Peter Seewald: Benedykt XVI chce wrócić do pisania

– Nie sprawiał wrażenia przygnębionego. Wręcz przeciwnie. Mówił optymistycznie, że jeszcze odzyska siły. Co więcej, uważał, że jeszcze chwyci za pióro i coś napisze, jak przystało na "notorycznego" pisarza. Wręcz trudno go powstrzymać, żeby nie pisał – mówił Peter Seewald, biograf Benedykta XVI w rozmowie z Pauliną Guzik w programie „Między ziemią a niebem” w TVP1.

Polub nas na Facebooku!

Peter Seewald jest jedynym na świecie dziennikarzem, który przeprowadził kilka wywiadów-rzek z papieżem emerytem Benedyktem XVI. Jego „Sól ziemi”, „Bóg i świat” czy „Światłość Świata” na całym świecie stały się bestsellerami. Na polskie tłumaczenie czego potężna, ponad 1000-stronicowa biografia Benedykta XVI, wydana wiosną tego roku w Niemczech. O zdrowiu Benedykta XVI i biografii obejmującej niemal 100 lat historii z niemieckim pisarzem rozmawiała Paulina Guzik w programie „Między Ziemią a Niebem” Telewizji Polskiej.

 

Paulina Guzik: Świat obiegły ostatnio niepokojące wieści na temat zdrowia Papieża Emeryta Benedykta XVI. Widział się Pan z nim w ciągu ostatnich tygodni, jak się czuje Benedykt XVI?

Peter Seewald: Muszę powiedzieć, że emerytowany papież nie czuje się w chwili obecnej najlepiej. Ma różę, o czym przez długi czas nie było wiadomo. Po mojej wizycie byłem kilkukrotnie pytany, jak się czuje papież. I mówiłem o tym otwarcie, bo uważam, że opinia publiczna powinna o tym wiedzieć. Ludzie chcą brać udział w jego życiu, modlić się za papieża. Teraz czuje się ciut lepiej. Dostał nowe leki, które spowodowały, że ból się zmniejszył. Poprzednie leki powodowały, że czuł się źle, był przemęczony, miał problemy z mówieniem. Teraz też jego głos jest zmieniony i trudno go zrozumieć. W trakcie naszej rozmowy głos stał się trochę mocniejszy, ale pod koniec rozmowy musieliśmy ją przerwać, ponieważ atak bólu uniemożliwił dalszą kontynuację audiencji. W żadnym razie nie był, jeśli można tak powiedzieć, zmęczony życiem, nie sprawiał wrażenia przygnębionego. Wręcz przeciwnie. Mówił optymistycznie, że jeszcze odzyska siły. Co więcej, uważał, że jeszcze chwyci za pióro i coś napisze, jak przystało na “notorycznego” pisarza. Wręcz trudno go powstrzymać, żeby nie pisał. Nie będą to jakieś wielkie dzieła, ale chodzą mu po głowie różne myśli, które chciałby sformułować. Tak więc – jest na drodze do poprawy zdrowia, ale ta choroba, ta spuchnięta czerwona twarz bardzo go wyniszczyła. I każdy, kto ma pojęcie o róży wie, jak okropna i bardzo bolesna jest to choroba. Ale on dzielnie i z pokorą ją znosi. Nie chce z tego robić jakiegoś wielkiego “halo” i jest przekonany, że się z niej wyleczy.

Wręcz trudno go powstrzymać, żeby nie pisał. Nie będą to jakieś wielkie dzieła, ale chodzą mu po głowie różne myśli, które chciałby sformułować.

Uważam też za bardzo interesujące, że podano do publicznej wiadomości, że Benedykt wybrał sobie miejsce ostatniego odpoczynku. I że była to dokładnie krypta w bazylice św. Pawła, gdzie wcześniej stał sarkofag św. Jana Pawła II. Uważam, że ma to symboliczne znaczenie. Tym bardziej, że ci dwaj papieże byli bardzo blisko ze sobą związani, doskonale się rozumieli. On uważał, że miejsce jego wiecznego odpoczynku powinno być tam, gdzie był wcześniej jego bardzo dobry przyjaciel, z którym blisko współpracował. Uważam, że to świetny pomysł.

 

Zważywszy na więź Karola Wojtyły i Josepha Ratzingera to też bardzo symboliczne życzenie…

Tak, to życzenie ma znaczenie symboliczne. Ta bliskość dwóch papieży, którzy razem przez prawie ćwierć wieku lub nawet dłużej walczyli o Kościół. Jan Paweł II chciał koniecznie mieć Ratzingera w Rzymie. On go nawet do tego po prostu zmusił. To była jedna z najważniejszych decyzji jego pontyfikatu. Ratzinger, można tak powiedzieć, był ze strony teologicznej na flance. A Jan Paweł II mógł się całkowicie na niego zdać. Oni obaj byli zupełnie odmiennymi osobowościami. W innych okolicznościach nie pasowaliby do siebie. Ale właśnie ta odmienność zbliżyła ich do siebie. Ratzinger mówił, że od samego początku był zachwycony Janem Pawłem II. Podobały mu się jego wiara, osobowość, ale także filozoficzna siła. I to, że chce być pochowany tam, gdzie na początku spoczął Jan Paweł II, było po prostu logicznym następstwem ich życia.

 

Bardzo chciał zobaczyć swojego brata Georga, zanim umrze, co nie było możliwe w przypadku jego siostry. Dlatego tak bardzo ważna była jego wizyta w Ratyzbonie.

Podróż Benedykta XVI do chorego brata relacjonowana była przez media na całym świecie – jakie znaczenie miała dla papieża emeryta?

Ta wizyta była dla niego bardzo ważna. I to też pokazuje, że w przypadku rzeczy, które są dla niego ważne, nie ma znaczenia to, że jest chory. Trzeba było polecieć, co było trudem, ale bardzo chciał zobaczyć swojego brata Georga, zanim umrze, co nie było możliwe w przypadku jego siostry. Dlatego tak bardzo ważna była jego wizyta w Ratyzbonie. Ta podróż oczywiście bardzo go wyczerpała, bo przecież on ma 93 lata. W Ratyzbonie odezwały się te napady róży, choć nie były one tak bolesne. Był bardzo szczęśliwy, że tam był; to było oczywiście piękne spotkanie dwóch utalentowanych braci Ratzingerów. Oni się wzajemnie pożegnali; częściowo bez słów, bo obaj mieli wielkie trudności z mówieniem. I on chciał jeszcze raz, zanim odleciał, zajrzeć do swojego brata. Jego sekretarz powiedział, że absolutnie nie jest to możliwe. Na co papież Benedykt odparł, że w takim razie sekretarz sobie może jechać, bo on zostaje.

 

Wywiad z biografem Benedykta XVI

Benedykt XVI zachorował na bolesną różę. W trakcie choroby odwiedził go w Watykanie jego biograf, niemiecki dziennikarz i pisarz – Peter Seewald. O stan zdrowia papieża seniora i potężną biografię Benedykta XVI – wydaną niedawno w Niemczech – jej autora – pytała Paulina Guzik.

Opublikowany przez Między Ziemią a Niebem TVP Niedziela, 23 sierpnia 2020

 

W potężnej biografii, która została wiosną wydana w Niemczech i czeka m.in. na polskie i angielskie wydanie wspomina pan, że papież emeryt pracuje nad duchowym testamentem.

Na początku on nie chciał pisać żadnego duchowego testamentu. Napisał zwykły testament; taki, jakie piszą zwykli ludzie. Kto dostanie jego dobra doczesne, jego meble, jego zdjęcia itp. Ale testamentu duchowego nie chciał pisać. Teraz jednak zdecydował się, że taki testament powstanie. On już jest nawet napisany. Jest taka tradycja, że papież zostawia dla swojego następcy takie słowo, dające siłę, odwagę, nadzieję. A przy tak wielkim teologu, jakim jest Josef Ratzinger, papież Benedykt XVI, można wyjść z założenia, że zarówno w tej trudnej sytuacji kościoła katolickiego w Europie Zachodniej jak i kryzysu wiary katolickiej , to słowo w przyszłości będzie miało dla wielu ludzi ogromne znaczenie.

 

George Weigel przyznaje, że decyzja o napisaniu biografii papieża Jana Pawła II przewróciła jego życie do góry nogami – czy Pana życie też zmieniła praca nad biografią Benedykta XVI?

Ta biografia nie zmieniła mojego życia, ale praca nad biografią Ratzingera spowodowała, że wzrósł mój szacunek do jego dzieł. Uważam, że tego nie da się porównać z niczym innym, jak duży wkład pracy w nie włożył, pomimo różnych trudności, kłopotów zdrowotnych i wypadków. Moje życie natomiast zmieniło się po naszym pierwszym spotkaniu w roku 1992. W 1996 wydaliśmy naszą pierwszą książkę “Sól ziemi”. W tamtym okresie były pytania, które mnie interesowały, które mnie nurtowały: co to jest wiara, czym jest katolicyzm, czy Bóg istnieje, czy nie. I dzięki Ratzingerowi uzyskałem niespodziewanie wspaniałe odpowiedzi, prawdziwe, mądre i autentyczne. Jeśli czegoś nie wiedział, nie bał się do tego przyznać. Bo to był człowiek, który dzięki swojej olbrzymiej wiedzy i swojej teologicznej refleksji, doświadczeniu życia w czasach ateizmu, faszyzmu, a także doświadczeniu w Radzie Nauki Kongregacji Wiary umiał odpowiedzieć na aktualne pytania naszych czasów. To mnie bardzo zafascynowało i skłoniło do przemyśleń. Byłem wtedy na drodze powrotu do wiary katolickiej, ale właśnie ta historia spowodowała, że się nawróciłem.

 

Czy papież Benedykt XVI czytał biografię, którą pan napisał?

Wcześniej, zanim ukazała się oficjalna książka, dałem mu do przeczytania kilka rozdziałów w wersji roboczej. Pomyślałem bowiem, że nie wiadomo, jak długo Papież jeszcze będzie żył. Chodziło więc o to, by miał pogląd, jak to będzie wyglądać i ile pracy w to włożyłem. Oczywiście potem natychmiast do mnie napisał, że mu się bardzo podobało, że był głęboko poruszony. On mnie też pokochał, jako historyka, jako tego, kto w sposób prawdziwy i ekscytujący potrafi opisać historię jego życia. Nie wiem, czy w tej chwili nadal czyta tę biografię czy może jest mu ona czytana. Ale przy naszym ostatnim spotkaniu opowiadał mi, pod jak wielkim wrażeniem był, czytając właśnie wtedy o początkach jego pracy w Kongregacji Nauki Wiary. I jego radość, że to dzieło w końcu mogło powstać jest naprawdę ogromna. W Niemczech pozycja ta znalazła się na 4. miejscu bestsellerów; zyskała wiele pochlebnych recenzji, choć także krytycznych. Nigdy nie jest tak, że człowiek zdąży zrobić wszystko jak najlepiej i do końca. Ale myślę, że to był jej czas i że tego typu biografia nigdy później by nie powstała.

 

KAI/kh

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



„To był czas cudów”. Na Jasną Górę w indywidualnej pieszej pielgrzymce

Gdy nie było możliwości wyruszenia na pieszą pielgrzymkę same zorganizowały trasę, noclegi i wyruszyły w 10-dniową, indywidualną pieszą pielgrzymkę z Warszawy na Jasną Górę. O małych-wielkich cudach, pielgrzymowaniu bez grosza w portfelu, niezwykłej gościnności i nawróceniu opowiadają Katarzyna Małkowska, Renata Wasilewska, Monika Dubicka i Monika Stępniewska.

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zofia Świerczyńska: Skąd wziął się pomysł indywidualnego pielgrzymowania na Jasną Górę?

Katarzyna Małkowska: Pomysł pielgrzymowania wyszedł ode mnie. Jeszcze przed pandemią zrodził się w moim sercu pomysł, by wyruszyć na samotną pielgrzymkę i wtedy brałam pod uwagę zagraniczny cel. Czułam, że droga mnie wzywa. Rozeznawałam na modlitwie czy to dobry pomysł i wszystko wskazywało na to, żeby iść. Ze względu na koronawirusa wyjazd za granicę był niemożliwy, dlatego pomyślałam, że w tym roku pójdę do Częstochowy. Podzieliłam się tym pomysłem z Renatą, z którą przyjaźnię się już od długiego czasu. Pomyślałam, że spośród moich znajomych, to chyba jedyna tak szalona osoba, która mogłaby się zgodzić na coś takiego (śmiech). Renacie spodobał się pomysł i miałyśmy pierwotnie iść we dwie, a później dołączyły dwie Moniki.

 

Czyli z początkowego planu niewiele udało się zrealizować – ani zagranica, ani w pojedynkę…

Katarzyna: Z czego się bardzo cieszę! (śmiech). Na początku obawiałam się wyruszenia z osobami, których nie znam (nie znałam wcześniej obu Monik). Ale modliłam się do Pana Boga za tę pielgrzymkę co najmniej kilka miesięcy wcześniej i wierzę, że to On zmieniał plany – zmieniło się i miejsce, skład, cała wizja tego, jak to miało wyglądać. I na początku mnie to złościło, że jest inaczej niż planowałam, ale teraz widzę i wierzę w to, że właśnie tak miało być. Chociaż nie było to dla mnie łatwe doświadczenie.

 

Jak wspomniałaś, Pan Bóg zmieniał też skład – dołączyła Renata, potem Moniki. 

Renata Wasilewska: Ja w ogóle nie planowałam iść na pielgrzymkę i nawet tego nie rozważałam w tym roku! Przed propozycją wspólnego wyjścia czytałam książkę i bardzo bliskie stały mi się słowa: Maryja jest wzorem głębi, gdzie można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania życia codziennego i wydarzenia każdego dnia. Kilka dni później Kasia zaproponowała mi, żebym poszła z nią do Częstochowy. Potraktowałam to jako odpowiedź na moje pragnienie, aby odpowiedzi na swoje pytania szukać u Maryi. Zgodziłam się, ale im bliżej byłam pielgrzymki, z każdym dniem wydawało mi się, że to, że ja pójdę, to za mało, że trzeba również zanieść innych. Dlatego poprosiłam znajomych, bliskich, rodzinę o ich intencje, swoją tak naprawdę dołożyłam w Częstochowie, jak już właściwie doszłyśmy na miejsce. Potem opowiedziałam o tym Monice, która dołączyła do mnie i Kasi.

Monika Dubicka: To właśnie od Renaty usłyszałam propozycję, aby dołączyć. Od razu pomyślałam: „czemu nie?”. Super wyzwanie, super przygoda, do tego intencje, bez których nie da się pielgrzymować!

Monika Stępniewska: Chodzę na piesze pielgrzymki od 2014 roku i od tamtego czasu po prostu muszę co roku pielgrzymować! (śmiech). Kiedy dowiedziałam się, że Piesza Pielgrzymka Warszawska w tym roku się nie odbędzie, nastawiałam się, że będę pielgrzymować tylko duchowo. Ale bardzo chciałam iść na pielgrzymkę i miałam takie pragnienie, żeby pójść kameralnie, na własną rękę. Wiedziałam, że pójdę, ale jeszcze nie wiedziałam z kim. Któregoś dnia wyszłam z pracy i gdy szłam przez park, zadzwoniła do mnie Monika Dubicka proponując mi pielgrzymkę. Odczytałam to jako odpowiedź Maryi na pragnienie mojego serca.

 

Nie zabrałyśmy pieniędzy, bo chciałyśmy całkowicie zdać się na Bożą Opatrzność, nie kombinować „po swojemu”. To postawiło nas w sytuacji, gdzie zostaje nam jedynie Jego opieka. To jest niesamowite, gdyż na co dzień jest trudno być w pełni wolnym

Postawiłyście sobie poprzeczkę bardzo wysoko i zdecydowałyście, że nie zabierzecie ze sobą pieniędzy. Dlaczego?

Monika Dubicka: Chciałyśmy całkowicie zdać się na Bożą Opatrzność, nie kombinować „po swojemu”. To postawiło nas w sytuacji, gdzie zostaje nam jedynie Jego opieka. To jest niesamowite, gdyż na co dzień jest trudno być w pełni wolnym – mamy wszystko pod ręką, przyzwyczajamy się i uważamy to za normę. Chyba poza granicami Polski nie odważyłabym się na taką decyzję, ale w Polsce jest naprawdę dużo gościnnych ludzi z „sercami na dłoni”, o czym każdego dnia się przekonywałyśmy.

Monika Stępniewska: Pielgrzymka „o żebraczym chlebie” długo we mnie rosła. Pierwszą reakcją gdy dowiedziałam się od Moniki, że idziemy bez pieniędzy, było pytanie: jak to…? Potrzebowałam trochę czasu, aby podjąć decyzję, że chcę być wolna od pieniędzy w tej drodze. To doświadczenie przyniosło ogromne owoce.

 

Czego uczy takie doświadczenie?

Monika Dubicka: Tego, że do szczęścia naprawdę nie potrzeba wiele. Uczy wolności od rzeczy ziemskich, materialnych, tego, że prawdziwe szczęście daje tylko Bóg. Bałam się tego, gdyż na co dzień mam dosłownie wszystko, czego zapragnę, a tym doświadczeniem Pan Bóg pokazał mi, że On zatroszczy się o wszystko co mi potrzebne… wystarczy tylko Mu zaufać.

Monika Stępniewska: Innym cudownym doświadczeniem była ogromna życzliwość i gotowość innych do pomocy nam, pielgrzymom.

 

 

Trudno wyobrazić sobie pieszą pielgrzymkę w czwórkę. Kto choć raz był na pieszej pielgrzymce do Częstochowy ten wie, że właśnie to doświadczenie wspólnoty jest jej dużą siłą. Nie brakowało Wam tego na trasie?

Katarzyna: To zależy, jakie się ma oczekiwania. Ja nie chodzę regularnie na zorganizowane pielgrzymki, tak jak Monika, choć doświadczyłam takiej formy pielgrzymowania. Jeszcze w czasach licealnych byłam kilka razy na pielgrzymce salezjańskiej do Czerwińska, a po maturze poszłam z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną do Częstochowy. Później byłam kilka razy na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, gdzie w końcu zobaczyłam, że „to jest to” – ta samotność, cisza. W zeszłym roku byłam też sama na Camino i muszę przyznać, że do mnie bardziej przemawia właśnie taka forma samotnego marszu. Wtedy jakoś łatwiej doświadczyć mi Pana Boga, mogę iść w swoim tempie i usłyszeć swoje myśli, bo nie ma tych wszystkich śpiewów (śmiech).

Monika Dubicka: Doświadczenie wspólnoty mocno objawiało się w tym, że widzieliśmy wielką otwartość ludzi przyjmujących nas na noclegi i tych, których spotykałyśmy po drodze.

Monika Stępniewska: Kocham ludzi i z nimi przebywać, ale czasem potrzebuję też przebywać w swoim towarzystwie, bądź kameralnym gronie, wtedy łatwiej o ciszę, mogę się bardziej skupić, odnaleźć spokój, być ze swoimi myślami, a także zwyczajnie wsłuchać się w rytm własnych kroków. Pielgrzymka w czwórkę pozwala na takie doświadczenie.

 

Zaplanowanie trasy, noclegów, wędrowanie z ciężkim bagażem na plecach, zorganizowanie każdego dnia – to duże wyzwanie. Jak sobie z nim poradziłyście?

Renata: Trasę układałam ja i brałam pod uwagę odległości, by każdego dnia było to nie więcej niż 30 km. Trasa pierwotnie liczyła 8 dni.

Katarzyna: Kiedy zobaczyłam tę trasę, to przyznaję, że od razu stwierdziłam, że to jest niewykonalne, bardzo to było ambitne (śmiech).

Renata: W ostatecznej wersji podzieliłyśmy trasę na 10 dni i nie była to trasa typowej pielgrzymki warszawskiej, która po drodze idzie do Niepokalanowa czy Smardzewic – omijałyśmy duże miejscowości, główne ulice, przede wszystkim z racji bezpieczeństwa – nie miałyśmy eskorty policji, porządkowych – szłyśmy raczej wioskami, ścieżkami leśnymi. Przy planowaniu noclegów zwracałam uwagę na to, by w danej miejscowości był kościół. Priorytetem była codzienna Eucharystia. Noclegi chciałyśmy mieć przy plebaniach w salkach i też założyłyśmy, że będziemy pytać ludzi, czy nam pozwolą rozbić namiot na podwórku.

Monika Dubicka: Wyruszyłyśmy po porannej Eucharystii i śniadaniu na plebanii z parafii św. Łukasza na Bemowie, gdzie razem z Renatą przynależymy do parafii. Dziennie pokonywałyśmy od 25 do 32 kilometrów. Ostatniego dnia miałyśmy do przejścia 14 km.

 

 

Zdarzyło się, że nie miałyście gdzie spać?

Monika Dubicka: Nie było takiego momentu, ostatecznie zawsze udało znaleźć się miejsce. Nie brakowało również ciepłego prysznica czy ciepłych posiłków. Ani razu nie czułyśmy głodu. A chleb przywiozłyśmy z powrotem ze sobą do Warszawy. Jedyna zimniejsza noc była w namiocie. Miałyśmy ze sobą dwa dwuosobowe namioty i tak naprawdę użyłyśmy ich tylko raz. Wprawdzie zaraz po ich rozbiciu zostałyśmy zaproszone na nocleg do domu, ale stwierdziłyśmy, że choć raz je wykorzystamy. Po trzech dniach zrezygnowałyśmy z nich zupełnie i je oddałyśmy. 

 

To chyba coś więcej, niż ludzka gościnność?

Monika Dubicka: Doświadczyłyśmy niesamowitego prowadzenia! Każdego dnia modliłyśmy się o dobrą i bezpieczna drogę i o otwartość ludzi, jakich Pan postawi na naszej drodze. Miałyśmy zwyczaj modlenia się przy kapliczce w miejscowości, gdzie planowałyśmy spędzić noc. Jak była plebania, szłyśmy z prośbą o wskazanie miejsca noclegu od razu do księdza. A jak nie było – to do ludzi. Kapłani początkowo podchodzili do nas z pewną ostrożnością, ale po chwili rozmowy wszelkie obawy mijały i byłyśmy mile zaskoczone przyjęciem i gościnnością. Księża dzielili się z nami jedzeniem z własnej lodówki, rano szli po bułki dla nas na śniadanie, robili ciepłą jajecznicę czy kiełbaskę na ciepło! W niedzielę zostałyśmy zaproszone na przyjęcie na plebanii – przywitano nas ciepłym barszczem, opłacono nam nocleg u sąsiada, który wynajmuje kwatery. Rano miałyśmy śniadanie i indywidualną Mszę świętą. Innym razem, po ulewie zboczyłyśmy z drogi i zatrzymałyśmy się na postój przy najbliższym kościele. Stało się tak, że ostatecznie wylądowałyśmy na… imieninach proboszcza, gdzie spędziłyśmy kilka godzin w towarzystwie jego przyjaciół. Wtedy można byłoby mówić nie o najedzeniu się do syta ale o przejedzeniu!

Monika Stępniewska: To była prawdziwa uczta dla ciała i ducha.

 

Miałyście moment kryzysu na trasie, że chciałyście zawrócić, wsiąść w najbliższy autobus i po prostu dojechać na Jasną Górę? 

Renata: Dla mnie fizycznie najtrudniejszy był trzeci dzień. Bardzo długie odcinki asfaltowe w pełnym słońcu. Miałam odparzone stopy i przez ostatnie kilometry trasy ledwo mogłam je oderwać od asfaltu. Duchowo natomiast najwięcej działo się we mnie przedostatniego dnia, wtedy miałam już dużo wątpliwości, pojawiały się myśli o szybkim powrocie do Warszawy. Trwało to do ostatniego dnia, po rozmowach z dziewczynami na ostatnim postoju wszystko odeszło. To była wielka ulga.

Monika Dubicka: Mój kryzys pojawił się w przedostatni dzień, gdy dopadło mnie zapalenie mięśnia nad stopą. Z bólem ciężko mi się szło, to była taka walka z samą sobą. Ale wiedziałam, że muszę dać radę, skoro zostało tak mało do celu!

Katarzyna: Przedostatniego dnia szło nam się ciężko i w dodatku źle oszacowałyśmy czas, okazało się, że możemy nie zdążyć na Mszę o 18. Każda z nas modliła się o to, żebyśmy zdążyły na Eucharystię i kiedy weszłyśmy do kościoła, była punkt 18:00. To był cud! (śmiech).

 

Wszyscy ludzie, których spotkałyśmy na drodze byli dla nas cudem. Sposób w jaki nas traktowano, ile nam dali dobroci i miłości. To było niesamowite, wręcz nie do pomyślenia, że może się wydarzyć.

No właśnie, pielgrzymka to też czas cudów… Co zaskoczyło Was na trasie?

Monika Dubicka: Przez pierwsze dwa dni trzymałyśmy się ustalonych miejscowości noclegowych. W kolejny już nie, dlatego musiałyśmy spać u ludzi, bo tam nie było kościoła i plebani. Wchodząc do Wielkiej Woli znalazłyśmy przydrożną kapliczkę i podeszłyśmy pomodlić się o nocleg. Nie miałyśmy pojęcia kim był święty, którego wizerunek był w tej kapliczce. Podeszłyśmy do pierwszych ludzi, którzy byli na podwórku, a ci skierowali nas do leśniczówki. Tam otworzyła nam pani i udostępniła miejsce w świetlicy wiejskiej. Była tam kuchnia, łazienka, wszystko. Później zaczęła nam przynosić jedzenie, pościel… Ci ludzie byli wspaniali, ugościli nas, zaproponowali pomoc na trasie, gdybyśmy miały jakieś kłopoty.

Renata: Później sprawdziłyśmy kim był „święty z kapliczki” i okazało się, że to był św. Roch, czyli święty patron pielgrzymów i żebraków. Kolejnego dnia, gdy modliłyśmy się o nocleg przy kapliczce, była tam przypięta karteczka z cytatem Mt 7,7 „Proście, a będzie Wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”. Tego dnia długo zastanawiałyśmy się gdzie zapytać o możliwość przenocowania. W końcu weszłyśmy na jedno na podwórko, ale nikt nie odpowiadał. I przypomniał nam się ten cytat: „(…) kołaczcie, a otworzą wam”. Monika zapukała do drzwi. Wyszła Pani, która na pytanie: „Czy możemy rozłożyć namioty?” powiedziała, że oczywiście, udostępniła łazienkę, kuchnię. Mogłyśmy zrobić sobie kolację, zjeść, umyć się.

Katarzyna: Później przyszła wnuczka tej pani, której opowiedziałyśmy, że pielgrzymujemy na Jasną Górę. Zareagowała bardzo pozytywnie i szybko okazało się, że jest zaangażowana w działalność ewangelizacyjną, śpiewa razem z siostrą w zespole „Veritas” prowadzonym przez ojców franciszkanów. Później miałyśmy też przyjemność poznać resztę tej wspaniałej rodziny. Już następnego dnia, przed wyruszeniem w drogę, poprosiłyśmy dziewczyny z zespołu, żeby nam coś zaśpiewały. Wybrały piosenkę „Mimo drzwi zamkniętych”, więc to było też takie nawiązanie do tego, jak pomimo drzwi zamkniętych udało nam się spać akurat w tym domu. To nie mógł być przypadek.

Renata: Wszyscy ludzie, których spotkałyśmy na drodze byli dla nas cudem. Sposób w jaki nas traktowano, ile nam dali dobroci i miłości. To było niesamowite, wręcz nie do pomyślenia, że może się wydarzyć. Cudowny był też nocleg u Państwa Marii i Józefa, którzy nas przyjęli i razem się modliliśmy wieczornym Apelem Jasnogórskim. Pani Gosia i jej mąż, którzy nie dość że dali nam dostęp do świetlicy wiejskiej, to jeszcze obdarowali smakołykami na kolację i śniadanie. I wszyscy księża, których spotkaliśmy, bardzo nam pomagali.

 

 

Jak wspominacie sam moment przyjścia na Jasną Górę? Tradycyjne pielgrzymki „robią hałas”. Jak było u Was?

Katarzyna: Dla mnie wejście na Jasną Górę zaczęło się już kilka kilometrów wcześniej, na Przeprośnej Górce przy sanktuarium św. Ojca Pio, gdzie spędziłyśmy bardzo dużo czasu, aż trzy godziny. Nie było to planowane, ale potrzebne. Pod względem fizycznym to była dla mnie dobra pielgrzymka, nie miałam ogromnych trudów. Ale bardzo dużo się we mnie działo wewnętrznie. I ciągle nie było czasu, aby to przemyśleć. I w tym sanktuarium jak tak uklękłyśmy, w końcu była cisza. I poczułam niesamowitą obecność Ducha Świętego. Wtedy uświadomiłam sobie wiele trudnych rzeczy, także z tej pielgrzymki. Zobaczyłam swoją słabość, egoizm, za co jestem Panu Bogu wdzięczna, bo myślę, że gdyby było tak jak sobie pierwotnie założyłam, że pójdę sama, albo pójdę tylko z Renatą, to bym tego nie doświadczyła. Nie miałabym szansy dostrzec pewnych rzeczy. Ostatnie metry na Jasną Górę to była już taka „wisienka na torcie” całej pielgrzymki. 

Monika Dubicka: Postawiłyśmy sobie pytanie czy wchodzimy w ciszy, czy z różańcem na ustach. Zdecydowałyśmy, że będziemy odmawiać różaniec. Ale już później, na ostatniej prostej na Błoniach Jasnogórskich śpiewałyśmy pieśni i piosenki.

 

Czyli czuć było tę pielgrzymkową radość.

Monika Dubicka: Tak. Ja to w sercu czułam. W ogóle dla mnie Jasna Góra jest wyjątkowa – to takie miejsce mocno naznaczone Bożą miłością i opieką Matki. I bardzo szczególne w moim życiu.

Renata: Zdecydowanie tak! I w sercu i na twarzach. Nagrywałam film z naszego wejścia – u wszystkich widać bijącą z wewnątrz radość. Osobiście z każdym krokiem nie mogłam się doczekać dojścia przed tron Matki. I każda minuta dawała wiele radości, że to już za moment.

 

Przez te 10 dni Pan Bóg pokazywał mi rany, które nie zostały wyleczone, problemy, które nie zostały rozwiązane, a które zalegały na dnie serca, przyklepane codziennością.

Widzicie owoce tej pielgrzymki?

Katarzyna: Dla mnie to była trudna lekcja zauważenia swoich różnych słabości i grzechów, które wyszły w trakcie tej pielgrzymki. Ale to jest ogromna łaska, za którą jestem Panu Bogu wdzięczna. 

Monika Stępniewska: Czas pielgrzymowania był niesamowitym doświadczeniem otwartości Pana Boga i dialogu między mną a Nim. Przez te 10 dni pokazywał mi rany, które nie zostały wyleczone, problemy, które nie zostały rozwiązane, a które zalegały na dnie serca, przyklepane codziennością. Pan Bóg w swoim działaniu nie popędzał, nie przyspieszał, czekał aż będę gotowa na kolejny krok. Jest cierpliwy mimo tego, że często mówię, że nie rozumiem. On wpuścił świeżość do mojego życia. Dostrzegam, że te trudne wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu, są niepodważalnym dowodem Jego miłości do mnie. Pokazał mi, że już nie ja sama i nie ja wiem lepiej. On wie najlepiej co dla mnie dobre, podsyła mi rozwiązania.

Monika Dubicka: Przed wyruszeniem na pielgrzymkę wspólnie rozmawiałyśmy o tym, czego boimy się najbardziej. Ja choruję na zapalenie stawów i bałam się czy dam radę przejść taką trasę. I ta pielgrzymka mi pokazała, że Pan Bóg jakby daje takie małe cierpienie, kiedy rzeczywiście jestem w stanie je udźwignąć. A zabiera wtedy, kiedy jest to potrzebne. Na czas pielgrzymki całkowicie mi to zabrał i nie miałam żadnych dolegliwości. I On pokazał mi tym jaki jest wszechmocny. 

 

Myślicie, że doświadczenie pandemii spowoduje „nową tradycję” pielgrzymowania indywidualnego w mniejszych grupach i tym samym da alternatywę tym, którzy preferują samotne lub kameralne pielgrzymowanie?

Katarzyna Małkowska: Pielgrzymowanie samemu albo w małej grupie to zupełnie „inny typ pielgrzymowania”. W ten sposób można jeszcze bardziej doświadczyć Pana Boga, może dlatego, że to wymaga od nas „wyższego poziomu zaufania” przy planowaniu noclegów, organizacji dnia, szczególnie kiedy nie brałyśmy ze sobą pieniędzy. To zdanie się w stu procentach na łaskę Pana Boga. Na Jego opiekę, na Jego pomoc w tej drodze. Myślę, że to jest coś pięknego, co warto przeżyć.

 

 


Tekst opublikowano 19 sierpnia 2020 r.

Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap