video-jav.net

9 dni dla twardzieli

Jeżeli nie możesz wyruszyć na pielgrzymkę, zaplanuj sobie 9 dni i codziennie rano, razem z nami trzymaj się kolejnych wskazówek o. Krzysztofa Pałysa. Czytaj, rozważaj i wytrwaj do końca!

Krzysztof Pałys OP
Krzysztof
Pałys OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Dzień I

Mini-konferencja

Historia wiary Abrahama zaczyna się od Bożego polecenia: „Wyjdź”. Bóg wyzywa go do podjęcia drogi, która jest znana jedynie Jemu. Abraham podejmuje wyzwanie, ale nie wie dokąd idzie, musi zawierzyć i zaryzykować. Odważyć się zrobić coś nad czym nie panuje.

Słowo Boże działa, ale tylko wówczas, gdy człowiek zechce zaryzykować, aby zacząć żyć nim żyć. Bóg nie lubi półśrodków, one zamykają mu przestrzeń do działania.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Dokądkolwiek pójdziesz  nie opuszczę cię. (Rdz 28, 15)

 

Kiedy Bóg zaprasza do podjęcia zadania zawsze stawia nam przewodników, aby się nie pogubić na drodze. W każdym środowisku spotkamy ludzi, którzy promienieją dobrem, ale też takich, którzy wciągają nas w ciemność. Jednak to od nas zależy za kim chcemy pójść.

 

Kto jest twoim przewodnikiem w życiu? Przyjrzyj mu się uważnie, bo jeśli nie jest to dobry przewodnik, możesz tego gorzko żałować.

9 dni dla twardzieli


Dzień II

Mini-konferencja

Co przeżywasz, gdy ktoś cię chwali, kiedy jesteś oklaskiwany, zaakceptowany , ludzie okazują ci uznanie? Jak się czujesz kiedy posiadasz władzę, a inni patrzą na ciebie z dołu, kiedy stajesz się osobą popularną?

A teraz przypomnij sobie uczucie, jakiego doznajesz kiedy czytasz książkę lub oglądasz film, który bardzo ci się podoba. Kiedy widzisz przyrodę, która cię zachwyca, czujesz zapach liści, ziemi wilgotnej od porannej rosy, patrzysz na czerwono-niebieskie niebo przed zbliżającym się zachodem słońca. Gdy praca, którą wykonujesz, pochłania cię całkowicie, albo gdy to, co w danej chwili robisz sprawia ci przyjemność.

Pierwszy rodzaj uczuć pochodzi z szukania własnej chwały i jego źródłem jest ten świat. Pielęgnując ten stan człowiek staje się zniewolony czymś co zaspokoić go nie może. Życie staje się puste, pozbawione ducha.

Drugi rodzaj uczuć pochodzi z duszy. Kiedy porównasz oba te stany zrozumiesz co miał na myśli Jezus mówiąc, że kiedy chce pozyskać się świat, traci się swoją duszę.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. (Ps 131, 2)

Naucz się, że pustka którą odczuwasz to twój przyjaciel. Pustka jest dobra, bo kiedy ją odczuwasz oznacza, że tęsknisz za wypełnieniem. Tęsknisz za pełnią.

Owocem modlitwy nie jest ilość mądrych i błyskotliwych myśli, ale ilość ciszy i pokoju w tobie.

9 dni dla twardzieli


Dzień III

Mini-konferencja

Dobroczynność była wysoko ceniona od początku monastycyzmu. Pierwsi mnisi opowiadali o tym jak w rękach ich braci mnożył się chleb dla biednych, wokół chrześcijańskich wspólnot organizowano działalność charytatywną. Jednak do cnoty należała także idea „wypchnięcia w świat”, „samodzielności” i „samopomocy”. By w doświadczeniu własnej biedy i niedostatku zapomnieć o sobie, zdając się bardziej na Boga, niż ludzi.

Stara historia zapisana w komentarzu do reguły mnichów opowiada o młodym zakonniku, który miał w świecie biednego brata. Wszystko co zarobił, przekazywał bratu. Ale im więcej dawał, tym brat bardziej stawał się biedniejszy. Mnich poszedł i opowiedział o tym starcowi. Ten powiedział: „Jeśli chcesz mnie posłuchać, to nie dawaj mu już więcej, lecz powiedz: Teraz ty zacznij pracować i przynieś dla mnie trochę tego co zarobisz! Zajmij się tym, co przynosi dochód. Jeśli znasz kogoś obcego lub biednego starca, daj mu coś i proś, aby modlił się za ciebie.

Mnich zastosował się do tych słów. Powiedział o tym bratu, gdy ten przyszedł. Brat odszedł smutny. Ale pewnego dnia przyniósł mu z ogrodu kilka główek sałaty. Mnich oddał je starcom i prosił by modlili się za brata, który otrzymał błogosławieństwo i wrócił do domu. Później znowu przyniósł sałatę i trzy chleby. Mnich odebrał je i uczynił jak poprzednio. Tamten otrzymał błogosławieństwo i wrócił do siebie. Gdy przyszedł trzeci raz, przyniósł wiele żywności, wino i owoce. Jego brat zdziwił się bardzo, zawołał biednych i zaopatrzył ich. Mnich powiedział do brata: „Czy potrzebujesz nieco chleba?” Ten odpowiedział: „Nie, bracie! Wówczas gdy przyjmowałem twoje dary, były one w moim domu jak trawiący ogień. Ale od tego czasu, gdy niczego od ciebie nie przyjmuję, mam wszystkiego pod dostatkiem, a Bóg mi błogosławi”.

Do rozważenia

„Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” Rz 20, 35

Pozwól by Jezus posłużył się twoją osobą, bez konsultowana się z tobą.

9 dni dla twardzieli


Dzień IV

Mini-konferencja

Pewien alkoholik ze wspólnoty AA, od lat zmagający się ze swoją chorobą, opowiadał, że pierwszym krokiem do zdrowienia było uświadomienie sobie, że jest Siła Wyższa i nie on nią jest. Faustyna Kowalska wielokrotnie odczuwała własną bezsilność, aż w końcu wyznała: „Tyle razy zawiodłam się na sobie, więc mam odwagę mówić, nie ufam sobie tylko Jezu Tobie”.

To najlepsza trampolina, aby doświadczyć mocy Ducha Świętego. Szczere uznanie, że potrzebuję Bożej łaski, bo bez niej jestem bezsilny.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

I w życiu i w śmierci należymy do Pana (Rz 14, 8)

Jeśli Bóg pozwala, abyśmy odnieśli klęskę, to z Jezusem nawet ona ma sens. Każda porażka i niepowodzenie zamyka bowiem jeden etap otwierając drugi.

Także kiedy ludzie nas chwalą i doceniają naszą pracę, należy zawsze zachowywać pokorę, pamiętając, że nasze dzieło nie należy do nas.

Wszystko jest Jego.

9 dni dla twardzieli

9 dni dla twardzieli

fot. Maciej Chanaka OP


Dzień V

Mini-konferencja

Autobus pełen turystów przejeżdża przez przepiękną okolicę, wkoło lasy, góry, rzeki i jeziora. W powietrzu unosi się zapach kwitnących drzew. Ale okna są szczelnie zasłonięte i pasażerowie nie mają najmniejszego pojęcia, jaki widok rozpościera się na zewnątrz. Podróż spędzają na kłótniach, kto powinien siedzieć z przodu, kogo należy pochwalić, kogo oklaskiwać, a kto jest najbardziej godny oklaskiwania. Tak jest do końca podróży.

Czy może być coś smutniejszego, niż człowiek, który trzyma się wszystkiego oprócz Boga?

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie. (Łk 9, 23)

Spróbuj dziś więcej rozumieć niż szukać zrozumienia, więcej słuchać, niż mówić, bardziej kochać, niż chcieć być kochanym, bardziej służyć niż chcieć być obsłużonym.

I nie oceniaj innych, a Pan da ci pokój.

9 dni dla twardzieli


Dzień VI

Mini-konferencja

Pewien mężczyzna, który zdecydował się spędzić kilka miesięcy w klasztorze kartuzów wyznał, że surowy rytm ich życia był początkowo dla niego bardzo trudnym doświadczeniem. Gdy jednak udało mu się w nim wytrwać zobaczył, że dzięki temu zmieniło się jego postrzeganie wielu spraw. Uświadomił sobie, że świat, ze swoją przebogatą ofertą, zamiast prowadzić do wolności bardzo go ograniczał. Gdy przetrzymał pojawiające się z początku uczucie pustki, zaczynał odczuwać radość z rzeczy najzwyklejszych i… po prostu je dostrzegał.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. (Iz 43, 18)

Nie troszczcie się zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. (Mt 6, 34)

Wolność człowieka rozgrywa się pomiędzy tym, co jest teraz. Przeszłość nie należy już do nas, a przyszłość zatroszczy się Bóg. Mamy tylko dziś i to najlepszy czas, aby spotkać Boga i móc smakować życie.

Jeśli jednak tego nie potrafisz zarezerwuj sobie czas na „zamartwianie się”. Niech będzie to piętnaście minut. Możesz przyjść na adorację i zamartwiaj się przed Bogiem swoimi problemami. Możesz wówczas rozważać różne wersje rozwiązań, zastanawiać się co by było gdyby… i proś o światło. Ale uwaga, po tym czasie, zostaw to zamartwianie Jezusowi i podejmij zadania, przed którymi zostałeś postawiony. A jeśli później będziesz chciał się znowu zamartwiać, postanów sobie że tak zrobisz, ale dopiero jutro – przez kolejne piętnaście minut.

Należy to zrobić z żelazną konsekwencją. Po tygodniu takiej praktyki każdy dzień będzie niesamowicie smakował.

9 dni dla twardzieli


Dzień VII

Mini-konferencja

Gdy wartość człowieka zależy od osiągnięć, modlitwa staje się rzeczą nieużyteczną i stanowi stratę czasu, ponieważ nic podczas niej się nie osiąga. Wąchanie kwiatów, słuchanie muzyki tylko dla niej samej, bycie przed Bogiem bez używania słów – kontemplacja jest z natury bezużyteczna. Jednak służąc wyłącznie skuteczności, którą narzuca kultura, człowiek kończy jak bohaterowie z Jezusowej przypowieści, którzy odrzucili zaproszenie na ucztę. Osoby, które zostały wyłączone z królewskiej uczty, nie odrzuciły zaproszenia z powodu niereligijności. Właściwie wcale nie odrzuciły zaproszenia. Nie przybyły, ponieważ były zbyt zajęte mierzeniem działek, kupowaniem zwierząt do pracy, organizowaniem wesel.

Jeśli człowiek stale jest zbyt zajęty, to kiedy w końcu ma czas wolny, może robić tylko coś rozpraszającego i bezmyślnego, bo nie ma już sił na nic innego. Kontemplacja nie zamiera z powodu zła, ale z powodu zbyt wielu zajęć.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Nie bierz na siebie za wiele spraw, bo jeśli będziesz je mnożył, nie unikniesz szkody. I choćbyś pędził, nie dopędzisz, a uciekając nie uciekniesz. (Syr 11, 10)

Uznaj swoją ograniczoność. Nie zobaczysz wszystkiego, nie poznasz wszystkich mądrych ludzi, nie przeczytasz wszystkich książek, nie obejrzysz wszystkich filmów, nie zjesz wszystkich potraw świata. W każdej dziedzinie i na każdym kroku należy dokonywać wyborów, decydować, co jest dla nas ważne, a z czego gotowi jesteśmy zrezygnować.

9 dni dla twardzieli


Dzień VIII

Mini-konferencja

Poznanie w religii odbywa się przez doświadczenie, przez inicjację, a my często chcemy wprowadzać przez wyjaśnienie. Jeśli człowiek nie ma doświadczenia osobowego Boga lecz słucha „musisz”, „powinieneś”, „Bóg jest taki, a taki” z jego wiary robi się moralność i filozofia, a nie żywa, indywidualna więź.

Powtarzał to Ewagriusz z Pontu, pontyjski mnich żyjący w IV wieku, podkreślając, że celem duchowej drogi jest oglądanie Boga, kontemplacja. Jest to droga mistyczna, która wynika z fascynacji Bogiem i z osobistego spotkania z Nim na modlitwie.

Bez osobistej, systematycznej modlitwy, nasze życie nigdy się nie zmieni.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

“Dobrze jest czekać w milczeniu na ratunek od Pana” (Lm 3, 26)

Nie traktuj modlitwy jak kolejnej intelektualnej pracy do wykonania lecz jak wypoczynek, miejsce gdzie możesz rozsupłać więzy, które łączą cię z tym światem. Nie odkrywaj żadnej roli, po prostu bądź. On będzie dokonywał reszty, a wszystko przybierze właściwe proporcje. I nawet jeśli nie wszystko ułoży się po twojej myśli, to na pewno zmienisz się ty.

9 dni dla twardzieli


Dzień IX

Mini-konferencja

Źródłem światła jest Bóg – to dla Izraelitów było czymś oczywistym. Demon i zły duch był utożsamiany z ciemnością, dlatego w tradycji mnichów błogosławieństwo Boga miało zawsze ogromną wartość, ponieważ rozświetlało ciemności i chroni przed demonami. Błogosławiąc przyzywam moc Boga, aby zesłał swojego Ducha, napełnił mnie światłem i przywrócił wszystkiemu właściwe proporcje. Dzięki Bożemu światłu mogę zobaczyć swój niełatwy los jako sensowny. Hezychaści, mnisi którzy należą do bizantyjskiego nurtu mistycznego, nie przychodzą do cerkwi, żeby się modlić, ale żeby przyjąć błogosławieństwo, dać się Bogu przemieniać. Chcą napełnić się Duchem Świętym, przyjąć światło, aby jak Możesz, samemu zacząć świecić.

Dla mnichów wschodu to, co duchowe, nie jest tym, co niematerialne, ale tym, co jest przeniknięte Duchem Świętym, światłem Chrystusa, słowem Boga. Tylko On jest pełnią i źródłem wszelkiego światła.

9 dni dla twardzieli

Do rozważenia

Moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. (Ps 131, 1)

Kiedy czuję się zbyt pewny szukam w Biblii zdań, które ścinają mnie do dołu. Gdy czuję się za mały podciągają mnie one w górę.

Zacznij czytać Biblię na głos, bez używania myśli, choćby po jednym zdaniu na dzień. Nie musisz nawet rozumieć, wystarczy napełniać się światłem, które będzie oczyszczało. Wówczas wszystko przybierze właściwe proporcje.

9 dni dla twardzieli


Krzysztof Pałys OP

Krzysztof Pałys OP

Dominikanin, pasjonat odnajdywania Pana Boga w ludziach, duszpasterz powołań dominikańskich. Nudny, tuzinkowy, powtarzalny. Nie potrafi grać na gitarze, śpiewać, ani być w centrum uwagi. Nie jest szalony, oryginalny, odjazdowy, błyskotliwy czy odjechany. Od czasu wstąpienia do zakonu dominikanów nic lepszego go w życiu nie spotkało. Fascynuje go tradycja monastyczna, dominikański charyzmat oraz wędrowne i żebracze kaznodziejstwo. Przejechał autostopem ponad 25 tys. kilometrów odwiedzając siedemnaście krajów. Lubi deszcz, swoich braci, suszone figi oraz paragwajską yerba mate. Myśli porządkuje w klasztornej kaplicy. Autor jednej książki z obrazkami. Od czasu wstąpienia do zakonu dominikanów nic lepszego go w życiu nie spotkało. Fascynuje go tradycja monastyczna, dominikański charyzmat oraz wędrowne i żebracze kaznodziejstwo. Przejechał autostopem ponad 25 tys. kilometrów odwiedzając siedemnaście krajów. Lubi deszcz, swoich braci, suszone figi oraz paragwajską yerba mate. Myśli porządkuje w klasztornej kaplicy. Autor jednej książki z obrazkami.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Krzysztof Pałys OP
Krzysztof
Pałys OP
zobacz artykuly tego autora >

Odkrywamy sanktuaria

Bóg ma swoje ulubione miejsca. Pewnie, że jest wszędzie, ale czasem daje znak, że tu oto chętniej niż gdzie indziej nawiąże kontakt ze swoim stworzeniem. Takie miejsce to sanktuarium, a mapa polskich sanktuariów zadziwia – samych maryjnych jest ponad pięćset, wszystkich – 1047.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Obok potężnych i wyeksponowanych, usytuowanych na górach, wzgórzach, przyciągających wzrok – maleńkie, mało znane, zaszyte w leśnych ostępach, są takie, które przyciągają ludzi od tysiąca lat. Nowe, liczące lat kilka czy kilkanaście. Takie, które przyjmą jak leci każdą modlitewną „masówkę”. Są też nowe sanktuaria „wyspecjalizowane”, do których idą konkretni ludzie, w konkretnych sprawach. I gdziekolwiek zawitamy w te wakacje, zawsze w pobliżu będzie sanktuarium, które na pewno ma niesamowitą historią o ludzkiej biedzie i niewyjaśnionym happy endzie – czyli cudzie miłości Pana Boga.

Kobylanka – podziel się krzyżem

Nie ma tu nic ze słodyczy Bożego Narodzenia, pięknych obrazków, przedstawiających młodą dziewczynę z czarującym bobaskiem na ręku, przytulności świętowania w gronie najbliższych z miłą perspektywą otrzymania upragnionego prezentu. Gdyż tu, w Kobylance czczony jest obraz Chrystusa Ukrzyżowanego, duże płótno o rozmiarach 188 cm na 120 cm – dzieło anonimowego włoskiego malarza z początków XVII wieku. Radosne dzieciństwo słodkiego bobasa zakończyło się okrutną egzekucją na krzyżu, a wierni wędrują do sanktuarium żeby mówić Jezusowi Nazareńskiemu o swoim cierpieniu. Często ich pierwszym gestem po wejściu do świątyni jest położenie się krzyżem, albo przyniesienie niewielkiego drewnianego krzyża, co jest naturalne, bo każdy ma swój, własny, a tu znajduje najlepszego towarzysza w niesieniu ciężaru.

Odkrywamy sanktuaria

„Święte miejsce” – mówią okoliczni mieszkańcy, bo też od końca XVII wieku działy się za pośrednictwem tego obrazu liczne cudy, zwłaszcza uzdrowienia. Nie od razu obraz czczony był w kościele. Nim został przeniesiony do świątyni, modlili się przed nim członkowie rodziny Wielopolskich. Był cenną pamiątką rodzinną, darem samego papieża Innocentego XI. Otrzymał go hrabia Jan Wielopolski, który przebywał z poselstwem w Rzymie, poświęcił go zaś papież Urban VII. Został umieszczony w rodowej kaplicy właściciela Kobylanki, ale nie zagrzał  długo miejsca, bo w pewnej chwili od obrazu zaczęło bić światło, a w końcu taka łuna, że pewnej nocy zbiegli się okoliczni mieszkańcy pewni, że w dworze wybuchł pożar.

Hrabia Jan wiedział, co robić, więc obraz znalazł się w kościele, a konkretniej w bocznym prezbiterium. Był rok 1682. I tak się zaczęło. Posypały się cuda. I choć zaginęły kroniki i wyniki badań, przeprowadzonych przez kościelną komisję w 1728 r., wiadomo na pewno, że do 1882 r., czyli w ciągu 200 lat, odnotowano około 2 tys. wotów. Tysiące pielgrzymów, nie tylko Polacy z odległych stron, ale także ze Słowacji i Węgier, przybywało tu po siłę na dalszą część życia.

Każde sanktuarium wytwarza swoje zwyczaje, pielęgnuje tradycje, pieśni, procesje. Tak jest i w Kobylance. Stary przekaz mówi, że w roku, w którym wybuchła zaraza i cholera dziesiątkowała mieszkańców Gorlic, tak dramatycznie, że miejscowość mogła przestać istnieć, piętnaście panien ubranych na biało poszło w procesji do Kobylanki błagając Ukrzyżowanego o zmiłowanie. Zaraza ustała, mieszkańcy ufundowali sztandar na pamiątkę tego wydarzenia i do dziś wdzięczne prawnuczki idą co roku z Gorlic do sanktuarium. Mówią na nich „Maryjki” – piętnaście dziewcząt w białych strojach z lampionami uczestniczy też w procesji eucharystycznej w czasie odpustu w kościele parafialnym w Gorlicach.

Odkrywamy sanktuaria

Inną tradycją było nakładanie wieńców z kwiatów i ziół przez pielgrzymów, którzy po raz pierwszy przybywali do sanktuarium. A gdy docierali, składali je przed ołtarzem oddając cześć Ukrzyżowanemu.

Burze dziejowe omijały jakoś kościół z cudownym obrazem. Gdy po rozbiorze Polski cesarz Józef II wydał wojnę Kościołowi i „zabobonom” i w ramach walki z przesądem zakazał pielgrzymek, hrabia Wielopolski wyprosił ten jeden wyjątek – do Kobylanki wolno było pielgrzymować. Tu trwała pamięć o niepodległej, wolnej Polsce, bo pielgrzymi polecali nie tylko swój osobisty ból, ale też cierpienie całego narodu, skazanego na niebyt. W czasie pierwszej wojny światowej, gdy w trakcie działań wojennych zaczęły płonąć okoliczne domy włącznie z zabudowaniami plebańskimi, kościół pozostał nietknięty. W czasie kolejnej wojny mieszkańcy okolic chronili się w Kobylance, szukając umocnienia. Było to przecież miejsce jakby stworzone do tego żeby wypłakać swój ból.

Tak jest do dziś. Strumień pielgrzymów nie ustaje, co roku jest ich około 30 tysięcy. Zwłaszcza w odpusty – na św. Michała, Podwyższenie Krzyża Świętego i Zielone Święta przybywa tysiące wiernych. Od ponad 70 lat sanktuarium opiekują się księża saletyni. Kultywują stare zwyczaje, dodają nowe. Biskup tarnowski Jerzy Ablewicz, który co roku w Wielki Piątek przyjeżdżał do Kobylanki żeby polecać Ukrzyżowanemu sprawy Kościoła, tak jak inni pielgrzymi twierdził, że umęczona twarz Człowieka, poddanego okrutnej egzekucji, o dziwo daje pokój i ukojenie.

To paradoks, ale paradoksy to Jego specjalność. Przecież obiecał jeszcze za życia, że krzyż, niesiony wraz z Nim, staje się w pewnej chwili dziwnie lekki. Także dla tych, którzy cudu nie wymodlili, a jest ich przecież większość. Wszystko jest tak jak wcześniej, nic zewnętrznie się nie zmieniło, a oni odczuwają pokój i pewność, że wszystko ma sens. Czy to nie jest cud?

 Błogosławiona Marianna

Sanktuaria pulsują. Trwają od stuleci, ale są i takie, które „ujawniają się” w pewnym okresie i nikt nie potrafi wyjaśnić, czemu tak się stało. Niezawodna intuicja Ludu Bożego, w którym obecny jest Duch Święty, prowadzi niewyjaśnionymi ścieżkami. Jest w tym pulsowaniu sanktuariów tajemniczy zamysł Boga, Który jest wiernym towarzyszem i zaopatruje podróżnych w to, czego najbardziej potrzebują w danej chwili.

Sanktuarium błogosławionej Marianny Biernackiej jeszcze nie powstało. Jest jedynie obelisk ku jej czci w Lipsku nad Biebrzą – wiosce, w której się urodziła, harowała i zdecydowała, że zamiast ciężarnej synowej – sama pójdzie na śmierć. 

Odkrywamy sanktuaria

Istnieją biografie niekompletne, pełne luk, z których zostaje fragment – ten decydujący – najgorszy albo najświętszy w życiu człowieka. Podobnie jest z Marianną – jej życie było bardzo zwyczajne i jednostajne i choć wielu ludzi mogło o niej składać świadectwo, bo była członkiem rodziny, sąsiadką czy mieszkanką tej samej wioski, o czym tu było opowiadać? – O codziennej harówie? Nawet nie wiadomo, w którym dniu i miesiącu przyszła na świat. Być może była grekokatoliczką, tego też nie wiemy na pewno. Wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego, urodziła sześcioro dzieci, ale tylko dwoje przeżyło. 20 hektarów do obrobienia, gospodarstwo, prace domowe. Los podobny do milionów innych.

Ten jaśniejący fragment – przepustka do nieba – wydarzył się w czasie II wojny światowej. Niemcy musieli zemścić się na bezbronnej ludności cywilnej za zamordowanie niemieckiego policjanta przez partyzantów. Za jednego nadczłowieka – 50 podludzi – taka była ich „matematyka”. – Pewnie dlatego jesteście tak cenni, bo mieliście Goethego – mówi w identycznej sytuacji bohater serbskiego pisarza Antonije Isakovicia. System i buchalteria były identyczne na wszystkich terenach okupowanych przez rodaków Goethego – pewnego letniego dnia 1943 roku do domu Biernackich wtargnął niemiecki policjant i chciał aresztować syna Marianny, Stanisława i jego ciężarną żonę, Annę. Małżonkowie mieli już jedno dziecko i jego babka zwróciła na to uwagę: Panie, a gdzie ona pójdzie? Tu jedno dziecko, a drugie niedługo ma się urodzić, pójdę za nią.

Odkrywamy sanktuaria

 Niemcowi było wszystko jedno, byle zgadzała się liczba, więc Marianna poszła. Została rozstrzelana wraz z synem Stanisławem i 47 mieszkańcami wioski 13 lipca 1943 r. w Grodnie. Gdy czekała w więzieniu na egzekucję prosiła bliskich jedynie o przysłanie jej poduszeczki i różańca, bo chciała umrzeć z różańcem w ręku.

Nie ma jeszcze sanktuarium, któremu by patronowała, ale od trzech lat pielgrzymują 2 sierpnia do Lipska rówieśnice Marianny – teściowe. Beatyfikowana w gronie 108 męczenników II wojny światowej w 1999 r. przez Jana Pawła II, przyciąga starsze kobiety, które modlą się o swoje rodziny, ale także przychodzą młode, które nie mogą zajść w ciążę.

Jest skuteczną orędowniczką obu grup, ale może bardziej potrzebują jej teściowe. Zważywszy na to, że teściowe nie mają dobrej prasy, a ilość dowcipów o nich ustępuje może jedynie ilości dykteryjek o blondynkach, zaś reklamy przedstawiają matkę męża lub żony jako skrzyżowanie czekisty z kontrolerem z Urzędu Skarbowego, jest to święta niezwykle na czasie i bardzo potrzebna. Nie tylko po to żeby złagodzić obyczaje. Gdyż również matki dorosłych dzieci mają się czego od Marianny nauczyć – że trzeba zniknąć z życia dziecka po to, żeby móc bardziej z nim być. Jest to możliwe tylko wówczas, gdy ofiaruje mu się pełnię wolności. I dlatego to sanktuarium, mimo że go nie ma, mimo że dopiero się rodzi, a przyjeżdżające tu teściowe modlą się w pięknym kościele parafialnym, w końcu powstanie. Z wielkiej potrzeby. A nawet z konieczności. 

Zabawa, czyli siła dziewictwa

 

Każde sanktuarium ma swoją legendę lub historię założycielską i są to historie radosne, piękne i tajemnicze jak bajki sprzed mody na dekonstrukcję – woły nagle stają dęba, a nawet klękają, samotni pasterze na odludziu lub pobożne niewiasty spotykają Matkę Bożą lub innych świętych, widzą łuny, tajemnicze światła. Wytryska źródełko, chromi zaczynają chodzić, niewidomi odzyskują wzrok… i wszystko jasne, tu ma być sanktuarium. Ta historia jest natomiast tragiczna i mroczna jak żądza wściekłego sołdata i kończy się samotną, rozpaczliwą walką i śmiercią od ciosów bagnetu w ciemnym, listopadowym lesie.

Odkrywamy sanktuaria

fot. Karol Budziński

Bł. Karolina Kózkówna

Sanktuarium w Zabawie, w którym znajdują się relikwie Karoliny Kózkówny, zaczęło „wzrastać” tuż po jej beatyfikacji w 1987 r. Jest bardzo młode, choć ma więcej lat niż ta wiejska szesnastoletnia dziewczyna – zamordowana przez anonimowego Kozaka. Ten, w ramach działań na froncie I wojny światowej znalazł się w niewielkiej wiosce niedaleko Tarnowa i zgodnie z przysługującym mu „prawem” wojennym szukał zdobyczy, czyli kobiety. Na wszystkich frontach świata we wszystkich czasach żołnierze uznają takie prawo za naturalne i każda wojna, prócz ofiar – zabitych, rannych i okaleczonych – pochłania także kobiece ofiary gwałtów, o których mówi się później półgębkiem lub woli w ogóle o nich zapomnieć, bo wiążą się z wyjątkowym upadkiem i zdziczeniem gatunku ludzkiego. Tak więc sołdat spróbował sięgnąć po to, co wydawało mu się oczywiste – bezbronną kobietę – i być może jego plan udałby się i zwiększył statystykę wojennych nieprawości, gdyby nie trafił na Karolinę.

 

A Karolina to „pierwsza dusza do nieba”, jak mawiał proboszcz w Zabawie, któremu gorliwie pomagała w pracy duszpasterskiej. Była więc wyjątkową istotą ta chłopska córka, która ukończyła cztery klasy szkoły powszechnej (później się dokształcała), czwarte dziecko spośród jedenaściorga rodzeństwa. Owszem, rodzina była pobożna, na dom Kózków ludzie ze wsi mówili „kościółek”, ale tu było coś więcej – ona od dziecka pragnęła należeć tylko do Boga. I realizowała to pragnienie w codziennej pracy, pomagając w świetlicy, ale przede wszystkim w kościele parafialnym, gdy uczyła dzieci katechizmu i modlitw i była członkinią wszelkich bractw i stowarzyszeń, które tu działały – Apostolstwa Modlitwy, Żywego Różańca, Bractwo Wstrzemięźliwości. Pracowała, śpiewała Godzinki głosem, który rozlegał się na całą okolicę, modliła się na różańcu. Pewnie jej życie upłynęłoby na codziennej wierności w małych rzeczach, gdyby nie nieprzewidziany los i heroiczna walka, stoczona w listopadową noc. W taką noc została, po sterroryzowaniu bronią rodziny, wywleczona z domu i zaciągnięta do lasu. Podobno próbowała uciekać, ale jej oprawca dogonił ją… a potem można jedynie snuć przypuszczenia…

Jej zmasakrowane ciało odnaleziono po dwóch tygodniach. Podobno jedną ręką jakby wskazywała niebo, w drugiej – trzymała swą chustkę, którą na co dzień okrywała głowę. I jeżeli zostałoby postawione pytanie, jak to się stało, że krucha, szesnastoletnia dziewczyna potrafiła stawić opór rozwścieczonemu mężczyźnie, odpowiedź musiałaby zostać zaczerpnięta z kategorii nadprzyrodzonych. To siła, jakie daje dziewictwo świadomie oddane Bogu, zwyciężyła napastnika i choć została zamordowana – Karolina ostatecznie odniosła zwycięstwo.

 

A ponieważ to śmierć jest najprawdziwszym sprawdzianem minionego życia odchodzącej osoby, tak i śmierć Karoliny odsłoniła siłę jej miłości. Już sam pogrzeb zgromadził tłumy – przybyło ponad 3 tysiące osób. Także niemal z dnia na dzień zaczął się szerzyć kult męczennicy za czystość. Na miejscu jej męczeństwa, które stało się też miejscem zwycięstwa, ustawiono krzyż z napisem „Ku pamięci 16-letniej Karoliny Kózkówny zamordowanej 18 listopada 1914 roku”, a trzy lata po śmierci przeniesiono jej ciało bliżej kościoła. Już wówczas zaczęli przychodzić tu ludzie, żeby się modlić o wstawiennictwo – o czystość i piękne przeżywanie dziewictwa.

Odkrywamy sanktuaria

Kościół potwierdził oficjalnie intuicję Ludu Bożego, tłumnie przybywających pielgrzymów, ale prawdziwy „boom” zaczął się po jej beatyfikacji. Do neogotyckiego kościoła w Zabawie zaczęli przybywać zwłaszcza młodzi ludzie żeby prosić swą rówieśnicę o wstawiennictwo u Boga. Ślubują czystość do dnia zawarcia małżeństwa i na pamiątkę zakładają srebrny „pierścień Karoliny”. Przyjeżdżają młodzi z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, bo jest ich patronką. Ale przychodzą też ludzie zmiażdżeni bólem, najbliżsi ofiar przemocy i przestępstw, a także tragicznych wypadków drogowych, którzy opowiadają o cierpieniu i bezsilności, którzy wypowiadają swój ból. W sumie do Zabawy przyjeżdża około 50 tys. pielgrzymów rocznie.

 

Pan Bóg chyba lubi paradoksy, bo miejsce, które tak bardzo obrosło bólem, tętni młodością i życiem, jest radosne i zapowiada coś dobrego. To dlatego efektem ponurego wojennego dramatu jest wewnętrzne światło, może takie jak z wizji pobożnych pastuszków? To nie przypadek, że obraz beatyfikacyjny przedstawia Karolinę jakby w tańcu, jakby lekko uniesioną nad ziemią, z chustką w dłoni. Jeżeli prawdą jest, że święci balują w niebie, Karolina musi być w jednej z pierwszych par, bo wszystko co złe i ponure u Boga kończy się radosną zabawą.

Gidle – kąpiel w winie – na zdrowie!

„Nie miałem pojęcia, że jest sanktuarium Uzdrowienie Chorych!” – tak napisał całkiem niedawno pewien młodzieniec, który zawitał do Gidel. Jest co podziwiać, bo nie tylko wspaniałe sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej tu się znajduje, ale jeszcze dwie inne świątynie – modrzewiowy kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny i pokartuski – Matki Boskiej Bolesnej, który jest tak kunsztownie zbudowany, że jak się dobrze wygrzeje w lecie (nie trzeba zamykać odrzwi, w zimie mury przechowują ciepło i jest jakieś 10-12 stopni). Gidle są niewielką wioską, leżącą między Radomskiem a Częstochową. Całkiem nieźle jak na wioseczkę! Najstarsze zapisy opowiadają, że pewien kmieć, Jan Czeczek, gdy orał swe pole… Tak, tak, woły nie tylko stanęły jak wryte, ale nawet padły na kolana. Wówczas Czeczek zauważył w ziemi maleńką, dającą ukryć się w dłoni bazaltową figurkę Matki Bożej. Bił od niej blask, był więc znak, że ta figura jest wyjątkowa. Był rok Pański 1516, co kroniki pilnie odnotowują, więc jest to data początku sanktuarium. Ale nie wszystko poszło jak z płatka – Czeczek okazał się chytrusem i zaniósł znalezisko do domu. Schował figurkę w skrzyni. Jednak od tej chwili zaczęły się dziać okropne rzeczy – cała rodzina, jedno po drugim, zaczęła tracić wzrok. A figurka sama wychodziła ze skrzyni – dawała znak, że nie życzy sobie takiego więzienia.

Odkrywamy sanktuaria

Komunikat Pana Boga odczytała kobieta, która opiekowała się ociemniałą rodziną – czuła wspaniałą woń, sączącą się ze skrzyni. W końcu odkryła ukrytą figurkę, obmyła ją w wodzie, w której obmyli oczy członkowie rodziny Czeczków. Wszyscy odzyskali wzrok, figurka została zaniesiona do kościoła i taki był początek sanktuarium, gdyż sława maleńkiej „brzyduli” rozniosła się bardzo daleko.

 

Pewnie to dało początek „kąpiółce”. Raz do roku, w maju, maleńka figurka Maryi obmywana jest w winie, zanurzana w bardzo wielu pojemnikach z winem. To wino w maleńkiej ilości – może łyczka – piją pielgrzymi, a ojcowie – kustosze sanktuarium – wciąż przypominają, że to nie jakiś eliksir, a środek, za pośrednictwem którego może przyjść łaska.

 

Prawdziwie wspaniałą oprawę dla cudownej figurki wybudowali ojcowie dominikanie, którzy przybyli tu na początku XVII wieku i dzięki bogatym fundatorom oraz całkiem skromnym sponsorom, powstała jedna z najpiękniejszych świątyń w Polsce pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Mary Panny. Oprócz wspaniałych barokowych i rokokowych rzeźb, malowideł jest ta nieudolnie wyrzeźbiona w zapadłym średniowieczu, dziewięciocentymetrowa figurka Maryi, ustawiona we wspaniałej wnęce pozłacanych kolumn, tworzących wokół niej sklepienie. Tylko najwyższej klasy artysta mógł poradzić sobie z tak trudnym zadaniem artystycznym – maleńka postać Matki dzięki temu nabiera wielkości i wagi. To ona, a nie kolumienki, zdobienia, złocenia, przykuwa uwagę pielgrzyma. I jest też błyskawicznym moralitetem, że cechy narzędzia nie są dla Pana Boga istotne. Poza maleńkością i pokorą.

Odkrywamy sanktuaria

Te cechy Maryi przyciągały właśnie pokolenia pielgrzymów, którzy wyczuli, że tu Matka Boża lubi uzdrawiać fizycznie, co potwierdzało się nieraz, więc z czasem otrzymała tytuł „Uzdrowienie Chorych”.

Do Częstochowy szło się po zdrowie duchowe, do Gidel z prośbą o uleczenie z chorób ciała. O tym, że Matka Boża wysłuchiwała ich próśb świadczą liczne wpisy oraz tabliczki wokół ołtarza, malowane w XVII, ale zwłaszcza XVIII wieku.

Czego tu nie ma! Są opisy wszelkich uzdrowień, ale także historie ocalenia z płomieni, groźnych wypadków przy pracy i w podróży. Jeden z niedawno odnotowanych cudów, to uzdrowienie z czerniaka młodego mężczyzny w 2006 roku. Oczywiście, w archiwum sanktuarium jest szczegółowa dokumentacja medyczna, nic na gębę – są wyniki badań uzdrowionego, opinie lekarskie, zaświadczenia, całe pliki papierów i ostateczna konstatacja onkologów: tego happy endu nikt się nie spodziewał. Gdyż Kościół, owszem, uznaje cuda, ale przepuszcza je przez sto sit naukowych ekspertyz.  

 

Na koniec warto jeszcze zapytać, a skąd się wzięli w Gidlach kartuzi? Sprowadziła ich wielka dziedziczka, Anna Oleska, podobno na złość dominikanom, z którymi się poróżniła. Chyba była bardzo na nich wściekła, gdyż sprowadziła kartuzów, aż z Kaszub, ale oni nie byli mocną konkurencją – siedzieli w swoich eremach spędzając czas na modlitwie i pobożnej lekturze, uprawiali zioła, warzywa, ale duszpasterstwem się nie zajmowali, gdyż mieli pustelniczą regułę. Byli tu do roku 1819, do czasu, gdy car Mikołaj I zlikwidował zakony kontemplacyjne w swoim Imperium. Kościół Matki Boskiej Bolesnej wówczas opustoszał, ale po czasie zaradni parafianie uznali, iż należy go zagospodarować, więc został kościołem parafialnym zastępując stareńką Marię Magdalenę. I tak mieszkańcy wioski mają dziś bogaty wybór – przecież w Gidlach są, aż trzy kościoły. Włącznie z tym, w którym jest cudowna figurka Maryi i winko, przynoszące (czasem) zdrowie.

Odkrywamy sanktuaria

Źródło: http://www.swanna.com.pl

Babcia Anna z Góry

Babcie mają swoje ulubione trasy. Ta prowadzi na polsko-niemiecką górę na Opolszczyźnie, gdzie od pięciu wieków ma swoje sanktuarium babcia Pana Jezusa, św. Anna Samotrzecia. Samotrzecia – ginące w zapomnieniu staropolskie słowo, nieraz opatrznie rozumiane, oznacza jedną, wyróżnioną osobę wraz z osobami towarzyszącymi – w tym wypadku rzecz jasna, z córką Maryją i wnukiem Jezusem. Anna trzyma ich jak niemowlęta, na rękach. Figurka ma tylko 52 cm „wzrostu” i została wyrzeźbiona w XV w. z drewna lipowego.

W historii związanej z tym sanktuarium powtarza się znany też z innych przekazów motyw z wołami. Kiedy pewien Hiszpan wracał z wojny, miał wóz załadowany łupami i nagle woły stanęły jak wryte… Ale on, tak jak ludzie jego czasów, potrafił odczytać przesłanie Pana Boga. Hiszpan zostawił więc figurkę, a ona w ciągu stuleci przyciągnęła tłumy pielgrzymów.

Kiedy w 1983 roku Jan Paweł II odwiedził to miejsce, użył określenia: „Góra ufnej modlitwy”. Modlitwy dwóch narodów – Polaków i Niemców, bo i Polacy, i Niemcy budowali tu sanktuarium przez pięćset lat.

Najpierw był polski możnowładca Jan Strzała, który pod koniec XV wieku ufundował pierwszy kościół. Później, w XVIII wieku, członkowie rodu niemieckich grafów de Graschin wybudowali Kalwarię – 40 kaplic. Pół wieku wcześniej sprowadzili tam franciszkanów (był to jeden z nielicznych pozytywnych skutków Potopu szwedzkiego, w skutek którego franciszkanie prowincji małopolskiej stracili klasztory, więc szukali nowych miejsc zamieszkania). W tamtym czasie nad Górą niektórzy mieszkańcy widzieli wielką jasność, grafowie utwierdzali się więc w przeświadczeniu, że Pan Bóg daje im sygnał: Tu się módlcie. I się modlili. Przychodzili tam szczególnie ludzie starzy.

Odkrywamy sanktuaria

W 1765 r., z okazji uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej, na Górę św. Anny przybył biskup wrocławski, tłum był tak duży, że – jak zapisał kronikarz – hierarcha rozdawał Komunię św. aż do zmęczenia.

„Góra Św. Anny jest miejscem nadającym się wybornie do nabożeństwa, gdzie słaby znajduje siłę, cierpiący pociechę, pobożny wezwanie do wytrwałości, a grzesznik poszukiwany spokój. Przeżywane tam uroczystości są prawdziwymi dniami zbawienia…” – pisał inny kronikarz.

Odkrywamy sanktuariafot. Krzysztof Duda

W 1864 r. sanktuarium odwiedziło 42 tys. pielgrzymów. W XIX wieku do dotychczasowych pielgrzymów dołączyli pątnicy z Górnego Śląska, gdy zakazano im pielgrzymować na Jasną Górę.

Tłumy przybywają nadal, co roku odnotowuje się kilkaset tysięcy. Kogo tu nie ma? Ministranci, dzieci i młodzież, motocykliści, hodowcy gołębi, ale szczególnie dziadkowie i babcie. Klękają przed figurą swojej patronki, potem rozprostowują stare kości i idą wpisać się do Księgi Intencji i Łask. Wstawiają się szczególnie za wnukami. Proszą św. Annę, żeby ich dzieci i wnuki brały przykład z właściwych autorytetów. Dorzucają też prośbę: „spojrzyj na seniorów, by ich życie było znośne”.

Odpust na Górze świętej Anny można uzyskać m.in. 26 lipca, 15 sierpnia, 14 września.

Patronka Rodzin z Leśniowa

Choć do Leśniowa, przedmieścia Żarek, od wieków przyjeżdżają całe rodziny, by modlić się przed figurką Maryi, to dopiero czterdzieści lat temu, nadano tam Matce Bożej tytuł Patronki Rodzin.

Odkrywamy sanktuaria

Rodziny są właściwie wszędzie, w każdym sanktuarium i bezapelacyjnie zajmują pierwsze miejsce w rankingu intencji modlitewnych. Pielgrzymi proszą o zdrowie i pokój, jedność i wierność, ale też pracę czy wyjście z nałogu kogoś z członków rodziny. A cała ta ludzka bieda składana jest u stóp jeszcze mniejszej niż w Skępem figurki, która jest poręką Jej natężonego tu działania.

Została wyrzeźbiona w XIV wieku z lipowego drewna. Uśmiechnięta, pogodna Maryja w błękitno-szafirowym płaszczu i czerwonej sukni trzyma na ręku Pana Jezusa. Tym razem na początku nie było pobożnych pastuszków, którzy zauważyli światło, rzeźbę zostawił tu, jak mówią najstarsze przekazy, książę Władysław Opolczyk. Był w drodze na Jasną Górę z cudowną ikoną Bogurodzicy, którą miał ofiarować ojcom paulinom. Dni były niezwykle upalne, lasy nieskończone i wysuszone, ani kropli wody w pobliżu. I tam, gdzie stanął na popas wraz ze świtą, wytrysło nagle źródło. Książę nie miał wątpliwości, że to znak opieki Matki. Zostawił więc w tym miejscu kapliczkę i niewielką figurę Maryi.

Odkrywamy sanktuaria

Jest więc Leśniów odpryskiem jasnogórskiej wyprawy Władysława, który chciał uświetnić jedno sanktuarium, a przyczynił się do powstania drugiego, nadprogramowego.

Tym miejscem także opiekują się ojcowie paulini, którzy opracowali szczegółowy harmonogram dla rodzin. W pierwszą niedzielę miesiąca mężowie i żony odnawiają przyrzeczenia małżeńskie, w drugą ojcowie specjalnie błogosławią maluchy, w trzecią – całe rodziny, w czwartą kobiety ciężarne, które otrzymują na pamiątkę białe wstążki.

A cuda się zdarzają.

Kilka lat temu młody człowiek chory na sepsę wyzdrowiał po modlitwie ojców paulinów. Na znak wdzięczności znany tekściarz Zbigniew Książek ułożył oratorium „Siedem Pieśni Maryi”, o którym od dawna marzył ojciec przeor Zbigniew Ptak.

Ale są też cuda znane tylko tym, co przyszli dziękować. „Dziękuję za wszystkie małe rzeczy, z których składa się moje życie” – napisała anonimowa pątniczka. Najwyraźniej pokrewna dusza Miriam z Nazaretu.

Odpust można tu uzyskać 2 lipca.

Skępe i najpiękniejsza figura Matki Bożej Brzemiennej

 

Zaczyna się od znaku. Od objawienia w lesie tajemniczego światła i wielu cudów mniejszych i większych, doznanych przez okoliczny lud. W przepięknych okolicach Skępego między pięcioma jeziorami, ponad pięćset lat temu pasterze to światło widzieli i już wiedzieli, że to miejsce miłe jest Bogu, a trzeba przyznać, że kiedyś ludzie mieli wyostrzony słuch i wrażliwość na Boże komunikaty. Ludzie zaczęli się gromadzić w miejscu ukazującego się światła, to skłoniło mieszkającego w Kruszwicy kasztelana Mikołaja Kościeleckiego – którego córka Katarzyna nie miała władzy w nogach – do wystawienia drewnianej kaplicy. Gdy Katarzyna wyzdrowiała, sama udała się do Poznania, gdzie zamówiła figurę Matki Bożej.

Odkrywamy sanktuaria

Przybyła do Skępego i już została. Jest z lipowego drewna, niezbyt wysoka – niecały metr. Delikatna, bardzo młoda, ze złożonymi dłońmi. Spodziewa się Dziecka. Z tkliwymi oczami, jak zauważyli pielgrzymi, którzy się w nią wpatrywali. Taka młoda, a wzięła na siebie ogromny ciężar. Nie tylko swojego życia, ale wszystkich, którzy przychodzą. A przychodzą kobiety w ciąży, bo to sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej i kobiety proszą o opiekę. Wiadomo – kobieta kobietę zrozumie, więc o tę kobiecą solidarność im chodzi. Przychodzą i te, które nie mogą mieć dzieci. I całe rodziny, by tym tkliwym wzrokiem ich ogarnęła.

 

Zaczyna się od znaku. Od objawienia w lesie, tajemniczego światła i wielu cudów mniejszych i większych, doznanych przez okoliczny lud. Tak było i w Skępem. Już pod koniec XV wieku, gdy lud zaczął się gromadzić przy drewnianej kapliczce, przybyli bernardyni. Potężni fundatorzy i prości ludzie dawali ofiary – powstał piękny kompleks klasztorny z wybitnymi dziełami sztuki.

Odkrywamy sanktuaria

A Ona jest taka maleńka, dłonie złożyła do modlitwy i właśnie dlatego ma moc wymodlenia happy endu – zaskakujących narodzin, odnowienia nadziei.

Odpust można tu uzyskać 7 i 8 września – w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.

Odkrywamy sanktuaria

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >