Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

W tym kraju nie ma dróg, latają więc wszystkie klasy społeczne, poziomy wykształcenia, nawyki. Gdy dziś o piątej rano siedziałem przy gejcie w australijskim Cairns, dwa krzesła obok usiadł mężczyzna, którego woń wprawiła w autentyczny popłoch wszystkich w promieniu – nie przesadzam – stu metrów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

O wrażeniach jakich dostarcza przesiadka w porcie lotniczym w Port Moresby, stolicy Papui Nowej Gwinei, pisałem w ostatniej książce. I tym razem kluczem do sukcesu okazała się strategia. Zając, żeby nie zostać zjedzony musi zachowywać się jak wilk, wprawiając swym tupetem prawdziwe wilki w osłupienie. Potrwa ono – ufamy – wystarczająco długo, by się przed ich nosami przemknąć.

Maszeruję więc pewnym krokiem, robię dużo hałasu, wydaję polecenia tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zamiast trząść się przed rzeczywistością, biorę ją za twarz. Pseudoochroniarze i pseudokierowcy czyhający na zagubionych podróżnych robią krok do tyłu. Fajni, mili, pomocni ludzie – sprzedawcy telefonów, reprezentaci hoteli, bagażowi – uśmiechają się ze zrozumieniem.

Droga do terminala krajowego, z którego mam polecieć do Wewak, obłożona jest żebrakami, którzy nie mieli ze sobą co zrobić w mieście, postanowili więc szukać szansy w tymczasowości lotniska. Wymieszali się z koczującymi podróżnymi, którzy nie załapali się na lot (w PNG jest dwóch głównych przewoźników, do wyboru: jeden sprzedaje trzy razy więcej biletów niż ma miejsc, drugi ma rozbijające się pięć razy za często samoloty).

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

Znam już ten terminal, tu lepi się wszystko: podłogi, ściany, nawet odblaskowe kamizelki ochroniarzy, którzy wysmarowują mój boarding odciskami palców i mażą po nim artystyczne esy floresy. Za kontrolą bezpieczeństwa wielka sala, coś w rodzaju kina, w której w rozpadających się fotelach siedzi tłum próbujący zrozumieć, co rzęzi głośnik, który co chwila i tak z hukiem wysiada. Dwa monitory wyświetlają ciąg przypadkowych cyfr. „Gejt“ to oblepione tłustym kurzem drzwi, rozsuwane z hukiem gdy do uwijających się jak w ukropie pracowników (słowo daję, nie wiem jaką drogą) dotrze info, że jakiś samolot jest już gotowy do startu.

Trzy godziny czekania, zrywania się co chwila z fotela, by potwierdzić u miłej pani, czy ten zgrzyt i pisk w głośnikach to może już Wewak. Jest! Głupi zawsze ma szczęście: trzy dni temu po intensywnych deszczach pas startowy w Wewak spłynął w dolinę, teraz podobno jakoś udało się go zalepić.

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach. W tym kraju nie ma dróg, latają więc wszystkie klasy społeczne, poziomy wykształcenia nawyki. Gdy dziś o piątej rano siedziałem przy gejcie w australijskim Cairns, dwa krzesła obok usiadł mężczyzna, którego woń wprawiła w autentyczny popłoch wszystkich w promieniu – nie przesadzam – stu metrów.

Ja naprawdę wiem, jak pachnie człowiek. Znam aromat izby przyjęć w nocy z piątku na sobotę, zapach biedy i bezdomności, woń śmierci, przerobiłem w tej dziedzinie wiele w różnych okolicznościach świata. Ale tym razem nawet mój mózg zaczął odliczanie: do utraty przytomności pięć minut. Cztery. Trzy. Czuję się jak wtedy, gdy parę lat temu w Meksyku po raz pierwszy zjadłem papryczkę jalapenio – nie mam twarzy, totalny paraliż. Kątem oka zerkam na siedzącą obok mnie papuaską damę i towarzyszącego jej biznesmena: im została już najwyżej minuta.

Nagle – cud: pan pomylił samoloty a do nas przyszedł tylko sobie „popachnieć“. Zapach zniknął, zostaje pytanie: Matko i Ojcze, co robić w takich sytuacjach?! To naprawdę istotny dylemat, nie ma co kokietować, że go nie przerabiamy: jak praktykować miłość bliźniego, gdy bliźni – powiedzmy to bez zawijania w polityczną poprawność – maskarycznie wprost śmierdzi?

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

W Polsce pewnie okazałbym dezaprobatę, zakładałbym, że ktoś mógł zachować się inaczej (co słusznie piętnował ostatnio Marcin Meller po swoich doświadczeniach w upalne dni w warszawskim metrze). Tu nie mogę mieć pewności, że była intencja, a więc i wina. Temperatury naprawdę są zabójcze i po dniu bez kontaktu z wodą każdy stanowi realne zagrożenie. A może ten człowiek ma jedno ubranie, od dawna jest w podróży, po prostu nie miał jak się „oprać“?

Na lotnisku mogę się jeszcze gdzieś dyskretnie przemieścić, udać, że czegoś zapomniałem, odegrać scenkę, tak żeby wszystko wyglądało przypadkowo i nikomu nie było przykro. Ale co zrobić w samolocie?

Na trasie do Wewak trafiam na niemal identycznego sąsiada. Ja siedzę przy oknie, on od przejścia. Nie ma ucieczki. Po kwadransie kombinowania, wybieram obronę przez atak: zagaduję – to górnik, lecący do domu po miesiącu spędzonym w kopalni w drugiej części kraju. Po dwóch godzinach lotu i międzylądowaniu w Madang, jesteśmy kolegami, a ja jestem bogatszy o fascynujący życiorys (rzecz na osobny wpis w dzienniku).

Recepta na nie dające się przezwyciężyć międzyludzkie bariery jest więc chyba identyczna jak ta, która pozwala przeżyć na lotnisku w Moresby. Gdy widzisz mur – dodaj gazu i po prostu go przebij. Zamiast bać się sytuacji, przejmij nad nią kontrolę. Zamiast opierać relacje z ludźmi o odruch, choć nie jest łatwo, spróbuj wziąć się w garść, iść głębiej, poznać świat, o którym nie miałbyś pojęcia, gdybyś z miejsca uciekł.



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Połnocne wybrzeże Papui Nowej Gwinei

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Bazę Summer Institute of Linguistics w Wewak na północnym wybrzeżu PNG prowadzi amerykańskie małżeństwo, Gary i Denise. Z lotniska odbierają mnie jednak moi starzy  znajomi – Scott i Tummy Harmsowie. On to były nurek ratownik (elita elit, gdy idzie o poziom wytrenowania, gość który byłby pewnie w stanie na jednym oddechu pięć razy przepłynąć z Kołobrzegu na Bornholm i z powrotem), ona – emerytowany pilot śmigłowca ratunkowego amerykańskiej Navy. Od czterech lat w Papui.

Mówią o sobie, że są misjonarzami, choć żadne z nich nie głosi przecież kazań, nie pracują przy tłumaczeniach Biblii na lokalne języki. Scott pomaga misyjnym pilotom, waży ładunek, dba o samoloty, Tummy koordynuje ich pracę. W Stanach sprzedali wszystko, postawili na jedną kartę. Teraz okazuje się, że będą musieli wrócić tam na co najmniej rok, wynajęli dom w Montanie, będą jeździć po kościołach, opowiadać o swojej pracy i prosić o stałe wsparcie (wszyscy misjonarze pracujący z SIL są tu, gdy ktoś, jakiś Kościół, płaci na ich utrzymanie). Scott zarzeka się jednak, że o pieniądzach nie wspomni ani słowem. „ Jeśli ktoś znajdzie w sobie natchnienie, żeby dać pieniądze, chwała Panu. Bóg ma swój plan, On wie najlepiej, co mamy robić“.

Takie wyznanie w ustach dobiegającego pięćdziesiątki faceta, który mógł spokojnie relaksować się na wojskowej emeryturze, a pozbył się wszystkich ziemskich zabezpieczeń, planów, i nadal nie uważa za stosowne powiedzieć światu, że odwala za niego kawał roboty i dlatego zasługuje na wsparcie, robi wrażenie. Bardzo lubię Scotta. Jego witalność, to jak rozpromienia się, gdy opowiada, jak parę miesięcy temu nurkując zmagał się z jakąś wielką rybą, urządzając sobie z nią regularne zapasy. Imponuje mi tym, co większość otoczenia (i mojego i jego) uznaje pewnie za motywowane religijnie wariactwo. Jest w nim głęboka wiara, jest też jednak jakiś cień (smutek? mimo wszystko – niepewność?), który nadaje tej postaci ostre rysy.

Dostaję pokój na poddaszu, dzielę go z Jonathanem i Larsem, dwójką Anglików, przedstawicieli Kościołów wspierających pracującą na Wyspach Ninigo od dziesięciu lat Theresę Wilson. Za ścianą – trójka rodaków z Ustronia, którzy od samego początku wspierają drugą część tego duetu, Beatę Woźną. Jurek Marcol, Tadeusz i Iwona Recman z Biblijnego Stowarzyszenia Misyjnego (o nich będzie jeszcze dużo, bo to postaci więcej niż barwne, a nasze protestancko – katolickie debaty dostarczały wszystkim mnóstwo radości). Temperatura w pokoju zbliża się do 40. stopni. Wilgotność powietrza: 95 proc. Wiatrak działa, ale co chwila wyłączają prąd, miliony komarów. Idziemy na kolację.

Jej częścią jest „security briefing“ przed jutrzejszym lotem na Ninigo. Od wysp dzieli nas jakieś trzysta kilometrów Pacyfiku, ponad godzina lotu dziesięciomiejscowym Kodiakiem. Jego pilot, Chris Walker, pokazuje nam jak zakładać kamizelkę ratunkową, którą każdy z nas będzie musiał mieć wchodząc na pokład. „Gdy wysiądzie nam silnik, nie spadniemy jak kamień z nieba“ – tłumaczy Chris. „Spróbuję zrobić, co się da, żebyśmy ześlizgnęli się na wodę w miarę łagodnie. Gdy wydam wam komendę, musicie opuścić głowy na kolana, objąć je rękami i czekać na uderzenie. Pewnie połamiecie sobie palce, może ręce. Ale jeśli choć jedną będziecie mieli sprawną, gdy tylko samolot się zatrzyma – natychmiast połóżcie rękę na oparciu fotela za wami lub przed wami, w zależności od tego, gdzie jest najbliższe wyjście z samolotu. Później cierpliwie czekajcie aż samolot nabierze wody, jak będzie już nad czubkiem waszej głowy, to będzie moment by rozpiąć pasy i podążać za wyciągniętą ręką. Wtedy nie będziecie w stanie myśleć, to ona pokaże wam drogę do wyjścia. I pamiętajcie: grunt to spokój“.

Na twarzach jutrzejszych pasażerów przerażenie walczy o lepsze z chęcią rozładowania sytuacji jakimś dowcipem. Chris niby uspokaja, że statystyki są obiecujące i że gdyby co bylibyśmy pierwszymi ofiarami śmiertelnymi w historii lotów Kodiakiem, widać jednak, że tu nie lata się dla przyjemności i by wystartować, naprawdę trzeba mieć powód.

Lądowanie Kodiaka na lądowisku na Papui-Nowej Gwinei

Następnego dnia, gdy o siódmej rano wlatywać będziemy nad ocean, w uszach będę miał modlitwę Chrisa jaką odmówił przed startem (wcale nie powtarzał Bogu, że lot ma być szczęśliwy albo bezpieczny, mówił: „Panie, pozwol bym pilotował dziś ten samolot w sposób jaki przyniesie Ci chwałę“).

W głowie – Chrisowe przykazanie: póki jesteś przytomny wyraźnie zaznacz drogę ratunku, mość się w życiu tak, żeby zawsze wiedzieć, gdzie jest droga do wyjścia. Gdy zaleje cię woda, dym odbierze wzrok, będziesz szedł za odruchem.

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku. Wtedy – nawet jeśli wszyscy (z tobą na czele) będą ci mówili, że masz jechać na Ostrołękę, będziesz wiedział, że ocalenie to Radom.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >