video-jav.net

Uwielbienie to nie teatr

Uwielbienie jest czymś więcej niż tylko podziękowaniem. Jest bezinteresownym wysławianiem Boga, beż żadnych konkretnych powodów - przekonuje Grzegorz Głuch, wokalista zespołu Trzecia Godzina Dnia i lider chóru Gospel Rain.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziękczynienie to dla wielu osób bardzo tajemnicze hasło. Wciąż uczymy się dziękować w codziennym życiu, a Ty zajmujesz się tą sztuką w dziedzinie muzyki. Czym dla Ciebie jest dziękczynienie?

Od razu użyłbym tu określenia uwielbienie, bo jest ono czymś więcej niż tylko podziękowaniem. Jest bezinteresownym wysławianiem Boga, beż żadnych konkretnych powodów. Piszemy słowa i muzykę, spotykamy się, żeby śpiewać – czy to jest próba, koncert, czy po prostu jesteśmy razem… Ale wszystko to zaczyna się od wdzięczności – uznania, że nikt z nas nie poradziłby sobie w życiu, że potrzebuje Kogoś, kto go obdarowuje bezinteresowną Miłością i za to może podziękować.

To, czym zajmuję się od ponad 20 lat – to integracja przez piosenki, koncerty, przez wszystko, co robimy, by dziękować Panu Bogu właśnie za to, że przychodzi z realną pomocą, bo byśmy sobie w życiu sami nie poradzili. Najważniejszym słowem w tym, co robię jest Emmanuel – Bóg jest z nami. Nieustannie czuję potrzebę dziękowania Mu. To jest tym bardziej ważne i cenne w sytuacji życiowej, w której jest źle i słowo “dziękuję” nie przechodzi przez usta. W moim życiu w ostatnim czasie takich momentów nie brakowało.

Sądzisz, że łatwiej jest nam dziękować poprzez śpiew niż w zwykłej modlitwie?

Może tak się zdarzyć. Mam takie doświadczenie, że często tak właśnie się dzieje. Sprzyja temu na pewno okoliczność – nabożeństwo czy koncert: łatwiej wejść w uwielbienie, bo muzyka po prostu nas otwiera.

Uwielbienie to nie teatr

Czy od początku Twojej muzycznej drogi, od początków Gospel Rain wiedziałeś, że zajmiesz się taką właśnie muzyką? Muzyką uwielbienia?

Na początku świadomość tego, co chcieliśmy robić była zawężona. Byliśmy bardzo młodzi. Na pewno intuicyjnie czuliśmy, że to jest nasz kierunek, że to nie zwykła grupa muzyczna, tylko wspólnota, szczególna więź, która jest między nami. Czuliśmy, że powinniśmy szukać głosu Pana Boga i naszym głosem dziękować za to, co otrzymaliśmy. Ale muszę przyznać, że był to dopiero pierwszy, bardzo wstępny etap. Potem dopiero przeżyliśmy proces wejścia w żywą obecność Pana Boga.

Czy zdolność dziękowania, uwielbienia związana jest z naszą formacją duchową – od tego, czy jesteśmy w jakiejś wspólnocie, czy wystarczy, że po prostu chodzimy w niedzielę do kościoła?

Przede wszystkim myślę, że jeśli w życiu, na co dzień, człowiek nie potrafi dziękować, to ciężko będzie też z dziękowaniem Panu Bogu. Jak się ma do ludzi trochę empatii, zrozumienia, dziękuje się za drobne sprawy czy gesty, to z dziękczynieniem nie ma już problemu.

A co jest pierwsze? Zwykła umiejętność dziękowania Bogu czy ludziom?

– Chyba ta zwyczajna życiowa wdzięczność. Wokół siebie dostrzegam wielu rozgoryczonych ludzi, który nie widzą dobra w swoim życiu. Zakładają, że lepiej być nie może. A ja staram się widzieć dobro, które mnie spotyka.  Dwa lata temu po poważnym wypadku samochodowym otrzymałem mnóstwo pomocy od dwóch wspólnot – zespołu Gospel Rain i zespołu Trzecia Godzina Dnia. To jest dla mnie jeden z ewidentnych dowodów na miłosierdzie i dobroć Pana Boga. Nie wiem, czy gdybym nie miał takich wspólnotowych więzi, potrafiłbym dziękować… pewnie byłoby to znacznie trudniejsze.

Chrześcijańscy muzycy w Stanach Zjednoczonych bardzo często powtarzają, że uwielbienie nie jest stylem muzycznym, tylko stylem życia. Ty też tak uważasz?

Dla mnie to jest bardzo osobista historia. Każdy z nas czuje, kiedy przychodzi moment uwielbienia. Mam płaczliwą naturę i czasem czuję ogromne wzruszenie. Od lat jestem praktykującym muzykiem – piszę, jeżdżę na koncerty. I rzeczywiście był taki czas, kiedy nie żyłem uwielbieniem, nie trwałem w nim. Jeśli trwasz, żyjesz uwielbieniem, to śpiewanie, dziękowanie na scenie jest naturalną koleją rzeczy. Kiedy powiedziałaś o tych amerykańskich muzykach, to zadrżałem przez moment – od razu zadałem sobie pytanie – na ile ja potrafię tak żyć? Czy mam w sercu uwielbienie? Czy jest ono sensem mojego życia?

Czy koncerty uwielbienia mają jakiś szczególny charakter?

Najpierw chciałbym uspokoić – wszystko jest normalnie … (śmiech) wszystko jest po staremu, w takim znaczeniu, że koncert nie przypomina typowych religijnych doświadczeń i osobiście dbam o to, żeby tak było. Chodzi mi o to, żeby wszystko odbywało się w codzienności, w rzeczywistości , w jakiej żyjemy. To nie jest teatr. Pan Bóg ceni szczerość. Chociaż rzeczywiście nastawiamy się na to, że jest z nami inny słuchacz – Pan Bóg. Są też ludzie, z którymi się spotykamy – i nie jest ważne, czy na scenie, czy przed nią. Muzycy są tylko półtora metra wyżej, trzymają instrumenty, mikrofony, ale w sumie chodzi o to, żeby popłynął hymn do Boga od wszystkich zebranych. Wracając jeszcze do tego, co powiedziałaś o życiu uwielbieniem – mam zaszczyt być we wspólnocie ludzi, którzy mnie wyprzedzają w sferze duchowości, w mądrości, w oddaniu. Owszem, to ja prowadzę koncert, wybieram piosenki. Ale nie wyobrażam sobie, jak bym funkcjonował, gdybym ich nie miał przy sobie. Oni nic nie muszą mówić, wystarczy mi świadomość, że są.

Czy na koncertach uwielbienia zawsze mówicie świadectwa – opowiadacie o swoje wierze, doświadczeniach?

– Nie ma tu reguły. Ale nawet jeśli nikt z moich muzyków nie wychodzi do przodu, żeby podzielić się swoim życiem, to bardzo się cieszę z modlitwy nowej pieśni. Można to nazwać improwizacją – na bieżąco tworzymy harmonię, dźwięki i słowa. Myślę o wyśpiewaniu Panu Bogu chwały przez nowe słowa, które się w takim momencie rodzą. Wtedy właśnie wiadomo, że to nie jest taki normalny koncert. Ludzie wchodzą w tę wspólną modlitwę.

Czy przez swój styl życia, rodzaj muzyki, jaką tworzysz nie jesteś postrzegany jako dziwak?

Oczywiście, że tak. Ale znam też inne reakcje. W ciągu ostatnich lat sporo współpracowaliśmy z  muzykami świeckimi – widzieli nas, jak się szykujemy do koncertu, jak się modlimy. I obserwowaliśmy ich skrępowanie, rodzącą się delikatność. A wracając do Twojego zasadniczego pytania – rzeczywiście jestem czasem postrzegany jako ktoś ekstrawagancki. To mi nie przeszkadza. Ale bywa ciężko, kiedy ktoś konfrontuje to, co robię na scenie i na przykład… jakim jestem sąsiadem.

Uwielbienie to nie teatr

Kiedy wszystko się w życiu układa – uwielbiać, dziękować  jest dużo łatwiej. A Ty przeżyłeś ostatnio dużo trudnych chwil.

Tak, przyszła ciężka próba. I to w momencie, kiedy wydawało mi się, że wszystko mam w życiu poukładane. W ciągu ostatnich dwóch lat wszystko mi się zawaliło: dwukrotna strata pracy w bardzo bolesnych okolicznościach, otarcie się o śmierć – przeżyłem wypadek, który mógł  skończyć się katastrofą, doświadczenia bolesnych rozstań z przyjaciółmi. To była także na pewno próba wiary, szczególnie ostatnio po śmierci mojego Ojca. Mój przyjaciel, Piotr Nazaruk powiedział mi ostatnio, że ma dla mnie dobrą wiadomość – że tyle tych złych rzeczy już się wydarzyło, że słońce musi wreszcie wzejść. Dzisiaj mogę powiedzieć tylko, że bardzo serio traktuję rzeczy wokół mnie i staram się tak żyć, żeby nie utracić tego, co dla mnie najcenniejsze – mojej rodziny, trójki dzieciaków, Gospel Rain i TGD. Nie mógłbym tego wszystkiego utracić, a w przeszłości tak się zachowywałem, że byłem już tego blisko. Dlatego dziękuję Bogu za to, co mnie spotkało. Nie jest to łatwe, bo były czasy, że przez pół roku nie mieliśmy, czym jeździć, ale przyszła codzienna, serdeczna pomoc od przyjaciół. Bóg wchodzi przez wspólnotę do mojego życia. Muszę tu jeszcze przyznać, że w takim trudnym czasie rodzą się najlepsze piosenki.

Za co Ty dziękujesz, za co jesteś wdzięczny?

Za to, że tyle razy słyszę z ust mojego spowiednika: ja odpuszczam Tobie grzechy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego; dziękuję za rodzinę, za cudowną żonę, która najmocniej mnie wspiera, wspaniałe dzieciaki; za to, że Bóg dał mi łaskę „śpiewogrania”, mimo, że nie jestem muzykiem; za Gospel Rain, za Trzecią Godzinę Dnia; za wdzięczność ludzi, z którymi się spotykam. Codziennie mam za co dziękować…


Grzegorz Głuch – kompozytor, dyrygent, autor tekstów i aranżer, założyciel i lider chóru Gospel Rain, wokalista Trzeciej Godziny Dnia, organizator koncertów uwielbienia.

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

Z Tomaszem Budzyńskim o miłości do żony, randkach i największym dramacie dla mężczyzny rozmawia Judyta Syrek

Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak długo jest Pan ze swoją żoną?

Poznałem Natalię 22 lata temu.

A jak długo jesteście małżeństwem?

21 lat.

To nie nachodziliście się ze sobą…

No nie. Szast prast. Nasze „chodzenie” polegało na jeżdżeniu pociągami. (śmiech)

Od razu Pan wiedział, że to jest kobieta na całe życie? Nie było wahań?

Zakochałem się i nie miałem żadnego wahania, od razu wiedziałem, że to jest ta dziewczyna. Kiedy się pobieraliśmy, byłem całkowicie świadomy tego, co robię. Zresztą, byłem już dorosły. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało. Miałem 30 lat.

Marcin Jakimowicz w swoim tekście na Stacji7 zacytował Pana zdanie: Im dłużej jestem z żoną, tym bardziej ją kocham…

Im dłużej jestem z Natalią, tym bardziej ją kocham i tym bardziej ona mi się podoba. Ja się w swojej żonie zakochałem już po raz któryś z kolei, chyba piąty…

Statystycznie raz na pięć lat? (śmiech)

Coś w tym rodzaju… a może i więcej! Uwielbiam moją żonę i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Życie bez żony? Co za nuda! Oczywiste jest, że współżycie z drugą osobą i miłość na przestrzeni lat po prostu się zmienia. To co teraz wspólnie przeżywamy jest inne niż wtedy, na początku. Miłości nie da się ogarnąć. Ona się rozrasta na wszystkie strony, w górę, w dół. Zstępuje w tajemnicze głębiny i leci jak ptak po niebie. Na początku to jest jakieś szaleństwo! Mnie się wydaje, że miłość z czasem staje się jakby coraz głębsza. Przenosi się w inne rejony. Co innego widzi. Ale jest coś, co błyszczy jak jakiś skarb. Mam tu na myśli jedność i to jedność dusz. Człowiek nie chce być sam i potrzebuje tego drugiego, tęskni za nim. Wiadomo, że na początku jest to głównie jedność cielesno-erotyczna, bardzo ważna, ale później przychodzą rzeczy jeszcze ważniejsze, trudno mi je nawet nazwać w słowach, bo to są rzeczy z pogranicza mistyki. Jedno ciało i jedna dusza. To się przekłada na bardzo prozaiczne sprawy. Ja na przykład nie mogę się nigdzie ruszyć bez mojej żony, to śmieszne, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym na przykład pojechać sam na wakacje. Kiedy widzę coś ładnego, od razu chcę, żeby ona to zobaczyła. Te piękne miejsca, w których jestem, przestają mi się podobać, bo czuję się jakoś okrutnie wybrakowany. Jak w genialnej piosence Starszych Panów „jestem ćwierć albo pół”. Tragicznie nudno się robi po prostu.

A piękne kobiety? Zwraca Pan jeszcze uwagę na inne kobiety?

Jestem artystą, a kobiety są najpiękniejszymi istotami na ziemi. Jak można by nie zwracać na nie uwagi? „Emisja oka”, że znowu posłużę się cytatem (śmiech). Mężczyźni trochę się boją tego piękna i stąd ten sadyzm. Ja jestem przyjacielem kobiet.

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

Niedawno była taka akcja „Wierność jest seksy”. Potwierdza Pan?

Ale po co komu taka akcja? Mnie się podoba moja żona i to, że jestem jej wierny jest dla mnie jasne jak słońce. Mam zdradzić kogoś, kogo kocham? A niby po co? I nie wydaje mi się, abym musiał z tego czynić jakieś hasło na transparencie.

Zostańmy przy wierności. Rozumiem, że nie da się jej zamknąć w ogólnych hasłach, chwytliwie brzmiących. Można o niej mówić dopiero w oparciu o konkretne doświadczenie, konkretny związek…

Tak, bo tu chodzi o poznanie drugiego człowieka, to jest dla mnie bardzo ważne. Dla mężczyzny poznać kobietę, to trochę tak jak wyprawa w kosmos. Dla mnie taka podróż jest fascynująca. A to nie tylko erotyka, ale także niezwykła i czarodziejska wyprawa duchowa. Im dłużej jestem z moją żoną, tym bardziej jestem zaczarowany.

Na czym to polega? Tak samo myślicie, to samo czujecie? Razem się modlicie?…

Tego do końca nie da sie wyrazić w słowach. Wszystko robimy razem, nawet gramy w scrabble. Ostatnio sromotnie przegrywam (śmiech). Ale przecież mamy swoje charaktery. Ja jestem trochę porywczy a Natalia…

Liberalna?

Nie, nie jest liberalna. Ona jest chyba bardziej wyrozumiała. Ale tak, jak mówiłem wcześniej, najbardziej niesamowite jest to głębokie i tajemnicze przeżywanie jedności. Tu chodzi o mistykę.

Ale chyba nie zawsze jest tak mistycznie, miewacie ciche dni?…

Ciche dni? U nas są co najwyżej ciche godziny. Nie potrafimy kłócić się dłużej niż dwie godziny. Natychmiast musimy się pojednać. Ciche dni, to byłaby jakaś katastrofa, to jakbyśmy mieli żyć bez powietrza.

Często się kłócicie?

Bardzo rzadko, może raz na miesiąc, albo raz na dwa.

Gdyby miał się Pan cofnąć o te 20 lat wstecz, to jaką pracę musiał Pan wykonać, żeby teraz wszystko tak się dobrze układało. Mógłby Pan podać taką receptę dla tych, którzy dopiero startują z małżeństwem?

Nie umiem dawać recept. Po prostu kocham swoją żonę. To są jakieś oczywistości. To chyba rozumie się samo przez się, że jak się kogoś kocha, to pragnie się dla tego drugiego dobra. Nie chce się chyba sprawiać komuś bólu i przykrości. Ja chcę, żeby Natalia była zadowolona. Szczęśliwa i wolna. Jestem po to, aby jej służyć. Moje ciało należy do mojej żony. Uważam, że płacz kobiety z powodu mężczyzny, jest największą porażką jaka może być. Mąż powinien tak robić, aby jego żona była zadowolona pod każdym względem. Miłość to znaczy służyć drugiemu.

To jest świetna recepta, ale te przyziemne sprawy, proste gesty też chyba budują związek…

Ależ życie składa się właśnie z prostych gestów. Ja na przykład bardzo lubię się całować (śmiech).

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

A kwiaty, prezenty…

Bardzo ważne. Ale najważniejsze jest przebaczenie. Częste współżycie i wzajemne przebaczanie sobie . Tak jak powiedziałem wcześniej, nie mamy z żoną cichych dni. Chyba byśmy wtedy umarli. Staramy się pojednać od razu i to tak, żeby dzieci to słyszały i były tego świadkami. Na tym też między innymi polega wychowanie. Mamy dwójkę dzieci i dajemy im w ten sposób przykład. Kiedy ktoś pyta, jak wychowuję dzieci, odpowiadam, że w ogóle tego nie robię. Bo wychowywać dzieci, to znaczy kochać swoją żonę. Człowiek jest egoistą i szuka swego, a tu chodzi o to, aby służyć. Czego mogę ich nauczyć, jeżeli nie zobaczą prawdziwej miłości między rodzicami. Mówienie: rób tak, a tak, a tego nie, zupełnie nie działa, bo to są bezsensowne moralizmy. Człowiek młody od razu się buntuje. My swoim dzieciom staramy się dawać nie tylko taki przykład, jak przebaczać, ale też okazujemy sobie przy nich czułość. Uważam, że to ważne, by moje dzieci widziały, że ojciec przytula matkę, kupuje jej prezenty, mówi miłe słowa. Szczególnie kiedy były mniejsze. Gdy zdarzają nam się awantury i przez jakiś czas panuje ta śmiertelna cisza, to widzę że cała rodzina jest bliska śmierci. I kiedy nie możemy już tego wytrzymać, przychodzimy do siebie, prosząc o wybaczenie. Nie mówimy tego, gdzieś schowani za zamkniętymi drzwiami, mówimy to głośno i nasze dzieci od razu przybiegają. Wszyscy stoimy, obejmujemy się i całujemy.

To, że istnieje śmierć, grzech i cierpienie to dzieci szybko zobaczą w dorosłym życiu, szybko się przekonają o tym na własnej skórze. Ale chodzi o to, by w swojej rodzinie zobaczyły, że istnieje miłość, która jest mocniejsza od śmierci, by zobaczyły dowód na to, że jest zmartwychwstanie. To właśnie jest potrzebne człowiekowi do życia. Potrzebny jest dom  zbudowany na skale. Nie bogactwo i wygodne życie. Bo później, kiedy już dzieci wejdą w piekło dorosłości i zderzą się z trudnymi sytuacjami, ktoś im na przykład zacznie gadać: „a wiesz, nie ma żadnej miłości, wszystko to bujda, człowiek jest sam”, one będą mogły powiedzieć wtedy, że to nieprawda, bo widziały miłość, doświadczyły jej, bo ich rodzice się kochali. Widziały to na własne oczy. I myślę, że człowiekowi nic więcej do życia nie jest potrzebne, niż świadomość tego, że można przezwyciężyć śmierć.

Jesteście całą rodziną w jednej wspólnocie. Czy wyjeżdżacie też wspólnie z dziećmi na rekolekcje, wakacje?

My jesteśmy bardzo zżyci i dzieci często się z nami włóczą. Ale teraz, kiedy Nina ma już prawie 18-lat, a Stasiek 15, to zaczynają mieć swoje własne, młodzieżowe sprawy. Ale jeszcze z pięć lat temu byli z nami ciągle.

To ważne dla Pana, żeby pobyć sam na sam z żoną? Czy małżonkowie powinni mieć taki własny skrawek świata, bez dzieci?

Oczywiście że tak. Wychodzimy do kina, na kolację do restauracji, mamy częste randki. Bardzo to lubimy. Albo jedziemy gdzieś samochodem daleko, daleko… albo po prostu spacerujemy.

Pan zaprasza żonę, czy żona Pana?

Kto pierwszy wpadnie na pomysł randki, ten ją organizuje. (śmiech)

Mówi Pan swojej żonie o wszystkim? Relacjonuje jej pracę, to co się dzieje w czasie wyjazdów na trasę koncertową?

Moja żona wie o mnie wszystko. Niczego przed nią nie ukrywam. Może na samym początku, wstydziłem się pewnych rzeczy, no bo co ona powie ? Ale teraz już nie. Tu chodzi o pełne zaufanie do drugiego. O zrozumienie życia i jego tajemnic. Jak wyjeżdżam na koncerty, to muszę od razu dzwonić, bo mi się przykrzy. Trasy koncertowe są generalnie bardzo nudne.

Potrafi Pan podać definicję żony? Kim jest żona?…

Jeżeli kiedyś Pan Bóg pozwoli mi pójść do nieba, to chciałbym, żeby była tam ze mną moja żona. Nie wyobrażam sobie nieba bez żony. To byłoby jakieś słabe niebo. Nie łatwo jest powiedzieć, kim naprawdę jest żona. Dla mężczyzny to jest chyba najlepsza przygoda jaka istnieje na świecie. Prawdziwa miłość jest jak sport ekstremalny! (śmiech)

Cofnijmy się jeszcze raz o tych 20 lat. Co trzeba zrobić na starcie, żeby tak kochać żonę, jak Pan?

Nie wiem, ale na początku wypada się przynajmniej zakochać. Chodzi o to, aby z egoisty narodził się wolny człowiek. To trochę trwa. Jestem na początku tego procesu. (śmiech)

Ale podobno zakochanie mija.

Już mówiłem, że co najmniej pięć razy się zakochałem w swojej żonie. Wiadomo, że ten  początkowy, szalony i romantyczny afekt przemija, ale co ja mam ze sobą zrobić, kiedy  pomimo upływu czasu, moja żona jest dla mnie coraz piękniejsza. To jak życie w jakimś pięknym , tajemniczym i pachnącym ogrodzie. Jestem chyba szczęśliwcem.

Tomasz Budzyński

Tomasz Budzyński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >