video-jav.net

Niedziela zaczyna się w środę

Co to w ogóle znaczy - święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To zaprawdę niezwyczajne uczucie pisać, że list pasterski polskiego Episkopatu był dobry, ale cóż począć – ostatni list polskiego Episkopatu był dobry. Traktował o tym, jak powinno się przeżywać niedzielę, żeby nie była wyłącznie weekendem i dlaczego warto zauważyć coś, co umknęło nam w pędzie z komunistycznego Egiptu do kapitalistycznej Ziemi Obiecanej. Czas pracy, czas wolny i czas święta to trzy zupełnie różne rzeczy. Niektórzy z nas może i umieją odpoczywać, ale czy umiemy świętować?

Niedziela zaczyna się w środę

I co to w ogóle znaczy – święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło. Ile razy słyszałem zarzuty, że katolicka niedziela to kolejna gimnastyka artystyczna, którą trzeba wykonać przed Panem Bogiem żeby udzielił nam łaski stosownie do objętości wylanego przez nas potu, północnokoreański balet, jaki wyznawcy muszą co tydzień wykonać przed swoim przywódcą, żeby nasycić jego oczy i żeby jednak ich za coś nie ukarał.

Biskupi tłumaczą wyraźnie: święto to nie tyle wysiłek, co postawa. Weźmy niedzielny obiad. Przecież tu nie ma jakiegoś ekstra zmagania – obiad i tak trzeba przygotować. Chodzi o to z jakim nastawieniem się w ten specjalny dzień, w niedzielę do niego siądzie.

Czy będzie tylko prostym “zapodaniem” składników odżywczych w wolniejszym tempie niż w czwartek, czy stanie się okazją do zanurzenia się w tym wszystkim co poza ekonomią, bieżącymi sporami, przypomni nam, że głowę powinniśmy jednak mieć w górze.

Dlatego jestem skłonny zweryfikować swój sąd odnośnie otwartych w niedzielę galerii, wspólnych rodzinnych zakupów. Do tej pory byłem zdania, że nie ma w tym nic strasznego, bo skoro ludzie w ten właśnie sposób chcą spędzić ze sobą czas, którego nie mają w tygodniu – dobre i to. Dziś myślę, że jeśli tak robią, tragedii wprawdzie nie ma, ale można by chyba pokusić się o coś więcej. Nie chodzi o to by ludzi wyganiać ze sklepów i pędzić do kościołów. Ale żeby raz w tygodniu nie popłynęli z prądem, trochę na siłę wyrwali się z kontekstu załatwiania spraw. Biskupi nie byliby biskupami, gdyby nie podali uprzejmie jako wzorca przykładu z dzieciństwa papieża Benedykta: wieczorne czytanie Biblii w sobotę, w niedzielę kościół, obiad, wspólne śpiewy i wypoczynek na powietrzu. Kopiowanie jeden do jednego zachowań niemieckiego mieszczaństwa sprzed kilkudziesięciu lat nie ma sensu, warto jednak zejść głębiej, na poziom motywacji i zobaczyć – o czym biskupi też mówią – że rytualne spełnienie religijnych obowiązków to też nie wszystko, o co chodzi.

Niedziela, święto, ma być czasem otwarcia się na prawdę o tym, że człowiek spełnia się tylko i wyłącznie w relacji. Z Bogiem i z ludźmi, w których Bóg też się objawia. Gdy nauczysz się tego w niedzielę, będziesz “zasilał” się z dwóch źródeł przez całą resztę życia.

Niedziela zaczyna się w środę

Ten mechanizm działa też jednak w drugą stronę. Dobre przeżywanie niedzieli zaczyna się w sobotę. Oraz w piątek. I w czwartek. Nie będzie dobrej niedzieli bez dobrego poniedziałku, wtorku, środy. To dokładnie tak samo jak z modlitwą.

Ludzie mówią: modlę się, żeby życie było dobre. Ale jest też dokładnie odwrotnie – nie będzie modlitwy, jeśli nie będziesz żyć tak, żebyś był w stanie się modlić. Nie jesteś w stanie sześć dni słuchać gangsta rapu, by siódmego płynnie zanurzyć się w operę.

Nie możesz oczekiwać, że gdy przez sześć dni biegasz w wywieszonym jęzorem, siódmego będziesz świeży i zdolny do twórczego spotkania. Niedziela to nie listek figowy, to proces. Może żeby dobrze ją przeżyć, trzeba spróbować wysypiać się jednak dobrze przez cały tydzień, zakupy zrobić w piątek, osobisty chillout w sobotę? Sporo zachodu?

Ale tak przygotowana niedziela jest chyba w stanie dać dużo więcej. Zmienić wszystkie siedem dni tygodnia z pogoni za własnym ogonem, w życie.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

ŻÓŁTY jest modny. I CO Z TEGO?

Nonkonformiści w jednej dziedzinie, ulegają modzie w innej. O tym, co nam moda ułatwia, dlaczego jej potrzebujemy i co za tym stoi – rozmawiamy z psycholog społeczną prof. Grażyną Wieczorkowską-Wierzbińską.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Skąd w społeczeństwie wzięło się coś takiego jak moda?

Jesteśmy istotami stadnymi – genetycznie mamy wdrukowaną wrażliwość na innych ludzi – ich aprobata jest dla nas bardzo ważna. Od życzliwości często obcych ludzi może zależeć nasze przetrwanie, np. gdy uczestniczymy w wypadku drogowym.

Ale są przecież osoby, które sądzą, że opinia innych nie jest dla nich ważna, bo kierują się własnymi standardami

Ci, którzy tak sądzą, nie zdają sobie sprawy z uniwersalnych, a więc dotyczących wszystkich zdrowych ludzi, mechanizmów emocjonalnych. Jeśli osoba, której zdania nie cenię, na przykład pijak siedzący na chodniku, powie mi komplement, to bez względu na to co o nim myślę, będzie mi przyjemnie. I analogicznie, jeśli usłyszę od niego jakieś przykre epitety, to bez względu na to, co myślę – nie będzie mi już tak przyjemnie. Umysł racjonalny jest w stanie zignorować tego typu informacje, ale system emocjonalny dużo silniej reaguje na oznaki aprobaty lub jej braku.

ŻÓŁTY jest modny. I CO Z TEGO?

Czyli moda ma większy związek z emocjami niż racjonalnością? Moda jest nieracjonalna?

Pyta pani, czy dbanie o dobrostan emocjonalny jest racjonalne czy nie. Jeśli robimy coś, dzięki czemu czujemy się lepiej, to trudno mówić, że postępujemy nieracjonalnie. Musimy również wziąć pod uwagę złożoność środowiska, w jakim żyjemy – nadmiar docierających do nas bodźców tworzy „smog informacyjny”. Tylko niewielką część z nich przetwarzamy świadomie. Tysiące codziennych wyborów podejmujemy automatycznie – korzystając z uproszczonych reguł. Najczęściej wykorzystywanym – bo najłatwiejszym – kryterium jest prosta ewaluacja: „lubię to” lub „nie lubię”.

Powinno podobać się nam to, co jest obiektywnie piękne, dobre.

O obiektywne kryteria piękna należałoby zapytać znawców estetyki. Na pewno ma to coś wspólnego z harmonią. Jako psycholog powiem, że za uniwersalnie piękne uznaję obiekty, z którymi obcowanie nie wywołuje szybko uczucia przesytu. Mozarta mogę słuchać wiele razy, modny tej zimy szlagier szybko się nudzi. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje silny efekt samej ekspozycji. Został on opisany przez wybitnego polskiego psychologa Roberta Zajonca. Wykazał on, że zaczyna nam się podobać to, co widzieliśmy już wcześniej. Oznacza to, że nowy, modny typ butów może nam się na początku nie podobać. Ale nasza opinia może się zmienić pod wpływem oglądania kolejnych osób noszących takie buty.

Czyli wszystko, co widzimy często, zacznie nam się w końcu podobać?

Coś, co oglądamy wiele razy może wydać nam się w końcu ładne. Ale ostrożnie – nie jest prawdą, że wszystko da się wylansować. Częsta ekspozycja polityka, którego „nienawidzimy” jedynie utwierdzi nasze początkowe negatywne reakcje. Natomiast jeśli nie mamy opinii początkowej o danym polityku, to pod wpływem samej jego ekspozycji w mediach, może on zwiększyć swoje szanse wyborcze. Jego nazwisko na liście kandydatów będzie znajome, udowodniono, że tym można tłumaczyć sukces wyborczy osób noszących to samo nazwisko, co znane z mediów osoby.

Mówi się często o „dyktaturze” mody. A to słowo kojarzy się źle. A jednak coś sprawia, że w tej dziedzinie nie tylko je akceptujemy, ale wręcz się na nie snobujemy. Co to takiego?

Nie możemy sami wszystkiego analizować. Ci, co korzystali z informacji o wyborach innych zwiększali swoje szanse przeżycia. Jeśli w czasach społeczności zbieracko – myśliwskich wszyscy zbierali grzyby A, ja chcąc być nonkonformistyczna, zjadałam grzyby B, to narażałam się na ryzyko, że są one trujące. To naturalne nie tylko dla człowieka, że korzysta z doświadczenia innych. Ostatnie badania pokazały, że w naszych mózgach wzbudza się region związany z motywacją, gdy widzimy, że inna osoba wybiera dany przedmiot. Zaczynamy pragnąć rzeczy, które inni wybierają. Nazywane jest to pragnieniami mimetycznymi.

Kto więc dzisiaj dyktuje modę?

Na początku jest zawsze grupka osób, które posłuchają „modowych autorytetów” i zaczynają nosić ubrania w modnym kolorze czy nowy typ butów. Jednak największym dyktatorem mody jest dziś ulica. Mniej ważne jest to, co pokazywali na wybiegu wielcy projektanci, bo jest to tylko propozycja, która może zostać przyjęta lub odrzucona. Ważne jest to, co widzimy w metrze. To ulica i media oswajają nas z nowym fasonem butów. Na początku nowa moda może nam się wydawać dziwaczna. Jednak w miarę jak rośnie liczba osób, które ubierają się w takim stylu, nagle zaczyna nam się to coraz bardziej podobać. Idziemy do sklepu i już często zupełnie nieświadomie wybieramy to, co modne.

Moda może więc być źródłem wielu dylematów.

Nie zapominajmy, że moda sama w sobie nie jest zła, ponieważ ułatwia podejmowanie decyzji. Nie trzeba wymyślać, co sobie kupić. Moda koordynuje działania producentów i konsumentów. Ja na poziomie poznawczym zdecydowanie odrzucam wskazania dyktatorów mody, bo nie uważam, żeby mieli lepsze wyczucie piękna niż ja. I to, że ktoś mówi, że w tym sezonie modny będzie żółty kolor, nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem, bo ja preferuje granaty, zielenie i beże. Styliści nie są dla mnie autorytetami. Ale dla mojej córki, która jest w innych dziedzinach bardzo nonkonformistyczna – są… To kwestia wieku i hierarchii wartości. Trzeba jednak podkreślić, że choć nie interesuje mnie moda, to i tak w pewnym stopniu jej ulegam – poprzez wspomniany wcześniej efekt ekspozycji czy wyznaczaną przez modę zmianę dostępności towarów w sklepach.

ŻÓŁTY jest modny. I CO Z TEGO?

Dlaczego tak łatwo ulegamy modzie?

Jedni ulegają bardziej, inni mniej. Bywa i tak, że ktoś jest nonkonformistyczny w stosunku do zwyczajów panujących w życiu społecznym, a z drugiej strony bezwzględnie podporządkowuje się modzie na konkretne fryzury. W moim przypadku nie ma takiej siły, która by mi kazała chodzić w modnych, ale niewygodnych butach. Tendencja do ulegania modzie czyli upodobniania swoich wyborów do grupy jest szczególnie widoczna w okresach, gdy aprobata społeczna jest dla nas bardzo ważna. Dotyczy to przede wszystkim ludzi młodych.

Bo wśród młodzieży coraz częściej można zaobserwować przekonanie: nie masz markowych ciuchów – nic nie znaczysz…

Środowisko rówieśnicze jest na pewnym etapie rozwoju ważniejsze dla naszej samooceny niż rodzina. Tu pole do popisu dla nauczycieli, którzy powinni rozmawiać z młodymi ludźmi o roli marketingu, zniewoleniu przez reklamę opłacaną przez wielkie koncerny, o różnicy między prawdziwymi potrzebami a zachciankami, narzucanymi nam przez szukających zysku producentów. Czy rzeczywiście chcemy płacić więcej nie za jakość, tylko za koszty reklamy?

Co można jeszcze zrobić, aby nie ulegać modzie?

Nie uogólniajmy. Są przecież mody pozytywne i im nie należy się przeciwstawiać. Modzie na bieganie lub sprzątanie Lasu Kabackiego należałoby bezwzględnie ulec!

Ale są i takie, którym nie powinniśmy ulegać.

Tutaj podstawą jest analiza naszych odczuć i zachowań. Ale problem w tym, że żyjąc w „smogu informacyjnym” i kulturze nasyconej obrazami reagujemy emocjonalnie – nie poddając zbyt często naszych wyborów autorefleksji.

Czyli obroną jest autorefleksja?

Na pewno. Szczególnie, kiedy czuję wewnętrzny konflikt. Zazdroszczę koleżankom/kolegom modnych ciuchów, na które mnie nie stać. Muszę podjąć decyzję: czy chcę pracować więcej aby zarobić na modne ubrania, czy tez wolę przeznaczyć ten czas na inne aktywności. Warto jednak uświadomić sobie swoje emocje, a nie wmawiać sobie, że nie dbam o modę. Bo może być to poznawczym zafałszowaniem moich reakcji emocjonalnych. Czasem lepiej jest zadbać o nasze emocje.

Czyli nie do końca opłaca się być nonkonformistą?

Odstawanie od grupy rówieśniczej jest kosztowne emocjonalnie i często nie warto narażać na ponoszenie tych kosztów naszych dzieci. Można przecież zachowywać się konformistycznie w wyborach sposobu ubierania się, jednocześnie zachowując niezależność od poglądów grupy w myśleniu. Konformizm może być patologią, gdy podporządkowujemy się złu, ale w wielu wypadkach konformizm polega na szukaniu kompromisu między naszymi preferencjami a potrzebami innych. Mogę fantastycznie czuć się w starym dresie, ale musze pamiętać, że powinnam też zadbać o komfort estetyczny ludzi, którzy mnie oglądają np. w czasie wykładu.

W Polsce konformizm bardzo źle się kojarzy. Dziś mówi się, że trzeba być indywidualistą.

To jedna z naszych wad narodowych. Niechęć do szukania rozwiązań kompromisowych powoduje, że mamy problem z grupowym działaniem. Może nie w naszych genach, ale w dziedziczonych kulturowo memach, cały czas funkcjonuje liberum veto – moje JA jest najważniejsze. A przecież osiągnięcie grupowego kompromisu jest ważniejsze niż zaspokojenie naszych potrzeb np. w przypadku konfliktów. Mamy tendencję, żeby dowodzić do upadłego, że to my mamy rację. Tylko co potem? Przekonaliśmy kogoś, że jego poglądy są beznadziejne – nie dając mu szansy na „zachowanie twarzy”, ale jak mamy dalej współpracować? Konformizm rozumiany jako szukanie kompromisów na poziomie relacji grupowych jest szalenie potrzebny. Także w modzie możemy szukać rozwiązań kompromisowych – nie odstawać zbytnio od grupy pod względem sposobu ubierania się jednocześnie nie nadszarpując naszego budżetu. Czyli jak zwykle najlepszy jest umiar w podążaniu za modą.

Prof. Grażyna Wieczorkowska-Wierzbińska – psycholog społeczny, pracuje na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego oraz Wydziale Psychologii Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Wraz z Elliotem Aronsonem wydała „Kontrolę naszych myśli i uczuć”, jest autorką wielu publikacji na temat motywacji człowieka. Jej ostatnia książka „Psychologiczne ograniczenia” zawiera syntezę wiedzy psychologicznej pomocnej w analizie codziennych zachowań.

Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >