video-jav.net

Kościół w kontrze do nauki – bzdura!

Schemat myślenia o Kościele, który to trudni się uwstecznianiem świata naukowego to bardzo silna kalka, którą propagandowa moc zdołała na stałe wtłoczyć w zbiorową świadomość współczesności. Nic dziwnego, skoro relację Kościół-nauka obrazują z reguły ryciny przedstawiające egzekucje na stosie i wykoślawiony obraz inkwizycji, o którym nie marzył nawet Monty Python

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wczoraj późnym popołudniem portal natemat.pl opublikował tekst pod złowieszczym tytułem: Kościół kontra króliki – pięć przykładów na to, że religia i nauka nie idą ze sobą w parze. Po kliknięciu w niego trochę się zawiodłem, bo oto kolejny młot na katolicką mitologię okazał się mały jak rekwizyt dla postaci z Lego.

Punktem wyjścia jest rozmowa rzecznika Konferencji Episkopatu, ks. Józefa Klocha z Moniką Olejnik w Radio ZET. Całość obejmuje zatem polemikę z wygłaszanymi przez Episkopat tezami i poglądami w sprawie okrytej kontrowersyjną sławą pigułki po. Zarzuty te sformułowane są mniej lub bardziej zgrabnie, ale to, co mnie zaintrygowało, to akapit ze wstępu:

Ponad trzysta lat zajęło hierarchom Kościelnym zaakceptowanie faktu, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie Słońce wokół Ziemi. Zanim zdecydowali się przyznać, że jednak nie ma co walczyć z tą teorią, jest ona dość logiczna i wyjaśnia kilka zjawisk, na stosie spłonęło kilku naukowców, którzy już wcześniej przyznali rację Kopernikowi (m.in. Giordano Bruno). Co ciekawe, dzisiaj duchowni zastrzegają, że religia nie wyklucza się z nauką, a za przykład uczonego katolika podają właśnie Kopernika… I dodatek: (…) paradoksalnie, trudno znaleźć instytucję, która równie silnie hamowała rozwój nauki.  

Kościół w kontrze do nauki - bzdura!

Pewność autorki tekstu przypomina poczucie wyższości maturzysty nad gimnazjalistą, ponieważ tego starszego już w szkole zmuszono do wykucia wzoru na deltę, ten młodszy jeszcze o tajemniczej delcie nie słyszał.

Łatwo człowiekowi wykształconemu w XX w. stroszyć się w piórka intelektualisty i naśmiewać się z wątpliwości dawnej nauki. A jak przyłożymy do tego kalkę Kościoła-wstecznika to zabawa kręci się sama. Ale gdyby przyjąć stan uczciwie, wedle faktów, to teoria heliocentryczna została zaakceptowana w Kościele 11 września 1811 roku (choć niektórzy mówią, że zrobił to dopiero Jan Paweł II). Oczywiście to zdecydowanie późno. Lecz dla intelektualnej uczciwości warto zajrzeć do kalendarium, by dostrzec jeszcze dwa inne elementy: Robert Hooke, brytyjski naukowiec potwierdził na przełomie XVII/XVIII w. teorie kopernikańskie, w 1757 r., za zgodą Benedykta XIV, dopuszczono heliocentryczne materiały do użycia.

Tak jest! Świat naukowy również wahał się i nie potrafił udowodnić teorii Kopernika oraz intuicji Galileusza. Najpierw sam ich potępił (np. w osobie Kartezjusza!), a później musiał się długo przekonywać do ich racji. Gdy tezę udało się udowodnić – została zatwierdzona przez Kościół.

Takich nieuczciwości w świadomości zbiorowej funkcjonuje więcej. Dlatego w kontrze do tezy autorki, ośmielę się ustawić pięć przykładów na to, że religia jednak idzie z nauką w parze. I to całkiem równym krokiem.

Wielką Mgławicę Oriona odkrył nie kto inny, jak jezuita – Johann Baptist Cysat, a było to tylko jedno z kilku jego odkryć i tylko kropla w morzu tego, czego na polu astronomii dokonali jezuici w XVI i XVII w.

Kościół w kontrze do nauki - bzdura!

Wielki Wybuch w schemacie

A skoro już jesteśmy w sprawach kosmosu – Wielki Wybuch, który wielu współczesnych przeciwstawia katolickiemu kreacjonizmowi jest teorią z gruntu katolicką. Hipotezę tę jako pierwszy wyłożył belgijski astronom, który poza zaglądaniem w teleskop zerkał też w ludzkie dusze jako spowiednik, ponieważ był księdzem. Georges-Henri Lemaître mocno rozwinął teorie Einsteina.

Stworzył podstawy elektrochemii, zbudował pierwszą prądnicę, a jego nazwisko na szkolnych zajęciach z fizyki wzbudza postrach i kojarzy sie tylko z jednym – z klatką Faradaya. Michael Faraday odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej, ale w wolnych chwilach stwierdzał: Chrystus jest mocą Bożą i mądrością Bożą. Religia chrześcijańska jest objawieniem i tym objawieniem jest Boże słowo.

W tekście na portalu natemat.pl sporo jest wyrażonych między wierszami podśmiechujek z katolików, którzy nie bardzo rozumieją biologię. Pierwszym nazwiskiem, które przyszło mi do głowy podczas tej lektury był o. Gregor Johann Mendel. Ojciec Gregor był opatem augustianów w Brnie w połowie XIX w. Badając groch, doszedł do wniosków na temat praw dziedziczenia cech. Jednak świat naukowy (!) dość długo nie doceniał jego odkryć. Gdy jednak przyjrzał im się dokładniej, dostrzegł coś, bez czego dzisiejsza nauka nie istnieje. Genetykę. Allele, gamety, genotypy – wszystko to, czym operuje współczesna medycyna, zostało zapoczątkowane przez augustiańskiego opata na Morawach.

I aby nie zatrzymywać się tylko na zapomnianych wiekach, warto wspomnieć jako piąty obrazek, członka Papieskiej Akademii Nauk (jest coś takiego!) i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, Charlesa Townesa. Profesor wykładał na najważniejszych technicznych uniwersytetach w USA i znany jest z tezy o pozornej sprzeczności religii z nauką.

Oczywiście, pięć jaskółek oświecenia nie czyni. Ale to tylko mały klucz katolickich odkrywców na niebie nauki. Warto o tym pamiętać, nim zarzuci się Kościołowi rolę wielkiego wstecznika.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Moja ulica murem podzielona

Pęka nam ziemia pod nogami. Polska się dzieli. Po jednej stronie są ci, którym się coraz lepiej powodzi. Po drugiej ci, którym wiedzie się gorzej, coraz gorzej. A szczelina robi się coraz szersza.

Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nierównomierny rozwój kraju polega nie tylko na tym, że w Warszawie żyje się lepiej niż w Supraślu. Pęknięcie na Polskę A i Polskę B przebiega także w poprzek metropolii i małych miasteczek. Czasem nawet przez środek ulicy.

Polska to dziś nowoczesne, strzeżone osiedla i sypiące się blokowiska, gdzie czas zatrzymał się w początkach III RP. Pracownicy wielkich korporacji mówiący językami i ludzie ledwo po pięćdziesiątce bez pracy, z którymi nikt nie ma ochoty szukać wspólnego języka.

Ostentacyjne bogactwo i dyskretna bieda. Tak jest pewnie w każdym zakątku świata. Dzielnice luksusu i slumsy są wszędzie. Specyfiką polskich nierówności społecznych jest to, że są całkiem świeżej daty.

Moja ulica murem podzielona

W PRL normą była szara równość w niedostatku. Państwo, które z dumą odwołuje się do „Solidarności” jako swego mitu założycielskiego, daje szanse głównie tym, którzy potrafią o siebie zadbać. To kraj sukcesu dla ludzi osobistego sukcesu.

Sukces dobrze się sprzedaje. Biedy nie wystawiamy na publiczny widok. W mediach tradycyjnych i społecznościowych dominują ludzie spełnieni i szczęśliwi. Nawet ci, którzy twierdzą, że dzieje im się krzywda, którzy organizują marsze i pikiety, niewiele różnią się w obrazku od sfrustrowanych obywateli Hiszpanii czy Portugalii.

Jest też oczywiście i ta inna twarz polskiej biedy, o naturalistycznych, szpetnych rysach. Ta też dobrze się sprzedaje.

Codzienne serwisy pełne są scenek z życia marginesu, widoku pijackich melin, zaniedbanych dzieci, ordynarnych facetów i wulgarnych kobiet. „Polska Smarzowska”. Ale to nie bieda, to patologia.

Moja ulica murem podzielona

Żeby zobaczyć biedę nienachlaną, prostą, ale nie prostacką, zawstydzoną, zmęczoną, wystarczy zobaczyć, jak ludzie robią zakupy w osiedlowych marketach, postać w kolejce po rejestrację do specjalisty, a najlepiej pojechać tam, gdzie nie jeździ już kolej i PKS. Gdzie chorych do lekarza wożą sąsiedzi dużym fiatem. Albo poczytać stronę z opisami losów rodzin sporządzonymi przez wolontariuszy „Szlachetnej paczki”.

Ktoś powie – to też margines, choć bez negatywnej konotacji. Powie tak, bo jego ścieżki nie krzyżują się ze ścieżkami, którymi chadza bieda. A nie jest to trudne.

Zbudowaliśmy sobie w końcu państwo bezkolizyjne, w którym nie wpadamy na siebie.

Często słyszę zdanie „od dwudziestu lat nie korzystałem z państwowej służby zdrowia” (więc nie muszę widzieć, co się tam dzieje), oczywiście najczęściej w kontekście zasadności płacenia składki. Bo chętnie odcięlibyśmy ostatnie linki zobowiązań i powinności.

Moja ulica murem podzielona

Służba zdrowia i edukacja to przykłady segregacji niemal otwarcie wpisanej w system III RP. W tym samym państwie, w tym samym mieście, czasem w tej samej dzielnicy funkcjonują obok siebie usługi dla lepszych i gorszych rodaków. Ci pierwsi mają mierzalne statystycznie większe szanse na dobre zdrowie i efektywną edukację. Drudzy mają za swoje.

Szkoła podstawowa to praktycznie ostatni poziom kształcenia, gdzie szanse na dobry wynik nie zależą od zamożności (lub kapitału kulturowego) rodziców. Potem następuje już segregacja i zaczyna się podział na lepszą i gorszą edukację. Gimnazja (które powstały, by wyrównywać szanse) i licea dzielą się na te, które zgarniają najlepszych absolwentów i te, gdzie poziom kształcenia jest wyraźnie niższy. Na studiach zasada jest jeszcze bardziej przewrotna; za darmo uczą się bogaci, biedniejsi płacą za studia zaoczne.

Moja ulica murem podzielona

Bogata Polska ma swój nowy symbol: Pendolino. Pociąg na miarę naszych aspiracji, łączący bez zbędnych przystanków metropolie, enklawy luksusu. Mieszkańcy małych miast i wsi mogą sobie siadać na zarosłej chaszczami ławeczce dawnego przystanku PKS, tuż obok ruiny starego dworca PKP, by z daleka obserwować ten powiew wielkiego świata. A potem spakować się i jechać za chlebem do stolicy… jakiegoś europejskiego kraju.

Polskim problemem numer jeden nie jest ani podział postkomunistyczny, ani postsmoleński. Spory polityczne, emocje plemienne, są w dużej mierze sztucznie kreowane, podgrzewane i nakręcane. Podział, który tak gwałtownie objawił się w 2006 roku, równie szybko może zniknąć. Dużo trwalszy i coraz trudniejszy do zasypania wydaje się podział dotyczący poziomu życia, dostępu do usług, dobrej pracy.


Kazik Staszewski śpiewał w 1988 roku: „Moja ulica murem podzielona/ Świeci neonami prawa strona/ Lewa strona cała wygaszona/ Zza zasłony obserwuję obie strony / Lewa strona nigdy się nie budzi/ Prawa strona nigdy nie zasypia..”

Prorok jaki czy co?

Kult – Arahja

Piotr Legutko

Piotr Legutko

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >