Siódme: Nie kradnij

Co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

W ostatnim czasie wielu przerażonych internautów rozgłaszało, że otrzymali z pewnej kancelarii wezwania do zapłaty kwoty 550 zł w związku z naruszeniem autorskich praw majątkowych poprzez udostępnianie bez uprawnień wielu polskich filmów. Abstrahując od kwestii, czy takie działania kancelarii są prawidłowe (dokonanie zapłaty nie chroni użytkowników przed odpowiedzialnością karną), może warto uświadomić sobie, co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

Myślę, że największy problem dotyczący wyznaczenia granicy, od której zaczyna się naruszenie praw autorskich polega na tym, że użytkownik nawet nie jest świadomy, że takiego naruszenia dokonał. W świecie realnym, gdy ktoś – na przykład – zje kawałek tortu, a drugim kawałkiem tegoż tortu podzieli się z kimś innym, to naruszenie tortu jako pewnej całości jest ewidentne. W świecie wirtualnym z kolei wiele osób może skopiować dany utwór, jak również udostępnić ten utwór innym osobom, a sam utwór nadal istnieje niejako nienaruszony.

Czy właściwie jest coś złego w tym, że w większym gronie obejrzę film? Że ściągnę sobie cały sezon mojego ulubionego serialu "House of Cards"? Że wrzucę na Facebooka zdjęcie koleżanki, na którym widnieje dodatkowo kilku naszych znajomych? Że ściągnę materiały do pracy magisterskiej z portalu chomikuj.pl?

Oczywiście, nie w każdej sytuacji dochodzi do naruszenia praw autorskich. Choć prawo autorskie ma za zadanie chronić "każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia" (art. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych), to jednak umożliwia ono korzystanie z utworu już rozpowszechnionego w zakresie własnego użytku osobistego i to bez konieczności uzyskania zezwolenia twórcy. Jeśli więc zaproszę moich dobrych znajomych na noc filmową, w ramach której wyświetlę zakupione przeze mnie filmy DVD, to mogę potem spać spokojnie. Jeśli jednak byłaby to większa impreza, w gronie osób nieznajomych, należałoby takie wydarzenie zgłosić do właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi (np. słynny ZAIKS) w celu uiszczenia odpowiedniej opłaty za korzystanie z utworu. Co do publikowania w sieci cudzych materiałów, to zasadniczo nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać na przykład na swoim profilu facebookowym zdjęcie wykonane przez koleżankę. Trudno sobie w relacjach koleżeńskich wyobrazić zawieranie w takiej sytuacji umowy licencyjnej (choć tak doradziłby prawnik), więc dobrze byłoby przynajmniej zapytać autora zdjęcia o jego zgodę na takie upublicznienie fotografii. Jeśli znajomi na umieszczonym przez nas zdjęciu są rozpoznawalni, to zgodnie z prawem należy zapytać ich o zgodę na rozpowszechnianie ich wizerunku. W odniesieniu z kolei do tzw. "chomika" – jeśli pobierzemy materiały od ich rzeczywistego autora, który wyraził zgodę na ich udostępnianie, również nie musimy obawiać się wizyty policji. To właśnie podstawowe zasady prawa autorskiego w dużym uproszczeniu.

Siódme: Nie kradnij

Zostaje nam nasz ulubiony serial. W powszechnym obrocie funkcjonuje taka złota zasada: "Jeśli już ściągasz filmy, to ich nie udostępniaj, za samo bowiem ściąganie nic ci nie grozi, ale za ich udostępnianie – już tak". Jest w tym sformułowaniu ziarnko prawdy, bowiem odpowiedzialność karną na podstawie art. 116 ustawy ponosi tylko osoba, która bez uprawnienia rozpowszechnia cudzy utwór. Czy jednak na pewno sposób zdobycia utworu, tj. legalność jego źródła, nie ma w ogóle znaczenia? Otóż w wyroku wydanym w kwietniu 2014 r. przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w ramach interpretacji jednej z dyrektyw prawnoautorskich, wskazano na brak możliwości równego traktowania legalnego i nielegalnego źródła służącego za podstawę sporządzenia kopii na użytek prywatny. Należy zatem przyjąć, że uzyskanie utworu z nielegalnego źródła sprawia, że nasze działania także stają się bezprawne.

Może się wydawać, że meandry prawa autorskiego są skomplikowane i niezrozumiałe dla przeciętnych użytkowników Internetu. Jednak tak jak w każdej życiowej sytuacji, przed podjęciem pewnych działań, trzeba zastanowić się po prostu nad tym, jak my chcielibyśmy, aby korzystano ze stworzonych przez nas utworów. Czy naprawdę potrzeba było orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości, aby móc dokonać moralnej oceny pobierania plików z nielegalnego źródła?

Katarzyna Leśko

(aplikant radcowski w Przybycień i Mioduszewski Adwokaci i Radcowie Prawni s.c.)

Wesprzyj nas

Boże Narodzenie ocalone

Choć to początek lata, mamy dobrą wiadomość zimową: Boże Narodzenie zostało ocalone. Przynajmniej na razie. Próba sprowadzenia tego święta tylko do choinki i karpia, Bogu dzięki się nie udała. Co będzie dalej – zależy od każdego z nas

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Tak wyglądają sezonowe święta w elementarzu, który został zaprojektowany dla dzieci pierwszych klas podstawówek.

 

Na obrazku ojciec z córką kupują upominki. Dziewczynka martwi się o pana Cyryla, który jest samotny i stary, więc pyta tatę, czy zostanie zaproszony do ich domu. Tylko z jakiej okazji, co się dzieje, jaki powód i dlaczego nagle wszyscy zaczynają się starać?

Tego się nie dowie pierwszoklasista, za to będzie musiał odpowiedzieć na kilka pytań. Jak pomóc samotnym i starszym, co to jest dobry uczynek? I niech się młody podpyta, czy wszyscy obchodzą święta, bo może są tacy, co nie obchodzą? A gdy już się dowie, że nie wszyscy, niech drąży temat i zbada sprawę świętowania w innych krajach.

Boże Narodzenie ocalone

Maleńka czytanka a tak brzemienna w skutki. Dzieci się nie dowiedzą, po co to wszystko, za to zrozumieją, że sezonowe święto zimowe polega na otrzymywaniu upominków, jedzeniu karpia i pierogów, zaproszenia samotnego znajomego.

Dowiedzą się także, że jest czymś względnym, bo są tacy, którzy nie obchodzą Bożego Narodzenia, ale są też tacy, którzy mają zupełnie inne święta, więc dla nich to także nie jest okazja do ucztowania. Prawda, że pięknie?

 

Ale spokojnie, na razie Boże Narodzenie zostało odbite, bo zaprotestowało kilkadziesiąt tysięcy osób, które słały listy do MEN-u żeby natychmiast je przywrócić. Ministerstwo obiecało, że fraza „święta Bożego Narodzenia” zostanie w czytance użyta, ale i tak nie wiadomo, jak to zostanie zrealizowane, bo trzeba będzie się nieźle nagimnastykować, żeby opracować kompromis między wartościami lokalnymi i globalnymi.

 

Skoro wszystko kończy się tak pomyślnie, czemu się czepiam? Ano dlatego, że ta czytanka to fragment większej całości.

Nasza cywilizacja funduje sobie amnezję i szkolna czytanka świetnie ten trend ilustruje. Bo elementarz to sprawa bardzo poważna. To nie tylko a, b, c, nauka alfabetu, ale początek wprowadzenia w kulturę. A każda kultura, jak twierdzą uczeni, to system unikalnych znaków, zrozumiałych wyłącznie dla członków konkretnej wspólnoty narodowej.

 

Weźmy taką „obronę Częstochowy”. Każdy Polak w mig łapie, o co chodzi rozmówcy, który tak mówi. Albo „dulszczyzna”. Też nie trzeba Polakowi tłumaczyć. Mistrzem takiego porozumienia z rodakami był Jana Paweł II, który krótkim fragmentem poezji, odniesieniem do historycznego zdarzenia, potrafił nieskończenie wiele swoim słuchaczom przekazać. Gdyż wszyscy czytali literackie utwory, uczyli się historii i po prostu wiedzą. Wiedzą też, że myśl i uczynki od ponad tysiąca lat kształtuje Osoba, której narodziny obchodzą w gronie najbliższych w ostatnim tygodniu grudnia.

 

I jeśli tego zabrakło w czytance, można mieć obawy, że dalej też nie będzie lepiej, a autorzy podręczników i poloniści nie przekażą dzieciom owego a, b, c naszej kultury, bo z jakiegoś względu im nie pasuje.

fot. Christiaan Briggs

Co możemy zrobić, gdy poczujemy, że ktoś wszczął prace nad naszą zbiorową amnezją?

 

Bardzo cenię postawę ludzi, którzy wciąż przypominają o potrzebie pozytywnego przekazu i dawania świadectwa.

Nic nie zastąpi fascynacji pięknem Boga, nie ma mocniejszych argumentów i gorliwszych kazań od pokazania Jezusa tym, którzy Go nie znają lub Mu się sprzeciwiają.

Ale wchodząc w dyskusję, co ma dzisiaj robić chrześcijanin, świadczyć czy się sprzeciwiać, powiedziałabym, że należy stosować komplementarnie obie metody. Trzeba pamiętać, co jest najważniejsze; szukać Pana Boga, więzi, która przemienia nas w świadków. Ale, gdy wyczujemy nadchodzące niebezpieczeństwo, na przykład narzucenia zbiorowej amnezji – protestować, słać listy, brać udział w marszach. I pamiętać, że jeśli nie jest to podbudowane gorącą modlitwą, jeśli nie jest to efekt głębokiej więzi z Bogiem, staniemy się szybko zgorzkniałymi i agresywnymi dewotami, antyświadkami, jak wytykają – i słusznie – kaznodzieje duchowni i świeccy.

A na koniec o soczewicy

Autorzy elementarza i urzędnicy ministerialni lubią podkreślać, że jest on darmowy. Nie jest to informacja prawdziwa, bo tak jak nie ma darmowych obiadów, nie ma też darmowych podręczników. Ktoś za nie musiał i zapłacić i sprawą oczywistą jest, że tak jak zawsze i niezmiennie, płacimy za elementarz my, płatnicy podatków. Ale badania wykazały, że ponad 70 proc. ankietowanym bardzo się to rozwiązanie podoba. Z jakiego powodu? Braku Bożego Narodzenie czy „darmowości”?

Czuwanie, które zalecał nam nasz Pan, jest niezbędne do końca świata. Bo jeśli pozwolimy się zwieść rzekomo darmową miską soczewicy, może okazać się, że na dłuższą metę utraciliśmy całe nasze bogate, życiodajne dziedzictwo.

Boże Narodzenie ocalone

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >