Nasze projekty
Fot. "Poznaj Go" odc.2/ Archidiecezja Krakowska/ YouTube

Jak ks. Wojtyła z młodzieżą modlili się w bieszczadzkim lesie za uwięzionego Prymasa w dniu jego urodzin

"Prymas nie wie, że w pobliżu znajduje się grupa młodych ludzi z księdzem, który jutro, pod bokiem żołnierzy, odprawi dla nich mszę – jak niegdyś czynili to rzymscy chrześcijanie w katakumbach. Wystarczy, że wie Pan Bóg. Tę mszę odprawi za Stefana, kardynała."

Reklama

1956, sierpień

Szło się dość lekko, chociaż musieli uważać, żeby się nie poślizgnąć na mokrej trawie. Trochę na pamięć schodzili w stronę Komańczy. Było już ciemno, ale Janek nie przejmował się tym zbytnio, ponieważ dobrze znał Bieszczady i kiedyś nawet znakował tu szlaki turystyczne. Zgodnie z jego przewidywaniami dotarli do Osławicy, płytkiej rzeczki, przez którą mieli przejść w bród.
– Dobra, zdejmujcie buty i idziemy. Już niedaleko – powiedział i sam nachylił się, żeby ściągnąć pionierki.

Ksiądz Karol Wojtyła, zwany w tym gronie Wujkiem, zrzucił na ziemię swój ogromny plecak, w którym nosił paramenty liturgiczne potrzebne do odprawienia mszy. Wśród nich był również portatyl – kilkukilogramowy kamień z relikwią, każdorazowo umieszczany na ołtarzu polowym. Zrzucił buty, podwinął nogawki i ponownie władował sobie bagaż na plecy.
– Oddział za mną, marsz! – zakomenderował żartobliwie Janek.
Weszli do rzeki. Kilka minut później byli już na drugim brzegu.
Rozsiedli się, żeby włożyć z powrotem buty.
– Stać! Ręce do góry! – bieszczadzką ciszę przeszył głośny krzyk.
Zerwali się na równe nogi i w tej chwili zobaczyli, że są otoczeni przez oddział żołnierzy celujących do nich z karabinów.
– Nie ruszać się! – polecił jeden z żołnierzy, najpewniej dowódca.
Z pistoletem w dłoni zbliżył się do grupy. – Coście za jedni?
– Turyści. Idziemy do Komańczy – odpowiedział Janek.
– Do Komańczy? To teren przygraniczny! Tu nie wolno chodzić!
– Nie wiedzieliśmy. Przecież do granicy jeszcze spory kawał drogi.
– Ostatnio poszerzono tę strefę. Pokażcie papiery.
Przewodnik sięgnął do plecaka i wyciągnął zaświadczenie z PTTK.
– Niby się zgadza – powiedział żołnierz, czytając dokument w świetle latarki. – Ale pójdziemy na posterunek. Sprawdzimy to.
Chcąc nie chcąc, pod eskortą uzbrojonego oddziału poszli do strażnicy.
– Papiery są w porządku – stwierdził dowódca, gdy porównał zezwolenie z PTTK z ich dowodami osobistymi. – Ale kręcić się tutaj nie możecie.
– Przenocujemy tutaj, a jutro pójdziemy w kierunku Duszatyna.
– Na strychu jest trochę siana, tam możecie się rozłożyć – zaproponował oficer.

Reklama
Reklama

Młodzi turyści byli tak zmęczeni, że szybko posnęli. Tylko Wojtyła wyciągnął z plecaka latarkę i brewiarz. Otworzył książkę na tekstach przypadających na dzisiejszy dzień. 2 sierpnia – świętego Stefana.
Domyślał się, dlaczego wpadli na żołnierzy. Po Krakowie chodziły słuchy, że aresztowanego przed prawie trzema laty Prymasa osadzono gdzieś w Bieszczadach. A zatem żołnierze bronili dostępu do Komańczy. Poszerzenie strefy przygranicznej było zabiegiem władz, które nie chciały, aby miejsce to stało się ośrodkiem pielgrzymek ludzi do uwięzionego kardynała.

Tymczasem oni dziwnym trafem znaleźli się tak blisko niego akurat w dniu jego imienin. Mało kto w Polsce pamiętał, że pierwotnym polskim odpowiednikiem tego imienia jest Szczepan. Mało kto pamiętał też, że jutro, 3 sierpnia, Prymas będzie obchodził swoje pięćdziesiąte piąte urodziny.
Trzeba przyznać, że rodzice nadali mu prorocze imię. Szczepan był pierwszym męczennikiem Kościoła, diakonem, którego ukamienowano w Jerozolimie w obecności faryzeusza Szawła – tego samego, który pod Damaszkiem doznał gwałtownego nawrócenia i przeobraził się w Apostoła Narodów Pawła. Karol znał też na tyle dobrze grekę, aby wiedzieć, że słowo stéphanos wywodzi się od słowa oznaczającego „wieniec zwycięstwa”.
Zwycięstwo.
Kiedy widział Prymasa podczas pogrzebu Sapiehy, odniósł wrażenie, że nie ma człowieka bardziej samotnego od niego. Samotnego nie z wyboru, ale z odpowiedzialności, jaka na nim spoczęła. Podziwiał go, lecz i współczuł mu zarazem. W jakże innej sytuacji był on – młody ksiądz, któremu kilka miesięcy później arcybiskup Baziak polecił zrezygnować z duszpasterstwa w parafii Świętego Floriana i zająć się przygotowaniem habilitacji. Z formalnego punktu widzenia przestał być odpowiedzialny za jakichkolwiek ludzi. Ale ludzie garnęli się do niego – szczególnie młodzi – i z tego nie mógł ani nie chciał zrezygnować. Dlatego zresztą znaleźli się tutaj – bo zwyczajem się stało, że grupa, która nazwała się Rodzinką, spędzała wakacje wspólnie z Wujkiem Karolem. Wybierali zazwyczaj takie miejsca, gdzie mogli się cieszyć bliskim kontaktem z przyrodą i oddychać wolnością – bez narażania się na kłopotliwe spotkania i konieczność ukrywania, że jest z nimi ksiądz, że codziennie uczestniczą we mszy i modlą się.
Myśl Wojtyły pobiegła do nieodległego a znanego mu dobrze domu nazaretanek w Komańczy. Pewnie Prymas kładzie się do spoczynku. Samotny, uwięziony pasterz bez owiec. Karol skierował światło latarki na tekst brewiarza. Prymas nie wie, że w pobliżu znajduje się grupa młodych ludzi z księdzem, który jutro, pod bokiem żołnierzy, odprawi dla nich mszę – jak niegdyś czynili to rzymscy chrześcijanie w katakumbach.
Wystarczy, że wie Pan Bóg. Tę mszę odprawi za Stefana, kardynała.

Fragment pochodzi z książki „Ojciec wolnych ludzi”, beletryzowanej biografii Prymasa Wyszyńskiego

Reklama
Reklama

Reklama
Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę