video-jav.net

Belgia. W cieniu radykalnego islamu

U podstaw powstawania państwa belgijskiego leży katolicyzm. Dziś jednak w kraju Flamandów i Walonów jest raczej zatartym wspomnieniem z przeszłości, aniżeli realnym stanem ducha belgijskiego społeczeństwa. Trudno rozstrzygnąć, co dziś bardziej zagraża Belgom: radykalna islamizacja czy permanentna sekularyzacja, w której przoduje ten centralny kraj Europy.

Andrzej Mitek
andrzej
mitek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Belgia jako niepodległe państwo pojawiła się na mapie Starego Kontynentu w roku 1830, w wyniku powstania przeciwko Holandii, którego podłożem był konflikt religijny. Katoliccy Flamandowie i Walonowie zbuntowali się przeciwko prześladowaniom ze strony kalwińskich Holendrów i proklamowali powstanie nowego kraju. Chrześcijańska wiara, która niegdyś połączyła te dwie nacje, dwa wieki później stanowi smutny obraz społeczeństwa odciętego od swoich korzeni.

Choć przynależność do kościoła katolickiego deklaruje prawie dwie trzecie Belgów, grupę regularnie praktykującą stanowi zaledwie ułamek. Silna liczebnie jest natomiast społeczność ateistów, w bardzo szybkim tempie rozrasta się także mniejszość muzułmańska, które wedle różnych szacunków może liczyć już nawet milion osób.

Hotel w kościele

Krajobraz kościoła belgijskiego to malejąca liczba święconych pustkami świątyń (przy stale rosnącej liczbie meczetów), przekształcanych stopniowo na hotele, biblioteki i restauracje oraz brak nowych powołań kapłańskich. Nadzieją dla belgijskich katolików są zagraniczni misjonarze. Wśród nich liczną grupę stanowią Polacy oraz kapłani z Konga, dawnej kolonii belgijskiej, którą niegdyś ewangelizowali sami Belgowie.

Katolickie nauczanie nie ma żadnego odzwierciedlenia w belgijskim społeczeństwie. W minionym dwudziestoleciu parlament Belgii zalegalizował związki homoseksualne i eutanazję. Gdy w latach 90’ król belgijski Baudouin usiłował zablokować ustawę aborcyjną, został uznany przez parlament za niezdolny sprawowania władzy królewskiej, a sama ustawa została przegłosowana m.in. przez członków partii nazywającej siebie chrześcijańską.

Krwawe tropy

Nie można jednak powiedzieć, że Belgowie z roku na rok stają się coraz mniej religijni. Liczba zaangażowanych w wiarę obywateli Belgii pod pewnymi względami rośnie – tyle że dotyczy to nie chrześcijaństwa, a islamu, i to często w jego skrajnym wydaniu. Z Molenbeek, urastającej do rangi symbolu muzułmańskiej dzielnicy Brukseli, pochodzili sprawcy zamachów terrorystycznych w Madrycie i Paryżu. Stolica Belgii także doświadczyła krwawego zamachu z rąk członków tzw. Państwa Islamskiego. Miało to miejsce w 2016 roku. Według statystyk, z Belgii na Bliski Wschód w minionych latach popłynął najszerszy strumień obywateli, którzy zasilili szeregi islamskich organizacji terrorystycznych – mówi się nawet o tysiącu osób.

Jest nadzieja, jest Lukaku

Kraj Flamandów i Walonów zmierza dziś tam, dokąd zmierza Francja i inne kraje Europy Zachodniej, które wyrzekły się swojej tożsamości, a teraz dominują w nich przez obce religie i kultury. Trzeba wierzyć w nawrócenie, zanim będzie naprawdę za późno. Są historie, które dają nadzieję. Taką historię opowiada swoim życiem Romelu Lukaku, napastnik reprezentacji Belgii, który jest chodzącym zaprzeczeniem tego, co dzieje się w sercu i duszy społeczeństwa belgijskiego. Pochodzący z Konga piłkarz jest praktykującym katolikiem. Publicznie przyznaje się do swojej wiary i do codziennego czytania Pisma Świętego. Oprócz świetnych występów na boisku przed każdym meczem wygłasza do swoich kolegów przemowę motywacyjną. Niedawno świat obiegł filmik, w którym Lukaku po meczu mundialowym modli się klęcząc na murawie boiska wspólnie z panamskim piłkarzem, Fidelem Escobarem.  

Andrzej Mitek

andrzej mitek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Andrzej Mitek
andrzej
mitek
zobacz artykuly tego autora >

Belgia. Lśniąca, luksusowa maszyna

Zwycięzca dzisiejszego meczu w finale na pewno wystąpi jako faworyt. Jeśli uda się to Belgom, będzie to największy sukces w historii tego kraju. Teoretycznie wszystko w ich rękach, a jeśli ktoś tu ma się obawiać przeciwnika, to właśnie Francuzi

Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przedmundialowe oczekiwania wobec wszystkich drużyn z najlepszej czwórki właściwie wyglądały podobnie. Obecność tylu klasowych zawodników w każdej z nich powoduje, że co wielki turniej mówi się o nich w kategoriach potencjalnych czarnych koni. Zazwyczaj taka gadanina, spuentowana wyświechtanym “mogą zaskoczyć” kończy się rozczarowaniem, ostatnie zwycięstwo którejkolwiek na Mundialu miało miejsce 20 lat temu. W tym roku, już przed rozpoczęciem pierwszego półfinału pomiędzy Belgią, a Francją w Sankt Petersburgu, wiadomo, że nie wygra żaden z przedmundialowych faworytów, że ktoś w końcu faktycznie “zaskoczy”.

Półfinałowe pary ostatniego mundialu w Brazylii: Brazylia – Niemcy, Argentyna – Holandia. Łącznie 11 triumfów w mistrzostwach świata, 23 występy w finałach. Półfinałowe pary mundialu w Rosji: Francja – Belgia, Chorwacja – Anglia. Łącznie 2 puchary świata, 3 występy w finałach. Chorwacja i Belgia mają wspólnie mniej medali mistrzostw niż sama tylko Polska. Ta ostatnia statystyka z jednej strony pokazuje, jak gigantycznym sukcesem jest dla każdej z drużyn sam półfinał, z drugiej nawiązuje do wspaniałych kiedyś sukcesów drużyny z białym orłem na piersi, do których nie potrafią nawiązać obecni reprezentanci.

 

Niech nie zwodzi nas ranking FIFA

Podczas dzisiejszego meczu warto przyjrzeć się Belgii. Tej samej Belgii, której 32 lata temu Zbigniew Boniek załadował hat-tricka i wykopał z hiszpańskiego mundialu na etapie ćwierćfinału. Porównywanie obu drużyn współcześnie nie miałoby żadnego sensu. Belgowie, mimo dużo mniejszej liczby ludności, odjechali nam na tysiąc kilometrów. I niech nie zwodzi nikogo zakłamujący rzeczywistość ranking FIFA. Mniej więcej wtedy, kiedy Boniek strzelał na 3:0, wśród  belgijskich działaczy rodziła się myśl stworzenia nowej generacji super piłkarzy, na wzór Holandii z czasów Cruyffa. Zbudowano setki boisk, przeprowadzono szkolenia dla trenerów, zainwestowano w klubowe akademie. Gdy pod koniec 2007 roku Ebi Smolarek wbijał drugiego gola “Czerwonym Diabłom”, to nasi wciąż byli lepsi. Jan Vertonghen przy pierwszej bramce Smolarka popełnił fatalny błąd, de facto podając mu piłkę na sytuację sam na sam. Minęło 11 lat. Ebi już dawno zakończył karierę, zaliczając u jej schyłku jeszcze parę sezonów w polskiej Ekstraklasie. Polska zakwalifikowała się dzięki temu meczowi na Euro 2008, ale na samym turnieju nie wygrała ani jednego meczu, a Ebi zawodził. Z kolei Vertonghen jest pewniakiem do  gry w półfinale mistrzostw świata i kapitanem londyńskiego Tottenhamu.

Jan Vertonghen to tylko jeden z przykładów. Wszyscy zawodnicy rozwijają się w Belgii według określonego planu. W samej kadrze można dostrzec zawodników na różnych etapach belgijskiej myśli szkoleniowej. Do wejścia z ławki w każdym meczu mundialu przygotowywany jest Youri Tielemans, dwudziestoletni rozgrywający, który już przed osiągnięciem pełnoletności stał się gwiazdą Anderlechtu Bruksela i całej ligi belgijskiej. Teraz jest podstawowym zawodnikiem AS Monaco, z którym zagra w Lidze Mistrzów. Są piłkarze u szczytu swoich możliwości jak Eden Hazard, prawdopodobny następca samego Cristiano Ronaldo w Realu Madryt. Jest też starszy Vincent Kompany, któremu przepowiadano bycie najlepszym stoperem na świecie i którym faktycznie bywał, gdy akurat nie leczył jednej z kilkudziesięciu kontuzji.

Tą wprowadzoną kilkadziesiąt lat temu reformę widać, gdy patrzy się na dyspozycję Belgów w każdym meczu. Tak duża liczba znakomitych zawodników w jednej drużynie z niewielkiego państwa nie jest dziełem przypadku, mimo multikulturowości, zresztą wspólna cecha rywali dzisiejszego półfinału. Na ławce hiszpański selekcjoner i francuski trener napastników, na boisku piłkarze pochodzenia kongijskiego, marokańskiego, albańskiego, nawet wśród Belgów z krwi i kości istnieje podział na Flamandów i Walonów. Wszyscy wychowani jednak w belgijskich akademiach i na belgijskich boiskach.

 

Cała gromada klasowych piłkarzy

Cztery lata temu, gdy nazbierała się już całkiem spora gromada klasowych piłkarzy w porządnych klubach i udało się uzyskać kwalifikację na mundial, pojawiły się oczekiwania i pompowanie słynnego balonika. Odpadnięcie dopiero w ćwierćfinale mundialu z późniejszym finalistą Argentyną odbierano jako całkiem niezły wynik, ale jak na jakość tych piłkarzy to wciąż było za mało. Wszystko miało idealnie się dotrzeć na rozgrywane 2 lata później Euro we Francji. Tam Belgowie przechodzili każdego rywala jak burza, 4:0 w 1/8 finału z Węgrami to był pokaz umiejętności każdego zawodnika, odpalił nawet grający wtedy w kratkę Eden Hazard. I wtedy pojawił się mecz z Walią, przeżycie pokoleniowe tej drużyny. Zaczęło się planowo, od pięknego gola Nainggolana na 1:0. Nie wiadomo jednak, jak i kiedy zrobiło się 3:1 dla Walii. Najlepszym zawodnikom Premier League strzelali kolejno stoper, bezrobotny napastnik i drwal z Burnley, Sam Vokes. Wtedy w Belgii powiedziano: dość tego. Wyleciał trener Marc Wilmots, a Belgia przed kolejnym turnieju była już na musiku, o kolejnym odpadnięciu w ćwierćfinale nie było mowy.

 

Najlepszy wynik od 1966

I trzeba przyznać, że ta lśniąca, luksusowa belgijska maszyna wreszcie wskoczyła na najwyższe obroty. 0 kalkulacji w fazie grupowej. Po dwóch gładkich zwycięstwach z Panamą i Tunezją rezerwowi pokonali Anglię i wpakowali swoją reprezentację do trudniejszej części drabinki. W meczu 1/8 finału z Japonią Belgia udowodniła, że ma charakter, odrabiając dwa gole straty. Potem znów nikt nie mierzył sił na zamiary. Zamiast czekać na dogrywkę, w ostatniej akcji meczu drużyna Roberto Martineza wyprowadziła zabójczą kontrę i wcisnęła trzeciego gola, eliminując finezyjnych Japończyków. Na zmianę wyniku z 0:2 na 3:2 stać tylko drużyny wielkie, mogące pokonać samych Canarinhos. To był najlepszy mecz i najlepszy występ indywidualny zawodnika na tym mundialu. Faworyzowani Brazylijczycy przeżyli ten sam koszmar, co 4 lata temu. Znowu były wielkie oczekiwania i pewność, że w końcu znowu Brazylia będzie najlepsza. Znowu szybkie gongi w pierwszej połowie. Znowu zawalił Fernandinho. Neymar, Coutinho i cała reszta rzucili wszystkie siły na Belgię w drugiej połowie, ale tego dnia Courtois wyłapałby nawet strzał z oddalonej o 10 metrów rakiety. Eden Hazard wyglądał jak Diego Maradona w 1986 roku, kiedy mijał wszystkich rywali jak tyczki i sam wygrał Argentynie mistrzostwo świata. Hazard z Brazylią był prawdziwym liderem, mimo że nie zdobył gola ani nie zaliczył asysty. Miał spory udział przy obu bramkach, a w drugiej połowie w pojedynkę wyprowadzał ataki Belgów, dając kolegom z obrony chwilę wytchnienia i zabierając czas Brazylijczykom. Na 10 prób dryblingu wszystkie mu się udały, to najlepszy wynik na mundialu od 1966 roku.  Awans do półfinału oznacza dla Belgów jeszcze dwa mecze w Rosji. Mecz o 3 miejsce lub, milej widziany, finał. Bardzo możliwe, że w którymś z tych meczów znowu zagrają z Anglią i byłby to pojedynek wyjątkowy.

 

Angielska jak sama Anglia

A to dlatego, że Belgia to drużyna równie angielska co sama Anglia. Przydomek “Czerwone Diabły” dzieli przecież z Manchesterem United. Aż 9 z 11 podstawowych zawodników na mecz z Brazylią występuje w Premier League. To przecież tylko o dwóch mniej niż u Anglików. Trenerem jest Roberto Martinez, który przed Belgią przez całą karierę trenerską związany był z angielskimi drużynami. Francuz Thierry Henry, od którego uczy się pozycji napastnika Romelu Lukaku jest legendą Arsenalu Londyn. Adnan Januzaj, który w meczu fazy grupowej między obiema ekipami strzelił jedyną bramkę wychował się w szkółce “Czerwonych Diabłów” z Manchesteru.

Takich smaczków można by znaleźć jeszcze z dwadzieścia, ale na razie najważniejszy pozostaje mecz z Francją. Zwycięzca tego meczu w finale na pewno wystąpi jako faworyt. Jeśli uda się to Belgom, to będzie największy sukces w historii tego kraju. Teoretycznie wszystko w ich rękach, a jeśli ktoś tu ma się obawiać przeciwnika, to właśnie Francuzi. Belgia jako jedyna wygrała jak dotąd wszystkie mecze na turnieju, nie pozwalając nawet na utratę sił w choćby jednej dogrywce.

Jacek Liberacki

Jacek Liberacki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Liberacki
Jacek
Liberacki
zobacz artykuly tego autora >