DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Jestem zdolny do wszystkiego – mawia ARKADIO. – Bo z Bogiem mogę wszystko! Raper z Nowego Sącza dziś koncertuje w całej Polsce, mówi o sensie walki o siebie, nieodpuszczania i że warto zaryzykować z Bogiem. Prowadzi warsztaty hip-hopowe, rekolekcje, nagrywa płyty, z których każda kolejna rozchodzi się w coraz większych nakładach, a piosenki trafiają na listy przebojów. A zaczęło się od prostego pytania, jakie usłyszał w sercu: Idziesz ze mną, czy wracasz do dziadostwa?

Joanna
Sztaudynger
zobacz artykuly tego autora >

Co to jest cud?

Dla mnie cudem jest to, że dzisiaj mogę żyć tak, jak chcę, i robić to, co naprawdę kocham.

A co w tym nadzwyczajnego?

Myślę jednak, że biorąc pod uwagę moje wcześniejsze „przygody”,  to właśnie jest niezwykłe. Zresztą, pomijając już moją przeszłość, podejrzewam, że ledwie dziesięć procent ludzi robi w życiu to, co naprawdę lubi. Ja jestem wśród tych szczęśliwców. Jeśli oczekujesz ode mnie, że powiem, że odrosła mi ręka, to się rozczarujesz. Szczęśliwe życie jest cudem. Robienie tego, co się kocha, jest cudem.

W jednym ze swoich tekstów piszesz o sobie: „kiedyś smażyłem w oknie, żegnając się z dniem (…). Uwielbiałem dać w palnik okrutnie, nieraz wlewając w siebie wódkę z przykrym skutkiem, (…) mama ściągała mnie z ławki nad ranem. Później widziałem oczy matki…”. Co się stało, że teraz twoje życie wygląda inaczej?

Miałem dość, problemy mnie przerosły. Mój starszy brat wyjechał do Stanów. Po powrocie zmienił swoje życie. Rozmawialiśmy dużo, zadawał mi wiele pytań, kazał się zastanawiać. Aż w końcu zrobił coś kompletnie odjechanego – zabrał mnie do niejakiego pana Staszka. Powiedział, że będziemy się z nim modlić. Próbowałem się wykręcić, nie chciało mi się klęczeć, bolały mnie kolana… Chłopaki jednak nie dawali za wygraną. Po modlitwie wyjąłem z kieszeni paczkę fajek, zgniotłem ją i wyrzuciłem do kosza. Wiedziałem, że już nigdy nie będę palił. Do widzenia, koniec jarania. Zostałem ot tak uwolniony z nałogu, to był cud. Zaraz po modlitwie chciałem iść do spowiedzi. Trafiłem do o. Fabiana Błaszkiewicza, jezuity, on jednak nie mógł przyjąć mnie od razu i kazał przyjść za trzy dni. Zdenerwowałem się, bo chciałem natychmiast, ale te dni oczekiwania okazały się bardzo potrzebne. Mogłem się zastanowić, kilka kartek zapisałem swoimi grzechami. Spowiedź była przełomowym momentem.

Co się zmieniło?

Wszystko. Po wyjściu z kościoła poszedłem nad Kamienice, rzekę, która płynie przez Nowy Sącz. Tam z chłopakami często się spotykaliśmy, żeby jarać. Tym razem spaliłem coś innego – kartki z moimi grzechami. Poczułem absolutną wolność. Zrozumiałem, co miał na myśli psalmista, mówiąc: jeden dzień w przedsionkach Twych, lepszy niż tysiące innych. Wtedy poczułem, jakbym stał właśnie w tych przedsionkach, a Pan Bóg zadawał mi pytanie: Idziesz dalej ze mną, czy wracasz do dziadostwa?

A co się stało ze starymi kolegami?

Mam kontakt z niektórymi. Ale ponieważ mnie samego nawrócił czyjś przykład, a nie gadanie, to stoję z boku. Jeśli Pan Bóg będzie chciał posłużyć się moim życiem, to sprawi, że oni się zmienią. Już widzę małe postępy. Chłopaki zaczynają rozumieć, o co chodzi.

DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Jedną z postaci, która się fascynujesz na płycie Najlepsze przed nami, jest Nicky Cruz, szef nowojorskiego gangu Mau-Mau: „Dragi brał, nie jeden się go bał. Stał na czele ekipy, jednej z najgroźniejszych w mieście. Trzymał łapę na wszystkim, nie raz siedział w areszcie. (…) Nauczył swoich ziomków, jak zabijać, wymuszać, kraść, posługiwać się nożem, spluwą, walczyć o hajs. Był w gównie tak głęboko, nie raz chciał skoczyć, zakończyć żywot”. Zabito jego kumpla, a on w odwecie załatwił kilku wrogów. Co było potem?

Spotkał kaznodzieję Davida Wilkersona. Ten mu mówił, że Bóg ma moc, że go kocha, a Cruz chciał go zabić – pobił go bardzo dotkliwie. A gdy już myślał, że pastor nie żyje, ten ostatkiem sił krzyknął: Jezus cię kocha. To zdanie wręcz prześladowało gangstera. Cokolwiek by nie robił, słyszał te słowa. Po jakimś czasie poszedł do kościoła z kilkudziesięcioma kolegami. Odbezpieczyli broń i stanęli na przedzie, tuż przed kaznodzieją. David Wilkerson poprosił pięciu spośród nich, by zebrali tacę wśród wiernych. Nicka to zadziwiło, był pewien, że pastor wie, że oni ukradną tę kasę. Nie zrobili tego jednak. Podobno Nicka wtedy olśniło. Kazał się uciszyć rozgadanym kumplom i słuchać kazania. Po kilku minutach wiedział już, kim jest Bóg. Wilkerson modlił się z gangsterami. W pewnym momencie Nick odwrócił się, by spojrzeć na kolegów, a gdy zobaczył, że wszyscy płaczą, sam też się wzruszył. To był moment nawrócenia. Cud.

Historia jak z filmu. Zresztą jak twoja.

Tylko że ja się wychowałem w Nowym Sączu (śmiech). Paliłem zioło, brałem mocniejsze narkotyki, trochę handlowałem. Nie ciachałem jednak nożem jak Nick. Nie miałem w ręku broni. Zupełnie inna rzeczywistość. Ale w niej również osiągnąłem jakiegoś rodzaju dno, dlatego tak bliskie jest mi nawrócenie Nicky’iego Cruza i innych ludzi, którzy upadli najniżej jak się da.

Tomasz Adamek, któremu poświęcona jest tytułowa piosenka twojego albumu, nie przeżył tak gwałtownego nawrócenia.

On się wychował w porządnej, góralskiej rodzinie i nigdy poważnie nie zbłądził. W nim zafascynowała mnie odwaga, z jaką przyznaje się do wiary.

Jak doszło do tego, że poznałeś go osobiście?

Na rekolekcjach ksiądz opowiadał o nim. Zafascynował mnie, znalazłem wywiad z nim, zatytułowany Chcę do nieba. W tym samym czasie zadzwonił do mnie brat i powiedział, że powinienem zrobić numer o Adamku. Wyśmiałem go – ja o Adamku, mistrzu świata?! Niemożliwe i nieosiągalne. Pomyślałem jednak: Boże, jeśli chcesz, to mi pomóż. Znajdź mi drogę do niego. I okazało się, że kolega zna księdza, który zna Adamka… I powstała piosenka. To jest cud mojej codzienności.

Inny przykład?

Chciałem się oświadczyć mojej dziewczynie, już teraz żonie. Nie miałem jednak pieniędzy na pierścionek. Byłem młody, miałem niecałe 20 lat, więc pojawiały się wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Na modlitwie powiedziałem: Boże, jeśli to już ten moment, to daj mi znak. Hajs poproszę! Następnego dnia sprzedałem dziesięć płaszczy, z firmy mojej mamy. Zazwyczaj udawało mi się sprzedać jeden. A tym razem – dziesięć. Wystarczyło na pierścionek. To był dla mnie kolejny cud.

Ile miałeś wtedy lat?

Dwadzieścia.

Nie chciałeś jeszcze trochę luźno pożyć?

Pewnie, że to łatwiejsze rozwiązanie, ale wydarzenia z przeszłości nauczyły mnie, że szlajanie się z kumplami szczęścia mi nie da. Chciałem budować rodzinę opartą na trwałych wartościach. Tylko taka daje szczęście.

Kilka miesięcy temu mieliście ślub. To było ważne wydarzenie?

Bardzo. Dużo się po nim zmieniło. Zamieszkaliśmy razem, a wspólne życie to już zupełnie co innego niż spotykanie się. To mi się podoba – taka radykalna zmiana, poważna sprawa. A nie pomieszkiwanie ze sobą na próbę, sprawdzanie się, a potem dopiero ślub – dla mnie bez sensu.

Czy z hip-hopu da się utrzymać rodzinę?

Nie narzekam. Poza występami na scenie i pisaniem tekstów, z wielką przyjemnością montuję dźwięk. Prowadzimy też warsztaty muzyczne dla młodzieży. Razem piszemy teksty, muzykę, a potem każdy uczestnik występuje przed publicznością. Mam radochę, gdy widzę, że te dzieciaki przełamują strach, wychodzą na scenę, a potem są z siebie dumne.

DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Pewnie przypominają ciebie samego sprzed lat.

Dokładnie, gdy miałem dwanaście lat, nagrywałem pierwsze kawałki i występowałem z nimi wszędzie, gdzie się dało, na przykład w ośrodkach dla trudnej młodzieży. Po latach okazało się, że każde takie doświadczenie jest ważne, uczy nas prawdy o nas samych, pomaga walczyć ze słabościami. Dzieciaki na warsztatach też tego doświadczają. Nie chodzi o to, czy któreś z nich w przyszłości będzie się zajmowało rapem. Najważniejsze jest to, że wychodzą poza schemat myślenia o sobie, a wtedy zdobywają się na coś więcej.

Jesteś dla nich wzorem, słuchają twoich tekstów, traktując je, być może, bardzo serio. Czujesz się odpowiedzialny za młodych ludzi, do których hip-hop najczęściej trafia?

Zaskoczę cię, na koncertach widzę często starszych ludzi, którzy może bitu tak dobrze nie czują, ale rozumieją, o czym śpiewam. Wiele z tego sami przeżyli. Dzieciaki mają to wszystko przed sobą, jeśli coś z moich tekstów zapadnie im w pamięci, to bardzo dobrze. To, że na mnie patrzą, jest wyzwaniem i motywacją, bym się jeszcze intensywniej starał być lepszym człowiekiem. Chcę się zmieniać. Jasne, że zdarzają mi się potknięcia i z czymś nie daję rady. Nie wstydzę się tego. Rap charakteryzuje się tym, że bardzo dosłownie wyraża to, czym żyje wykonawca. Tutaj nie ma miejsca na udawanie.

1/6
Galeria zdjęć Arkadio
2/6
Galeria zdjęć Arkadio
3/6
Galeria zdjęć Arkadio
4/6
Galeria zdjęć Arkadio
5/6
Galeria zdjęć Arkadio
6/6
Galeria zdjęć Arkadio
poprzednie
następne

Czujesz, że przypięto ci łatkę rapera chrześcijańskiego?

Nie odpowiada mi takie szufladkowanie. Staram się rozwijać muzycznie i nie obchodzi mnie, do jakiego nurtu ktoś mnie zaliczy. Stawiam Boga na pierwszym miejscu, dlatego moje teksty mówią o Nim. Śpiewam o tym, czym żyję, o czym myślę i co mnie interesuje.

A co z tym hajsem? Gdybyś zdobył platynową płytę, zatem sporo kasy, co byś z nią zrobił?

Pojechałbym z żoną na wakacje, kupił sprzęt, żeby ulepszyć studio. I oddałbym dziesięcinę.

Oddajesz dokładnie dziesiątą część swoich zysków na Kościół?

Tak, staram się. Wszystko, co mam, zawdzięczam Bogu, również możliwość zarabiania pieniędzy. Uważam, że składanie dziesięciny to bardzo dobra praktyka.

 

 
Wesprzyj nas

Joanna Sztaudynger

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Sztaudynger
zobacz artykuly tego autora >

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

„Zwariowałaś!”. „Bardzo możliwe” – myślę stojąc na starcie 34. Maratonu Warszawskiego. W perspektywie mam niezapomnianą wycieczkę po Warszawie, złotą polską jesień i 42 kilometry 195 metrów, które będę musiała pokonać na własnych nogach. Morze różnokolorowych koszulek na moście Poniatowskiego tworzy żywą pocztówkę, na której chciałoby się napisać: „I love Warsaw”. Pełne podziwu, czasem niedowierzania twarze kibiców. Wystrzał startera. Ruszamy w drogę, która – jak się okazuje – kryje w sobie znacznie więcej niż przysłowiowe „krew, pot i łzy”.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

10

Nie dobrze zaczynać zbyt szybko. Końcowe wyniki pokażą, że ten, kto na początku szarżuje, straci prędkość na dalszych etapach trasy. Realistyczne spojrzenie na siebie bardzo się przydaje: nie mam nóg jak zawodnicy z Kenii ani płuc jak olimpijczycy, a jednak mogę biec i czerpać z tego radość. Okrążamy gmach Opery Narodowej. Młoda para robi sobie sesję zdjęciową na placu Piłsudskiego. Ależ będą mieli wspomnienia! Oprócz tupotu ludzkich stóp, z którym nie może równać się najbardziej żywiołowy taniec weselnych gości, mogą posłuchać „sto lat” w wykonaniu nieprofesjonalnego chóru maratończyków in spe. Przy jednym z kościołów stoją ludzie, którzy właśnie wyszli z porannej Mszy. Nie mogą przejść przez jezdnię, bo maraton skutecznie paraliżuje ruch na warszawskich ulicach.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

Maraton Warszawski

fot. Jacek Fomicki

Maraton Warszawski

fot. Marcin Borkowski

Maraton Warszawski

fot. Michał Kucharski

Maraton Warszawski

fot. Magda Krus

Maraton Warszawski

fot. Piotr Sztomber

[01][02][03][04][05]

Starszy pan pyta ile to dokładnie kilometrów i słysząc odpowiedź łapie się za głowę. Uśmiechy i owacje przechodniów wyrażają podziw, że starczyło nam odwagi, aby zaryzykować i zmierzyć się z taką odległością. Jak widać nie brakuje okazji, aby biegacze mogli skupić swą uwagę na sprawach bardziej przyziemnych niż baloniki pacemaker’ów wyznaczające przewidywany czas ukończenia biegu. Bo mało kto myśli o mecie na dziesiątym kilometrze. Nie można się do niej za bardzo spieszyć, jako że jedno z najważniejszych przykazań długodystansowca mówi o tym, aby biec własnym tempem, według możliwości swojego organizmu. Nie warto się na niej zbytnio koncentrować, bo wtedy ucieka cała radość z małych rzeczy, których pełno po drodze. Jednak każdy ma konkretny cel i wymarzony czas, bo takiej konkurencji jak maraton nie rozpoczyna się bez koncepcji. Ja także mam swój styl: spieszę się powoli, podziwiam stolicę w jesiennych barwach i nie ignoruję więc punktów odżywczych, ponieważ każdy z nich jest po to, aby pomóc mi w pobiciu życiowego rekordu.

Dla wielu już w połowie zaczyna się kryzys. Do startu i mety jest stąd tak samo daleko. Zespoły muzyczne doskonale o tym wiedzą i dodają nam otuchy grą na bębnach i perkusji. Niektórzy biegacze biją brawo, inni próbują tańczyć, choć taniec w biegu zostałby z pewnością nisko oceniony przez jury popularnych programów rozrywkowych. Jednak nasza publiczność utwierdza nas w przekonaniu, że, mimo obowiązujących trendów, my także mamy talent. Wsparcie przychodzi z każdej strony. Kładki nad jezdniami ozdobiono bannerami: „Warszawa pozdrawia biegaczy. Do zobaczenia na mecie!”. Jeden z kibiców napisał na swoim transparencie, że „Chuck Norris nigdy nie przebiegł Maratonu Warszawskiego”, a „Dacie radę!” odmienia się na wszelkie możliwe sposoby.

Do kibicowania dołączyły się także dzieciaki ze szkół podstawowych, których inwencja twórcza nie znała granic. Ludowe stroje i Ko ko Euro spoko w wersji dla biegaczy to tylko jedna z wielu atrakcji, jakie przygotowały. Jednak nie ma to jak wsparcie przyjaciół. Tuż przed połową trasy dołącza do mnie znajomy i kilka kilometrów biegnie razem ze mną. „Masz bardzo dobry czas” – mówi. To dla mnie cenna informacja, bo jako lekkoatletka-amatorka nie patrzę na zegarek, lecz wyznaję starą dobrą zasadę, że „szczęśliwi czasu nie liczą”. „Ale nie leć tak szybko, żebyś potem nie straciła prędkości” – radzi. I czasem warto posłuchać rad osoby bardziej doświadczonej, by nie dać się zwieść optymizmowi, który ma czasem zbyt wiele wspólnego z naiwnością. Mijamy kolejny punkt odżywczy. A że dostałam w prezencie dodatkową parę rąk, mogę wypić podwójną porcję napoju izotonicznego. Krótka rozmowa to miłe urozmaicenie długiej trasy. Jednak najcenniejsza jest wiara w to, że dobiegnę do mety i to stwierdzenie: „Jesteś wielka”, chociaż uwarunkowania fizjologiczne zdają się temu przeczyć.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

30

O trzydziestym kilometrze maratonu pisał w swojej powieści Stefano Redaelli. Tytułowy trzydziesty kilometr jest punktem krytycznym, kiedy człowiek dociera do granicy wytrzymałości. I sporo w tym prawdy, bo na tym etapie trasy kończy się rekreacyjne bieganie, a rozpoczyna się zmaganie ze sobą samym. Pojawia się bunt przeciwko bolącym nogom, plecom, które upominają się o odpoczynek i odbierają przyjemność biegania. Jednak dystans maratoński to nie poranny jogging. To musi kosztować. Na niekończącej się Puławskiej wyraźnie widać, jak wiele płaci się za decyzję o starcie w takich zawodach. Niektórzy przechodzą z biegu do marszu lub spaceru. Na trawniku odbywa się reanimacja biegaczki, która straciła przytomność. Do karetki zaczyna ustawiać się kolejka. Ktoś siada na przystanku autobusowym i ogląda bieg z tej perspektywy. „Jeśli to wszystko spotyka innych, dlaczego ja miałabym nie wypaść z gry?” – myślę, ale biegnę dalej. Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Razem ze mną inni niepokonani. 37. kilometr znajduje się na Trakcie Królewskim, który zwiastuje triumfalny finał maratonu. Meta jest tak blisko i tak daleko zarazem. Wyobrażam sobie, że to dopiero początek trasy i tym samym odnajduję nowe siły na ostatni etap. Przy palmie na rondzie de Gaulle’a czeka na mnie przyjaciółka. Porywam ją z tłumu kibiców i biegniemy razem przez Most Poniatowskiego. „Jestem bohaterem Narodowego!” – krzyczę, choć nie po to, aby się przechwalać, że udało mi się zrealizować hasło promujące tegoroczny maraton. Chcę uwierzyć, że to się naprawdę zaraz stanie.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

42,195

Finis coronat opus – koniec wieńczy dzieło. Ostatnie kilometry wprawiają w niemałe podekscytowanie, zwłaszcza że w tym roku finiszujemy na Stadionie Narodowym. Na ostatniej prostej przed bramą ktoś pociesza: „Nie łamcie się! Jeszcze tylko jedno takie 42-kilometrowe okrążenie”. Wbiegamy na Stadion. Finiszuję w niemiecko-australijskim towarzystwie. Widok kibiców na trybunach sprawia, że przez chwilę można poczuć się jak na olimpiadzie w Londynie. Wspomnienia Euro 2012 pozostają jednak daleko, bo dziś nikt nie musi śpiewać: „Nic się nie stało”. Większość z nas osiągnęła zamierzone cele. Zegar pokazuje mój życiowy rekord, więc na metę wbiegam jako zwycięzca, mimo że daleko mi do mistrzów. Kiedy patrzę na medal, który już oficjalnie pozwala mi tytułować się „Bohaterką Narodowego” myślę, że nie chodzi tu wyłącznie o sportowe emocje, potężną dawkę adrenaliny czy nawet o sam wynik. Musiałam zaplanować ten długi dystans bardzo rozsądnie, biorąc pod uwagę nie tylko wymarzony cel, ale także możliwości. Potrzebowałam wsparcia i wiary innych ludzi w to, że się uda. W końcu musiałam stoczyć walkę ze sobą, aby się nie poddać. To była próba nie tylko dla ciała, ale także – a może przede wszystkim – dla charakteru. To wszystko do złudzenia coś przypomina. Chyba życie…

Wesprzyj nas
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >