Nasze projekty
fot. Unsplash

S. Magdalena Wielgus: “Św. Jan przypomina mi, że zawsze mamy szansę na nowe życie”

O umiejętności życia Słowem Bożym, reakcji Jezusa na jedyny moment zwątpienia swojego kuzyna i księdze, którą szczególnie lubił św. Jan Chrzciciel, rozmawiamy z s. Magdaleną Wielgus MChR, Misjonarką Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.

Reklama

Anna Koźlik: Św. Jan Chrzciciel może dziś czymś zaskoczyć współczesnego człowieka? 

S. Magdalena Wielgus MChR: Jan Chrzciciel towarzyszy mi od dawna, gdyż mieszkam na terenie parafii pod jego wezwaniem, ale tak szczególnie zaprzyjaźniłam się z nim, kiedy przeczytałam książkę abpa Grzegorza Rysia pt. „Stało się Słowo”. Na początku, komentując fragment Łk 3, 1-6 ksiądz arcybiskup zwraca uwagę na z pozoru drobną różnicę w polskim tłumaczeniu, w stosunku do przekładu autorstwa św. Hieronima. 

W Biblii Tysiąclecia czytamy: „skierowane zostało słowo Boże do Jana”, podczas gdy Hieronim, za greckim oryginałem ten werset przełożył: „stało się słowo”. Dalej autor pięknie tłumaczy, że tym słowem był fragment Księgi Izajasza (Iz 40, 3) i że czekało ono kilka wieków na człowieka, w którym „się stanie” – spełni się, stanie się wydarzeniem. Bardzo mnie to poruszyło. I chyba wtedy zaczęła się na dobre moja przygoda z Janem Chrzcicielem. Stał się on dla mnie przykładem człowieka odnajdującego siebie w Słowie.

Co to oznacza w praktyce?

Kiedy go pytają kim jest – prorokiem? Mesjaszem? kim?, odpowiada właśnie tym cytatem z Izajasza: „głos wołającego na pustyni”. Zachwyca mnie to, że człowiek zapytany o swoją tożsamość, może określić siebie Słowem Bożym. Na pytanie o to, kim jest, odpowiada fragmentem, który musiał tak przeżyć, tak przemodlić, tak mierzyć się z nim, aż sam się w tym tekście odnalazł. Zrozumiałam, że jeśli będę uczciwie czytać Słowo Boże (tak, jak czyta je Kościół), mierzyć się z nim, to ono poprowadzi mnie do coraz pełniejszego poznania tego, kim jestem, kim mnie widzi i chce mieć Bóg. Jan Chrzciciel przedstawia się tekstem z Księgi Izajasza, o głosie wołającym na pustyni. W innym miejscu, kiedy mówi o Mesjaszu – Oblubieńcu, odkrywa siebie jako przyjaciela Oblubieńca. Człowiek próbuje poznać swoją tożsamość w różny sposób, różne rzeczy czyta, a ma na wyciągnięcie ręki Księgę, która może go rozczytać, pomóc rozszyfrować. Gdzie można zobaczyć – przeglądając się w tym Słowie – kim naprawdę jestem, kim Bóg chce, żebym była. Mogę odkryć siebie w tekście, którym się modlę.

Pietro Perugino „Chrzest Chrystusa” | fot. Wikipedia

Świętego Jana Chrzciciela poznajemy w Piśmie Świętym właściwie zanim się urodził…

Jan Chrzciciel pojawia się w pierwszych rozdziałach każdej  Ewangelii. U św. Łukasza przeczytamy nawet, że  pod sercem mamy reaguje na obecność Jezusa, gdy do Elżbiety przychodzi Maryja, także spodziewająca się Dziecka. Potem spotykamy go nad Jordanem, kiedy – już jako dorosły mężczyzna – chrzci i wzywa do nawrócenia. Widząc Jezusa, przedstawia Go: „Oto Baranek Boży”. Tutaj też odwołuje się m.in. do Izajasza, a konkretnie do Czwartej  Pieśni o Słudze Jahwe, gdzie czytamy o baranku prowadzonym na rzeź (zob. Iz 53, 7). 

Reklama
Reklama

Wygląda na to, że św. Jan lubił Księgę Izajasza!

Ja osobiście mam wrażenie, że Jan się zaczytywał w Izajaszu i medytował tę księgę do tego stopnia, iż sam się w niej odnalazł. W stosunku do siebie oraz do rzeczywistości, która go otacza, zna jeden sposób definiowania – poprzez Boże Słowo. Zwróćmy uwagę na to, że Jan i Jezus byli rodziną, kuzynami, znali się od dzieciństwa, od łona matek, więc prawdopodobnie przez 30 lat ich relacja przybrała jakiś kształt. I w którymś momencie Jezus przychodzi, a Jan w swoim kuzynie rozpoznaje Mesjasza. Trzeba było mieć wielką wiarę, aby, widząc swojego kuzyna, rozpoznać w Nim Zbawiciela. Jan Chrzciciel był w stanie to dojrzeć. Tak został ukształtowany, że potrafi i siebie i innych zobaczyć w kluczu Słowa.

Jan nie jest posągiem, który idzie jak przecinak, bo on już wszystko wie. To człowiek z krwi i kości i wszystko się w nim przeplata: wiara, wątpliwości, pewność, niepewność. I on w tym wszystkim daje się prowadzić.

Reklama
Reklama

Jego wiara jest wręcz niezachwiana! Jan nie miał takich kryzysów jak my?

To właśnie jest bardzo ciekawe! Mamy sytuację, kiedy Jan już jest w więzieniu, przy końcu życia, no i… dopadają go wątpliwości. Wysyła do Jezusa swoich uczniów z pytaniem: „Czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. I co robi Jezus? Odpowiada Janowi Izajaszem: ”niewidomi odzyskują wzrok, chromi chodzą…” (Zob. Mt 11, 2-6). Mówi do niego jego językiem. Jezus wie, że Jan sobie to połączy, że on to zrozumie. Dostrzeże, że to, czym żyje, czym się karmi, teraz się realizuje. I wie, że Janowi to wystarczy. To zachwycające!

Jan jest wierny sobie, posłannictwu, które ma od Boga, kiedy idzie do Heroda z upomnieniem. Ja osobiście widzę go jako tego, który siebie i rzeczywistość dookoła pozwala interpretować Słowu. Jezusa przecież rozpoznaje dzięki Słowu. Stojąc nad Jordanem jest przekonany o Jego zbawczym posłannictwie, ale pod koniec życia w więzieniu te wątpliwości się pojawiają. To też ważne, że Jan nie jest posągiem, który idzie jak przecinak, bo on już wszystko wie. To człowiek z krwi i kości i wszystko się w nim przeplata: wiara, wątpliwości, pewność, niepewność. I on w tym wszystkim daje się prowadzić.

Często określa się Jana Chrzciciela jako tego, który łączy Stary i Nowy Testament.

On rzeczywiście jest łącznikiem, jest na czasowym wręcz pograniczu. Z jednej strony wyrasta ze Starego Testamentu i zapowiada Jezusa. Z drugiej strony posługuje się Starym Testamentem w zdefiniowaniu tego, co dzieje się teraz i co zaczyna na jego oczach się wypełniać. Nad Jordanem otwiera przestrzeń dla Jezusa, który jest wypełnieniem wszystkich starotestamentowych obietnic i zapowiedzi.

Dlaczego Jan zwrócił uwagę Herodowi i Herodiadzie?

Trzeba wyjść od tego, kim jest prorok w Piśmie Świętym. Prorok to jest ktoś, kto jest znakiem rzeczywistości nadprzyrodzonej, głosi Słowo Boże i robi to w sposób, do jakiego wzywa go Bóg. Jan rozeznał, że Bóg posyła go, by upomniał Heroda, i jest wierny temu wezwaniu. Co z tej historii mogę wziąć do swojego życia? Mogę się wsłuchiwać w Słowo Boże, żeby usłyszeć czego konkretnie Bóg chce ode mnie. W jaki sposób chce mnie posłać i do kogo. To jest dla mnie pole do naśladowania Jana Chrzciciela. Możemy go naśladować w uczciwym nasłuchiwaniu i rozeznawaniu Słowa, rozpoznawaniu tego, do czego Bóg nas zaprasza i jak On chce, abyśmy Mu służyli. 

Reklama

A co z chrztem Janowym?

Chrzest, którego udzielał Jan był chrztem nawrócenia, zapowiadał to, co się później wydarzy. Źródłem naszego chrztu jest Pascha: męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. A tutaj mamy zapowiedź i stworzenie przestrzeni, żeby mógł się pojawić Jezus. Jest wiele koncepcji na temat tego dlaczego Jezus przyjmuje chrzest Janowy. Jedni mówią, że wchodząc do Jordanu solidaryzuje się z grzesznym rodzajem ludzkim. Inni – że w sposób symboliczny bierze na siebie grzechy, które ludzie tam „zostawiają”, aby ostatecznie zanieść je na krzyż. Jeszcze inni zwracają uwagę na otwierające się niebo, Ducha Świętego i głos Ojca, który potwierdza synostwo Boże i mesjańskie posłannictwo Jezusa. Jakkolwiek Jan robi to, co do niego należy, aby – jak zaznacza sam Jezus w Mt 3, 15 – „wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. 

Czego możemy się uczyć od św. Jana?

Ludzie przychodzili  do niego i wyczuwali jakieś dobre napięcie. Jan dawał przestrzeń oczyszczenia, nawrócenia i zmiany życia. Każdy mógł przyjść, zanurzyć się w wodzie, wyznać grzechy i zacząć od nowa. Nam też przypomina, że wszyscy i zawsze mamy szansę na nowe życie.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę