Polska wstecznikiem narodów? Obalamy mity

W przestrzeni publicznej funkcjonuje stereotyp, ukazujący Polskę jako kraj cywilizacyjnie zacofany poprzez głęboką historyczną zażyłość z Kościołem. Posługują się nimi autorytety w Polsce, ale również - często za naszym przykładem - ten narodowy wstyd wycieka poza granice Ojczyzny. Czy naprawdę mamy się czego wstydzić?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Podobnie jak wszystkie państwa i narody świata – być może tak. Jednak kulturowe zacofanie z pewnością nie jest dla Polaków jedną z tych rzeczy, a wynikające z niego poczucie zażenowania to kompletnie zbędny bagaż niezdrowych emocji obciążony stereotypami.

 

Ważnym kontrprzykładem dla nich byłaby z pewnością Konstytucja 3 maja, ale z punktu widzenia współczesności jest to dokument symboliczny i kompletnie nieznaczący. Duma z niego jest słuszna, ale dotyka wydarzenia sprzed wielu epok i nurtów. W oderwaniu od bardziej aktualnej problematyki nie jest zatem dobrym argumentem, choć fakt, że jednym z sygnatariuszy pierwszej w Europie Konstytucji był biskup Kossakowski może plastycznie pokazać, że katolicyzm i zdrowy postęp nie muszą wchodzić sobie w drogę.

Mowa o domniemanym zacofaniu Polski opiera się często na dwóch osiach: obyczajowej i religijnej, a w ostatnich miesiącach obie znalazły swoje punkty zapalne: problem homoseksualistów (w perspektywie decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w lipcu) i dużo świeższy problem uchodźców.

 

Tymczasem mało kto pamięta, że Francja szczycąca się najwcześniejszym w Europie zdepenalizowaniem związków homoseksualnych (1791 r.) wciąż pozostawała w tyle za Polską, która za wyjątkiem okresów zaborów… nigdy nie karała homoseksualizmu! W pierwszym kodeksie wolnej Polski w międzywojniu nie widnieje ten rodzaj przestępstwa, a – dla przykładu – w Hiszpanii, co do której zaszczepia nam się kompleksy, w tym samym czasie stosunki homoseksualne były surowo karane. Zmiana nastąpiła w 1979 r. W Wielkiej Brytanii w latach 70′ również można było z tego tytułu trafić za kratki.

Zachodnia Europa dyskryminowała homoseksualistów i nazywała ich przestępcami, natomiast Polska zachowywała wobec nich rozsądny stosunek – nie obdarowywała przywilejami, ale również nie wtrącała za kratki.

Dla dopełnienia obrazu warto wspomnieć, że na punkcie seksualności wariowały również Stany Zjednoczone, których część karała więzieniem za stosowanie jednej z technik seksualnych. Sądy w Polsce nigdy w świetle prawa nie wchodziły ludziom do sypialni. Tymczasem popularny dziś na świecie model kohabitacji czy konkubinatu był traktowany przez część państw zachodnich niczym prostytucja. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Niemczech za wynajęcie mieszkania parze mieszkającej przed ślubem karano za kuplerstwo.

 

Wspomniane wyżej praktyki Kościół katolicki jasno określa jako grzech, ale mimo to Polska na tle części świata zachodniego wygląda na pioniera tolerancji wobec nich. Tolerancji niewyróżniającej, nieobdarowującej przywilejami, ale szanującej wybór sumienia.

 

Równie zapomnianą kartką historii są prawa wyborcze kobiet. Wbrew narracji części feministek zarzucających Kościołowi agresywne zaszczepianie szowinistycznego patriarchatu, polityczne upodmiotowienie kobiet miało miejsce w Polsce zaraz po I wojnie światowej. Tym samym wyprzedziliśmy m.in. Holandię (o rok), Wielką Brytanię (o dekadę), czy Francję (aż o 26 lat!).

 

Innym fundamentem dla zarzutów o zacofanie Polski jest oś religijna, sugerująca, że jednolite wyznaniowo katolickie państwo było i jest niezdolne do tolerancji na tym tle. Tu również mamy do czynienia ze szkodliwym stereotypem, który zbiera swoje żniwo w kontekście uchodźców.

Katolicka Polska była w rozpalonej walkami Europie azylem spokoju i wzorowej koegzystencji do tego stopnia, że otrzymała nieformalny tytuł państwa bez stosów. Żydzi, przybywający do Polski z państw prześladujących za judaizm (np. Hiszpania, Niemcy) otrzymali w Polsce przywilej tolerancji religijnej już w drugiej połowie XIII wieku. W tym samym czasie w Anglii szalały pogromy sfinalizowane wygnaniem Żydów w 1290 r.

 

Podobnie było w przypadku wyznań protestanckich łącznie z uznaniem luteranizmu za religię lokalnie oficjalną (Zygmunt I Stary, Prusy, XVI w.). Tolerancyjny prąd myślowy, którego owocem była wielowiekowa religijna gościnność i otwartość Polski na muzułmańskich Tatarów, Żydów, Ormian, czy prawosławnych zaowocował w końcu Aktem Konfederacji Warszawskiej (1573 r.) gwarantującej swobodę wyznania i sumienia. W tym czasie (niecałe pół roku wcześniej) w Paryżu miała miejsce noc św. Bartłomieja.

 

Ale podobnie jak w wypadku Konstytucji 3 maja, wspominanie chlubnej historii nie miałoby swojej wartości, gdyby nie jej wpływ na współczesność, w której wciąż Polska wolna jest od walk religijnych i wyznaniowych, choć gości w swych granicach wielu innowierców. Część z nich to np. potomkowie Tatarów, niektórzy zaś to uchodźcy, których od długiego czasu Polska przy ogromnym wkładzie Kościoła przyjmuje, aby dać schronienie. Przykładem są tu przede wszystkim ośrodki Caritas. Na przykład te w Rybakach na Warmii, w Białymstoku, czy w Zielonej Górze.

 

Żyjemy w pięknym, tolerancyjnym kraju. Jego chlubna historia nie jest materiałem tylko dla pasjonatów i znienawidzoną przez część uczniów treścią nudnawego podręcznika, ale fundamentem wszystkiego, z czego i dziś możemy być dumni. Tolerancyjna i postępowa, katolicka Polska to nie przeszłość, ale teraźniejszość. I oby przyszłość.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Czy religia rzeczywiście uczy skąpstwa?

Kilka ostatnich dni w mediach nieprzychylnych Kościołowi upłynęło pod znakiem komentarzy do najnowszych badań. Wynika z nich - jak twierdzą - niezbicie, że religia nie jest ostoją moralności. I mają na to dowody

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Siedem uniwersytetów przeprowadziło wspólne badanie na grupie 1170 osób w wieku 5-12 lat. Wyniki wykazały tendencję dzieci pochodzących z religijnych rodzin do większej niechęci wobec dzielenia się z innymi oraz surowszych ocen czyichś błędów, niż ma to miejsce w wypadku dzieci z rodzin niewierzących. Polskie media w ślad za światowymi wydały jednoznaczną opinię pokrywającą się z cytowanym przez Newsweek Keithem Woodem z Brytyjskiego Towarzystwa Świeckich: Ten raport to odtrutka na przekonanie, że religijność jest podstawą moralności. Pytanie brzmi: czy werdykt jest słuszny?

 

Warto zwrócić uwagę na silny akcent stawiany przez polskich dziennikarzy: część artykułów komentujących badania opatrzona została zdjęciem krzyża w klasie szkolnej, co ma sugerować, że świat nauki dostarczył kolejny argument za wykluczeniem religii ze szkół. Jest to detal o tyle znaczący, że 43% badanych dzieci pochodziło z rodzin muzułmańskich. Nie podważa to wiarygodności samych badań, ale medialnych wniosków – już tak.

 

Podobny skutek przynosi wybiórcze przedstawianie źródeł. Z polskich, zaangażowanych antykościelnie tekstów można przeczytać wiele na temat skąpstwa i złośliwości dzieci z chrześcijańskich rodzin, ale brakuje im przeciwwagi, na którą potrafiły się zdobyć zagraniczne media. Dla przykładu Warren Cornwall na stronie internetowej magazynu Science zwraca uwagę na wcześniejsze badania (autorstwa A.F. Shariffa i A. Norenzayana) mówiące o prawidłowości dotyczącej dorosłych chrześcijan, częściej angażujących się w dzieła charytatywne. Zaznacza, że w grę wchodzi oczywiście więcej czynników i nie ma tu żadnej prostej proporcji między religijnością, a charytatywnym poświęceniem, ale zasadnicza tendencja została naukowo wykazana. Przy tej okazji warto wspomnieć również wyniki uzyskane 10 lat temu przez Roberta Putnama: na każdym, możliwym do zmierzenia polu działalności wierzący Amerykanie zachowują się bardziej prospołecznie od swoich niewierzących współobywateli. Zespół naukowy wziął pod uwagę tak podstawowe kwestie jak ofiarowywanie pieniędzy żebrzącym i wolontariat (nie tylko religijny), ale również obszary mniej oczywiste: oddawanie krwi, spędzanie czasu z załamanym człowiekiem, czy nawet ustępowanie miejsca w autobusach i poczekalniach.

 

Jest to spostrzeżenie o tyle istotne, że z wielu artykułów tchnie naiwne przekonanie: skoro dzieci z religijnych rodzin są bardziej samolubne, przyzwolenie na religijne wychowanie to budowanie skąpego społeczeństwa. Tymczasem nie tylko zdrowy rozsądek, ale i badania naukowe wykazują jasno, że ze zachłannych dzieci niekoniecznie wyrastają materialistyczni dorośli. Znów kamyczek do ogródka antykościelnej narracji.

 

Same prace badawcze mają z kolei zupełnie inne minusy, tkwiące m.in. w metodologii. Przede wszystkim, nie jest znany sposób, w jaki weryfikowano środowisko domowe dziecka, później klasyfikowanego jako potomka chrześcijańskich, religijnych rodziców. Ta wątpliwość dotyczy przede wszystkim pytania: jak rozpoznawać i oceniać religijność? Wydaje się, że do grupy dzieci z rodzin chrześcijańskich zakwalifikowano zarówno wieloletniego ministranta po wczesnej pierwszej komunii św., którego rodzice są zaangażowani przy parafii, jak i dziecko rodziców, których zaangażowanie religijne zakończył np. sakrament bierzmowania, a samą przynależność do Kościoła wyznacza jedynie akt chrztu. W żaden sposób nie jest to próba oceny rodziców ani tym bardziej samych dzieci, ale nie ulega wątpliwości, że ich zachowanie może się zaskakująco różnić. W którąkolwiek ze stron. Tym bardziej, że podstawą klasyfikacji pozostała religijna przynależność samych rodziców kompletnie nie biorąca pod uwagę religijności dziecka.

 

Inna sprawa, że chcąc obalić sensowność szkolnej katechizacji warto wziąć pod uwagę różnorodność wyznań chrześcijańskich, która na polskim gruncie nie zaznacza się równie mocno jak w miejscach, gdzie przeprowadzono badania (Kanada, Chiny, Jordan, Turcja, RPA i USA).

 

Moje osobiste obiekcje budzi również przyjęcie jedynie cechy hojności, zdolności do dzielenia się jako symbolu moralnego zachowania, choć można było zwrócić uwagę np. na obronę słabszych, odporność na pokusę kradzieży itp. Zbadanie wrażliwości dzieci na materialną potrzebę bliźniego nie ukazuje szerokiej perspektywy, ale jest powierzchownym prześlizganiem się przez temat. Nawet przy założeniu całkowitego zaniku szczodrości wśród dzieci z katolickich rodzin, wnioskowanie z satysfakcją o bezużyteczności chrześcijańskiej aksjologii jest naiwnym przejawem życzeniowego myślenia.

 

To ono bowiem stoi za twierdzeniem, które zdaje się stanowić fundament dla antykościelnych komentarzy do wyników eksperymentu. Ateizm lub agnostycyzm jako środowisko kształtowania się wyższej, a w każdym razie skuteczniejszej niż kościelna formy moralności u dzieci – nie da się ukryć, że o takich wynikach marzy się również w Polsce. Stąd ta desperacja w komentowaniu ostatnich badań. Niestety dla części dziennikarzy, tzw. wielkość efektu – podstawa i konieczność w publikacjach naukowych tego typu – wykazuje wartość zbyt niską, by stawiać jakąkolwiek ostrą tezę. Dzieci z rodzin niewierzących dzieliły się chętniej niż te z rodzin chrześcijańskich i muzułmańskich – tu nie ma dyskusji – ale różnica jest zbyt mała, by można było wykazać upragnioną przez lewicę prawidłowość.

 

Nie oznacza to jednak, że cała praca poszła na marne.

 

Omawiany eksperyment, mimo powyższych niedoskonałości dał bowiem jeden, niepodważalny wniosek, którym antykościelne media zdają się nie zadowalać – stąd bezpardonowy atak na religię. Okazuje się, że dzieci z rodzin ateistycznych nie są urodzonymi potworami. To również ważne, a przy okazji prawdziwe, stwierdzenie. I autentyczny, nieprzekłamany ideologią fakt, który warto przyjąć.

 

 

plaster grafika promująca


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >