video-jav.net

Zwichnięta szczęka uzdrowiona na ŚDM

Jedno wiedziałam na pewno - że nie chcę jechać na ŚDM. A później tam się znalazłam i już nie chciałam wracać do domu. Szczególnie, że moja zwichnięta szczęka została uzdrowiona... podczas spowiedzi.

Polub nas na Facebooku!

heidiW 2008 roku ŚDM odbywały się w Sydney, w Australii. Na te ŚDM nie chciałam jechać wcale. Po pierwsze dlatego, bo nie miałam wtedy nic wspólnego z wiarą, a po drugie, bo nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. A z Niemiec do Australii leci się od 18 do 22 godzin z postojem.

Moja siostra była już z ruchem Młodzież 2000 (J2000) na ŚDM w Kolonii i uważała to za tak fajne i wspaniałe przeżycie, że chciała też jechać na ŚDM do Australii… Zresztą, jej zdaniem, ja potrzebowałam tego wyjazdu bardziej niż ona. Przede wszystkim dlatego, że każdy weekend w tym czasie spędzałam na imprezie i byłam bardziej zainteresowana chłopcami i alkoholem niż wszystkim pozostałym…  Moi rodzice zgadzali się jednak co do tego, że również ze względu na cenę, tylko jedno z ich dzieci może pojechać na ŚDM… I choć moja siostra bardzo chętnie pojechałaby tam sama, zdecydowała wspólnie z rodzicami zgłosić mnie do wyjazdu w ruchu Młodzież 2000, mimo, że tego nie pragnęłam…

Na kilka dni przed lotem, ale i wcześniej byłam ekstremalnie wściekła na wszystkich domowników. Darłam się, pajacowałam, krzyczałam i wyrażałam totalny sprzeciw. Pojechać jednak musiałam, bo podróż była zabukowana i opłacona. Żeby być cool, kumplom, którzy wtedy pytali, gdzie znikam na ten czas, opowiadałam, że jadę na urlop do Australii. Podczas lotu wciąż jeszcze dużo bardziej interesowałam się różnymi rodzajami piwa oraz chłopcami w samolocie niż sprawami wiary.

Pierwszego dnia graliśmy w grę na poznanie się rzucając piłką i dostałam nią z całej siły prosto w twarz. Wskutek tego moja szczęka uległa zwichnięciu i przesunięciu z boku i do tyłu tak, że po prostu nie mogłam mówić. Oznaczało to tyle, że muszę jechać do szpitala, ale na miejscu nie było jeszcze wtedy auta i mogliśmy tam pojechać dopiero wieczorem … To oczywiście super uczucie, gdy jest się zmuszonym lecieć na drugi koniec świata i jechać do szpitala w obcym kraju, w którym nie zna się standardów higieny. Jednocześnie musisz też czekać, aż ktoś ci pomoże…To był dla mnie piękny policzek także psychicznie.

Pamiętam jeszcze, że na obiad było spaghetti, a ja byłam głodna jak wilk i udało mi się włożyć makaron do ust, ale zabolało, gdy tylko spróbowałam rozgnieść go językiem. Po obiedzie był wykład o spowiedzi generalnej i pomyślałam, że to obojętne czy będę siedziała z zimnym okładem w pokoju i czekała na samochód czy słuchała tego tutaj, i tak mnie boli i tak. Więc usiadłam z tyłu z zimnym okładem i słuchałam. I im więcej tamten ksiądz opowiadał o spowiedzi generalnej, tym szybciej i gwałtowniej zaczynało bić moje serce.

Dostrzegłam bardzo wyraźnie, że muszę odbyć taką spowiedź z całego życia. Powiedziałam wtedy w myślach, Boże mój, Ty to jesteś zabawny, nie mogę mówić, mam zwichniętą szczękę, jak miałabym teraz odbyć spowiedź? Serce biło mi jednak coraz mocniej i wiedziałam, że spowiedź muszę odbyć teraz. Ledwie ksiądz dotarł do końca i wyszedł drzwiami z przodu, ja już wyszłam drzwiami z tyłu i całkiem szybko podążałam za nim. Dawałam mu znać rękami i nogami, że chciałabym się teraz wyspowiadać i myślę, że na początku w ogóle nie zrozumiał, czego właściwie chcę, bo naprawdę nie mogłam mówić, ale potem poszedł ze mną i usiedliśmy na takiej małej ławce nieopodal puszczy. Z każdym słowem, które starałam się wypowiedzieć, szczęka się obluzowywała i moja spowiedź z życia trwała około 2 godzin.

Sądzę, że na początku tamten ksiądz prawdopodobnie wcale nie rozumiał, co właśnie mówiłam, ale z każdym słowem było coraz lepiej. W którymś momencie odłożyłam zimny okład na bok i zaczęłam używać chusteczki, w którą był owinięty, żeby mnie aż tak nie ziębił, do wycierania łez i nosa. Po tych dwóch godzinach ksiądz dał mi rozgrzeszenie i nie tylko moja szczęka była znowu nastawiona, poczułam się również lekko na duszy, jak ptak.

Kiedy byłam w drodze powrotnej do swojej grupy, z naprzeciwka zbliżył się mój opiekun i powiedział, że auto jest już gotowe i możemy jechać do szpitala. Potem przyjrzał mi się i powiedział: „To wygląda jak wcześniej, zupełnie normalnie, już niczego nie widać”. Odpowiedziałam mu: „Nie muszę już jechać do szpitala, byłam u spowiedzi”.

Mówię Wam, szczęka mu opadła i oniemiał. Inni także nie mogli w to uwierzyć. Pewnie sama pukałabym się w czoło i uznała za wariata kogoś, kto dwa dni wcześniej powiedziałby mi, że pójdę się wyspowiadać, a co dopiero mówić o cudach, które przy tym miały miejsce. Pozostała część ŚDM była tak cudowna i pełna radości, że wcale nie chciałam wracać do domu.

Oczywiście od tego czasu miałam w swoim życiu i w życiu swojej wiary wzloty i upadki, ale myślę, że to całkiem normalne i przecież widzę myśl przewodnią, której Pan Bóg pomaga mi się trzymać przez cały czas. W międzyczasie tak wiele mi podarował i uczynił tyle cudów, że zawsze porównuję się z niewiernym Tomaszem, który też musiał najpierw zobaczyć, żeby uwierzyć. Dzisiaj należę do centrum zespołu Młodzieży 2000 orgaznizującego podróż na ŚDM do Krakowa, ponieważ podczas ŚDM w Sydney oraz w Rio tak wiele otrzymałam, i ŚDM są taaaak nie do opisania wyjątkowe i cudowne, że chciałabym wielu osobom dać tą samą możliwość.

 

Bóg zna Twoje wczoraj, daj mu swoje dzisiaj, a zatroszczy się o Twoje jutro.

Szczęść Boże,

Heidi

 

PRZECZYTAJ

Chłopak, który lubił rysować księżniczki

Rysuje od zawsze. Zaczynał od kolorowych obrazków rodem z komiksów. Rodzina do tej pory lubi wypominać mu pierwsze postacie, jakie rysował, nazywając je żartobliwie „księżniczkami”.

Polub nas na Facebooku!

Bartek Niemkiewicz, jeden z gdańskich wolontariuszy ŚDM, to na co dzień uczeń XX Liceum Ogólnokształcącego. Uczy się dobrze, jest pomocny, używając języka dzisiejszych nastolatków – bardzo „ogarnięty”. Pozornie nie odstaje od swoich rówieśników, ot, zwykły licealista. Zwykły, a jednak niezwykły. Wyróżnia go bowiem nieprzeciętny talent plastyczny.

BartekPytany o początek przygody z rysowaniem, Bartek cytuje swoją babcię, zawodową malarkę, która twierdzi, że złapał za ołówek w tym samym momencie, w którym zaczął chodzić. Rysuje więc od zawsze. Zaczynał od kolorowych obrazków rodem z komiksów. Rodzina do tej pory lubi wypominać mu pierwsze postacie, jakie rysował, nazywając je żartobliwie „księżniczkami”. Jeszcze w szkole podstawowej uchodził za rysownika, jednak w gimnazjum jego pasja przestała być dla niego aż tak ważna. Może to dlatego o jego zdolnościach artystycznych wielu znajomych dowiedziało się stosunkowo późno.

Przyjaciele ze wspólnoty, do której Bartek należy od około trzech lat, zgodnie przyznają, że początkowo był bardzo onieśmielony i zagubiony. Niewiele się odzywał, po prostu był i modlił się. – Cudownie było patrzeć, jak się powoli na nas otwiera – mówi jedna z osób, należących do wspólnoty. Przy okazji jednej z akcji, organizowanych przez grupę młodych, Bartek dał się poznać swoim przyjaciołom od strony artystycznej. Od tamtej pory często zdarza mu się nawet ich luźne rozmowy przenosić na papier, albo… ekran komputera. Bo poza rysowaniem niezwykłą frajdę sprawia mu także grafika komputerowa. Sam podkreśla, że jest to czysto amatorskie zamiłowanie, choć kilka dzieł na swoim koncie już ma. Nie ukrywa też swojego zafascynowania ŚDM-owymi grafikami. Jest, jeśli nie ich pierwszym, to na pewno najaktywniejszym i najwierniejszym fanem na Snapchacie i Instagramie.

Skupia się jednak na rysowaniu, w którym powoli staje się coraz większym profesjonalistą. Wielka w tym zasługa mamy i jej mądrego podejścia do jego przyszłości. W końcu nie od dziś wiadomo, że mamy zawsze mają rację! Kiedy pod koniec gimnazjum Bartek stanął przed pierwszym poważnym życiowym wyborem, pomyślał o architekturze. Dlaczego? Sam nie wie, ale żartując twierdzi, że po części wini za to dziecięce zamiłowanie do klocków LEGO. Wtedy to za namową mamy trafił do Kuźni – gdańskiej szkoły z warsztatami sztuki. Ani przez chwilę nie żałuje tej decyzji, bo właśnie tam jego zapał i chęć dążenia do celu wzrosły – podobnie jak umiejętności.

 

ŚDM

 

Przyjaciele Bartka nie mają wątpliwości, że praca architekta to jest praca dla niego. Mówią nie tylko o jego umiejętnościach, ale też o sumienności, odpowiedzialności i byciu ciągle gotowym do działania. To pewnie te właśnie cechy sprawiają, że jest świetnym wolontariuszem. Jak sam mówi, nie mógł przepuścić tej okazji: Światowe Dni Młodzieży odbywają się w jego własnym kraju. Decyzję o wolontariacie podjął niemal natychmiast i nie żałuje. Wolontariat zwiększa jego pewność siebie i daje ogromną satysfakcję. Bartek ma nadzieję na to, że w tym czasie będzie mógł także wykorzystać swoje zdolności plastyczne.

Jak wystarcza mu na to wszystko czasu? Otóż nie wystarcza. Mówi, że ciągle mu go brakuje, ciągle ma coś do zrobienia „na wczoraj”. –  Na szczęście wolontariat trafił na kluczowe miejsce mojej piramidy wartości. Często nie mam czasu dlatego, że to wolontariat mi go zabiera i chyba się cieszę z tego stanu rzeczy. Resztę mogę zrobić potem – wyjaśnia z uśmiechem.


Kasia Gruszka