“Rodziny nie da się zastąpić”

O owocach Synodu o Rodzinie i spornym punkcie 85, a także o "sztuce towarzyszenia" małżeństwom i planowanej reformie duszpasterstwa rodzin w archidiecezji warszawskiej: kard. Kazimierz Nycz podsumowuje zakończony w niedzielę w Rzymie Synod o Rodzinie

Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Kardynał NyczJakie odpowiedzi przyniósł zakończony przed niespełna tygodniem synod biskupów w temacie powołania i misji rodziny? I jakie pytania postawił?

 

Mam głębokie przekonanie, że synod spełnił oczekiwania i nadzieje pokładane przez wielu ludzi, także przeze mnie. Nie uciekł od żadnych problemów, które były już sygnalizowane na synodzie nadzwyczajnym i w dokumencie roboczym Instrumentum laboris. Biskupi dyskutowali na te tematy otwarcie. Zarówno dokument końcowy, jak i przebieg dyskusji podzielonej na trzy części odzwierciedlił wszystkie trzy części Instrumentum laboris. Nie było więc tak, że synod został sprowadzony jedynie do tematów pochodzących z zewnątrz, a interesujących media i opinię publiczną.

 

 

Synod nie unikał tematów trudnych, związanych z małżeństwem i rodziną, ale dochodził zawsze do konkluzji, że trwały, sakramentalny związek mężczyzny i kobiety jest nie do zastąpienia

 

Była więc dyskusja dotycząca oceny sytuacji rodziny we współczesnym świecie, był pozytywny wykład teologiczno-duszpasterski nt. małżeństwa i rodziny oraz dyskusja na temat konkretnych spraw pastoralnych. Ta proporcja a nie dysproporcja zagadnień, świadczy o tym, że synod pilnował właściwego mu porządku kościelnego. Zachował swoją rolę i miejsce w Kościele, bo zgromadzenie synodalne to jest praca dla Kościoła, pomocniczość w stosunku do papieża, który od synodu otrzymał dokument końcowy. Tym razem bardzo duży. Do papieża należy teraz zadanie, żeby z tym, co otrzymał zrobić to, co dla Kościoła i dla małżeństwa i rodziny jest ważne. Czy ujmie to w dokumencie, który będzie klasyczną adhortacją czy w innej formule, tego dziś nie wiemy.

 

Jaka jest więc dziś misja rodziny?

Synod pokazał różnorodność problemów rodziny i małżeństwa na poszczególnych kontynentach i w poszczególnych krajach. Te problemy bywały tak rozbieżne, że pojawiły się nawet głosy o potrzebie decentralizacji w ich rozwiązywaniu. Miałaby ona dotyczyć także wykładu o nierozerwalności małżeństwa, jego sakramentalności czy doktryny Kościoła. Głosy te nie znalazły powszechnej aprobaty i Bogu dzięki nie znalazły się wprost w dokumencie końcowym. Byłoby to wielkie ryzyko relatywizmu między poszczególnymi rejonami świata. Czym innym jest bowiem inkulturacja, a czym innym rozpatrywanie problemów małżeństwa i rodziny według jakichś lokalnych uwarunkowań.

Synod nie unikał tematów trudnych, związanych z małżeństwem i rodziną, ale dochodził zawsze do konkluzji, że trwały, sakramentalny związek mężczyzny i kobiety jest nie do zastąpienia. Nawet trudne sytuacje małżeństw rozwiedzionych, małżeństw zawartych na próbę, kohabitacji czyli par żyjących bez żadnego formalnego związku, nawet te sytuacje nie pozwalają absolutnie na wyciągnięcie wniosku, że rodzina oparta na prawdziwym małżeństwie jest do zastąpienia. To podkreślenie, moim zdaniem, jest niesłychanie ważne.

 

XNBK7TFBAU

 

Uwagę mediów skupiły przede wszystkim 3 punkty dokumentu końcowego (84-86), dotyczące sytuacji i duszpasterstwa osób rozwiedzionych, żyjących w powtórnych związkach. Jak Ksiądz Kardynał postrzega opisane tam problemy i propozycje synodu?

To, że media skoncentrowały się na tych trzech punktach, było do przewidzenia, gdyż podobnie było przed, podczas i po ubiegłorocznym synodzie. Osobiście mnie to nie zdziwiło. Ale cieszę się, że odpowiedź synodu zawarta w dokumencie końcowym, w tych 3 punktach, o które Pani pyta jest bardzo spokojna.

Najbardziej cieszy mnie to, że zasygnalizowane rozwiązanie ma charakter kontynuacji nauki Kościoła. To nie jest tak, że poszczególni papieże mają własną naukę na temat małżeństwa i rodziny. Nie. Oni wnoszą poprzez swój pontyfikat własny wkład w naukę Kościoła o małżeństwie i rodzinie. Te trzy punkty są de facto kreatywną kontynuacją tego, co nauczał Jan Paweł II i Benedykt XVI. Dlatego kluczowy cytat z „Familiaris consortio”, który znalazł się w dokumencie końcowym, świadczy jak najbardziej o tym, że wróciliśmy do tego, co jest znaczące i ważne, a co wniósł w naukę Kościoła o małżeństwie i rodzinie Jan Paweł II. W związku z tym, możemy co najwyżej mówić o przywołaniu i pewnym zaktualizowaniu po 30 latach tego, co papież mówił o małżeństwie i rodzinie. Nawet “rozeznanie duszpasterskie” na forum externum jak i forum internum, o której mówi punkt 85, jest obecne już u Jana Pawła II w “Familiaris consortio”. W dokumencie końcowym synodu zostało to po prostu przywołania.

 

To nie jest tak, że poszczególni papieże mają własną naukę na temat małżeństwa i rodziny. Nie. Oni wnoszą poprzez swój pontyfikat własny wkład w naukę Kościoła o małżeństwie i rodzinie. Te trzy punkty są de facto kreatywną kontynuacją tego, co nauczał Jan Paweł II i Benedykt XVI

 

To nie są nowe rzeczy. W moim najgłębszym odczuciu, nie wolno tych punktów, zwłaszcza punktu 85, traktować ambiwalentnie, jakby oznaczał, że “jedni wygrali a drudzy przegrali”. Nie. Nie można powiedzieć, że w tym punkcie synod otworzył nową drogę, nie można też powiedzieć, że niczego nie otworzył. To nie w kategoriach zwycięzców i przegranych toczą sie synody.

Punkty te rozważają integrację z Kościołem człowieka rozwiedzionego, żyjącego w powtórnym związku. Reflektują nad tymi przestrzeniami działalności Kościoła, parafii, wspólnot, instytucji, organizacji, w których ten człowiek może, a nawet powinien uczestniczyć – i nie być w nich piętnowany.

Dla mnie, biskupa, i myślę, że też dla każdego księdza i każdego świeckiego w Kościele te trzy punkty są pytaniem: czy rzeczywiście robimy wszystko, żeby tych ludzi, nie tylko – nie daj Boże – tolerować, ale żeby widzieć w Kościele ich miejsce. Niewątpliwie jest to bardzo ważne wyzwanie dla duszpasterzy, ale także dla całej wspólnoty kościelnej.

 

Pojawiają się niekiedy obawy, że jeżeli Kościół czy duszpasterze zajmą się osobami ze skomplikowaną historią życia, to zabraknie ich troski o tych, którzy pomimo trudności starają się być wierni przysiędze małżeńskiej. Jak Ksiądz Kardynał odniósłby się do tych obaw?

Bardzo spokojnie trzeba się odnieść – to znaczy według Ewangelii. Takich ludzi w Polsce jest ogromnie dużo. Przecież rozpada się jedna trzecia małżeństw a ta tendencja utrzymuje się przynajmniej już od 20-25 lat. Na świecie jest pod tym względem jeszcze gorzej. Jeżeli do tego dodać ludzi, którzy bez przeszkody żyją w tzw. wolnych związkach czy na próbę to jest to już duża część społeczeństwa. A Pan Jezus nam kazał, wbrew apostołom i tłumom, zająć się jedną, zagubioną owcą, zostawiając dziewięćdziesiąt dziewięć. To jest dzisiaj jedna z ważnych misji Kościoła, bo to się potem przekłada na wychowanie dzieci w tych rodzinach. Nie znaczy to jednak, że naszą uwagę skierujemy wyłącznie do osób przeżywających kryzysy.

 

Do czego synod zainspirował Księdza Kardynała?

Synod wprost potwierdził moją intuicję, którą podpowiadam w diecezji księżom odpowiedzialnym za rodziny i proboszczom, a która dotyczy przygotowania do małżeństwa. Temat ten został mocno postawiony na synodzie i jest też o tym mowa w dokumencie końcowym. Druga sprawa to “sztuka towarzyszenia” – l’arte dell’accompagnamento małżeństwom już zawartym.

Często używam takiego przykładu: księdzu, którego przygotowujemy sześć lat do kapłaństwa, towarzyszymy potem przez dziesięć czy piętnaście lat podczas obowiązkowej formacji. A małżeństwo? Zawierane nieraz po weekendowym kursie, zostawiamy po ślubie samemu sobie.

 

Zamierzamy zlikwidować tak zwane kursy weekendowe. Często służą one tylko po to, by mieć odpowiednie zaświadczenie przed ślubem. Zaproponujemy większy udział świeckich, zwłaszcza małżeństw, w standardowych kursach oraz taką ich formę, która zdecydowanie większy nacisk postawi na warsztaty

 

Towarzyszyć małżeństwom zamierzam inspirując w diecezji powstawanie następnych ruchów i grup, które służą rodzinie. Na szczęście w archidiecezji warszawskiej bardzo pięknie rozwija się Domowy Kościół. W tej chwili mamy już 250 kręgów rodzin, w tym 60 nowych – pilotażowych, co przy 200 parafiach w całej archidiecezji jest znaczącą liczbą. Oczywiście, są parafie, gdzie jest ich kilka, i są takie, gdzie jeszcze nie ma. Również Droga Neokatechumenalna spełnia bardzo ważną i dobrą rolę w towarzyszeniu rodzinom.

Na Papieskim Wydziale Teologicznym otworzyliśmy Studium Animatorów Małżeństw w Parafii. Siedemnaście małżeństw przygotowuje tam w tej chwili się do towarzyszenia w parafiach innym małżeństwom, proponując różne formy spotkań, modlitwy, dyskusji czy rozmowy.

Od 1 stycznia planujemy zdecydowanie uporządkować kursy przedmałżeńskie. Zamierzamy zlikwidować tak zwane kursy weekendowe. Często – nie boję się użyć tego określenia – służą one tylko po to, by mieć odpowiednie zaświadczenie przed ślubem. Rozumiem, że trzeba ludziom wychodzić naprzeciw, ale nie za wszelką cenę. Zaproponujemy większy udział świeckich, zwłaszcza małżeństw, w standardowych kursach oraz taką ich formę, która zdecydowanie większy nacisk postawi na warsztaty.


rozmawiała Anna Wojtas

 

Wywiad opublikowanyy dzięki uprzejmości Archidiecezji Warszawskiej

 

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Kard. Kazimierz Nycz

Kard. Kazimierz Nycz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Czy wierzący powinni bać się opętania?

Kim są egzorcyści? Czym są same egzorcyzmy? Skąd egzorcysta wie, że ma do czynienia z opętaniem, a nie z chorobą? Czy wierzący powinni bać się opętania? Z księdzem Andrzejem Grefkowiczem, egzorcystą archidiecezji warszawskiej rozmawia Anna Wojtas

Anna Wojtas (KAI): Czy egzorcyści to kościelni „supermeni”?

Ks. Andrzej Grefkowicz: Egzorcysta to rzadko spotykany ksiądz więc pewnie już samo to robi wrażenie, ale z takim określeniem, że jest to supermen nie spotkałem się. Ja nie jestem kimś, kto bierze za rogi diabła, z nim się mocuje i go wyrzuca.

Nie jestem kimś, kto bierze za rogi diabła, z nim się mocuje i go wyrzuca

 

Kim więc są egzorcyści? Na czym polega ich posługa?

Są bardzo zwyczajnymi ludźmi, którzy poprzez swojego biskupa dostali misję od Kościoła do podejmowania egzorcyzmów. Jak czytamy w Rytuale, powinni odznaczać się pobożnością, wiedzą, roztropnością i nieskazitelnością życia. Posługa egzorcysty jest uzależniona od pobożności i zaangażowania kapłana, który ją pełni. To inaczej niż w przypadku sakramentów, które są skuteczne niezależnie od tego czy szafarz jest pobożny czy nie.

Moja posługa towarzyszy człowiekowi, który decyduje się na drogę nawrócenia: odcięcia się od zła i jakiegokolwiek związania ze złym duchem i szuka innego rozwiązania: ratunku i oparcia w Jezusie Chrystusie. To jest posługa towarzyszenia poprzez modlitwę a także poprzez formułę egzorcyzmów. „Sukces” ma miejsce wtedy, kiedy osoba dręczona, bo nie tylko opętana, rzeczywiście decyduje się zmienić kierunek swego życia. Bywa, że ta decyzja jest jednoznaczna i wtedy posługa z mojej strony jest krótka, a czasem decyzja dojrzewa powoli i wtedy posługa egzorcysty trwa dłużej, nawet latami. Takie przypadki też mamy.

 

Czym są same egzorcyzmy?

Egzorcyzm jest pewnego rodzaju „liturgią Kościoła”. Została ona w 1999 r. opracowana przez watykańską Kongregację ds. Kultu i Dyscypliny Sakramentów w specjalnej księdze – Rytuale. Rytuał to zestaw różnych modlitw i tekstów biblijnych, zawiera także samą formułę egzorcyzmu. W ścisłym znaczeniu jest on modlitwą skierowaną do Boga z prośbą o uwolnienie od złego ducha oraz w drugiej części – formułą imperatywną, w której egzorcysta w imieniu Jezusa Chrystusa zwraca się do złego ducha i nakazuje mu odstąpienie od nękanego człowieka.

 

shutterstock_113514811

 

Czy egzorcyści są w związku z tym narażeni na jakieś niebezpieczeństwa?

Zły duch pewnie miałby na to ochotę, tylko że, takie mam wrażenie, jesteśmy chronieni modlitwą Kościoła, samym działaniem Jezusa Chrystusa, że rzeczywiście nic nam się nie dzieje. Przynajmniej jeśli chodzi o sytuację polską, to nie znam takiego przypadku, żeby ktoś został jakoś specjalnie poszkodowany. Czasem jakieś małe dolegliwości mają miejsce, ale na drodze życia chrześcijańskiego jest czymś normalnym, że różnego rodzaju przeciwności czy cierpienia są codziennością.

 

Czy egzorcyści doświadczają jakichś „branżowych” pokus, typowych tylko dla nich?

Powiedziałbym, że kuszenia mają miejsce, ale w tym wypadku bardziej sprawdzałaby się zasada św. Ignacego, że kuszenia, czy ataku złego ducha należy spodziewać się tam, gdzie ktoś jest najsłabszy. Zły duch będzie szukać miejsca najsłabszego i atakować ten słaby punkt. W zależności od tego kto i z jakimi słabościami się zmaga, tam musi się liczyć z kuszeniami.

Zły duch będzie szukać miejsca najsłabszego i atakować ten słaby punkt. W zależności od tego kto i z jakimi słabościami się zmaga, tam musi się liczyć z kuszeniami.

 

Egzorcyści korzystają więc z reguł rozeznawania, znanych w tradycji Kościoła?

To jest bezwzględnie konieczne. Żeby podejmować tego rodzaju rozeznanie, korzystamy zwłaszcza z reguł św. Ignacego, ale nie tylko, bo starożytne doświadczenie Kościoła pierwszych wieków jest też bardzo ważne. Korzystamy z doświadczenia ojców pustyni i świętych; tego, w jaki sposób oni zmagali się ze złym duchem. Zebrane w ciągu wieków doświadczenia Kościoła są bardzo cenne.

 

A skąd egzorcysta wie, że ma do czynienia z opętaniem, a nie z chorobą, której objawy mogą być podobne do opętania?

To jest złożony problem. Owszem, są takie objawy, które ewidentnie są znakami opętania. Jeżeli np. człowiek, który nie uczył się i nie zna żadnego języka obcego nagle zaczyna rozumieć co się do niego mówi w nieznanym dla niego języku lub kiedy sam zaczyna nim mówić. Jeżeli zaczyna sygnalizować wiedzę o sprawach, które normalnie dla człowieka są zakryte tzn. w zwyczajny sposób nie mógłby tego wiedzieć bo np. przebywa w jednym miejscu a dokładnie wie, co się w tym czasie dzieje zupełnie gdzie indziej, jakby tam był, a to się potem potwierdza, wówczas znaczy to, że mamy do czynienia z jakimiś umiejętnościami ponadludzkimi, duchowymi. A rozróżnić między Bożym duchem a złym duchem to już nie jest trudno.

Gorzej w przypadkach, gdzie te objawy są zbliżone do chorobowych jak np. długotrwałe depresje lub gdy ktoś mówi, że słyszy głosy – wówczas są to trudniejsze kwestie do rozstrzygnięcia. Potrzebny jest wywiad z taką osobą i tu już wchodzi w grę rozeznanie duchowe. Jeżeli w wywiadzie wyjdzie, że w życiu tego człowieka miały miejsce jakieś praktyki okultyzmu to należy spodziewać się, że przynajmniej w jakimś stopniu będziemy mieli tutaj do czynienia z działaniem złego ducha. Tam, gdzie od strony funkcjonowania człowieka praktyk okultyzmu nie widać, wtedy raczej trzeba by się spodziewać czegoś innego, raczej choroby.

Z kolei jeśli psychiatrzy podejmują pomoc i widzą, że jest ona nieskuteczna a człowiek funkcjonuje niby jako psychicznie chory a jednak jego objawy chorobowe są nietypowe, to moim zdaniem wymagałoby to wtedy przynajmniej konsultacji z egzorcystą.

Z kolei jeśli psychiatrzy podejmują pomoc i widzą, że jest ona nieskuteczna a człowiek funkcjonuje niby jako psychicznie chory a jednak jego objawy chorobowe są nietypowe, to moim zdaniem wymagałoby to wtedy przynajmniej konsultacji z egzorcystą.

 

rozaniec

 

W 1992 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wpisała trans i opętanie jako odrębną kategorię psychopatologiczną do międzynarodowej klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania ( ICD-10). Co Ksiądz na to?

Zawsze tam, gdzie ktoś przekracza przestrzeń, w której jest kompetentny i jeżeli zaczyna orzekać o przestrzeni, która już wybiega poza dziedzinę, którą się zajmuje, naraża się na różnego rodzaju błędy a może nawet śmieszność. Robi przy tym krzywdę drugiemu człowiekowi. Gdybym ja, spotykając się z człowiekiem miał wrażenie, że dostrzegam u niego objawy, które będą wskazywały na uzależnienie od złego ducha a stwierdzałbym autorytatywnie, że on nie jest chory psychicznie, że nie są mu potrzebne lekarstwa czy terapia – to wykraczam poza swoje kompetencje. Tak, jak ja nie mogę powiedzieć, że ktoś nie jest chory, czy nie jest zdrowy psychicznie, bo to należy do kompetencji lekarza, tak lekarz psychiatra nie może powiedzieć: „ten człowiek nie jest opętany”.

 

Nawet jeśli znajdzie w klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych opętanie jako jednostkę chorobową F44.3 i jej kryteria diagnostyczne?

To jest w ogóle dziwne i śmieszne, że ktoś na takie orzeczenia się sili.

 

A z perspektywy teologicznej, czy egzorcystom jest potrzebna demonologia? Kiedyś teologia – angelologia zajmowała się aniołami, a czy teraz potrzebna jest specjalizacja o demonach?

Ks. Aleksander Posacki, który czasem określa się jako demonolog jest dla nas egzorcystów nie do przecenienia właśnie przez swoją refleksję teologiczną nad różnymi współczesnymi przejawami okultyzmu. Jego refleksja jest prowadzona na pograniczu między tymi nowymi nurtami psychologii i medycyny, które wykraczają poza granice swojej dziedziny i zaczynają wchodzić w okultyzm. To trudne zadanie, ale spojrzenie filozoficzne jest pewnego rodzaju pomostem między rzeczywistością wiary a rzeczywistością poznawczą nauki i daje możliwość interpretowania i określania granic.

Doświadczenie religioznawcze uczy też, że im bardziej człowiek zatraca wiarę w jedynego Boga, tym bardziej rozwija się religijność niższego rzędu, poniekąd związana z „patologią religijną”, wtedy wyraźnie nasila się zainteresowanie magią czy ezoteryzmem.

 

Czy wierni mają czego się bać?

Co jako egzorcysta radziłby Ksiądz ludziom wierzącym? Mają się czego bać?

– Powinni starać się być wierni Panu Jezusowi, czytać Ewangelię i spać spokojnie.


rozmawiała Anna Wojtas / Warszawa

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
--> Show comments