnosprawnymi i muzeum św. Maksymiliana. W Mugenzai no Sono ciągle rodzą się nowe powołania kapłańskie, a Japończycy nie zapominają o rycerzach Maryi z dalekiego kraju.

 

 


 


Partnerem wydania “Szlakiem świętych” jest biuro pielgrzymkowe Misja Travel


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Renata Czerwińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >