video-jav.net

Dobra Kościoła a dobro Kościoła

W starym dowcipie umierający milioner mówi swojemu synowi: „Pamiętaj, że pieniądze to nie wszystko“. Po chwili milczenia dodaje: „ważne są też papiery wartościowe, złoto, a przede wszystkim nieruchomości“.

ks.Stanisław Adamiak
ks.Stanisław
Adamiak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy mówimy o „dobrach Kościoła“ jest podobnie: tym, co przedstawia największą wartość, przynajmniej finansową, a w związku z tym budzi największe emocje, były i są nieruchomości – ziemia i budynki.

 

Początki 

Na „finanse“ pierwszych gmin chrześcijańskich patrzymy najczęściej przez pryzmat opisanej w Dziejach Apostolskich gminy jerozolimskiej, w której „jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. (…) Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze uzyskaneze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów” (Dz 4, 32-35). 

Wygląda to, jakby Kościół pierwotny stawiał wyłącznie na gotówkę i co więcej, chciał ją jak najszybciej wydawać. Z samego Nowego Testamentu widać jednak dwa problemy z tym związane: po pierwsze, niesnaski związane z samą dystrybucją uzyskanych w ten sposób pieniędzy (związany z tym jest wybór pierwszych diakonów), a po drugie kiepskie perspektywy takiego „modelu biznesowego“. Środki gromadzone w ten sposób szybko się kończyły i to właśnie dlatego święty Paweł organizował w założonych przez siebie Kościołach składkę na rzecz Kościoła w Jerozolimie.

Trzeba tu zauważyć niezwykle ważną rzecz: opisana w Dziejach Apostolskich wspólnota dóbr miała miejsce tylko w Jerozolimie. Inne Kościoły działały w sposób w dużej mierze przypominający Kościół naszych czasów (przynajmniej w Polsce): opierając się na składkach wiernych.

W jednym z pierwszych zachowanych opisów Eucharystii (z drugiej połowy II wieku) św. Justyn Męczennik pisze tak: „Ci, którzy są zamożni i chcą, każdy według własnej woli daje to, co chce, a wszystko co się zbierze, składa się przełożonemu. On zaś wspomaga sieroty, wdowy, chorych lub z innej przyczyny cierpiących niedostatek, więźniów, obcych, gości, krótko mówiąc, wszystkich potrzebujących bez wyjątku“. Można by z tego opisu wnioskować, że Kościół dbał o to, by bilans w kasie wynosił stale zero, jednak przynajmniej w trzecim wieku (więc jeszcze w czasie prześladowań) widać, że poszczególne Kościoły są już instytucjami utrzymującymi wielu ludzi, przede wszystkim duchownych (którym wypłacane są pensje), ale również ubogich będących pod ich stałą opieką. Widać też, że kontrolę nad wspólną kasą sprawują duchowni.

W tym samym czasie Kościół nabywa też pierwsze nieruchomości. Do tego momentu chrześcijanie gromadzili się na modlitwie najprawdopodobniej w domach bogatych współwyznawców. Także pochówek wiernych odbywał się, przynajmniej w Rzymie, na udostępnionych na ten cel przez bogatych chrześcijan ich podmiejskich posiadłościach. Jednak w początkach trzeciego wieku Kościół rzymski po raz pierwszy uzyskał do czegoś prawo własności jako wspólnota. Miało to miejsce za papieża Kaliksta i chodziło o zakupione przez niego tereny na cmentarz, czyli katakumby, które do dziś noszą jego imię.

W drugiej połowie trzeciego wieku, w okresie gdy chrześcijaństwo było przez kilkadziesiąt lat tolerowane przez cesarzy, zaczęto budować kościoły. Wiemy to choćby stąd, że kolejne prześladowania rozpoczynały się właśnie od ataków na dobra kościelne: burzenia kościołów, konfiskaty naczyń i ksiąg liturgicznych.

 

Ach, Konstantynie!

Przełomowe dla chrześcijaństwa okazało się panowanie cesarza Konstantyna (306-337), który nie tylko zagwarantował Kościołowi wolność, ale też zaczął go obsypywać przywilejami i darowiznami. Nieprawdą jest, jakoby oficjalnie podarował papieżowi Rzym i jego okolice, czyli późniejsze Państwo Kościelne (tak twierdzono w średniowieczu), ale faktycznie ofiarował Kościołowi szereg posiadłości ziemskich. Tak rozpoczął się proces gromadzenia przez Kościół jego największego bogactwa materialnego: ziemi. Dante mówił o wielkim cesarzu: „Ach Konstantynie, jakiego zła było matką / nie twoje nawrócenie, ale ten dar/ który od ciebie wziął pierwszy bogaty ojciec“ (Inferno, XIX, 115-117). Z perspektywy czasu wielu chrześcijan widziało bowiem w tych wydarzeniach truciznę, która wlała się w żyły Kościoła.

Biskupi zaczęli się przekształcać w wielkich posiadaczy ziemskich, a w następnych wiekach także w udzielnych władców. Tereny wokół Rzymu nie były jedynym „państwem kościelnym“ w średniowiecznej Europie – spore tereny, zwłaszcza w Niemczech, znajdowały się pod bezpośrednią władzą biskupów. Kres tej sytuacji położyła dopiero rewolucja francuska i wojny napoleońskie.

Także w krajach, gdzie biskupi nie byli niezależnymi władcami, Kościół z reguły stawał się największym posiadaczem ziemskim. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów należało do niego około 15 procent ziemi, we Francji około jednej trzeciej, w Hiszpanii jeszcze więcej. Ziemia ta była przede wszystkim w dyspozycji biskupów, opatów, kanoników. Proboszczom utrzymanie gwarantowały dziesięciny płacone przez wiernych, ale generalnie rozwarstwienie materialne wśród kleru było niewiele mniejsze niż w całym społeczeństwie, dlatego też oparte na dochodach z ziemi bogactwo kościelnych arystokratów budziło zawiść nie tylko świeckich, ale i innych duchownych. 

 

Po co te dobra?

Do darowizn władców dochodziły darowizny innych posiadaczy ziemskich, przekazywane zwłaszcza w testamentach. Prowadzi nas to do pytania, jaka była motywacja tych, którzy je przekazywali? 

Była to niewątpliwie i przede wszystkim motywacja religijna. Władcy szczerze wierzyli, że pomyślność ich państwa zależy od Bożego błogosławieństwa, które najlepiej wyjednać można modlitwami ludzi, którzy poświęcają służbie Bożej całe swoje życie, inni więc powinni dostarczać im niezbędnych środków do utrzymania. Oprócz troski o błogosławieństwo Boże dla całej społeczności, ofiarodawcy troszczyli się oczywiście o zbawienie własne i swoich rodzin. W zapewnieniu go miały pomagać modły obdarowanych duchownych (zwłaszcza fundowane w ten sposób msze święte). Szczególnym przypadkiem były ofiary składane w ramach pokuty za grzech – w ten sposób na przykład Kazimierz Wielki starał się zadośćuczynić za śmierć zamordowanego na jego rozkaz księdza Marcina Baryczki, budując kilka kościołów w Małopolsce (m.in. w Wiślicy i Sandomierzu). Oczywiście fundowanie kościołów było też sposobem na zapewnienie pamięci o sobie, czasem więc służyło to w pierwszym rzędzie bardziej chwale ofiarodawcy (czasem zbiorowego, jak wielkie katedry w miastach średniowiecznych) niż chwale Boga; ostatecznie jednak jedno nie wyklucza drugiego.

Dary składane Kościołowi były jednak obracane nie tylko na wznoszenie świątyń i utrzymywanie duchownych. Trzeba pamiętać, że w średniowieczu nie istniała państwowa opieka społeczna. To Kościół utrzymywał szpitale, przytułki, szkoły i uniwersytety.

W XIX wieku Państwo Kościelne było już przeżytkiem, słynącym ze złego zarządzania. We wcześniejszych epokach to jednak często dobra kościelne były lepiej i sprawniej zarządzane. Wpływało na to m.in. to, że gdy posiadłości rodzinne w naturalny sposób rozdrabniały się pomiędzy kolejnych potomków, dobra kościelne w zasadzie nie ulegały pomniejszeniu, tylko się powiększały, ciesząc  się przy tym też licznymi przywilejami i zwolnieniami podatkowymi.

W takich wielkich posiadłościach łatwiej też było racjonalnie gospodarować, w czym celowały zwłaszcza zakony. Szczególnie zasłynęli na tym polu cystersi, którzy chętnie przyjmowali w darze tereny uznawane przez innych za słabo nadające się do użytku rolnego (np. w Polsce wokół Oliwy i Pelplina), po czym udawało im się tam zaprowadzić wzorową gospodarkę. Niestety, jak to ktoś określił: „dyscyplina zrodziła bogactwo, bogactwo zabiło dyscyplinę“. 

 

W Polsce

Niewątpliwie posiadłości ziemskie często bardziej przeszkadzały w wykonywaniu misji Kościoła niż jej pomagały. Bardzo możliwe, że jednym z czynników, które pomogły Polakom trwać przy Kościele było to, że ten posiadał u nas dużo mniej ziemi niż w innych krajach katolickich. Co więcej, spora część tych posiadłości została skonfiskowana przez rząd carski w ramach represji po powstaniu styczniowym. Reszty dopełniły komunistyczne władze po II wojnie światowej. Znacjonalizowano wtedy większość ziem kościelnych (pozostawiając parafiom pięćdziesięciohektarowe gospodarstwa), przejęto też kościelne szkoły, szpitale, sierocińce. Zadośćuczynieniem za to miał być funkcjonujący do dziś Fundusz Kościelny. W czasach PRL Kościół w Polsce jednak z niego nie korzystał i w ten sposób powrócił zasadniczo do modelu z pierwszych wieków, czyli utrzymywania się tylko ze składek wiernych. 

Po 1989 polski Kościół odzyskał ziemie i nieruchomości, które zostały mu zabrane po II wojnie z pogwałceniem obowiązującego ówcześnie prawa (zajmowała się tym Komisja Majątkowa). Uzyskane w ten sposób dochody pomagają w działalności duszpasterskiej i charytatywnej, w utrzymaniu duchownych, osób zakonnych i innych pracowników kościelnych.  

 

Watykan

Spory o „ziemię Kościoła“ są w sumie trudniejsze i poważniejsze niż te o „pieniądze Kościoła“. Nie są też bynajmniej specyfiką polską. Fala konfiskat własności kościelnej przetaczała się w XIX wieku przez całą Europę, jej kulminacją była likwidacja Państwa Kościelnego we Włoszech. Papieże szybko przyzwyczaili się do tego, że nie muszą się już troszczyć o administrację swojego państwa, a ich autorytet wzrósł, a nie spadł, po jego utracie. Pomimo tego cały czas starali się o odzyskanie choćby skrawka ziemi, na którym mogliby być suwerenni, nie podlegli żadnej innej władzy. Uwieńczeniem tych starań było utworzenie w 1929 roku Państwa Miasta Watykańskiego. 

Gdy się patrzy na Watykan, widać jak w soczewce wszystkie problemy związane z posiadłościami kościelnymi: mogą przynosić dochody (dla tego państwa ich głównym źródłem są bilety do muzeum), ale wymagają też utrzymania i inwestycji. Czasem kapią budzącym zawiść lub oburzenie przepychem i przedstawiają niewyobrażalną wartość, często ta wycena jest jednak czysto teoretyczna (bo jak niby można by sprzedać Kaplicę Sykstyńską?). Niezależność polityczna i ekonomiczna pomaga jednak papieżowi w byciu prawdziwie niezależnym od możnych tego świata. Podobnie w Polsce Kościół mógł nieść pomóc społeczeństwu w czasach zaborów, okupacji i komunizmu w dużej mierze dzięki temu, że zachował jakąś podstawową bazę materialną: świątynie, budynki parafialne. Dobra Kościoła mogą wspierać dobro Kościoła, jego główne cele, czyli głoszenie Ewangelii i wcielanie jej w życie. 

Z drugiej strony, konieczność administrowania wielkimi dobrami, ściągania podatków i czynszów, dbania o inwestycje i dochody, na pewno grozi tym, że uwaga ludzi Kościoła przesuwa się z głoszenia Ewangelii na te czynności. Jak wielokrotnie złośliwie zauważano, począwszy od czwartego wieku większość papieży nie musiała już powtarzać za Piotrem: „Nie mam srebra ani złota”, ale może właśnie dlatego nie mogła z przekonaniem mówić: „ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6).  

 

ks.Stanisław Adamiak

ks.Stanisław Adamiak

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks.Stanisław Adamiak
ks.Stanisław
Adamiak
zobacz artykuly tego autora >

Serce człowieka to pole bitwy

Serce człowieka jest jak pole bitwy, gdzie walczą dwa różne duchy: jeden, Boży, prowadzi nas do dobrych uczynków, do miłości, do braterstwa, drugi duch, duch świata, popycha nas ku próżności, dumie, wystarczalności, plotkowaniu - to rozważania Franciszka podczas wtorkowej Mszy św. w Domu św. Marty.

Polub nas na Facebooku!

Punktem wyjścia do refleksji papieża było dzisiejsze pierwsze czytanie (1 Kor 2, 10b-16), w którym – jak zauważył, apostoł Paweł naucza Koryntian o drodze do myślenia o Chrystusie, ścieżce oznaczonej przez działanie w Duchu Świętym. W rzeczywistości to Duch Święty prowadzi nas do “poznania Jezusa”, do posiadania własnych “uczuć”, do zrozumienia ich “serca”.

– Istnieją dwa duchy, dwa sposoby myślenia, odczuwania, działania: to, co prowadzi mnie do Ducha Bożego i to, co prowadzi mnie do ducha świata. I dzieje się to także w naszym życiu: wszyscy mamy te dwa walczące ze sobą duchy. Ducha Bożego, który prowadzi nas do dobrych uczynków, do miłości, do braterstwa, do czczenia Boga, do poznania Jezusa, do wykonywania wielu dobrych dzieł miłosierdzia, do modlitwy oraz ducha świata, który prowadzi nas do próżności, dumy, wystarczalności, plotkowania i całej tej drogi. Nasze serce jest jak pole bitwy, pole wojny, w którym te dwa duchy walczą – mówił Franciszek.

Jaka jest recepta na zwyciężanie Ducha Bożego w nas? To codzienny rachunek sumienia, który pomaga “zidentyfikować pokusy” i zobaczyć działanie tych przeciwstawnych sił. “W tej duchowej wojnie, w tej wojnie ducha, musimy zwyciężyć jak Jezus”.

ad, vaticannews/Stacja7