Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

"Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci."

Polub nas na Facebooku!

Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek
"Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci."

Klasztor sióstr Benedyktynek od Nieustającej Adoracji w Warszawie to najstarsze w Polsce ognisko nieustającej, trwającej nieprzerwanie w dzień i w nocy adoracji. Została ona przerwana tylko jeden raz, gdy w czasie Powstania Warszawskiego kościół i klasztor zostały doszczętnie zburzone, grzebiąc w swych ruinach 35 mniszek i wielką liczbę ludności Starówki. 

Przebieg Powstania został zapisany na kartach kroniki klasztornej. Historia sakramentek oraz ich dobrowolnego aktu, przez który oddały swoje życie Bogu w ofierze, stała się znana – wiele o niej mówiono i pisano, wspomniał o niej także Jan Paweł II.

Publikujemy fragmenty kroniki klasztornej z Powstania Warszawskiego, opisujące zaangażowanie sióstr w pomoc Powstańcom oraz ich ofiarę.

 

Wtorek, 1 sierpnia 1944

Wielki dzień dla Warszawy! O godzinie 5 po południu wybuchło powstanie! Serca nam mocno biją, oby się tylko udało! Zapał wielki! Na placu przed klasztorem wywieszono chorągwie narodowe. Powstańcy opanowali już parę punktów, w których bronili się Niemcy, kilku jeńców przeprowadzono wśród tryumfalnych okrzyków przez plac. Cała ludność – mężczyźni, kobiety i dzieci – biorą udział w budowaniu barykad. My zaś gorącą modlitwą wspomagamy naszych rodaków, bo przedsięwzięcie ogromne, ponad słabe siły naszych chłopców.

 

Środa, 9 sierpnia 1944

Musiałyśmy się już przenieść całkowicie do piwnic, bo coraz niebezpieczniej. Wiele już pocisków wpadło do naszego klasztoru, robiąc znaczne szkody. Najwięcej się martwimy naszą ukochaną Przewielebną Matką, dla której piwnica jest zabójcza, a jednak pozostawanie w celi grodzi prawdziwym niebezpieczeństwem. Na razie chroni się Matka Wielebna do depozytu lub na korytarzyk, gdzie stał katafalk. Zakonnice zaś usadowiły się w grobach* pod kościołem, gdzie też Matka Wielebna pozwoliła przytulić trochę inteligencji, która przedarła się z Woli. Tam już Niemcy prawie wszystko opanowali. Opowiadają o potwornych scenach wleczenia Polaków przed czołgami niemieckimi, podpalania domów od piwnic wraz z ich mieszkańcami itd., po prostu włosy stają na głowie. Wszyscy ci biedni uciekinierzy są na naszym utrzymaniu, za co są bardzo wdzięczni. Od początku powstania młodsze i dzielniejsze siostry pod wodzą nieustraszonej Matki Subprzeoryszy utrzymują na zmianę nocną straż nad klasztorem i całym dołem.

 

Czwartek, 10 sierpnia 1944

Wczoraj wieczorem część naszego klasztoru zajął szpital wojskowy, a mianowicie: rozmównice, korytarze, przedchórze i kapitularz; na czele stoi niejaki doktor Morwa, bardzo dzielny i gorliwy. Od rana dziś znoszą rannych biedaków, lecz robią tym tyle ruchu i hałasu, że cud będzie, jeśli Niemcy nas do szczętu nie zbombardują, bo na szpitale specjalnie zażarci.

Aby utrzymać pomimo wszystko naszą klauzurę i regularne życie zakonne, koło kaplicy i koło katafalku zawiesiłyśmy zasłony z napisem: „Klauzura”. Tam już szpitalowi wchodzić nie wolno. Przy tej zasłonie pozostaje zawsze jedna z sióstr, by przyjmować polecenia, których wciąż jest bez liku. Właściwie cała nasza kuchnia, apteczka i siostry są do ich dyspozycji. Pomagamy, jak możemy i umiemy, a cały personel szpitalniany, zwłaszcza zaś chorzy, niezmiernie mile się do nas odnoszą, wyrażając swą radość, że się u nas znajdują.

 

Ostrzał Warszawy z wyrzutni rakietowych, zwanych “szafami” (zdjęcie niemieckie, sierpień-wrzesień 1944) / benedyktynki-sakramentki.org

 

Sobota, 12 sierpnia 1944

Przeżyliśmy noc prawdziwie koszmarną. Niemcy widocznie odkryli u nas szpital i po południu puścili na nas tzw. „szafę” (są to jakieś straszne nowoczesne bomby rozsadzające i buchające płomieniem). Właśnie przybył nasz zacny spowiednik, O. Prowincjał, i korzystając ze względnego spokoju zaczął spowiadać siostry w zakrystii. Gdy od Pragi runęła ta „szafa”, przeleciała przez ogród jak lawina ognia paląc i niszczą wszystkie rośliny i drzewa i zatrzęsła posadami klasztoru. Podmuch powietrza był tak silny, że w zakrystii i innych miejscach powyrywało drzwi i okna. Zakonnice czekające na spowiedź poprzewracało, szarpiąc na nich welony i habity i obsypując gruzami. Dzięki Bogu nikt z nas nie zginął., ale wszyscy byli strasznie przerażeni i oszołomieni. […]

 

Niedziela, 20 sierpnia 1944

Klasztor powoli się dopala. Zdaje się, że piwnice będą uratowane. Całe mnóstwo ludzi bez mieszkania tłoczy się do nas bez ceremonii, zapełniając nasze piwnice i rekwirując, co się da. Na czele schronu postawiłyśmy kierownika szkoły, który się u nas umieścił z żoną i córką. Mężczyźni obiecali bronić od pożaru korytarze przy schronie, leży to w ich interesie.

Straszna „szafa” po południu. Ksiądz Kanonik, który był właśnie na korytarzu, zasypany i poraniony.

 

Sobota, 26 sierpnia 1944

Pomimo wielkiego wyczerpania u Sióstr, wszystkie ćwiczenia jak: medytacja, adoracja, a przede wszystkim wspólne odmawianie chórowych pacierzy – są zachowywane i pilnie przestrzegane, zwłaszcza przez nieustraszoną Matkę Subprzeoryszę. Czasem głosy się trzęsą, zwłaszcza gdy bombowce warkoczą nisko nad naszymi głowami, albo pociski artyleryjskie wstrząsają murami, ale modlitwa chóralna ani na chwilę nie jest przerwana. Raz gdy naleciała „szafa” silnym podmuchem nas przewracając i gasząc wszystkie świece, powstało zamieszanie, lecz wnet odważniejsze siostry podjęły psalm na nowo i odmawiały go z pamięci, póki się nie uspokoiło i świece nie zostały zapalone. Jak pięknie byłoby dla benedyktynki od nieustającej adoracji umrzeć u stóp ołtarza odmawiając pacierze kanoniczne! Ale to najlepsze, co Bóg da!

 

Ruiny kościoła Sakramentek, 1945 (fot. Danuta Smoszewska „Sawo”, MPW) / benedyktynki-sakramentki.org

 

Czwartek, 31 sierpnia 1944

Dzień dopełnienia się ofiary. Z rana część ludności z naszego schronu przeszła na stronę niemiecką. Odprowadziłyśmy ich za bramę, powstańcy dali parę salw, ale, zdaje się, nikogo nie trafili. U nas w ogrodzie i na gruzach stoją wciąż jeszcze powstańcy i strzelają. Na próżno siostry prosiły, by odeszli i nie narażali już więcej zakonnic i ludności cywilnej, kryjącej się w schronach. Gdy jedni dali się przekonać i odeszli, nadbiegli inni, twierdząc, że mają polecenie do końca bronić naszych murów i odejść nie mogą. Obręcz niemiecka zaciskała się coraz silniej, już i czołgi wjechały na Nowe Miasto i waliły w mury kościelne. A bombowce raz po raz zniżały się tuż nad nami, zrzucając swój ładunek coraz bliżej naszych murów.

Po południu o trzeciej nieszpory, jak zwykle w czwartek, o Najśw. Sakramencie, potem kompleta, w czasie której nalot. Aeroplany krążą bez końca nad samym kościołem, nie zrzucając jednak bomb. Pomimo to mężnie mówimy kompletę: Sub umbra alarum tuarum protege nos [Pod cieniem skrzydeł Twoich osłoń nas], potem cudna oracja Visita nos [Nawiedź nas], błogosławieństwo i w końcu Salve Regina [Witaj, Królowo]. Z jakim uczuciem odmawiałyśmy tę przepiękną antyfonę, będącą chyba najlepszym przygotowaniem na godzinę śmierci!

Warkot aeroplanów nieco przycichł, jakby się oddalił, z uczuciem pewnej ulgi, lecz zawsze w poważnym skupieniu, siostry otoczyły wieńcem tabernakulum i rozpoczęły adorację wynagradzającą.  Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

Nagle straszny wstrząs, ciemność, krzyk ludzki i wołanie komendanta: Spokojnie, Państwo, to tylko filar!

Pomylił się biedny komendant. Nie był to filar, ale całe sklepienie kościelne zapadło się z cichym poszumem, grzebiąc pod swymi gruzami nasze zakonnice i do tysiąca cywilnych osób.

Jednocześnie, a raczej na małą chwilę przedtem, padły bomby na piwnice pod nowicjatem, które też bez hałasu zawaliły się, oprócz piwnicy refektarskiej i małej piwniczki kamiennej. W tej to piwniczce uratowały się S. Rafaela i S. Gerarda oraz 2 postulantki: S. Iza i S. Celina. Piwnica jednak była zbyt wysoka, by mogły się wydostać, więc za pomocą chustki, osadzonej na szczotce, dawały znać o sobie. Kierownik szkoły, szukający swej żony i córki, ujrzał szmatę i wyciągnął S. Rafaelę. Ona znów pomogła wydobyć się reszcie, spuszczając im wybite okno z kapitularza jako drabinę. Biedne siostry, jakiż żal je ogarnął, gdy ujrzały zawalony kościół. Jednak biegając wokół z płaczem zauważyły, że chór się nie zawalił, a tam przecież, w tej wnęce, leżała Matka Wielebna i chore siostry! Nadbiegli żołnierze polscy, lecz próżno błagała ich S. Rafaela, by spróbowali odrzucić gruzy. Siostro, tu już nikt żyć nie może, szkoda pracy! – i odeszli. Siostra jednak nie dała za wygraną, a ponieważ niemieckie czołgi waliły bezkońca, wraz z ludnością uratowaną z piwnicy refektarskiej przebiegła na stronę niemiecką. Tam ze łzami przedstawiła oficerowi niemieckiemu grozę położenia: schron zawalony, całe Zgromadzenie zasypane, a kopać nie można, bo czołgi niemieckie i pancerka walą bez ustanku. Niemiec się wzruszył i obiecał przez całą noc nie strzelać w tę stronę. Trzeba było jednak dać mu porękę, że siostry odgrzebane przejdą na stronę niemiecką. Jako poręczycielka została S. Gerarda z małą 6-letnią Marysią Widłówną. S. Rafaela zaś powróciła i szukała mężczyzn, aby się dokopać pod chór. Znalazło się kilku złodziejaszków, którzy za obietnicę sutego poczęstunku z winem podjęli się dokonać dzieła.

Rzeczywiście, pod chórem uratowało się wprost cudownie 7 zakonnic: Przewielebna Matka Przełożona, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Placyda, S. Maura i S. Leonarda. Gdy bomby padły na kościół, jedna z nich padła też na chór zakonny, jednak nie wypaliła, tak że właśnie to  najsłabsze sklepienie ocalało. Gruzy jednak z kościoła, padając ukosem, wpadły i do wnęki, zasypując łóżko Matki Wielebnej i S. Celestynę, która stała obok łóżka. Przy pomocy sióstr pozostających w głębi, Matka Wielebna i S. Celestyna wydobyły się z gruzów, ale położenie było wprost tragiczne: jedyne wyjście z piwnicy do grobów zawalone, poza tym żadnych drzwi i okien… Przyłożywszy ucho do zawalonych gruzów słyszały przez chwilę pod kościołem bolesne jęki, potem zapanowała martwa cisza… Tylko czołgi rozwalały resztki murów kościelnych! Matka Wielebna wraz z pozostałymi przy życiu zakonnicami pogrążyła się w cichej modlitwie. Były przekonane, iż są skazane na śmierć albo od nowej bomby, albo przez powolne dogorywanie w tym żywym grobie. We wszystkim zdawały się na wolę Bożą, modląc się też gorąco za zmarłe przed chwilą zakonnice. S. Celestyna z S. Placydą próbowały odwalić nieco gruzy, by się przedostać pod kościół, ale przy usuwaniu gruzów jeszcze większe się waliły, całe olbrzymie odłamy marmuru ołtarzowego, zbyt ciężkie na ich ręce, tak, że musiały zaprzestać roboty.

Dopiero około godz. 11 w nocy usłyszały chodzenie po chórze i uderzanie w podłogę siekierką. Aby dać znać o sobie siostry porwały jakiś drąg żelazny, uderzając nim w sklepienie. Praca na górze się wzmagała, niedługo tynk zaczął się sypać i odezwały się męskie głosy. Ucieszyli się, że udało im się odkopać zakonnice. Nadbiegła S. Rafaela i gdy tylko dziura była dostatecznie wielka, przesunęła się i spuściła na dół. Jakżeż bolesne było powitanie, tak mało pozostało nas przy życiu! A tamte zmarły tak tragiczną śmiercią! Ale czy naprawdę wszystkie już nie żyją?

Tymczasem złodzieje, którzy nas odkopali, zapijali się węgrzynem po Ks. Kanoniku, którym trzeba było ich uraczyć. Namawiałyśmy ich, aby spróbowali odrzucić gruzy, zasłaniające otwór prowadzący pod kościół. Nie mieli ochoty, ale w końcu dali się zachęcić i zaczęli odwalać gruzy. Okazało się, że część podziemia kościelnego nie była zawalona – ta pod kaplicą. Serca nasze zabiły nadzieją, wszak tam właśnie było dużo sióstr naszych! Dwóch złodziei wraz z S. Celestyną spuściło się po gruzach pod kaplicę ze świecą. Co za przerażający widok uderzył ich oczy! Prawie na metr wysoko spiętrzone ciała ludzkie: mężczyzn, kobiet i dzieci – wszyscy nieżywi! Siostra starała się przede wszystkim rozpoznać swoje zakonnice; welony i habity były na nich poszarpane przez silny podmuch bomby. Niestety, żadna z nich nie żyła. Z kolei próbowano ratować i inne osoby. Okazało się, że 2 mężczyzn i 1 niewiasta jeszcze żyją. Z wielkim trudem wyciągnęliśmy ich z gruzów do piwnicy, a stamtąd wybitą dziurą, na sznurach, aż na chór. Jednak mimo ratunku nie odzyskali już przytomności i w parę godzin potem skonali.

Tymczasem trzeba było się już zbierać, by opuścić piwnicę przed ranem. Na wpółprzytomne i oszołomione tym, co się stało, przygotowywałyśmy małe tłumoczki z bielizną. Po czym przy pomocy złodziei wywindowałyśmy się dziurą na górę. Na razie zatrzymałyśmy się w małej komórce przy opłatkarni, gdzie znalazło się jedyne krzesło dla Matki Wielebnej, a my posiadałyśmy na tłumoczkach, oczekując rana. Po chwili nadciągnęli Widłowie i Rudzińscy, którzy się uratowali w piwnicy refektarskiej. Przynieśli wiadomość, że w tej piwnicy leży jeszcze S. Henryka, wykopana z gruzów, żywa, ale z tak potłuczonymi nogami, że się ruszać nie może, i S. Alojza z przygniecioną gruzami nogą, której odkopać nie można. Natychmiast siostry zatroszczyły się, by przyjść z pomocą biedaczkom. Trzeba było uprosić ludzi, by szli do piwnicy, niebezpieczeństwo groziło tak od ogrodu, jak i od palącego się ostatniego skrzydła klasztornego. W końcu ludzie, rabujący opuszczoną przez nas piwnicę pod chórem, dali się uprosić i poszli siostrom na ratunek. Jeden wziął na ramiona S. Henrykę i tak ją wyniósł po drabince przez okienko w piwnicy i przyniósł ją nam pod furtę. Gorzej było z S. Alojzą, nie można jej było w żaden sposób wydobyć, bo zaraz nowe gruzy osypywały się na jej biedną nogę, gdzieś uwięzioną pod cegłami. Godziny z wolna płynęły, o brzasku miałyśmy opuścić nasz ukochany klasztor i wyruszyć na wygnanie.

Oto imiona pozostałych przy życiu zakonnic, które miały odtąd tworzyć zgromadzenie sakramentek:

Przewielebna Matka Przełożona Janina Byszewska, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Rafaela (profeska czasowa) i S. Iza (postulantka), a Siostry II chóru: S. Gerarda, S. Placyda, S. Maura, S. Leonarda, 3 czepeczki: S. Henryka, S. Celina i S. Genowefa. Razem 13.

W w ów dzień pamiętny 31 sierpnia przeszły z adoracji ziemskiej u stóp tabernakulum do wiekuistej i najszczęśliwszej adoracji w niebie 34 siostry i 4 księży.

 

Szczegółową relację z Powstania Warszawskiego zapisaną na kartach kroniki klasztornej można przeczytać na stronie internetowej Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Sakramentek.

 


Ratujmy opłatkarnię!

Mniszki klauzurowe, kontemplacyjne, od 95 lat utrzymują się z wypiekania oraz sprzedaży opłatków i komunikantów. Żeby benedyktyńska opłatkarnia nadal funkcjonowała, siostry muszą zastąpić maszyny ręczne – automatycznymi. Koszt całego przedsięwzięcia to 160 000 zł. Zebranie tej sumy pozwoli na zakup maszyny nowoczesnej i profesjonalnej. Dzięki Twojemu wsparciu siostry będą piekły nadal! 

 

Dane do przelewów tradycyjnych:

Klasztor Benedyktynek-Sakramentek
Rynek Nowego Miasta 2, 00-229 Warszawa

Bank PEKAO S.A.

PLN: 70 1240 1138 1111 0000 0209 2241 (rachunek PLN)

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Reduta sakramentek

Zginęły. A Bóg, jak widać, ich ofiarę przyjął. Od heroicznej śmierci trzydziestu pięciu zakonnic 31 sierpnia mija 75 lat.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Reduta sakramentek
Zginęły. A Bóg, jak widać, ich ofiarę przyjął. Od heroicznej śmierci trzydziestu pięciu zakonnic 31 sierpnia mija 75 lat.

Legenda miejska mówi, że w chwili, gdy siostry sakramentki umierały pod gruzami własnego kościoła na Nowym Mieście, w niebo wzbiło się stado białych gołębic. Pewnie to tylko legenda, ale jak to z legendami bywa, zawiera ziarno prawdy, a w tym wypadku jest to hołd oddany zakonnicom, które w strasznych dniach Powstania Warszawskiego wykazały się niezwykłym wręcz heroizmem pomagając cywilom i żołnierzom, a na koniec ofiarowały się za miasto, kraj, cały świat. Zginęły. A Bóg, jak widać, ich ofiarę przyjął. Od heroicznej śmierci trzydziestu pięciu zakonnic 31 sierpnia mija 75 lat.

 

Warszawski klasztor benedyktynek sakramentek ma ponad trzysta lat. Jak każdy klasztor kontemplacyjny sprawia wrażenie nieobecnego, bo mniszki oddziela od świata krata klauzury, ale w ważnych i groźnych dla stolicy chwilach przypominały o swoim istnieniu żeby udzielić mieszkańcom pomocy. Klasztor ufundowała królowa Marysieńka Sobieska i było to jej votum dziękczynne za zwycięstwo króla Jana nad Turkami pod Wiedniem. Pierwsze sakramentki przybyły z Francji, gdzie matka Mechtylda od Najświętszego Sakramentu, w świecie Katarzyna de Bar, założyła Zgromadzenie, którego życie duchowe oparte było na Regule św. Benedykta, ale szczególnym charyzmatem była nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu, adoracja wynagradzająca za zniewagi i bluźnierstwa, Zwana reparacją oraz czwarty ślub – ślub żertwy, czyli „bycie pod ręką Pana Boga”, Który czasem zgadza się przyjąć ofiarę z życia zakonnicy. Francuska przeorysza, m. Zuzanna Bompart ofiarowała się w 1708 r. w intencji ustania morowego powietrza, które dziesiątkowało Warszawę.

 

Kościół i klasztor przed 1944 r. / benedyktynki-sakramentki.org

 

W 1794 klasztor oddał srebra, największy dzwon i blachy z dachów na potrzeby Insurekcji. Po Powstaniu Styczniowym siostry podzieliły los wszystkich klasztorów, gdy zaborcy zakazali przyjmowania do nowicjatu, a zakonnicy mieli wymrzeć kończąc życie konsekrowane na ziemiach polskich. Jednak w 1905 los się odmienił i można było odbudowywać życie wspólnotowe, przyjmując nowy narybek.

W ciągu dwudziestolecia wojennego u sakramentek skompletował się niezwykły zespół osobowości. Przeorysza, m. Jadwiga Byszewska, s. Celestyna Wielowieyska i kilka innych sióstr pochodziły z ziemiaństwa. Były siostry z warszawskich rodzin mieszczańskich, córki kowala i stolarza, dziewczyny z chłopskich rodzin, dziewczyna z pozamałżeńskiego związku, która w klasztorze traktowała ten fakt jako szczególne uniżenie. Mistrzyni nowicjatu, wybitna tomistka m. Tomea Koperska była doktorem filozofii, s. Anzelma była absolwentką polonistyki a s. Magdalena, która wstąpiła do klasztoru w wieku czterdziestu sześciu lat, miała skończone konserwatorium. Siostra Ignacja, mistyczka, była konwertytką z kalwinizmu, a na katolicyzm przeszła dla sakramentu pokuty, szukając w nim „pomocy i dźwigni” w drodze do Boga. Siostra Augustyna bardzo chciała iść do klasztoru, ale sprzeciwiali się temu rodzice, w czasie okupacji pracowała w Wytwórni Papierów Wartościowych, wstąpiła do konspiracji i dopiero niebezpieczeństwo aresztowania po wsypie jej komórki sprawiło, że rodzice sami przyprowadzili ją nocą do klasztoru. Siostra Klara ledwo potrafiła czytać i pisać, a była mistyczką i świetnie wykształcona przeorysza zawsze się jej radziła.

Cały ten barwny zespół kobiet o różnym temperamencie i pochodzeniu stapiał się w całość na Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu, reparacjach, czyli adoracji wynagradzającej modlitwach brewiarzowych, osobistej kontemplacji. Zakonnice, zgodnie z wizją Założycielki, miały być adoratorkami i wynagrodzicielkami, „strażniczkami Eucharystii”, które miały pamiętać, że prawem żertwy jest śmierć.

 

Widok na klasztor i kościół przed 1944 rokiem z lotu ptaka / benedyktynki-sakramentki.org

 

Utrzymywały się z pracy w gospodarstwie, haftu, redagowania i tłumaczenia tekstów. Od lat 20. wyrabiały komunikanty i opłatki, co robią do dziś. Choć była to fundacja królewska, historia klasztoru pokazuje, że sakramentki miały charyzmat ubóstwa. Brak środków do życia towarzyszył im nieodłącznie, o czym świadczą XVIII-wieczne pisma sądowe o niezapłacone mięso.

Wybuch wojny postawił sakramentki przed nowymi wyzwaniami. Coraz więcej ubogich pukało po pomoc do furty, trzeba było oddawać Niemcom kontrybucje, w tym połowę świnek, hodowanych także na potrzeby Rady Głównej Opiekuńczej. Siostry nie dojadały, ale nikt nie odchodził od furty z niczym. Zakonnice wysyłały także paczki więźniom w Auschwitz i Dachau. 

Prawdziwym tyglem oczyszczenia i piekielnym przedsionkiem do nieba stało się dla sakramentek Powstanie Warszawskie. Nowomiejski klasztor znalazł się w oku cyklonu. Walki toczyły się w pobliskich Rybakach, w Wytwórni Papierów Wartościowych, w pobliżu klasztoru wzniesiono barykady. 6 sierpnia dowództwo Powstania zaapelowało do sióstr o otwarcie klauzury, co umożliwiło łączność z walczącymi Rybakami. Do klasztoru dotarli mieszkańcy Woli, przerażeni odbywającą się tam rzezią ludności cywilnej, zaś mieszkańcy Starówki szukali schronienia przeświadczeni, że w klasztornych piwnicach będzie bezpieczniej niż w podziemiach ich domów.

Wszystkich trzeba było nakarmić – powstańców i cywili, od rana gotowano zupę, do połowy miesiąca wypiekano chleb. Niebawem przeoryszę poproszono o przyjęcie szpitala powstańczego, zajętego przez zgrupowanie „Róg”. Do głodnych do opieki przybyli ranni, nieraz konający, o których walczyli „Morwa” – dr Tadeusz Podgórski oraz „Brom” – dr Zygmunt Kujawski. Siostry przejęły szpital na całkowite utrzymanie.

 

Ruiny klasztoru po Powstaniu Warszawskim / benedyktynki-sakramentki.org

 

Niemcy szybko zorientowali się, że klasztor sakramentek stał się punktem oparcia dla powstańców. Nastąpiły ostrzały, a później, od 12 sierpnia, regularne ataki przeprowadzane z nowoczesnych miotaczy min zapalających lub burzących, zwanych potocznie „krowami” lub „szafami”. Mniszki gasiły pożary i obserwowały, jak kawałek po kawałku, cegła po cegle, ginie ich historyczny, piękny klasztor i kościół – dzieło Tylmana z Gameren. Spłonął Pałac Kotowskich – kolebka Zgromadzenie i 60 tys. woluminów z biblioteki, budynek nowicjatu, budynki gospodarcze. Gruz zasypywał posesje klasztoru. Od trafionej wieżyczki na kościele zajęła się kopuła, później na ziemię spadł krzyż. W piwnicach przerażeni ludzie na przemian modlili się i przeklinali. Sypały się tynki, Najświętszy Sakrament został przeniesiony do piwnicy. Od połowy miesiąca kanalizacja nie działała, błogosławionym ratunkiem okazało się wówczas klasztorne źródełko, z którego wodę wynosiło się wiadrami. Skończyły się zapasy żywności i medykamentów, które siostry bez wahania oddały.

„Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta” – napisał w swoim kultowym „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” Miron Białoszewski.

Dzień niezmiennie rozpoczynały Mszą św. odprawianą przez kapłanów, którzy stale przebywali w klasztorze. Adoracja nie ustawała, modliły się, spowiadały się, a potem gotowały, opiekowały się rannymi. Pod koniec miesiąca z nieba posypały się ulotki z apelem o poddanie się, ale po naradzie z dowództwem m. Byszewska zdecydowała się zostać w klasztorze. „Widocznie wolą Bożą jest abyśmy tu, na tym stanowisku, wytrwali i zginęli” – stwierdziła. W dniach piekielnych ataków („Jakby całe piekło wpadło i szatan podpalił wszystkie kąty” – powiedziała s. Modesta), sakramentki rozważały, czy nie nadszedł czas realizacji ślubu żertwy. Bóg podpowiadał im, że nadszedł. Siostry przychodziły do m. Byszewskiej, bo przeorysza musi wyrazić zgodę na złożenie siebie w ofierze.

A matka przeorysza wyrażała zgodę wielokrotnie. Z jednym wyjątkiem – s. Celestyny Wielowieyskiej. Po wojnie właśnie ona wróciła wraz z ocalałymi siostrami do Warszawy i nadludzkim wysiłkiem podźwignęła z gruzów kościół i klasztor. Niewiele wiadomo, jak wyglądał akt oddania każdej z sióstr. Najlepiej ujęła to s. Józefa: „Aby Polska nie była taka czy inna, ale cała Chrystusowa”. Wizjonerka s. Katarzyna, której ukazywał się Chrystus w koronie z gwiazd i żądał, by złożyła się w ofierze za świat wyznała, że „Pan Jezus żąda ode mnie ofiary, a ja się opieram i strasznie się boję”. Wszystkie miały świadomość zbliżającego się końca. A jednak harowały do ostatniej chwili. Siostra Teresa robiła na drutach i przekonywała, że po jej śmierci jej robótka może się komuś przyda…

 

Ruiny kościoła i klasztoru po 1944 r.

 

31 sierpnia nie różnił się w swej piekielności od ostatnich dni, a jednak w cudem ocalonej kronice odnotowano, że to „dzień dopełnienia się ofiary”… Mniszki to przeczuwały. Był czwartek, dzień uroczystego oficjum o Najświętszym Sakramencie. Siostry Stanisława i Modesta założyły najlepsze habity, bo „gdy idzie się do Oblubieńca, trzeba ubrać się jak na gody”.

Po godz. 15 większość sióstr zgromadziła się na adoracji przy ołtarzu. W tej godzinie nadleciały niemieckie stukasy i nastąpił oślepiający wybuch. Całe kościelne sklepienie zapadło się, grzebiąc zakonnice. W nalocie – a zrzucono na klasztor dziesięć bomb, zginęło też czterech księży, czternaście sierot z pobliskiego sierocińca i około tysiąca osób cywilnych.

Pozostałe sakramentki wraz z m. Byszewską przez obróconą w kupę gruzu Wolę zostały pognane do Pruszkowa. „Beniaminek”, s. Hilaria, która była zaledwie rok w klasztorze, wypowiedziała proroctwo, gdy Powstanie wybuchło: „To już koniec. Teraz będzie zupełnie inna historia i zupełnie inny klasztor”.

Po wojnie klasztor został odbudowany w wielkim trudem i poświęceniem. Zaś dziś sakramentki potrzebują gestu solidarności od ludzi ze świata i mieszkańców Warszawy. Muszą kupić nową maszynę do wytwarzania komunikantów i opłatków, bo stara nie spełnia już wymaganych standardów. A jest to podstawowe źródło ich utrzymania.

 

Żeby benedyktyńska opłatkarnia nadal funkcjonowała, siostry muszą zastąpić maszyny ręczne – automatycznymi. Koszt całego przedsięwzięcia to 160 000 zł. Zebranie tej sumy pozwoli na zakup maszyny nowoczesnej i profesjonalnej. Dzięki Twojemu wsparciu siostry będą piekły nadal! 

 

Dane do przelewów tradycyjnych:

Klasztor Benedyktynek-Sakramentek
Rynek Nowego Miasta 2, 00-229 Warszawa

Bank PEKAO S.A.

PLN: 70 1240 1138 1111 0000 0209 2241 (rachunek PLN)

 

 

Źródła: Jadwiga Stabińska OSBap, Danina krwi, Edition du Dialogue, Paris 1977; Jadwiga Stabińska OSBap, Za nich poświęciła siebie, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2008; Katarzyna Mechtylda de Bar, Eucharystia, moja miłość, Tyniec 2012

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >