кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

Pokusa dewocji. Jałowa gorliwość

Dewocja i dewoci, te pochyłe wyschnięte drzewa, które nie przynoszą owoców, zostali już dawno potępieni przez opinię publiczną – kościelną i świecką i płoną na stosie negatywnych recenzji. Są na straconej pozycji, ale coś każe mi wziąć ich w obronę

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Łatwo można jeździć po dewocji i dewotach – bo ta pobożność powierzchowna, przesadna, ostentacyjna, już dawno została napiętnowana, obśmiana i negatywnie sklasyfikowana jako zboczenie, czyli skręt z właściwej drogi.

Dewocja na dodatek kojarzy się ze starymi, uciążliwymi babami, wysiadującymi całymi dniami w kościele, które mimo niezliczonych „modlitwogodzin” mają wiele pretensji i roszczeń wobec bliźnich. Gołym okiem widać, że ta gorliwość nic im nie dała, bo całkiem nieświadomie są na jałowym biegu.

Dewocja i dewoci nie mają szans, bo nie wytrzymują weryfikacji, czyli pytania o owoce. Mogłaby to być dla nich wielka szansa, bo dowiedzieliby się, że nie tylko są tacy sami, jak przeciętny grzesznik, ale nawet gorsi, bo do całej jego biedy dochodzi zakłamanie i chęć wywyższenia nad innych.

Sam Pan Jezus mówił o pobielanych grobach, piętnował pobożność na pokaz i swoim uczniom polecił żeby modlili się na osobności, w izdebkach, a nie na placach i rogach ulic. Jan Kochanowski opisał pobożnisię z furią okładającą różańcem biedną służącą. Lud mawiał o takich, że „modli się pod figurą, a ma diabła za skórą”. Jacques Brel śpiewał o bigotach i ich wystudiowanych pozach. Lista oburzonych jest bardzo długa i jak widać, zjawisko jest międzynarodowe.

Pokusa dewocji. Jałowa gorliwość

Nie mają szans biedni dewoci, ale skąd bierze się irytacja na ich widok? Czym wytłumaczyć złe emocje niezliczonych pokoleń?

Fałszywa piosenka, zwłaszcza śpiewana na górnych tonach, jest wybitnie denerwująca, a do tego dochodzi zaślepienie, które nie pozwala dostrzec rozziewu czy wręcz przepaści, która powstaje między piękną, wzniosłą normą i spapraną realizacją. A spaprana realizacja wiąże się ze smutkiem zawiedzionych nadziei.

Do ludzi wierzących, a zwłaszcza gorliwie praktykujących, przychodzą nieraz ateiści czy w ogóle ludzie z innych galaktyk i może nie pytają od razu, jak żyć, ale spodziewają się, że ich nadzieje na inny świat zostaną uzasadnione. Biada im, jeśli wpadną na dewotę. Nie musi on być starą babą z pieskiem czy kotkiem, jak śpiewał Brel. Wystarczy, że jest ofiarą swoich złudzeń, czyli jałowej gorliwości. Zachowały się dwa ważne świadectwa ludzi, jak wyglądały ich spotkania z takimi chrześcijanami.

Jean Paul Sartre wyznał, że nigdy nie spotkał chrześcijanina (choć spotykał ich wielu), który pociągnąłby go do Boga, który przekonałby go, że warto się Nim zająć, poświęcić Mu choć odrobinę czasu i uwagi. Żaden nie zrobił na nim głębszego wrażenia. Tak więc przeszedł obojętnie, tak, jak przechodzi się obok kobiety, z którą mógłby mieć romans, ale nic nie wyszło, nie zaiskrzyło.

Fryderyk Nietzsche niemal krzyczał, pytając chrześcijan, dlaczego nie wyglądają na istoty zbawione.

Mamy dwa zapisy osób, które wywarły wielki wpływ na nasze czasy, dodajmy – negatywny. A gdyby tak spotkali, no może nie aż św. Franciszka, ale zwyczajnego człowieka, który ufa Bogu? Nikt nie wie, ile było takich rozczarowań zwykłych ludzi, nie tak wpływowych jak ci dwaj mistrzowie podejrzliwości, ale również zgorzkniałych, bo pięknie brzmiące obietnice nie zostały spełnione, bo nie widać przemienionych, czy przynajmniej nawróconych. Wszędzie sami dewoci, więc męcząca rzeczywistość będzie ciągle taka sama. A odrzucenie jest tym gwałtowniejsze, im większa była nadzieja, że Bóg nie jest iluzją i ma siłę przemieniania.

Pokusa dewocji. Jałowa gorliwość

Dewocja i dewoci, te pochyłe wyschnięte drzewa, które nie przynoszą owoców, zostali już dawno potępieni przez opinię publiczną – kościelną i świecką i płoną na stosie negatywnych recenzji. Są na straconej pozycji i przechodzą już do przeszłości, ale coś każe mi wziąć ich w obronę, bo się z nimi identyfikuję.

Dobrze ich rozumiem, bo jestem jedną z nich.

Dlaczego? Z powodu braku jedności intencji, emocji, pragnień, słów i czynów, która czyni osobowość jakby wyrzeźbioną w jednej bryły. Takiej jedności, dzięki której człowiek staje się wiarygodnym świadkiem. To scalenie było tajemnicą sukcesu odbioru Jana Pawła II (o ile można rozpatrywać to w tych kategoriach), tej fascynacji tłumów i poszczególnych ludzi, którzy się z nim spotykali. Ze wszystkich charakterystyk, które o nim słyszałam, najmocniej zapadła mi w pamięć, bo jest najprawdziwsza, wypowiedź krakowskiej aktorki, która stwierdziła, że w papieżu nie ma cienia strachu. I że to niezwykle ważne, bo ludzie, którzy się boją, są w stanie zrobić najstraszniejsze rzeczy. I dodała, że Wojtyła jest z jednej bryły, nie ma w nim najmniejszego rozjazdu między tym, co mówi i co robi. I właśnie dlatego tak kocha go młodzież, bo młodzi są wyjątkowo uczelni na fałsz, wychwycą najdrobniejszą nutę, a w tym starym człowieku go nie słyszą, melodia jest idealnie czysta, wprost boska, więc go uwielbiają, bo on daje im nadzieję.

Pokusa dewocji. Jałowa gorliwość

W tym moim dewocyjnym rozjeździe nie czuję się osamotniona (co mnie nie usprawiedliwia), bo spotkałam w życiu zaledwie kilka osób, którzy nie są dewotami. Ich pobożność przynosi autentyczne owoce, a słowa nie zgrzytają strasznym dysonansem.

Złagodniałam patrząc na stare kobiety w kościelnych ławkach. Nie tylko dlatego, że jesteśmy w podobnym wieku, ale dlatego, że ich porażki są mi bliskie. I dlatego, że widzę dla nich szansę, bo szukam jej także dla siebie. Może są przesadne i pretensjonalne, może się ścigają, chcą się pochwalić, poczuć się lepsze, tego nie wiem.

Solidaryzuję się z nimi, bo każdy ściga się w dyscyplinie, którą uważa za ważną i jest gotów dużo poświęcić żeby swój cel osiągnąć. A Pan Bóg jest dla nich ważny.

Może jeszcze nie najważniejszy, ale wciąż jest szansa, że pragnienie stanie się krystalicznie czyste, że „ja” w końcu się rozpłynie na rzecz „Ty”, bo wystarczy ułamek sekundy i Pan Bóg wydobędzie z nich to, co istotne i prawdziwe?

Rzecz jasna, bez prawdy nie ma powrotu na ścieżkę owocności, która nie polega na tysiącach „zdrowasiek” czy staniu na słupie na jednej nodze. To po prostu chwila uświadomienia sobie całkowitej zależności, a później staranne pielęgnowanie pamięci o tym odkryciu.

W chóralnym potępieniu dewocji tkwi poważne niebezpieczeństwo.

W listach starego diabła do młodego C.S. Louisa doświadczony kusiciel z satysfakcją stwierdza, że skompromitowanie znaczenia słowa „dewocja” jest jednym z większych sukcesów ich wydziału filologicznego, ponieważ dewocja oznacza pobożność. Drogę do Boga. Prawdziwą i prostą. I nie należy z niej rezygnować, tylko dlatego, że stale zbaczamy i jedziemy na jałowym biegu.

Byłoby smutne, gdybyśmy wylali dziecko z kąpielą. W obawie popadnięcia w dewocję, możemy zrezygnować z ogromnego bogactwa środków prowadzenia do Boga, które proponuje nam Kościół. Może się zdarzyć i tak, że niejedna dewotka nas wyprzedzi w Domu Ojca, gdyż pomimo wszystkich błędów, wciąż się starała i nie odbierała sobie szansy na ratunek, choćby w ostatniej chwili.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Anatomia pokusy

Zabierz pokusy, a nikt nie będzie zbawiony

Tomasz
Franc OP 2
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rozpocznę od dowcipu, być może niektórym znanego, ale wydaje się, że w dość żartobliwy sposób ujmującego nasze stereotypowe pojmowanie tego, czym jest pokusa. Rzecz dzieje się w niebie, gdzie na zasłużonym, przez lata wypracowanym dobrymi uczynkami wiecznym odpoczynku spoczywa pewien Niebianin. Rytm niebiańskiego dnia jest dość monotonny, rano pacierze, później śniadanie, spacer po niebiańskich obłokach, znów modlitwy i tak dzień w dzień, ale w nocy… W nocy, do nieba dochodzą z piekła odgłosy hucznej zabawy, śmiech, dźwięki muzyki, widać światła sztucznych ogni. Niebianin z utęsknieniem wpatruje się w piekło. Podczas jednego z codziennych obiadów spożywanych u świętego Piotra podejmuje decyzję, że chce się tam przenieść. U bram piekła wita go sam Lucyfer, który z uśmiechem zaprasza do… zimnej i wilgotnej celi. Oburzony Niebianin pyta, gdzie znajduje się to, co podziwiał zerkając z nieba? Lucyfer odpowiada: Eee tam, to tylko nasz dział reklamy.

Opierając się na wymowie tego żartu, możemy zadać pytanie, czy rzeczywiście pokusa jest tylko wysublimowanym "działem reklamy", którego jedynym zadaniem jest odcięcie nas od może szarego, ale jednak realnego świata? Wydaje się to zbyt dużym uproszczeniem. W naszej codzienności pokusa i rzeczywistość wzajemnie się przeplatają. Trudno zająć wobec tego zjawiska jednoznaczne stanowisko. Czasem z pokusą jest tak, że się jej ulega, albo z nią walczy, a o wiele rzadziej próbuje się ją oswoić. A może warto, żeby taki "dział reklamy" pracował na nasze konto.

Pokusa towarzyszy każdemu z nas od samego początku życia, może bardziej trafnym określeniem byłoby, od pierwszych przebłysków samoświadomości. Zdolność do jej przeżywania jest warunkiem nierozłącznym posiadania wolnej woli.

Czy wobec tego z pokusą jest jak z solą, gdy jej brakuje, pokarm staje się mdły, a gdy jest jej w nadmiarze, nadaje się do wyrzucenia? Wydaje się, i to może zaskakiwać, że istnienie pokus jest koniecznym warunkiem rozwoju. Oczywiście bardzo często zdarza się, że tak zwane pójście za pokusą wiąże się z upadkiem, przegraną i degradacją, ale jak zwykło się mawiać, nie ma róży bez kolców, a prawdziwe dobro nie jest osiągane bez trudu. Warto jednak sprawiedliwie przyznać, że pozytywny wymiar pokusy, doświadczany jest przez nas o wiele rzadziej niż jej niszczący charakter.

Anatomia pokusy

Przestrzenią, w której doświadczamy pierwszego spotkania z pokusą jest doświadczenie wewnętrznej pustki. Tej samej, która również jest naturalnym środowiskiem życia naszych potrzeb. Pragnienie, głód i brak rodzące się w pustce są sygnałami o tym, że jest „coś”, co jest niezbędne dla naszego rozwoju, czego potrzebujemy do prawidłowego funkcjonowania, czy wprost do życia. Zatem, i potrzeba i pokusa spotykają się u wspólnego źródła, jakim jest odczuwany przez nas brak upragnionego dobra. Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób obydwie te doświadczane przez nas rzeczywistości próbują odpowiedzieć na to pragnienie.

Konfrontując się z różnego rodzaju niedostatkami doświadczamy emocji, które wpływają na podejmowane przez nas sądy dotyczące sytuacji, w których się znaleźliśmy i potrzeb, dostrzeżonych i nazwanych przez nasz umysł. Próbując odpowiedzieć na te potrzeby musimy podjąć wysiłek zmierzenia się z rzeczywistością, to znaczy, postawienia sobie pytania, czy to, co jest naszym brakiem może być zaspokojone przez to czego pragniemy i czy środki podejmowane w drodze do osiągnięcia tego są adekwatne. Emocje oczywiście mogą dopingować nas w podejmowaniu decyzji, są wręcz niezbędne do tego, żeby skutecznie działać, ale mogą także sprawić, że zbyt pochopnie powzięte kroki wprowadzą nas na błędną drogę. Obrazowo można to wyrazić w taki sposób, że paliwem napędzającym potrzeby są emocje, ale kierunek realizacji nadaje im intelekt, posługujący się racjonalnym osądem rzeczywistości. Ta zasada realizowania potrzeb opierająca się na współpracy intelektu i emocji, nie tylko może być, ale wręcz jest zmieniana pod wpływem pokusy. Czyli, że w ten swego rodzaju układ: potrzeby, emocje, intelekt, działanie wchodzi dodatkowa zmienna, jaką jest właśnie pokusa. To ona sprawia, że wydawałoby się proste decyzje naznaczone są zawsze elementem ryzyka, bycia niejako „na granicy”.

Pokusa niejako ubarwia, koloruje nasz osąd realności, wprowadzając weń element irracjonalności, nieskrępowanych fantazji i marzeń, co jednocześnie wyostrza i eskaluje emocje. Wobec tego, ocena naszych potrzeb, to, czego nam brakuje, a także sposoby ich realizacji, czy wreszcie cel, do którego dążymy, narażone są na zniekształcenie. Może okazać się, że pragnienie zmieni się w nieskrępowane niczym pożądanie, a potrzeba stanie się zniewalającym przymusem.

Ale czy rzeczywiście pokusa musi być dla nas źródłem nieszczęść? Czy jesteśmy skazani na to, że wpłynie ona na zniekształcenie odczytywanej przez nas rzeczywistości, czy raczej może nadać jej inny, pomocny wymiar?

Naszkicowana powyżej droga realizacji potrzeb, wykluczając istnienie pokusy, wydaje się być może niezawodna, ale za to bardzo mechaniczna i przez to mało atrakcyjna. Co gorsza nieprawdziwa. Słowa świętego Antoniego Pustelnika, „zabierz pokusy, a nikt nie będzie zbawiony” utwierdzają nas w tym, że pokusa wraz ze swoją zaskakującą irracjonalnością może być czymś, co nada smak naszym decyzjom. Można żartobliwie stwierdzić, że „szczypta” pokusy ożywia nasze potrzeby, nadaje smak przeżywanym emocjom, twórczo pobudza intelekt i hartuje nasze duchowe zdrowie.

Anatomia pokusy

Warto, powrócić do twierdzenia z początku artykułu i poszukać odpowiedzi na pytanie czy „dział reklamy” pod nazwą pokusa, może pracować dla nas, czy może wzbogacić naszą osobowość, budując ją, a nie rujnując? Żeby konfrontacja z nieodłączną w naszym życiu pokusą przyniosła korzyść, trzeba zwrócić uwagę na to, jakie pytania ona w nas wyzwala. Jeżeli odczuwamy jakąś potrzebę, to pokusa maksymalizuje ją, jest jak „duchowa adrenalina”, wyostrza nasze zmysły, czyniąc ze zwykłej potrzeby cel sam w sobie. Warto wtedy doświadczyć tej siły i żywotności, co nie oznacza ulec jej, ale uczynić z tego drogę do pełniejszego poznania siebie samego. Skonfrontować się z pytaniem, dlaczego akurat właśnie tego pragnę, czemu to ma służyć, jakie potrzeby ma to zaspokoić, lub jakie braki we mnie nakarmić. To pytanie o siebie samego, ta autoanaliza pomoże nam odkryć to, w jaki sposób myśli o nas i czym nas wabi szef „działu reklamy”.

Inną, niemniej ważną wartością wydobytą ze „współpracy” z pokusą jest możliwość konfrontacji z naszym egocentryzmem. Pokusa wydobywa z nas, uwidacznia ukryte głęboko w naszej duszy motto „wszystko mogę sam”. To tylko z pozoru niewinna maksyma. Gdy przyjrzymy się jej bliżej, widać w niej całkowite skupienie na sobie samym, naszą zachłanność, karmiącą się myślami, typu „zrób to tylko dla siebie”, „jesteś najważniejszy”, „nikt się nie liczy tak jak ty”. Pokusa wyostrza w ten sposób nasz egocentryzm, co z kolei staje się doskonałą okazją do walki duchowej, w której orężem jest zdolność dopuszczania do siebie pytań o to, czy rzeczywiście jestem sam, czy nie tracę innych, nie dostrzegając ich potrzeb, czy wreszcie to, że może to właśnie ja mogę być komuś potrzebny.

Konfrontacja z pokusą jest bardzo trudna, ale gdy uda się nam ją w sobie oswoić, to może stanie się tak jak niegdyś z wilkiem, który z bestii zmienił się w psa, najwierniejszego przyjaciela człowieka. Zatem, nie wybijaj pokusie kłów, nie uciekaj przed nią, ale przygarnij ją, jako część siebie samego, swój własny cień, zmierz się z nią, zadając jej pytania, a wtedy twój przeciwnik z „działu reklamy” oniemieje, bo jego „towar” straci swój diabelski czar.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Tomasz Franc OP 2

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz
Franc OP 2
zobacz artykuly tego autora >