Media deformują ojcostwo

Zastępca rzecznika archidiecezji krakowskiej podsumowuje badania, które były tematem jego pracy doktorskiej. Wynika z nich, że mimo licznych przykładów pozytywnych, media promują negatywny obraz ojca, co rzutuje na obraz Boga w powszechnej świadomości

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >

Z księdzem Piotrem Studnickim o obrazie ojca w prasie amerykańskiej i polskiej rozmawia Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI)

 

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: Obraz ojca rodziny w prasie – analiza “wypowiedzianego” i “niewypowiedzianego” w czterech dziennikach – Rzeczpospolitej, Gazety Wyborczej, The New York Times, Corriere della Sera – to temat doktoratu, który obronił Ksiądz w listopadzie ubiegłego roku na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Świętego Krzyża w Rzymie u prof. Norberto Gonzaleza Gaitano. Skąd pomysł na taki temat?

Ks. dr Piotr Studnicki: Na Uniwersytecie Santa Croce istnieje grupa badawcza, w skład której wchodzą naukowcy z kilkunastu uniwersytetów na świecie, która analizuje obraz rodziny w mediach. Celem tych badań jest pomoc organizacjom, które zajmują się promocją rodziny w przestrzeni publicznej, aby to robiły profesjonalnie, pozytywnie, bardziej strategicznie. Dzieląc się wynikami naszych analiz, staramy się służyć radą, w jakim kierunku warto iść, na jakich toposach się oprzeć, jakich kalk używa się najczęściej do przedstawienia ojcostwa i macierzyństwa czy osób starszych. Dorobek grupy jest dostępny na stronie internetowej www.familyandmedia.eu w języku włoskim, hiszpańskim i angielskim.

W mojej pracy zająłem się analizą tekstów, których bohaterem jest ojciec rodziny, opublikowanych w czterech wspomnianych dziennikach w czerwcu i grudniu 2012 r. W ciągu tych dwóch miesięcy ukazało się ponad 900 artykułów, w których ojciec rodziny jest wspominany, z czego w 355 przypadkach jest on ważnym bohaterem tekstu. Już na wstępie okazało się, że najczęściej o ojcostwie pisze się w New York Times i Corriere della Sera, rzadziej w Gazecie Wyborczej, najmniej w Rzeczpospolitej.

 

W jaki sposób badał Ksiądz te teksty?

– Interesowały mnie w nich trzy elementy. Po pierwsze, tzw. frame, czyli rama interpretacyjna, w którą dziennikarz oprawia informację. Często widać ją w tytule, w pierwszych i ostatnich zdaniach tekstu lub w kluczowych słowach użytych w artykule. Rama wpływa na lekturę artykułu, gdyż narzuca określoną interpretację całego tekstu i najdłużej zostaje w głowie czytelnika po jego lekturze. Kolejnym elementem, który starałem się ustalić, jest topos. Ten starożytny koncept oznacza z języka greckiego „miejsce wspólne”, tzn. takie przedzałożenie, w którym autor tekstu spotka się z czytelnikiem i zrozumieją się bez słów. Wytłumaczę to na przykładzie. Artykuł opisujący cierpienie spowodowane konfliktem w rodzinie, oparty jest na prostym przedzałożeniu: tylko zjednoczona rodzina jest szczęśliwa. Gdyby piszący i czytający nie spotkali się w tym przedrozumieniu, opisywanie rozbicia jako dramatu byłoby niezrozumiałe. Toposy wyrażają więc prawdy, których nie trzeba szczegółowo tłumaczyć, co do których jesteśmy zgodni, bo odwołują się do ludzkiej natury, do najgłębszych inklinacji, które są w każdym człowieku. I to jest trzeci element, który starałem się ustalić podczas analizy artykułów: do jakich ludzkich inklinacji najczęściej odwołują się artykuły o ojcostwie? Porównując tekst dziennikarski do utworu muzycznego, można powiedzieć, że frame jest jak refren najmocniej zapadający w pamięć, topos przypomina motyw muzyczny, w oparciu o który zbudowany jest cały utwór, a inklinacje ludzkiej natury są jak struny, na których wygrywana jest melodia.

 

ojciec1

 

Czym konkretnie są te inklinacje, czy też jak je Ksiądz nazywa – „struny” ludzkiej natury?

Opierając się na koncepcji cnót społecznych opisanej przez Arystotelesa, a następnie przejętej i rozwiniętej przez św. Tomasza z Akwinu, wyróżniam dziewięć takich „strun”. Są nimi: pieta, czyli inklinacja do naszego źródła – rodziców, ojczyzny, Boga; potrzeba autorytetu; pragnienie prawdy; honor rozumiany jako projekcja społeczna postępowania moralnego lub niemoralnego na członków wspólnoty, w której człowiek żyje; stosunek do prawa i państwa; umiejętność posiadania i dawania czegoś; zdolność dawania siebie, czyli do miłości; umiejętność odpowiedzi na otrzymany dar, czyli wdzięczność i w końcu poczucie sprawiedliwości. Każda z tych dziewięciu inklinacji może się wyrazić w sposób pozytywny lub negatywny, tzn. jako cnota lub jako wada. Ważne jest to, że te inklinacje uzdalniają nas do życia społecznego, do budowania wspólnoty. One stoją u podstaw komunikacji międzyludzkiej, która – mówiąc obrazowo i z pewnym uproszczeniem – polega na wygrywaniu „melodii” na „strunach” naszej wspólnej natury.

 

W jakie „struny” najczęściej uderzają dziennikarze pisząc o ojcostwie?

– Według mojej analizy, z tekstów prasowych najmocniej przebija potrzeba ojcowskiego autorytetu, do której odwołuje się blisko 40 proc. artykułów, oraz pieta, czyli wymiar ojcostwa jako przekazywanie życia, które widać w 30 proc. przebadanych tekstów. Dominacja tych dwóch „strun” nie powinna dziwić, gdyż chodzi o podstawowe zadania ojca: zrodzenie oraz wychowanie potomstwa. Mężczyzna jest odpowiedzialny nie tylko za to, aby wraz z kobietą przekazać życie dziecku, ale również aby je wychować w oparciu o autorytet potwierdzony przykładem życia. Wśród pozostałych strun, znajdują się miłość rodzicielska, do której odwołuje się 15 proc. artykułów, oraz honor, umiejętność posiadania i dawania oraz pragnienia prawdy, w które uderzają co dziesiąty z analizowanych tekstów. Najrzadziej, bo tylko w 5 proc. tekstów, widać cnotę wdzięczności i stosunek do prawa.

 

Czy porównując obraz ojca rodziny w czterech przebadanych przez Księdza dziennikach, można zauważyć istotne różnice?

– Różnice są bardzo duże. Dziennikarze New York Times i Corriere della Sera pisząc o ojcu najczęściej ukazują go jako wychowawce dzieci, akcentują jego odpowiedzialność za potomstwo, opisują go w kontekście cierpienia przeżywanego we wspólnocie rodzinnej lub zwracają uwagę na ojcowski honor, który wyraża się najczęściej poprzez dumę lub wstyd rodzica z powodu postępowania swojego dziecka. W prasie polskiej dominują zupełnie inne wymiary ojcostwa. Najczęściej widać w nich rodzica rozbitego między obowiązkami rodzinnymi a pracą zawodową, ojca borykającego się z problemami ekonomicznymi rodziny, który liczy na wsparcie państwa, w postaci polityki prorodzinnej, urlopów prorodzinnym, tacierzyńskich, przychylnego prawodawstwa. Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że tytuły zagraniczne poprzez eksponowanie takich elementów jak wychowanie, odpowiedzialność, honor i cierpienie, ukazują przede wszystkim wymiary wewnętrzne ojcostwa. Natomiast gazety polskie, częściej koncentrując się na problemie pracy, ekonomii i polityce państwa, akcentują zewnętrzne aspekty rodzicielstwa, bardziej społeczne, które oczywiście też są bardzo ważne.

 

ojciec2

 

Jak można wytłumaczyć te różnice?

– Chyba nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że przyczyn tych różnic trzeba szukać w odmiennościach kulturowych społeczeństw, a także w uwarunkowaniach ekonomiczno-politycznych państw. Nie bez znaczenia jest też linia redakcyjna czy światopogląd konkretnego dziennikarza. Nieraz to właśnie te ostatnie decydują o sposobie potraktowania tematu. Aby to wyjaśnić, posłużę się przykładem. W 2012 r. z okazji Dnia Ojca Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolitej opublikowały artykuły na temat ojcostwa. Obie gazety ukazały ten sam problem, tzn. konflikt między pracą zawodową a życiem rodzinnym, z którym borykają się współcześni ojcowie, ale uczyniły to w bardzo różny sposób. Dziennikarz Rzeczpospolitej sugeruje, że wspomniany konflikt można rozwiązać poprzez zmiany w prawodawstwie prowadzących do uelastycznienia godzin pracy. Dla redaktora Gazety Wyborczej problem ojca rozbitego między rodziną a pracą musi doprowadzić do rozpadu związków i zwiększenia liczby rodziców samotnie wychowujących dzieci. Rolę nieobecnego rodzica ma przejmować państwo, stając się w ten sposób „wielkim rodzicem”. Ten sam problem można ukazać w jeszcze innej ramie interpretacyjnej. Przykładem jest artykuł opublikowany w tym samym miesiącu w New York Times na temat młodych matek, które równocześnie robią karierę zawodową. Nie widać w nim konfliktu między rodziną a pracą. Ojciec jest w tym artykule postacią drugoplanową, ale bardzo ważną, bo poprzez włączenie się w wychowanie dzieci wspiera i pomaga żonie w połączeniu macierzyństwa i kariery zawodowej.

 

Te trzy artykuły odzwierciedlają więc odmienne filozofie?

– Zdecydowanie tak. To właśnie te odmienne filozofie wpływają na tak skrajnie różne interpretacje tego samego problemu i propozycje rozwiązania konfliktu. Z jednej strony opcja pozytywna, ratująca jedność rodzinną poprzez współpracę małżonków i rodziców lub bardziej prorodzinne prawo pracy. Z drugiej optyka negatywna, według mnie ideologiczna, ukazująca rozbicie małżeństwa jako coś nieuchronnego i przejęcie przez państwo roli rodzica.

 

Czy w tekstach o ojcostwie często widać ślad wojny ideologicznej, która się toczy wewnątrz naszej cywilizacji i w ramach której często dezawuuje się postać ojca?

– Ideologiczne ujęcia ojcostwa zauważyłem w ok 10 proc. analizowanych przeze mnie tekstów. Najczęstszą ideologią jest wojujący feminizm, który pokazuje relacje między mężczyznami i kobietami jako walkę. On jest wrogiem, ona musi zrzucić jego jarzmo. Konsekwencją tych założeń jest sprowadzanie ojca do oprawcy odpowiedzialnego za przemoc w rodzinie. Inną częstą ideologizacją jest ukazywanie ojcostwa w kontekście tzw. praw osób homoseksualnych, przede wszystkim do adopcji i wychowania dzieci. Pozornie wydaje się, że ten postulat jest afirmacją rodzicielstwa. Faktycznie jednak zasada „nieważne czy dziecko ma ojca i matkę, czy dwóch ojców czy dwie matki, istotne aby się kochali” podważa niezastąpioną rolę ojca w rodzinie i społeczeństwie. Kolejną ideologizacją jest promowanie tzw. „dobrego rozwodu”, który ukazuje rozbicie związku małżeńskiego jako coś naturalnego, pozytywnego i bezproblemowego. Takie ujęcie przemilcza negatywne skutki rozwodów, które szczególnie dotkliwie uderzają w dzieci. Ideologiczne podejście do ojcostwa widać także w artykułach, które ukazują posiadanie dziecka jako prawo, które za wszelką cenę należy się rodzicom. Według takiej optyki, dziecko nie jest darem, który rodzice przyjmują bezwarunkowo. Skrajną postacią ideologii jest gender, która ukazuje tożsamość człowieka, a więc także ojcostwo i macierzyństwo, jako kwestię zupełnie dobrowolnego wyboru niezwiązanego z naturalnymi uwarunkowaniami biologicznymi człowieka.

 

ojciec3

 

Ślady ideologii zauważył Ksiądz w co dziesiątym tekście. Co z pozostałymi 90 proc. informacji? Jaki obraz ojcostwa ukazują?

– Ciekawe jest to, że postać ojca pojawia się we wszystkich sekcjach tematycznych gazet – w informacjach dotyczących polityki, kultury, sportu, ekonomii, kronice wydarzeń, itd. To pokazuje, jak bardzo naturalnym tematem jest ojcostwo, skoro przewija się niemal przez wszystkie aspekty życia opisywanego przez dziennikarzy. W większości artykułów analizowanych przeze mnie, obraz ojca rodziny jest pozytywny. Najlepszy jest w Rzeczpospolitej, gdzie dobre przykłady stanowią niemal 70 proc. przypadków. W gazecie włoskiej i amerykańskiej ilość pozytywnych artykułów o ojcostwie wynosi ok 60 proc. Tylko w Gazecie Wyborczej ilość przykładów negatywnych nieznacznie przeważa nad pozytywnymi. Zastanawiający jest fakt, że choć obraz ojca na łamach gazet jest w większości pozytywny, to w dziale dotyczącym kultury zdecydowanie przeważa ilość artykułów ukazujących negatywne przykłady ojcostwa.

 

Z czego to wynika? Dlaczego eksponuje się negatywny obraz ojca?

– Myślę, że można postawić dwie hipotezy. Jeśli przyjmiemy założenie, że kultura jest lustrem rzeczywistości, to można tłumaczyć, że literatura, teatr i film odzwierciedlają po prostu kondycję ojcostwa, które znajduje się dzisiaj w tak dennym i opłakanym stanie. Nie jestem zwolennikiem tej hipotezy. Myślę, że rzeczywistość – w tym także kondycją ojcostwa – wygląda lepiej niż nam ją niektórzy przedstawiają. Przypuszczam, że chodzi o fakt, iż łatwiej jest zbudować akcję utworu literackiego, teatralnego lub filmowego na konflikcie, na przykład rodzinnym, między rodzicami a dziećmi. Konflikt przyciąga uwagę. Łatwo nim zainteresować czytelnika, słuchacza lub widza. Łatwo go „sprzedać”. To dlatego kultura masowa częściej go eksponuję, ukazując konfliktowe relację rodzinne i negatywny obraz ojcostwa.

 

Media powinny opisywać rzeczywistość, ale zwłaszcza kultura masowa uznawana jest za ważny czynnik wychowawczy, kształtujący świadomość odbiorców.

– Albo antywychowawczy, wpajający w skrajny indywidualizm, do którego zachęca nas wiele dzieł kultury masowej. Wpajają one odbiorcy filozofię zrywania więzi, ubóstwiają całkowitą autonomię. Istnieje mocna presja na jednostkę, by od nikogo nie zależała i niczego się po innych nie spodziewała. I ten kult autonomii stoi za obrazem ojca w produktach kultury masowej.

 

ojciec4

 

Czy negatywny obraz ojca wpływa na obraz Boga?

– Tak, bez wątpienia. Mówię to na podstawie własnego, dziewięcioletniego doświadczenia pracy duszpasterskiej w Polsce, Włoszech, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Doświadczenie rodzica i obraz Boga są ze sobą splecione niezwykle mocno. W pewnym sensie rodzic jest pierwszym objawieniem ojcostwa Boga. Uderzenie w ojca rodziny jest pośrednio uderzeniem w wiarę, w więź z Bogiem. Często pociąga za sobą negatywne i długotrwałe skutki. Dlatego promocja i obrona rodziny, relacji międzypokoleniowych, to z natury praca preewangelizacyjna.

 

Wracając do tematu badań, powiedział Ksiądz, że większość artykułów ukazuje ojca od strony pozytywnej. Skąd więc opinia, że prasa pisze najczęściej o tym, co złe?

– Moja analiza pokazuje, że jeśli ojciec jest postacią pierwszorzędną w tekście, czyli jest obecny w tytule, leadzie, o wiele częściej jest postacią negatywną. Jeżeli natomiast jest postacią drugoplanową, znacznie częściej jest pozytywną. Tak więc przy pobieżnej lekturze gazety, polegającej na przeglądaniu tytułów i co najwyżej leadów, obraz ojca jest bardzo negatywny. Dla przykładu, w New York Times gdzie jak wspomniałem 60 proc. artykułów opisuje ojca pozytywnie, aż w 80 proc. tytułów, w których pojawia się słowo ‘ojciec’ lub ‘tata’, ojcostwo jest ukazane od ciemnej strony.

Okazuje się, że w prasie nie brakuje pozytywnych przykładów, ale są one jakby schowane, ukryte w tekście. Natomiast na pierwszym planie eksponowane są złe przykłady. Wydaje mi się, że media można porównać do stawu, na powierzchni którego pływa gruba warstwa brudów i śmieci. Stojąc na brzegu, myślimy: Ta woda jest brudna, do niczego się nie nadaje. Ale jeśli nie zatrzymamy wzroku tylko na powierzchni, ale zanurkujemy, to okaże się, że pod warstwą śmieci jest dużo czystej wody. I że tej wody jest zdecydowanie więcej niż brudu i śmieci.

 

Ojciec pokazywany jest z punktu widzenia brudnego stawu.

– Badania pokazują, że mamy do czynienia z przeakcentowaniem negatywnych przykładów rodzicielstwa. Dziennikarze nierzadko idą na łatwiznę, próbując złapać czytelnika na przykłady negatywne, na konflikt, na skandal. Zapewne wiele trudniej wzbudzać zainteresowanie sprawami dobrymi i budującymi oraz wymyślić pozytywny tytuł, który przykuwałby uwagę czytelnika. Myślę, że wspomniana tendencja występuje nie tylko w czterech przebadanych dziennikach, ale jest to trend powszechny, który dotyczy także innych mediów. Jak widać, analizując teksty na temat ojcostwa, choć nie było to moim głównym celem, dotknąłem kondycji mediów.

 

Samotny ojciec zabiera swoją córkę na jej pierwszą randkę

 

Media nie odzwierciedlają, a deformują?

– Media są jak ludzkie życie, w którym zło jest często bardziej krzykliwe, a dobro ciche i dyskretnie. Media są jak ich twórcy, odbiorcy i użytkownicy, których łatwiej zaciekawić przykładem negatywnym, a trudniej zainteresować pozytywnym. Media, jak każda inna przestrzeń ludzkiego życia, jest areną zmagania dobra i zła. Nie inaczej jest z ojcostwem. Z jednej strony jesteśmy dziś świadkami gwałtownego, zmasowanego ataku na ojcostwo. Najbardziej skrajnym przejawem jest teoria gender, która podważa tożsamość mężczyzny i kobiety, ojca i matki, wmawiając jednostce, że może sobie wybrać płeć bez związku z uwarunkowaniami biologicznymi. Taka ideologiczna lektura podważa ojcostwo jako wyraz męskiej tożsamości zakorzenionej w biologii. Z drugiej strony spotykamy się z inicjatywami, które bardzo świadomie propagują dojrzałe i odpowiedzialne ojcostwo. Konferencje, książki, stowarzyszenia, warsztaty, analizy, szkoły dla rodziców, formacyjne grupy mężczyzn, tato.net, itd. Z jednej strony niszczy się ojcostwo, z drugiej próbuje się go odkrywać i ratować. To jest współczesny paradoks.

Kilka lat temu we Włoszech ukazała się ciekawa książka zatytułowana “Kompleks Telemacha”. Autor, Massimo Recalcati, z zawodu psychoterapeuta, twierdzi, że epoka Edypa, a więc czas odrzucenia autorytetu i roli ojca, chyli się ku upadkowi. Głośnym przejawem mijającej epoki była tzw. „rewolucja seksualna ’68”, której jedno ze sztandarowych haseł brzmiało „wróg mojego ojca jest moim przyjacielem”. Włoski terapeuta pisze, że dzisiejsze społeczeństwo bardziej niż ojcobójcę Edypa przypomina Telemacha, bohatera homeryckiej Odysei, który przez 20 lat z utęsknieniem czekał na powrót swojego ojca Odyseusza z wojny trojańskiej. Można powiedzieć, że jako społeczeństwo mamy już za sobą totalną kontestację autorytetu ojca. Dziś odkrywamy, że bez ojca nie da się żyć, że świat nie jest bez niego lepszy. Dziś szukamy ojca, pragniemy jego powrotu, potrzebujemy jego autorytetu. Oczywiście, nie oznacza to powrotu czy odtworzenia patriarchatu, który był wypaczeniem autorytetu ojca i jego roli w rodzinie i społeczeństwie. Kryzys ojcostwa nie wziął się z niczego.

 

Płacimy dziś za bezwzględny patriarchalizm, za to, że w rodzinie była tylko jedna osoba o nieograniczonej władzy i jedyna osoba uznawana za dojrzałą i dorosłą – mąż i ojciec.

– Szukając modelu ojcostwa można popaść w skrajności. W modelu patriarchalnym ojciec nie spełniał roli wychowawczej, gdyż był daleko od dziecka, był niedostępnym panem, a jego rola nierzadko ograniczała się do wymierzania kar. Dziś można zauważyć inny błąd, o którym piszą włoscy psychologowie i pedagodzy. Ojciec stał się kumplem do zabawy, maskotką do przytulenia. Nieraz bardziej przypomina „drugą mamę” niż tatę. Stał się słaby. Nie wymaga, nie stawia granic, nie dopinguje do wzrostu. Trzeba odnaleźć autentyczny model ojcostwa. I to jest nasze ogromne wyzwanie.

***

Statystyka

W 4 analizowanych tytułach w czerwcu i grudniu 2012 r. opublikowano 927 artykułów na temat ojca rodziny: 402 w The New York Times, 272 w Corriera della Sera, 160 w Gazecie Wyborczej oraz jej dodatkach, Wysokich Obcasach i Dużym Formacie, i 93 w Rzeczpospolitej oraz dodatku Plus Minus. W 355 przypadkach, ojciec jest ważna postacią w artykule: 126 w dzienniku amerykańskim, 123 w gazecie włoskiej, 72 w Gazecie Wyborczej i 34 w Rzeczpospolitej. W dzienniku amerykańskim oraz włoskim ukazują się średnio 2 teksty o ojcostwie na dzień, w Gazecie Wyborczej – jeden na dzień, w Rzeczpospolitej – jeden na dwa dni. Najbardziej pozytywny obraz ojcostwa znajduje się w Rzeczpospolitej (69 proc. pozytywnych, 28 proc. negatywnych, 3 proc. neutralnych). Kolejne są The New York Times (62 proc. pozytywnych, 37 proc. negatywnych, 1 proc. neutralnych), Corriere della Sera (59 proc. pozytywnych, 36 proc. negatywnych, 5 proc. neutralnych) oraz Gazeta Wyborcza (46 proc. pozytywnych, 47 proc. negatywnych, 7 proc. neutralnych).


 

Ks. dr Piotr Studnicki (1981), urodził się i wychował w Makowie Podhalańskim. Ukończył Arcybiskupie Seminarium Duchowne w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 2006 r. z rąk Metropolity Krakowskiego Stanisława Kard. Dziwisza. W Latach 2006-2008 pracował w Parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Chełmku. W 2008-2015 studiował na Wydziale Komunikacji Społeczno – Instytucjonalnej Uniwersytetu Świętego Krzyża w Rzymie, gdzie obronił pracę doktorską pod tytułem “Obraz ojca rodziny w prasie. Analiza ‘powiedzianego’ i ‘nie powiedzianego’ w The New York Times, Corriere della Sera, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej”. Studiował także w Szkole Dziennikarstwa na Uniwersytecie Missouri w Columbia w USA ( styczeń-maj 2012). Jako aktywny użytkownik Twittera (@piotrstudnicki) jest współtwórcą profilu @duchowni oraz współorganizatorem akcji ewangelizacyjnych w mediach społecznościowych. Obecnie pracuje jako wikariusz parafii św. Floriana w Krakowie, zastępca rzecznika Archidiecezji krakowskiej oraz kierownik Redakcji Programów Katolickich im. ks. Andrzeja Baczyńskiego TVP Kraków. Jest zapalonym cyklistą oraz miłośnikiem biegania.

 


Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa

 

Grysiak_Kochaja_mnie_popr

Polecamy książkę Brygidy Grysiak “Kochają mnie do szaleństwa”

Pięcioletni chłopiec opowiada o cudzie, dzięki któremu żyje

 

Niezwykła siła całej rodziny, miłość bliskich i wiara w to, że Jurek mimo zdiagnozowanego glejaka złośliwego może wyzdrowieć, to lekcja nadziei dla wszystkich. Także dla tych, którzy ją stracili. Dopiero w najtrudniejszych sytuacjach możemy odkryć, ile mamy w sobie siły, i zrozumieć, że każdy dzień daje szansę na wielką wygraną. Wystarczy tylko docenić to, co już się ma. I kochać do szaleństwa.

 


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Piotr Studnicki

Ks. Piotr Studnicki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >

Pomagam, tak jak mnie pomagano – rozmowa dr Heleną Pyz

"Chciałabym móc pomagać i służyć ludziom jak najdłużej. Pomagać innym tak jak mnie pomagano" - mówi dr Heleną Pyz, polska lekarka i misjonarka świecką w rozmowie z KAI

Z dr Heleną Pyz, członkinią Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, lekarką pracującą w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach o miejscu chrześcijaństwa w społeczeństwie indyjskim, sukcesach i porażkach w ponad 25 letniej pracy wśród trędowatych, swojej religijności i spojrzeniu na Polskę i Kościół rozmawia Krzysztof Tomasik (KAI)

 

Ma Pani Doktor za sobą ponad 25-letnie misjonarskie doświadczenie. Co to znaczy być misjonarzem w XXI w.?

Dr Helena Pyz: Jest to pytanie, które mnie onieśmiela, gdyż nigdy nie uważałam, że jestem misjonarką w takim sensie, w jakim zwykle pojmuje się misje. Bycie misjonarzem kojarzy się przede wszystkim z niesieniem orędzia Jezusa Chrystusa ludziom, którzy nigdy o Nim nie słyszeli. Czegoś takiego nie ma w Indiach, które są krajem „amisyjnym”, a zgodnie z konstytucją są nawet „areligijnym”, mimo że ok. 88 proc. liczącego ponad 1 mld indyjskiego społeczeństwa wyznaje hinduizm, a religia jest wszędzie obecna. W historii dochodziło do wielu krwawych konfliktów między hinduistami a muzułmanami i chrześcijanami.

 

foto 3

fot. Beata Zajączkowska

 

Jakie miejsce zajmuje chrześcijaństwo w społeczeństwie indyjskim?

– Jest nas zaledwie 2,2 proc., ale wyznawcy hinduizmu boją się wyznawców Jezusa. Na słowo „misja” reagują alergicznie. W ostatnich latach coraz częściej dochodzi do prześladowania chrześcijan. To, że zwalczają chrześcijan, ma jeszcze inny powód… Chrześcijaństwo zaniosło do Indii równość w myśl zasady, że wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Zresztą wielki twórca współczesnej indyjskiej państwowości Mahatma Gandhi członków najniższej kasty lub wykluczonych z kasty nazywał „haridżan”, co znaczy “dzieci Boga”. Przynależność do danej kasty rozpoznaje się m.in. po urodzie, nazwisku, ubiorze, ułożeniu rąk, postawie całego ciała itp. Myślę, że kastowość jest najbardziej bolesnym problemem indyjskiego społeczeństwa. Ponadto w Indiach mamy wiele ludów plemiennych nazywających się „adivasami”, nienależących do żadnej kasty. Według indyjskiego prawa nie można głosić nauki Chrystusa poza świątynią, publicznie. W Indiach nie ma wolności religijnej w sensie europejskim. Hinduistów się faworyzuje i mają wiele praw, których nie mają wyznawcy innych religii.

 

Zatem na czym polega Pani misja?

– Moją misją jako lekarza i misjonarki świeckiej jest leczenie ludzi, przynoszenie ulgi w cierpieniu. Jestem człowiekiem poświęconym Panu Bogu i w Jego imię pełnię swoją rolę. Od Boga czerpię siły, to On mnie tam posłał, abym służyła ludziom chorym, przede wszystkim trędowatym, których nikt nie kocha i nikt nie chce.

 

Gdy mówi się o trędowatych, to katolikowi zazwyczaj kojarzą się oni z Ewangelią, gdy uzdrawia ich Jezus…

– Trędowaty to znaczy nieczysty. Kojarzy się też z powieścią „Trędowata” Heleny Mniszkówny, co w przypadku bohaterki tej powieści znaczy „odrzucona”, „niechciana” w danym środowisku. „Nieczysty” w Indiach oznacza również „niedotykalny”. Nieczystego nie można się dotknąć, a nawet jego cień nie powinien paść na zdrowego człowieka. Gdy już do czegoś takiego dojdzie, koniecznie trzeba dokonać ablucji.

 

A czym jest trąd z punktu widzenia medycznego?

– Przez wieki sądzono, że jest to przekleństwo Boga, kara za zło dokonane przez chorego lub jego przodków. W hinduizmie mówi się nawet o karze za poprzednie wcielenie. Jednak trąd jest zwyczajną chorobą infekcyjną. Prątek trądu wykrył w drugiej połowie XIX w. norweski lekarz Armauer Hansen. Choroba przenosi się, podobnie jak gruźlica, drogą kropelkową. Leczymy ją podobnym lekiem jak gruźlicę. Różnica polega na tym, że gruźlica dotyczy organów ważnych dla życia, takich jak płuca, nerki czy jelita, natomiast trąd niszczy nerwy obwodowe. Najpierw degradacji ulegają nerwy czuciowe. Oznacza to, że trędowaty nie czuje bólu, gdy się zrani czy oparzy. Przychodzili do mnie pacjenci, którzy tracili palce, gdyż trzymając coś ostrego lub dotykając bardzo gorących przedmiotów, nic nie czuli. Jednej z pacjentek szczur wygryzł kawałek palca i tego nie czuła. Brak czucia bólu dla trędowatego jest przekleństwem. Ból jest przecież ostrzeżeniem, że trzeba iść do lekarza. Pierwsze objawy trądu to odbarwienie skóry, nawet jedna plama wskazuje na zarażenie. Kolejny etap choroby to nacieczenie nerwów, co prowadzi do utraty czucia. Istnieje też inna postać trądu, wysokobakteryjna, objawiająca się grudkami na całym ciele. Jedynym sposobem przeciwdziałania chorobie jest prowadzenie systematycznych badań profilaktycznych.

 

Foto 11

fot. Beata Zajączkowska

 

Nie wynaleziono szczepionki…

– Jak na razie na trąd nie wynaleziono żadnej szczepionki. Prątka trądu nie można wyhodować na żadnym zwierzęciu czy sztucznym podłożu. Czas jego wylęgania jest dość długi. Kiedy dochodzi do niszczenia osłonek nerwów, to dalej choroba bardzo szybko się rozwija. Po degradacji nerwów dochodzi do deformacji ciała. Izolujemy się od trędowatych nie tylko ze strachu, że się zarazimy, lecz także z poczucia obrzydzenia. Wygląd ich zdeformowanych chorobą kończyn czy twarzy jest często odstraszający.

 

Jak powszechne jest zjawisko trądu w Indiach?

– Szacuje się, że ok. 70 proc. wszystkich trędowatych na świecie mieszka w Indiach. Są obszary, na których osób zarażonych trądem jest dużo, są to głównie środkowe i północne stany, w tym stan Chhattisgarh, gdzie mieszkam i pracuję. Ale byłam też na południu kraju, gdzie wydawałoby się problem trądu w ostatnich dziesięcioleciach został zminimalizowany. Widziałam tam ośrodek leczniczy z dużą liczbą pacjentów.

 

Ilu pacjentów liczy Pani ośrodek?

– W Jeevodaya przebywa ok. 100 pacjentów, a w przychodniach pod opieką mam ok. 5000 chorych. Do naszego ośrodka docierają pacjenci z dużego obszaru. Istnieje on już od prawie 50 lat i zdobyliśmy sobie renomę. Niestety nadal wielkim problemem jest wczesna diagnostyka. Trafiają do nas pacjenci, u których nie rozpoznano trądu, mimo że bywali u lekarzy. Populacja chorych na trąd w Indiach jest nadal duża.

 

Po ponad 25 latach Pani pracy z trędowatymi zapytam o największe sukcesy i porażki…

– Każda wyleczona osoba to jest sukces. Oczywiście nie jest to tylko mój sukces. Wiele rzeczy się na niego składa. Przede wszystkim pacjent musi zrozumieć, że ma się leczyć, i systematycznie przyjmować leki. Aby to zrozumiał, musi mieć dobre przykłady i dlatego moi współpracownicy starają się mu to wytłumaczyć. Z jednej strony pacjenci rozumieją, co do nich mówię, ale czasem nie do końca do nich dociera, że leczenie jest konieczne. Wielokrotnie się zdarza, że z błahych powodów je przerywają. Tłumaczą się, że musieli pojechać na rodzinną uroczystość albo że padał deszcz i nie chciało się im wyjść z domu. Klęska polega przede wszystkim na tym, że gdy pacjent przerywa kurację, wytwarza się oporność na podawane leki. Nie mamy wielkiego wyboru co do metod leczenia, gdyż stosujemy w nim jedynie trzy podstawowe medykamenty. Stąd duże prawdopodobieństwo nabycia na nie oporności.

 

A sukcesy?

– Dzięki Panu Bogu udało mi się uratować kilkoro dzieci. Wielką moją radością są Patrycja i Jaintri – dziewczynki, które przybyły do nas zagłodzone z powodu śmierci matek. W Indiach naturalne karmienie niemowląt jest powszechne, a produkty mleczne, w szczególności mleko dobrej jakości dla dziecka jest bardzo drogie. Po śmierci matki zazwyczaj nie stać przeciętnego biednego rolnika, aby wykarmić dziecko. Niestety matki umierające przy porodzie to w Indiach częste zjawisko. Nie ma powszechnej opieki okołoporodowej. Nie wiem, jak zmarła matka Patrycji – mała trafiła do nas, gdy miała już cztery miesiące i była w stanie skrajnego wygłodzenia. Jej rodziny nie było stać na kupienie mleka. Jak policzyłam, 17 lat temu karmienie Patrycji kosztowało 1000 rupii miesięcznie. Dla porównania miesięczna pensja niewykwalifikowanego rolnika wynosiła też ok. 1000 rupii. Jeżeli w rodzinie jest dwoje, troje, czworo dzieci i matka umiera, to w pierwszej kolejności trzeba wykarmić starsze dzieci. Gdy przyniesiono mi Patrycję, to ważyła ona 1850 gramów. Jej ciałko mieściło się w mojej dłoni. Była tak wygłodniała, że trzeba było ją karmić co 2-3 godz. Jeśli przerwa w jedzeniu trwała trochę dłużej, to ryczała jak zarzynany bawół.

Wielką moją radością jest 8-letnia Sneha. Została ona przyniesiona z rozbitą główką i ogromnym krwiakiem. Ktoś zaraz po urodzeniu usiłował ją zabić. Udało się nam ją uratować. Krwiak się wchłonął, połamane kości zostały usunięte, ale ciągle ma w czaszce ubytek kości. Być może przeszczep kostny uda się zrobić w Polsce. Zbieramy na to fundusze Jak na razie dziecko rozwija się normalnie, miewa jednak napady padaczki.

 

Sięgnijmy do początków Pani misjonarskiej pracy. Dlaczego wybrała Pani Indie i ośrodek dla trędowatych Jeevodaya (Dżiwodaja, “świt życia”)?

– Niczego nie wybierałam. W drugiej połowie lat 80. XX w. dowiedziałam się o miejscu, którego założycielem w 1969 r. był polski misjonarz i lekarz ks. Adam Wiśniewski SAC. Podczas imienin znajomej ks. Stanisław Kuraciński opowiadał o pallotyńskich misjach na świecie i usłyszałam, że założyciel Jeevodaya jest ciężko chory na raka. Opowieść o ośrodku Jeevodaya była dłuższa. Niewiele z niej zapamiętałam, ale utkwiło mi jedno zdanie, że „tysiące trędowatych zostanie bez opieki”. Do dzisiaj brzmi ono w moich uszach. Następnego dnia zgłosiłam swoją gotowość do wyjazdu.

 

Foto 2 brama wjazdowa do osrodka za nia przychodnia

fot. Beata Zajączkowska

 

Pani Doktor wyjechała w 1989 r. – roku wielkich przemian. Wcześniej była Pani bardzo zaangażowana w “Solidarność”…

– Pracowałam jako lekarz rejonowy. Myślę, że pracowałabym dalej w Polsce, gdybym w pewnym momencie życia nie usłyszała o ośrodku Jeevodaya. Okazało się, że jestem im bardzo potrzebna, i zostałam do dziś. Gdy przyjechałam, warunki pracy były dużo cięższe niż teraz. Dzisiaj przyjeżdżam na trzy miesiące do Polski i jestem spokojna o to, co tam się dzieje. Personel jest dobrze wyszkolony, dlatego że pracując ze mną, bardzo dużo się nauczyli. Dotyczy to tak personelu medycznego, jak i szkoły. Gdy przyjechałam, w ośrodku było 220 osób, dziś jest ich ponad 500. W ciągu 25 lat wielu naszych wychowanków zdobyło wykształcenie, niektórzy wrócili do Jeevodaya, podejmując role wychowawców, pielęgniarek czy pracowników administracji. Trzon załogi, personelu to wyleczeni trędowaci.

 

Szkoła to również wielkie wyzwanie…

– Prowadzenie szkoły wiąże się z wielkim wysiłkiem. Chodzi o to, aby dzieci trędowatych, które do publicznej szkoły nie mogą pójść, u nas mogły zdobyć wykształcenie. W regionie jest to jedyna tego typu szkoła. Od 3 lat oprócz dzieci z rodzin osób trędowatych uczą się w niej dzieci z okolicy. Wybudowaliśmy duży budynek. Wyrobiliśmy sobie dobrą renomę. Prowadzimy edukację na wysokim poziomie, czego dowodem jest to, że spośród szkół w regionie nasze dzieci najlepiej zdają egzaminy. I wciąż ich przybywa. W pierwszym roku działalności mieliśmy ich ok. 50, w drugim już ok. 200, a w zeszłym roku przyjęliśmy 800 dzieci z zewnątrz przy 400 z naszego ośrodka. Myślę, że założyciel ośrodka ks. Adam teraz cieszy się w Niebie z tego, jak postępuje integracja dzieci osób trędowatych z ich rówieśnikami.

 

Jak sobie dajecie radę finansowo?

– W tej chwili najwięcej pomocy otrzymujemy z Polski. Początkowo ośrodek utrzymywała Polonia. Ks. Wiśniewski dostawał pieniądze od Polaków z Wielkiej Brytanii, Francji, USA, Kanady i innych krajów. Ja do Jeevodaya przyjechałam półtora roku po śmierci założyciela i wtedy panowała tam dość duża bieda, gdyż zamarła korespondencja z ofiarodawcami. Było kilkanaście budynków murowanych, w których mieszkało 220 osób. Musiałam poszukać innych źródeł finansowania. Ponieważ po 1989 r. otwarła się możliwość pomocy z ojczyzny, zaczęłam prosić rodaków o wsparcie. W Warszawie powstał Sekretariat Misyjny Jeevodaya pośredniczący w pomocy na rzecz naszego ośrodka. Obecnie w ośrodku tym mieszka 500 osób i nasz byt jest zabezpieczony na godziwym poziomie.

 

Ile kosztuje rocznie utrzymanie ośrodka?

– Ok. 70 laków (1 lac = 100 000 rupii), czyli 750 tys. zł.

 

Wspomaga was też fundacja…

– Otrzymujemy wsparcie organizowane przez Sekretariat Misyjny, który podlega Instytutowi Prymasa Wyszyńskiego. Została też powołana Fundacja Świt Życia nosząca moje imię, która ma charakter świecki i podejmuje działania nie tylko na rzecz Jeevodaya. Od lat prowadzimy też „Adopcję serca”.

 

Z jak dużym odzewem spotkała się „Adopcja serca”?

– Z bardzo dużym. Ludzie mają wielką satysfakcję z tego, że łożą na konkretne dzieci. Koszt utrzymania jednego dziecka to 25-30 euro miesięcznie, czyli 120 zł. Nie jest to duża suma. Pieniądze trafiają do wspólnej kasy ośrodka i są dzielone na każde dziecko. Na koniec roku robię bilans i oficjalnie informuję o stanie naszych finansów. Na inwestycje zbieramy w inny sposób. Mamy też fundusz służący życiowemu usamodzielnieniu się naszych wychowanków. Niektórzy kończą studia czy jakieś kursy zawodowe i często nie mają gdzie pójść. Powrót do ośrodka jest możliwy, ale nie dla wszystkich możemy znaleźć zatrudnienie. Dlatego mamy pieniądze wspomagające ich strat życiowy, szczególnie chłopców. Niedawno naszemu wychowankowi pomogliśmy założyć małą kawiarenkę internetową. Dostał od nas cztery komputery. Młodym małżeństwom dajemy pieniądze na założenie swojego gospodarstwa domowego, aby mieli gdzie mieszkać i jakoś się urządzić. W zeszłym roku dwóch moich wychowanków, którzy nie mieli nikogo z najbliższej rodziny, ożeniło się i już mają po jednym dziecku. Pomogliśmy im wybudować nieduży dom oraz udzieliliśmy wsparcia na zagospodarowanie. Dziewczynki staramy się kształcić w takich zawodach jak pielęgniarki, nauczycielki, aby mogły po wyjściu za mąż pogodzić pracę z życiem rodzinnym.

Adopcja dziecka to piękna idea, która łączy darczyńców z Polski z ich duchowo adoptowanymi podopiecznymi w Indiach. Dzieci i ich opiekunowie wzajemnie się za siebie modlą, czasem piszą listy. Także kilku ofiarodawców odwiedziło swoje dzieci w Jeevodaya, sprawiając im tym ogromną radość. Dla jednego z moich wolontariuszy, którego rodzice wspierali dziewczynkę z Jeevodaya, niesamowite było odkrycie, że za cenę odmówionego sobie batonu mógł pomóc swojej siostrze uniknąć żebrania i zbierania odpadków na śmietniku.

 

foto 1

 

Żebractwo to nadal zjawisko powszechne w Indiach…

– Różne grupy ludzi żyją z żebrania. Gdy w 1975 r. o. Marian Żelazek przybył do Puri, wszyscy mieszkańcy kolonii trędowatych chodzili żebrać pod miejscową świątynię, gdzie codziennie przyjeżdżały tysiące pielgrzymów hinduistycznych. Wśród tych ludzi o. Marian zaczął swoją posługę, pomógł przynajmniej niektórym podjąć pracę. Mówi się czasem, że w Indiach nie ma miłosierdzia. Miłosierdzie jest, lecz nie polega ono na tym, że spragnionemu podaje się szklankę wody. Rzuca się pieniądz i tak poprawia się samopoczucie. Los ubogiego tak naprawdę nikogo nie obchodzi, każdy ma swoją karmę i według tego ma żyć. W europejskim pojęciu zazwyczaj żebrak to jest człowiek odarty z godności. W Indiach jest inaczej. Są profesje, jak na przykład czyściciel uszu, latryn, oprawiacz zwierzęcego mięsa, które uważane są za nieczyste, ale z drugiej strony każdy, kto uprawia te zawody, ma swoją godność. Oczywiście zgodnie z zasadami kastowości. W indyjskim społeczeństwie każdy ma swoją rolę – żebrak też. To, że ktoś rzuci mu kilka rupii i czasem musi on je wydobyć ze śmierdzącego ścieku, w niczym nie uwłacza jego żebraczej godności. Długo nie mogłam się przyzwyczaić do takich obrazków. Z drugiej strony kiedy serdecznie rozmawiam z trędowatym na ulicy, a widzi to sklepikarz, u którego za ciężkie pieniądze kupuję mnóstwo rzeczy dla mojego ośrodka, to często wychodzi przed swój sklep, żeby ofiarować temu trędowatemu pieniądze. Robi to, jakby chciał się popisać przede mną, ale podaje pieniądze przez pracownika, bo sam się nie brata z niższymi od siebie.

 

Jak do trędowatych podchodzą ich rodziny? Też są dla nich nieczyści i odrzuceni?

– Zazwyczaj czują się całkowicie odrzuceni. Nie mogą mieszkać w rodzinie i nie mają nikogo bliskiego. To odrzucenie przez rodzinę jest straszne. Kiedy zostaną wyleczeni, to starają się wrócić do swoich rodzin, ale często to jest niemożliwe. Zakładają więc rodziny w gronie innych chorych i wspierają się wzajemnie. Podam przykład historii mojego chrzestnego syna, który popadł w alkoholizm przez upokorzenia, jakie spotkały go ze strony rodziny. Po śmierci rodziców został wyrzucony przez brata z rodzinnego domu. Włóczył się po świecie, pracował w wielu miejscach, m.in. w szpitalu. Trafił do naszego ośrodka i został aptekarzem. Mimo że ukończył tylko cztery klasy szkoły podstawowej, ma świetną pamięć, wszystko umie przeczytać, nawet moje bazgroły na receptach po angielsku. Zna wszystkie nazwy leków w różnych językach. Po kilku latach pobytu w Jeevodaya przyjął chrzest i się ożenił. Miał czterech synów (niestety najmłodszy zmarł w ubiegłe wakacje po nieszczęśliwym wypadku). Jego brat zaprosił go kiedyś do siebie i nawet obiecał, że da mu jakiś prezent. Mój chrześniak z radością pojechał do brata, u którego miał spędzić tydzień. Wrócił po trzech dniach i powiedział, że już nigdy tam się nie wybierze. Bratowa podała mu jedzenie, ale już nie sprzątnęła ze stołu talerza, z którego jadł. Nie wzięła tego talerza, ponieważ on „nieczysty” go dotykał. Takie rzeczy straszliwie bolą. Tym bardziej że w Indiach panuje kult wielkiej rodziny. Dziadkowie, rodzice, dzieci, wnukowie mieszkają razem. Cudowne jest to, jak oni się wzajemnie wspierają. Gdy jest się wyrzuconym z środowiska, to człowiek jest straszliwie okaleczony i pozbawiony najgłębszych korzeni.

 

Od lat porusza się Pani na wózku. Zapytam paradoksalnie, na ile niepełnosprawność pomaga w pracy?

– Gdy miałam 10 lat, zachorowałam na chorobę Heinego-Medina. Dzięki wielkiej pracy moich rodziców i intensywnym ćwiczeniom doszłam do jako takiej sprawności. Po kilku miesiącach choroby wróciłam do szkoły. W moim środowisku zawsze byłam traktowana normalnie i nie odczuwałam swojego kalectwa, aczkolwiek musiałam wyjść do szkoły dużo wcześniej niż moje rodzeństwo. Przez niepełnosprawność mogłam więcej czasu poświęcić na naukę i przez to pomagałam kolegom. Dzięki temu byłam chyba lubiana. Dobrze się uczyłam i chciałam pomagać, tak jak mnie pomagano.

 

Ale dlaczego akurat wybrała Pani zawód lekarza?

– To, że poradziłam sobie z kalectwem i mogłam normalnie funkcjonować, to była zasługa lekarzy. Wybór studiów medycznych był czymś bardzo naturalnym. Nie zniechęcało mnie to, że są to ciężkie studia. Tata radził mi, abym poszła na stomatologię, gdyż w zawodzie dentysty potrzebne są tylko ręce. Mnie jednak interesował cały człowiek, a nie tylko zęby. Bycie ortopedą było dla mnie za ciężkie. Myślałam też o radiologii, ale powiedziałam „nie”, gdyż dla mnie najważniejszy jest kontakt nie z maszyną, ale z człowiekiem. Internę wybrałam dopiero podczas stażu. Jest to chyba najpiękniejsza specjalizacja.

 

Kto Panią wspomaga w pracy?

– Mam dwóch paramedyków, którzy jeśli chodzi o praktykę, są na poziomie lekarzy. Często zawstydzam wolontariuszy – medyków, którzy przyjeżdżają do mnie na staż, że mój współpracownik lepiej rozpoznaje osłuchowo, co się dzieje w sercu, płucach pacjenta, albo trafniej odczytuje zdjęcie rentgenowskie. Mam kilku kolegów lekarzy innych specjalności, do których zawsze mogę wysłać moich pacjentów. Jeśli wiedzą, że są skierowani przeze mnie, to i mniej pieniędzy wezmą.

 

Foto 10 pobieranie wycinka z plamy tradowej

fot. Beata Zajączkowska

 

Na ile wiara pomaga w pracy? Skąd wyniosła Pani swoją religijność?

– Religijność zdecydowanie wyniosłam z domu, aczkolwiek każdy sam musi zdobyć swój własny kontakt z Panem Bogiem. Tata żył głęboką wiarą. Co roku, prawie aż do śmierci, chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Był członkiem Archikonfraterni Literackiej przy katedrze św. Jana w Warszawie. Jeśli chodzi o wiarę, to on mnie dużo nauczył. Jako rodzina żyliśmy wiarą tradycyjną, razem modliliśmy się, chodziliśmy na Msze św., uczęszczaliśmy na przykościelną katechezę. Tak naprawdę Boga pokochałam na pierwszym roku studiów, gdy zetknęłam się z grupą pielgrzymkową. Prowadził ją wspaniały kapłan, który rzeczywiście mi uświadomił, kim jest Bóg. Fascynująco interpretował Nowy Testament, tak że człowiek zaczynał go rozumieć. Przypomnijmy, że były to czasy dopiero co zakończonego Soboru Watykańskiego II. Dzięki temu kapłanowi odbyłam pierwszą świadomą spowiedź i wiedziałam, o co w naszej wierze chodzi.

 

Czuje Pani, że Bóg wspomaga Panią w codziennej pracy?

– W całości. Wspiera mnie we wszystkim, jest to coś niesamowitego. Miewałam momenty, w których kompletnie nie wiedziałam, co zrobić. Odmawiałam krótką modlitwę i znajdowałam rozwiązanie. To są małe dowody na istnienie Pana Boga, codzienne, proste cuda, których jesteśmy świadkami. To dzięki Niemu mam też takie siły fizyczne. Oczywiście co jakiś czas przyjeżdżam do Polski, aby dzięki różnym zabiegom podreperować swoje zdrowie. Dzięki Bogu mam też – przy całym poczuciu realizmu życia – optymistyczne usposobienie. W mojej pracy w Indiach optymizm jest poddawany różnym próbom, ale nigdy nie popadam w depresję. Na pewno najtrudniejsze chwile przeżywam, gdy na moich rękach umierają dzieci.

 

To chyba klęska…

– Po ludzku patrząc, to klęska. Kiedyś przyjechała do naszego ośrodka matka z dzieckiem. Wcześniej jej czworo albo pięcioro dzieci zmarło w niemowlęctwie. Kobieta ta była tak obolała, że nawet nie potrafiła odpowiedzieć, jak to się stało. Urodziła bliźnięta, z których jedno, chłopczyk, zmarł, a przeżyła dziewczynka, która wymagała opieki. Rodzice wierzyli, że tym razem uda się ją uratować. Niestety po miesiącu i ona zmarła na moich rękach. Miałam wtedy poczucie klęski tym bardziej, że widziałam, jak dziecko się normalnie rozwija. Wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam czegoś więcej. Dopiero spowiednik pomógł mi, mówiąc: „Nie patrz w ten sposób na tę sytuację. Spójrz na to w zupełnie inny sposób. Pan Bóg powierzył ci to dziecko na miesiąc czasu. Dziękuj Mu za ten miesiąc. On dokładnie wiedział, jakie są twoje umiejętności, wiedział, czego nie umiesz i mimo wszystko powierzył ci to dziecko”. Śmierć dorosłych jest bolesna, natomiast przeżycie śmierci dziecka, w szczególności nagle umierającego, jest czymś strasznym. Jednak trzeba oddać to Bogu, gdyż jeśli On do tego dopuścił, to trzeba to przyjąć. To On jest Dawcą życia i ma do niego prawo.

 

Dlaczego wybrała Pani Instytut Prymasowski?

– To też nie był mój wybór, lecz konsekwencja spotkania. Nigdy wcześniej nie myślałam o poświęceniu życia Panu Bogu. Kiedy miałam 20 lat, na wakacjach spotkałam członkinie instytutu i usłyszałam o tym, jak bardzo kochają Matkę Bożą Jasnogórską. Jedna z nich zaprosiła mnie na nocne czuwanie przed Jasnogórską Ikoną. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Byłam z Matką Bożą twarzą w twarz, blisko, długo i nikt mi nie przeszkadzał. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że Ona mnie wtedy przyciągnęła i powołała. Ja sobie tego nie wymyśliłam. Nie szukałam żadnej wspólnoty, nie zastanawiałam się, jakie w instytucie panują prawa, obowiązki, jakie są możliwości rozwoju. Po prostu zobaczyłam, jak te kobiety żyją, i to mnie urzekło. Ważne było też to, że mogłam kontynuować studia, pracować w środowisku świeckim. Nie miałam zamiaru zakładać habitu, ale chciałam służyć Bogu. Poczułam się przez Niego powołana.

 

Jedną z głównych zasad Pani Doktor jest: „Nie tylko nieść pomoc chorym, ale być z nimi”. Co to znaczy?

– Życie i praca nauczyły mnie, że z odrzuconymi trzeba przede wszystkim być. Mówię to wolontariuszom, którzy mnie odwiedzają, gdyż czasem nie można już nic zrobić dla danej osoby, a tylko z nią być, uśmiechnąć się, porozmawiać, pójść na spacer itd. Jeżeli chodzi o trędowatych, to na ogół nie można uścisnąć im dłoni, gdyż swoje okaleczone ręce ze wstydem chowają. Z drugiej strony ci sami trędowaci nie wstydzą się swych wyciągniętych okaleczonych rąk podczas modlitwy, robi to niesamowite wrażenie. Niezwykłym przeżyciem jest, gdy słyszy się perykopę ewangeliczną o uzdrowieniu trędowatych przez Jezusa, siedząc pośród tych ludzi. Z naszymi trędowatymi nie chcą być ich bliscy, a my tak. Tego uczy nas nasz Mistrz. Pięknym przykładem jest św. o. Damian de Veuster, który na Molokai zamknął się z trędowatymi, poświęcając im całe życie. Podobnie działali o. Marian Żelazek i Wanda Błeńska.

 

Foto 7

fot. Beata Zajączkowska

 

Za to bycie z trędowatymi nazywają Panią „Mami” – Matka?

– Co ciekawe, tak nazywają mnie również dorośli. W ośrodku każdy jest członkiem wielkiej rodziny, nie używa się natomiast imion. Kiedy przyjeżdża do nas kierownik Sekretariatu Misyjnego Anna Sułkowska, to jest nazywana „didi”, czyli starsza siostra, albo „mosi”, czyli młodsza siostra matki. Jej poprzedniczka, pani Janina Michalska, z powodu wieku i siwych włosów była nazywana „nani” – czyli babcia ze strony matki.

 

Jak Pani postrzega współczesną Polskę z perspektywy Indii?

– Bardzo dużo się zmieniło na lepsze pod względem materialnym. Cieszę się z tego, bo doskonale pamiętam za czasów komuny puste półki sklepowe. Martwi mnie jednak społeczeństwo, gdyż widzę duże rozdrobnienie. Kiedyś chyba byliśmy sobie bliżsi i bardziej życzliwi. Teraz dostrzega się obojętność i niezwracanie „na wszelki wypadek” na siebie uwagi, a nuż ktoś będzie od nas czegoś chciał.

 

A Kościół w Polsce?

– Kościół też się zmienił. Nie mnie oceniać. Ale chciałoby się, aby było w nim jak najwięcej mądrych księży, prawdziwie związanych z Ewangelią. Myślę, że jest też sporo do zrobienia, aby świeccy w Kościele znaleźli swoje właściwe miejsce. To my musimy sobie uświadamiać, że jesteśmy Kościołem, a nie tylko w Kościele, ale potrzebujemy większego otwarcia ze strony duchowieństwa. Widzę również potrzebę większego zrozumienia prawdy, że Kościół jest misyjny, nie tylko w sensie wysyłania misjonarzy do odległych krajów, ale dzielenia się z radością i entuzjazmem swoją wiarą na co dzień.

 

Na koniec zapytam o marzenia Pani Doktor?

– Chyba nie mam już żadnych konkretnych marzeń. Do niedawna chciałam pojechać do Rwandy, zobaczyć ten piękny kraj, sanktuarium w Kibeho i spotkać pracujących tam misjonarzy. Ale spełniły się inne marzenia. Byłam w Barcelonie, gdzie zobaczyłam katedrę Sagrada Família, byłam w Rzymie na kanonizacjach św. Damiana de Veustera i św. Jana Pawła II, w Manoppello mogłam wpatrywać się w oblicze Jezusa na Jego grobowej chuście. Chciałabym móc pomagać i służyć ludziom jak najdłużej. Może zobaczyć, jak Patrycja założy rodzinę, a inny lekarz pomaga w Jeevodaya. Dziś cieszy mnie, że mogę pomóc nawet w takich sprawach, jak ta, gdy moja „córeczka” zadzwoniła do mnie do Polski z pytaniem, co ma zrobić, bo z lodówki cieknie woda…

 

“Mami”, dziękuję za tę rozmowę.


Rzmawiał Krzysztof Tomasik (KAI) / Warszawa


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments