video-jav.net

Połnocne wybrzeże Papui Nowej Gwinei

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bazę Summer Institute of Linguistics w Wewak na północnym wybrzeżu PNG prowadzi amerykańskie małżeństwo, Gary i Denise. Z lotniska odbierają mnie jednak moi starzy  znajomi – Scott i Tummy Harmsowie. On to były nurek ratownik (elita elit, gdy idzie o poziom wytrenowania, gość który byłby pewnie w stanie na jednym oddechu pięć razy przepłynąć z Kołobrzegu na Bornholm i z powrotem), ona – emerytowany pilot śmigłowca ratunkowego amerykańskiej Navy. Od czterech lat w Papui.

Mówią o sobie, że są misjonarzami, choć żadne z nich nie głosi przecież kazań, nie pracują przy tłumaczeniach Biblii na lokalne języki. Scott pomaga misyjnym pilotom, waży ładunek, dba o samoloty, Tummy koordynuje ich pracę. W Stanach sprzedali wszystko, postawili na jedną kartę. Teraz okazuje się, że będą musieli wrócić tam na co najmniej rok, wynajęli dom w Montanie, będą jeździć po kościołach, opowiadać o swojej pracy i prosić o stałe wsparcie (wszyscy misjonarze pracujący z SIL są tu, gdy ktoś, jakiś Kościół, płaci na ich utrzymanie). Scott zarzeka się jednak, że o pieniądzach nie wspomni ani słowem. „ Jeśli ktoś znajdzie w sobie natchnienie, żeby dać pieniądze, chwała Panu. Bóg ma swój plan, On wie najlepiej, co mamy robić“.

Takie wyznanie w ustach dobiegającego pięćdziesiątki faceta, który mógł spokojnie relaksować się na wojskowej emeryturze, a pozbył się wszystkich ziemskich zabezpieczeń, planów, i nadal nie uważa za stosowne powiedzieć światu, że odwala za niego kawał roboty i dlatego zasługuje na wsparcie, robi wrażenie. Bardzo lubię Scotta. Jego witalność, to jak rozpromienia się, gdy opowiada, jak parę miesięcy temu nurkując zmagał się z jakąś wielką rybą, urządzając sobie z nią regularne zapasy. Imponuje mi tym, co większość otoczenia (i mojego i jego) uznaje pewnie za motywowane religijnie wariactwo. Jest w nim głęboka wiara, jest też jednak jakiś cień (smutek? mimo wszystko – niepewność?), który nadaje tej postaci ostre rysy.

Dostaję pokój na poddaszu, dzielę go z Jonathanem i Larsem, dwójką Anglików, przedstawicieli Kościołów wspierających pracującą na Wyspach Ninigo od dziesięciu lat Theresę Wilson. Za ścianą – trójka rodaków z Ustronia, którzy od samego początku wspierają drugą część tego duetu, Beatę Woźną. Jurek Marcol, Tadeusz i Iwona Recman z Biblijnego Stowarzyszenia Misyjnego (o nich będzie jeszcze dużo, bo to postaci więcej niż barwne, a nasze protestancko – katolickie debaty dostarczały wszystkim mnóstwo radości). Temperatura w pokoju zbliża się do 40. stopni. Wilgotność powietrza: 95 proc. Wiatrak działa, ale co chwila wyłączają prąd, miliony komarów. Idziemy na kolację.

Jej częścią jest „security briefing“ przed jutrzejszym lotem na Ninigo. Od wysp dzieli nas jakieś trzysta kilometrów Pacyfiku, ponad godzina lotu dziesięciomiejscowym Kodiakiem. Jego pilot, Chris Walker, pokazuje nam jak zakładać kamizelkę ratunkową, którą każdy z nas będzie musiał mieć wchodząc na pokład. „Gdy wysiądzie nam silnik, nie spadniemy jak kamień z nieba“ – tłumaczy Chris. „Spróbuję zrobić, co się da, żebyśmy ześlizgnęli się na wodę w miarę łagodnie. Gdy wydam wam komendę, musicie opuścić głowy na kolana, objąć je rękami i czekać na uderzenie. Pewnie połamiecie sobie palce, może ręce. Ale jeśli choć jedną będziecie mieli sprawną, gdy tylko samolot się zatrzyma – natychmiast połóżcie rękę na oparciu fotela za wami lub przed wami, w zależności od tego, gdzie jest najbliższe wyjście z samolotu. Później cierpliwie czekajcie aż samolot nabierze wody, jak będzie już nad czubkiem waszej głowy, to będzie moment by rozpiąć pasy i podążać za wyciągniętą ręką. Wtedy nie będziecie w stanie myśleć, to ona pokaże wam drogę do wyjścia. I pamiętajcie: grunt to spokój“.

Na twarzach jutrzejszych pasażerów przerażenie walczy o lepsze z chęcią rozładowania sytuacji jakimś dowcipem. Chris niby uspokaja, że statystyki są obiecujące i że gdyby co bylibyśmy pierwszymi ofiarami śmiertelnymi w historii lotów Kodiakiem, widać jednak, że tu nie lata się dla przyjemności i by wystartować, naprawdę trzeba mieć powód.

Lądowanie Kodiaka na lądowisku na Papui-Nowej Gwinei

Następnego dnia, gdy o siódmej rano wlatywać będziemy nad ocean, w uszach będę miał modlitwę Chrisa jaką odmówił przed startem (wcale nie powtarzał Bogu, że lot ma być szczęśliwy albo bezpieczny, mówił: „Panie, pozwol bym pilotował dziś ten samolot w sposób jaki przyniesie Ci chwałę“).

W głowie – Chrisowe przykazanie: póki jesteś przytomny wyraźnie zaznacz drogę ratunku, mość się w życiu tak, żeby zawsze wiedzieć, gdzie jest droga do wyjścia. Gdy zaleje cię woda, dym odbierze wzrok, będziesz szedł za odruchem.

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku. Wtedy – nawet jeśli wszyscy (z tobą na czele) będą ci mówili, że masz jechać na Ostrołękę, będziesz wiedział, że ocalenie to Radom.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

W parafii katedralnej jest jedynym księdzem (w całej diecezji ma ich zdaje się obecnie kilkunastu). To znaczy, że odprawia sam wszystkie cztery niedzielne msze, spowiada, prowadzi nabożeństwa, kursy przedmałżeńskie, święci medaliki – łączy w sobie godności i obowiązki ordynariusza, proboszcza oraz wikarego.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Ponieważ nosi mnie i w najbliższych tygodniach dalej będzie mnie nosić po świecie, postanowiłem pisać pamiętnik, notując rzeczy które widzę, a które wchodzą w pamięć – zostają w głowie i napędzają myślenie.

Nazwałem go „Pamiętnikiem spod róży“, bo wydało mi się to dowcipne (w tym żarcie śmieszne jest to, że zamiast „z podróży“, jest „spod róży“).

Myślałem też, żeby nazwać ten cykl „Pamiętnikiem z wakacji“, ale po pierwsze to nie są wakacje, po drugie –wspomnienia o mięsnym jeżu wciąż są w nas chyba zbyt bolesne.

„Dzienniczkiem“ też tego nie nazwę, bo to jednak by było świętokradztwo. A więc – com zatytułował, zatytułowałem.

Będę go pisał codziennie, przez miesiąc, na próbę. A później zobaczymy, czy i Wam i mnie nadal podglądać świat w ten sposób będzie się jeszcze chciało.


Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Biskupa Jamesa Foleya z Cairns na tropikalnych, północnych kresach Australii (to swoją drogą ciekawe, że tu „Daleka Północ“ oznacza tropiki), opisałem już w „Last Minute“.

Biskupstwo to najwyższy stopień kapłaństwa. A kapłan to po prostu starszy. Starszy brat. A nie wynajęty (nasłany) zarządca.

Dziś wybrałem się tu na niedzielną mszę, na 10.00. Biskup Foley nie poradziłby sobie bez świeckich i wielu z nich przy katedrze działa.

Jedni drukują gazetkę, inni dbają o kościół, jeszcze inni prowadzą sklepik albo organizują parafialną herbatę. Są lektorzy i nadzwyczajni szafarze rozdający komunię.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Biskup Foley nie dorobił się jednak jeszcze liturgicznej asysty. Z rozczuleniem obserwowałem jak przed mszą usiłuje rozpalić trybularz (to coś, co amatorzy nazywają kadzidłem; kadzidło to to, co się spala, to srebrne urządzenie do machania na łańcuszku to trybularz).

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Następnie przyniósł z zakrystii specjalny uchwyt, który postawił przy swoim tronie i próbował zawiesić na nim trybularz, tak by się nie wywrócił. Później przez całą mszę nosił ten uchwyt z miejsca na miejsce.

Dla Polaka, przyzwyczajonego do tego, że jak jest biskup, jest liturgiczna „full pompa“, jest coś wstrząsającego w widoku biskupa, któremu trybularz podaje metalowy (i bardzo wywrotny) uchwyt, i który gdy zdejmuje mitrę (ozdobna biskupia czapa), kładzie ją po prostu na krześle albo na ambonce (u nas – przekazuje w ręce trzymającego ją przez welon, niczym Najświętszy Sakrament – ministranta lub kleryka).

Kazanie krótkie i na temat. Co to znaczy: być „przybranym dzieckiem Boga”? Czy bycie adoptowanym to stygmatyzacja (biskup wspominał, że gdy sam był dzieckiem – „ty jesteś adoptowany” było najgorszą obelgą)? Czy raczej komunikat: jesteś tak wyjątkowy, tak cię kochamy, że chcemy, żebyś to właśnie ty był odtąd członkiem naszej rodziny?

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Po mszy – jak zwykle, w kościelnych głośnikach odpala się nagranie, w którym autor katedralnej dumy: witraży pokazujących stworzenie świata (za pierwszym razem wydawały mi się bohomazem, dziś zaczynam coś w nich jednak dostrzegać) wraz z biskupem Foleyem opowiadają o ich powstaniu i przesłaniu.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Ja przez dobre pół godziny biegam wkoło kościoła polując na przemieszczającego się z prędkością światła biskupa. Gdy go wreszcie dopadam (ubranego już w cywilne ciuchy), umawiamy się na przyszłą sobotę, gdy znów będę w Cairns, w drodze powrotnej z Papui, przekażę mu książkę („super, wreszcie nauczę się polskiego”), rozmowa trwa pół minuty, bo on już pędzi dalej.

Wracam do hotelu, tuż przy marinie, z której miliony ludzi rocznie wypływają by podziwiać oddaloną o godzinę łodzią Wielką Rafę Koralową. Super, że cieszą się pięknem świata.

Ten, co ten świat stworzył już jednak ich tak nie kręci (wnosząc z porównania frekwencji w kościele i w porcie). Jak uświadomić ludziom, że kontemplacja Boga (wie to każdy, kto odważył się spróbować), to w pierwszym rzędzie zanurzenie się w Pięknie? Komu jeszcze się On z pięknem kojarzy? Co robimy źle, głosząc Go ludziom? Może za często jesteśmy „cieciami” Sacrum, zamiast starszymi braćmi?

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Tak się tym wstrząsnąłem, że aż napisałem na fejsie: jak to się dzieje, że gdzie bym nie był, gdy pytają mnie, czym się zajmuję i odpowiadam, że piszę książki o Jezusie, następuje „oooo“, cisza, nerwowe gniecenie serwety.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Sen Szalonego Lakiernika

Gdy dodaję, że współprowadzę też polski „Got Talent“ jest ekstaza, zdjęcia i jedno wielkie „haumiau“. Na czym to polega, że Ant i Deck są dziś fajniejsi od Jezusa? Może na tym, że w Jego czasach też byli?

I jeszcze jedna mocno osobista uwaga. Dziś, przyjmując komunię w Cairns, zrozumiałem jak przez ostatnie dwa dni (spędzone w samolocie) mi jej brakowało.

Znów przekonałem się jak działa duchowy system naczyń połączonych, jakiego „speeda”, moc, daje Eucharystia gdy idzie o codzienną, w każdej chwili, modlitwę.

Prawo modlitwy numer jeden: jeśli chcesz się modlić, musisz ZACZĄĆ się modlić. Teraz. Nie odkładać, nie kombinować.

Jeśli chcesz żyć – musisz oddychać. Zaniedbując oddychanie nie robisz źle światu, ale sobie. Przede mną parę dni bez dostępu do kościoła (choć z mnóstwem chrześcijan wokół). I do Internetu. Jak żyć, panie premierze, jak żyć?!

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >