Donosiciel czy profesjonalista?

Intrygujący case z piłkarskiej szatni

Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

Poranny trening mistrzów Polski – Śląska Wrocław. Słowacki obrońca Patryk Mraz jest wyraźnie wczorajszy. To nie podoba się napastnikowi Łukaszowi Gikiewiczowi, który krzyczy głośno w kierunku trenera Z pijakami nie gram! Drugi trener Śląska wzywa Słowaka do siebie i nakazuje mu opuszczenie treningu. Kapitan drużyny Sebastian Mila wyzywa publicznie Gikewicza od konfidentów, w obronie Łukasza staje tylko jego brat – Rafał. Dochodzi do ostrej wymiany zdań, zdaniem niektórych świadków także szarpaniny.

Dalej wydarzenia toczą się błyskawicznie – zarząd klubu rozwiązuje za porozumieniem stron kontrakt z Patrykiem Mrazem. Drużyna staje jednak murem za Słowakiem, Łukasza Gikiewicza dotyka ostracyzm – koledzy nie podają mu ani ręki na przywitanie, ani piłek na treningu. Sebastian Mila w wywiadzie telewizyjnym podkreśla, że atmosfera w szatni jest dobra, a jeśli ktoś się wyłamuje – musi zostać wyeliminowany. Trener wrocławian nie zabiera Łukasza Gikiewicza na kolejny mecz do Poznania, a Cristian Diaz celebruje zdobycie bramki prezentując kibicom koszulkę z napisem Mraz Dziękujemy!

Donosiciel czy profesjonalista?

Sam incydent byłby prawdopodobnie interesujący wyłącznie dla zagorzałych fanów drużyny Śląska, gdyby nie niezwykle ciekawa dyskusja jaka rozgorzała wokół niego w Internecie. Kilka wypowiedzi pozwolę sobie przytoczyć:

– Konfidentom mówimy stanowcze NIE. Zdarzyć się może każdemu.

– A jakby pijany lekarz miał odebrać poród twojej żony? Też twierdził byś że zdarzyć się może każdemu? Czy zostałbyś konfidentem?

– Mraz zachował się nieprofesjonalnie, ale Gikiewicz frajersko. W ekipie powinny być pewne zasady. Wolę pijaków od kapusiów.

– Konfident to donosił władzy za komuny, a ktoś kto informuje o patologiach spełnia swój obywatelski obowiązek. Brawo Gikiewicz!

– Brawo Sebastian. Drużyna to drużyna i tego typu sprawy powinno sie załatwiać w swoim gronie, w szatni. Czy ktoś z Was szanowałby kolegę z pracy, który donosi szefowi? Toż to największe frajerstwo.

– No i brawo, teraz gość, który pochlał jest prawie bohaterem, a ci, którym nie pasowało, że piłkarz przychodzi na trening pijany są odsądzani od czci i wiary.

Co jeszcze jest obywatelskim obowiązkiem, a co godnym potępienia donosicielstwem? Każdy zareaguje gdy pijany jest lekarz, dróżnik, albo kierowca mający zawieźć dzieci. Ale już złożenie donosu na sąsiada wyrzucającego śmieci w lesie czy nielegalnie podłączonego do prądu nie zawsze jest takie oczywiste. A nikt raczej nie ma wątpliwości, że donoszącego na ściągających na egzaminie kolegów, powinno spotkać towarzyskie wykluczenie, chociaż w amerykańskiej kulturze taki donos byłby elementarnym odruchem.

Stosunek Polaków do donoszenia jest zauważalnie inny niż w krajach zachodnich. Ale też był zawsze (podobnie jak np. stosunek do własności społecznej) pochodną stosunku do władzy. A ta, w ciągu ostatnich dwustu lat – zazwyczaj była obca, narzucona, okupacyjna. Solidarność wspólnoty – nas, w opozycji do nich – władzy, była zawsze wartością najwyższą. Taki stosunek, często w postaci karykaturalnej, wciąż mocno w nas tkwi.

Donosiciel czy profesjonalista?

Czy opisana wyżej sytuacja świadczy o tym, że mentalność Polaków powoli się zmienia? Piłkarze Śląska Wrocław, tworzący grupę, stanęli murem za nadużywającym alkoholu kolegą. Wśród kibiców zdania pozostały jednak mocno podzielone – wielu z nich podkreślało, że sowicie opłacany piłkarz, który stawia się w stanie nietrzeźwym na trening, hańbi swój klub i lekceważy fanów, którzy kupując bilety mają prawo domagać się, aby traktował swoje obowiązki poważnie. Ktoś słusznie, zauważył, że w klubie na Zachodzie Europy taka sytuacja byłaby po prostu nie do pomyślenia.

Warto pokreślić, że po kilku dniach zreflektowali się sami piłkarze Śląska, którzy wydali oświadczenie potępiające wszelkie przejawy niesportowego trybu życia, dodając, że w profesjonalnym sporcie nie ma miejsca na nieprofesjonalne zachowania, uderzające w kibiców, klub, kolegów z drużyny, a przede wszystkim w samego siebie. Zarazem jednak, jak czytamy dalej: Chęć wyjaśniania bolących nas kwestii we własnym gronie wynika nie z faktu, że chcemy je tuszować lub zamiatać pod dywan. Każdy, kto kiedykolwiek uprawiał sport zespołowy, wie, jak ważną rolę odgrywa w nim jedność drużyny. W ostatnich latach wszystkie kłopoty rozwiązywaliśmy sami, a nie na forum publicznym. Dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy całą sprawą zajęły się media, co jednak nie było przecież zamierzoną intencją Gikiewicza. Notabene na zajęcie się libacjami Patryka Mraza we własnym gronie koledzy z drużyny mieli sporo czasu, bo jego alkoholowe problemy od wielu miesięcy były we Wrocławiu tajemnicą poliszynela.

Zakończenie całej afery łatwo przewidzieć – najprawdopodobniej bracia Gikiewiczowie, tak samo jak Patryk Mraz, jeszcze tej zimy opuszczą Wrocław. W szatni Śląska, delikatnie mówiąc, nie są już mile widziani. A włodarze mistrza Polski zacierają ręce, bo za jednym zamachem pozbędą się z drużyny zarówno pijaka jak i konfidenta…


Wesprzyj nas
Jakub Kuza

Jakub Kuza

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

W objęciach fotoradaru

Przekaz jest jasny: zapłać 100 złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi. Ważne, żeby zrealizować plan przychodów budżetu państwa.

Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

Otrzymałem niedawno przesyłkę z Inspekcji Transportu Drogowego. Podobno zdarzyło mi się przekroczyć dozwoloną prędkość, co zanotował czujny fotoradar. Podobno. Nie byłem (i nie jestem) w stanie tego zweryfikować, bo ku mojemu zdziwieniu przesyłka nie zawierała, jak to się przyjęło, zdjęcia. Jak mi (zresztą fałszywie) objaśniono – ze względu na obowiązujący stan prawny, zdjęcie dokumentujące moje ewentualne wykroczenie może zostać mi okazane dopiero podczas rozprawy sądowej. 400 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. W Warszawie.

Stróże prawa z ITD są jednak na tyle łaskawi, że dają mi wybór. Dopuszczają możliwość, że nie będę sobie w stanie przypomnieć kto kilka tygodni temu w wiosce, której nazwa nic mi nie mówi, przekroczył moim samochodem dozwoloną prędkość.

Jeśli nie będę w stanie wskazać kto kierował – zostanę ukarany mandatem karnym opiewającym na kwotę o 100 złotych większą, za to, nie otrzymam w takim wariancie punktów karnych.

Trzykrotne powtórzenie tej informacji w pouczeniu, pogrubioną i podkreśloną czcionką, nie pozostawia złudzeń, że taki jest postulowany dalszy bieg wypadków.

Dlaczego Inspekcja Transportu Drogowego nie udostępnia zdjęć z fotoradarów? Ministerstwo Transportu w oficjalnym piśmie tłumaczy to w sposób zaiste kuriozalny: przesyłanie fotografii "z automatu" byłoby sprzeczne z interesami organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Kierowca otrzymywał na przykład zdjęcie, na którym sfotografowane były dwa samochody i odmawiał przyjęcia mandatu. W normalnym, demokratycznym państwie prawa do interesów organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości należy karanie winnych i tylko winnych. W razie wątpliwości, kto popełnił wykroczenie, nie kara się nikogo. Ale my żyjemy w Polsce.

W Polsce organy ścigania i wymiar sprawiedliwości mają niestety inne interesy. Budżetowe.

Minister Rostowski zaplanował w 2013 roku półtora miliarda złotych wpływów z samych mandatów. To cel, zadanie do realizacji przez Inspekcję Transportu Drogowego. Nie chodzi o poprawę bezpieczeństwa czy o wykluczenie z ruchu piratów drogowych. Przekaz jest jasny: zapłać 100 złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi. Ważne, żeby zrealizować plan przychodów budżetu państwa.

W objęciach fotoradaru

W odpowiedzi na tak bezczelną hipokryzję ze strony naszej władzy pojawiły się liczne inicjatywy obywatelskiego sprzeciwu, zazwyczaj nawołujące do włoskiego strajku polskich kierowców tj. jeżdżenia zgodnie z wszystkimi ograniczeniami. W ten sposób wszystkie fotoradary i wideorejestratory miałyby stać się zbędne.

Problem tylko w tym, DODAŁABYM że chcąc być zgodnym w 100% z przepisami w Polsce jeździć się nie da. Ograniczenia prędkości w naszym kraju bardzo często są po prostu absurdalne. Nie zapłacę. Niech mnie wsadzą do więzienia albo skażą na prace społeczne – zadeklarował Władysław Frasyniuk otrzymując kolejny mandat z fotoradaru za przekroczenie dozwolonej, kosmicznej prędkości 40 km/h na jednej z dwupasmowych wrocławskich ulic. Nierzadko wprowadzenie ograniczenia prędkości jest tylko alibi dla inercji, nieudolności i nieodpowiedzialności odpowiednich służb. Przykład z Gdańska: na wiadukcie jednej z najważniejszych tras wylotowych przez wiele lat obowiązywało ograniczenie prędkości do 30 km/h. Powód – brak energochłonnych barierek.

Łatwiej zmusić codziennie kilkadziesiąt tysięcy kierowców do zwalniania do prędkości wozu drabiniastego niż po prostu za kilkadziesiąt tysięcy złotych wymienić same barierki. A jaki był koszt zmarnowanego czasu osób dojeżdżających tamtędy codziennie do pracy?

Ograniczenie prędkości rozstrzyga zarazem kwestię odpowiedzialności w razie wypadku. Samochód nie spada z wiaduktu z powodu pamiętających Wolne Miasto Gdańsk barierek, a z powodu nie dochowania bezpiecznej prędkości. Proste? Przychodzi w tym miejscu do głowy rozwiązanie jeszcze genialniejsze w swojej rewolucyjnej prostocie – a dlaczego nie wprowadzić generalnego ograniczenia maksymalnej prędkości do 30 km/h na terenie całego kraju? Czy tak nie byłoby najbezpieczniej? Nie tak dawno pokonanie 350 kilometrowej trasy z Wrocławia do Warszawy przy jeździe zgodnie z wszystkimi ograniczeniami prędkości zajmowało ponad 8 godzin. Średnia prędkość – nieco ponad 40 km/h. Zbliżamy się do optimum dla kraju w środku Europy?

Moje państwo ze mnie kpi. Niewiarygodna inflacja znaków nie pozwala mi skupić się na tych, które są naprawdę ważne. Irracjonalne ograniczenia prędkości powodują, że nie traktuję poważnie nawet tych które są naprawdę potrzebne. Mrugnięcie okiem – zapłać sto złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi uczą mnie cwaniactwa.

Dość tego. Czekam cierpliwie na wezwanie do sądu. Wezmę dzień wolny, pojadę na własny koszt do Warszawy. Nie będziecie ze mnie kpić. To ja was utrzymuję. 

PS. A na koniec, ponieważ jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów – tablica witająca przekraczających granicę naszego kraju i dla porównania Niemiec i Francji. A to Polska właśnie.

W objęciach fotoradaru


Wesprzyj nas
Jakub Kuza

Jakub Kuza

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >