video-jav.net

Deklaracja wiary. Dwa razy nie rozumiem

W gorącym temacie podpisywania przez lekarzy "Deklaracji Wiary" dr Wandy Półtawskiej (oraz składania petycji przeciwko tym, którzy ową "Deklarację wiary" przeczytali), mam do powiedzenia jedno: dwa razy nie rozumiem.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Po pierwsze nie rozumiem sensu owej "Deklaracji Wiary". Która (stwierdzam po przeczytaniu) nie jest w zasadzie deklaracją wiary, a światopoglądu, moralności, który z wiary wynika. W polskim prawie jest już jednak przecież "klauzula sumienia", która pozwala lekarzowi nie wykonywać świadczeń na które się moralnie nie zgadza i jest na takie ewentualności przygotowana procedura. Jej częścią jest wskazanie pacjentowi miejsca, gdzie owo świadczenie uzyska.

To naprawdę dramatyczna sytuacja, gdy lekarz który odmawia zgodnej z polskim prawem aborcji musi wskazać innego lekarza, który oporów przed zabiciem dziecka nie ma (albo wyłączyć się z postępowania i np. prosić szefa, żeby przejął sprawę i takiego wskazał). Ale takie jest niestety prawo, obowiązujące w naszym kraju, zamieszkałym przez wierzących i niewierzących. W którym – warto sobie uświadomić – z moich i twoich pieniędzy z podatków dokonuje się owych kilkuset legalnych aborcji rocznie. Klauzula sumienia pozwala lekarzowi wyłączyć się z odpowiedzialności za dokonanie zabójstwa. Dobrze, że może to zrobić. Jak wierzę – zrobił wszystko, żeby odwieść pacjentkę od tego zamiaru. Od tej pory może tylko gorąco modlić się za tego, kto w tej sytuacji ponosi pełną odpowiedzialność: za pacjentkę, za jej bliskich, za kolejnego lekarza.

Deklaracja wiary. Dwa razy nie rozumiem

Lekarz – katolik już teraz z pewnością nie robi in vitro, aborcji (eutanazja jest w Polsce nielegalna). Po co więc ta pompatyczna, słowna tautologia, skoro najgłębszą (a przede wszystkim konkretną) deklaracją wiary jest zastosowanie przez lekarza – katolika "klauzuli sumienia", wiedząc że narazi się na kłopoty: docinki, obelgi, a może nawet szykany?

Poza wszystkim nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że najlepszą deklaracją wiary jest po prostu pełne poświęcenia i oddania pacjentom wykonywanie swojej pracy. Że znacznie większe działanie ewangelizacyjne miałoby promowanie ludzkich zachowań lekarzy wobec pacjentów. Niechby zamiast "Deklaracji Wiary" podpisywali najpierw "Deklarację Miłości" (może być też "Dekaracja Służby"). Być może są lekarze, którzy czują codzienny napór pacjentów chcących dokonać aborcji, in vitro, względnie zmienić płeć, w moim codziennym doświadczeniu problemem jest raczej to, że oni (niezależnie od wyznania), z nielicznymi wyjątkami, traktują mnie jak chodzące punkty do kontraktów w NFZ-ecie. Lekarz – katolik, dostrzegający moje człowieczeństwo, co wyrazi się nie w tym, że nie zaleci mi prezerwatyw, ale w tym że z troską dopyta o mój stan po dyżurze, nie będzie w biegu między jednym etatem a drugim, ale poświęci mi pół godziny w przychodni! To moje prywatne marzenie.

Moje drugie "nie rozumiem" kieruję zaś pod adresem tych, co teraz z takim lamentem i zawodzeniem poniżają lekarzy, którzy ową "Deklarację" podpisali. Gdy lekarze z klinik in vitro strojąc się w szaty chłodnych specjalistów wygłaszają karcącym tonem swoje ideologiczne manifesty – wszystko jest w porządku i wszyscy zachwyceni są słusznością ich poglądów. Halo, halo, pozwalamy jednym, głos winni mieć i drudzy. Lekarz to nie maszyna do udzielania świadczeń, to człowiek ze swoim systemem wartości i wolę żeby go miał i umiał uzasadnić (a ja wtedy wybiorę, czy mi pasuje czy nie), niż na siłę udawał ideologiczną bezpłciowość. Założę się też, że gdyby obecni antydeklaracyjni apostołowie wylądowali w Indiach i poszli do regularnego doktora, który przy okazji byłby wyznawcą ajurvedy, byliby zachwyceni, że takie nowe, uduchowione, holistyczne podejście do człowieka, którego próżno szukać w Europie. Śmieszy mnie też ich nieświadomość, wszak już teraz leczą się u ludzi, którzy składali przysięgę Hipokratesa, której tezy "Deklaracja Wiary" w części powtarza.

Deklaracja wiary. Dwa razy nie rozumiem

Przezabawni są ci wszyscy moi znajomi, którzy na Facebooku organizują teraz akcje wypisywania się od lekarzy, którzy – jak podejrzewają – mogliby im teraz leczyć grypę "po katolicku", a oni chcą po świecku. Bo niby w jakich przypadkach wejdą w realny, zagrażający ich zdrowiu konflikt z katolickim sumieniem lekarza, czego się boją? In vitro nie robi się pacjentom nieprzytomnym, antykoncepcji nie przepisuje się osobom bez kontaktu na ostrym dyżurze, podobnie ze zmianą płci. Nie mówimy o sytuacjach, w których karetka wiezie cię do szpitala, a tam lekarz bez twojego udziału robi ci coś niezgodnego z twoim światopoglądem. Wyrostka naprawdę nie usuwa się po katolicku lub po świecku, podobnie nie składa kości i nie leczy raka. Jedyną kwestią o której naprawdę można by tu dyskutować jest eutanazja. Ale mam wrażenie, że nie o nią się przy okazji tego całego zamieszania spieramy.

Słowem: w mojej prywatnej ocenie "Deklaracja Wiary" to kolejny przejaw "ewangelizacji konfrontacyjnej", podejścia które zakłada, że toczy się wojna, więc trzeba zwierać szeregi, zbroić się, zbijać w grupę, szyć i wywieszać flagi. To ewangelizacja, w której chodzi nie o ewangelizowanego, a o ewangelizatora. O to, by poczuł się raźniej, by nie był sam, by się policzył z innymi, by sam jasno określił swoje stanowisko. Nie wyobrażam sobie, żeby ową "Deklaracją" udało się uratować choć jedno ludzkie życie, albo choć jedną duszę nawrócić. To nasza wewnątrzna, katolicka przygoda, dająca przy okazji na tacy wrogom religii gratisowe pół tony amunicji, żeby znów mogli sobie w nas postrzelać.

Spór, który owa "Deklaracja" wywołała raz jeszcze dobitnie pokazał z jak dziecinnym odreagowaniem, z jak banalnym intelektualnie i poznawczo antyklerykalizmem i "antyeklezjalizmem" mamy dziś w Polsce do czynienia. Po raz kolejny, ci którzy deklarują, że dadzą się pokroić za to by Polacy mogli dokonywać wolnych wyborów pokazują, że zrobią to wyłącznie w sytuacji gdy chodzi o wybory zgodne z ich własnymi.

Każdy oświecony humanista skoro jest gotów umrzeć za prawo pacjenta do zrobienia in vitro, powinien być gotów iść na szafot również za lekarza, któremu sumienie zabrania owego in vitro robić.

Jeśli nie jest – nie jest żadnym oświeconym humanistą, a po prostu ideologiem tylko z drugiej strony, względnie osobą też wierzącą, tylko w co innego niż ja.

Więc zamiast odreagowywać sobie na Kościele jakieś osobiste czy społeczne traumy, powinien zwyczajnie szanować katolickich lekarzy korzystających z "klauzuli sumienia". Którzy owszem, nie zrobią mu in vitro, ale też np. nie podadzą bez jego zgody śmiertelnej dawki morfiny, gdy umożliwi to polskie prawo, a zażyczy sobie tego zjeżdżająca już na pogrzeb rodzina (znam taki przypadek z Belgii). Nie obetnie ręki w sytuacji gdy w Polsce zacznie może za sto lat obowiązywać szariat, a przede wszystkim da mu poczucie, że widzi w nim coś więcej niż zbiór komórek, widzi godność i piękno człowieczeństwa. Będąc częstym klientem polskiej służby zdrowia zakładam, że nie tylko ja gorąco za tym ostatnim tęsknię.


Polecamy również inne artykuły dotyczące deklaracji wiary:


Nie rozumiem czego Pan nie rozumie – dr Helena Pyz


Deklaracja wiary – podpisałamdr Daria Mikuła-Wesołowska


Deklaracja wiary a… Kopernikks. Krzysztof Wieczorek


Treść deklaracji wiary i listu otwartego prof. Wandy Półtawskiej


Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Za słońce, banany i fasolę

Afrykańczycy pokazali mi, że w naszym technologicznym świecie zagubiliśmy poczucie prawdziwej wdzięczności wobec Stwórcy. A wszystko jest przecież darem, za który powinniśmy dziękować. Filipińczycy, którym tajfun zabrał cały skromny majątek mówili: nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim. Dziękując Bogu za ocalone życie przygarnęli do swej rodziny osierocone przez kataklizm dzieci…

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1/19
Bez domu, ale z Jezusem (prycza w obozie ewakuacyjnym)
2/19
3/19
Centrala Tubunga i odwiedziny
4/19
5/19
6/19
7/19
8/19
Krajobraz po tajfunie; ludzie żyją na brzegach rzeki
9/19
Ocalały mężczyzna pokazuje swe koło ratunkowe
10/19
Ojciec dziękuje Jezusowi za ocalenie rodziny
11/19
Po drodze mijamy rwandyjskie chaty
12/19
Postęp miesza się z biedą
13/19
Rwandyjczycy na adoracji
14/19
Rwandyjskie dzieci
15/19
16/19
17/19
W takich prowizorycznych kaplicach modlono się po tajfunie
18/19
19/19
Życie w jednym z obozów; każdy szuka choć troche intymności
poprzednie
następne

Tej modlitwy nigdy nie zapomnę. To było kilka lat temu w Rwandzie. Gliniana chata chyliła się ku ziemi. Przez dach zrobiony z liści bananowca do wnętrza kapały krople deszczu. Na dworze szalała burza. Ojciec rodziny, która mnie zaprosiła wzniósł ręce ku górze i dziękował Bogu za wszystko czym nas obdarza… W chacie poza stołkami, na których siedzieliśmy, nie było nic. Zapadający mrok rozpraszała paląca się świeczka. Przyniesiona przez nas. Kiedy on się modlił, ja wciskałam się jak najdalej w kąt chaty, by ukryć łzy. Zetknięcie słów dziękczynienia ze stanem ich posiadania było porażające. A on dziękował. Dziękował za dobrze przeżyty dzień, za słońce, które sprawiło, że banany zaczęły dojrzewać i za to, że wkrótce będzie można zebrać fasolę. Dziękował za kolejne dziecko, które właśnie się urodziło i za zdrowie żony. I za mnie. Za to, że „biała kobieta” zechciała ich odwiedzić… Ta szczera modlitwa miała niezwykłą moc. Misjonarzowi, który mi ją tłumaczył z lokalnego języka kinyaruanda kilka razy załamał się głos…

Za sobą miałam już setki odwiedzin w afrykańskich chatach i wiele spotkań. Nieraz nie zdążyłam jeszcze dobrze wejść, a już ku mnie wyciągał się las rąk po cukierki, kredki, zabawki… To spotkanie było inne. Po krótkiej przepychance pięcioro dzieci jakoś zmieściło się na moich kolanach. Z rodziców emanowała niesamowita godność, a zarazem bliskość. Przyjęli mnie jak swoją. By podziękować za to, że dzięki adopcji serca (zresztą opłacanej nie przeze mnie, ale przez zupełnie mi nieznanych ludzi) ich dzieci mogą chodzić do szkoły, zaprosili na wspólny posiłek. Ta modlitwa dziękczynna wybrzmiała właśnie przed nim. Na desce służącej za stolik pojawiły się trzy metalowe talerze: dla mnie, dla misjonarza i ojca rodziny. Na każdym góra ryżu, a na niej usmażone jajko i sos z orzeszków ziemnych. Dzieci wpatrywały się w to dobro rozmarzonym wzrokiem zagryzając kawałki trzciny cukrowej, której słodki smak zabijał głód. Było już po zmierzchu, a pierwszy posiłek był dopiero przed nimi. I ten cały posiłek stał właśnie przed nami. Gdybyśmy wraz z misjonarzem zjedli nasze porcje siedmioosobowa rodzina musiałaby się zadowolić tym, co zostało na talerzu taty… Dziękując za otrzymywaną pomoc podzielili się wszystkim co mieli, a raczej tym, czego nie mieli. Głód był ich codziennym towarzyszem.

Kiedy sięgnęłam ręką po ryż wpatrywali się z napięciem jak zareaguję. Sos okazał się wyśmienity i chyba było to widać po mojej minie, bo bardzo się ucieszyli. By nie pozbawiać ich posiłku wzięłam owoc, mówiąc, co zresztą było świętą prawdą, że nigdy nie jadłam banana prosto z drzewa. Potem misjonarz musiał długo tłumaczyć skąd się w Europie biorą banany… Rozmawialiśmy prawie całą noc. Na koniec wizyty rodzina odprowadziła nas na misję. Po drodze tato ściął kawał bananowca i ogromną kiść bananów zarzucił sobie na ramię. To był ich dar dla mnie. Na drugi dzień przyszli z rewizytą. Tata przydźwigał na misję kolejną ogromną kiść bananów… prosto z drzewa. I kolejny raz dziękował za odwiedziny. Prosta, szczera wdzięczność wobec Boga i człowieka, o której my, ludzie bogatego świata tak często zapominamy.  I do tej wdzięczności wcale nie jest potrzebne nasze polskie: „zastaw się, a postaw się”.

„Nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim” – słowa te słyszę w jednym z obozów gdzie schronienie znalazły ofiary tajfunu, który spustoszył filipińskie miasto Cagayan de Oro. Mężczyzna patrzy mi prosto w oczy. Wokół niego zbiera się grupka dzieci. „Te są moje” – pokazuje na trójkę – „a tę kolejną trójkę przygarnęliśmy, bo tajfun je osierocił”. Nie ma w tym jakiejś dumy, chwalenia się – zobacz jacy jesteśmy wspaniali! Nie, nic z tego. „Bóg uratował naszą rodzinę i choć w ten sposób możemy mu podziękować” – dodaje z prostotą pokazując na stojącą przed namiotem… butlę gazową. Mężczyzna opowiada, że kiedy przeszedł tajfun i w rzece podniosła się woda, wraz z żoną i dziećmi uczepił się nadmuchanej dętki z samochodu. I tak popłynęli w ciemność, trzęsąc się z zimna. „Przy jednym z mostów dryfująca gałąź przebiła dętkę. Wtedy wyłowiłem pustą butlę gazową. To było koło ratunkowe, które podsunął nam Bóg” – mówi Jemel.

Jego ciało pokryte jest szramami. Został pokaleczony, gdy chronił dzieci przed naporem kawałków domów i konarami drzew. Z rzeki woda wyniosła ich na zatokę. Po 18 godzinach ledwo żywych wyłowili rybacy z sąsiedniej wyspy Camiguin. „Nigdy nie zapomnę tych wołań: „mamo, tato ratujcie”, które słyszałam, płynąc przez morze” – opowiada jego córka Mari Flores. Dziś dzięki pomocy, którą otrzymali odbudowali swój dom, a dzieci znów mogą chodzić do szkoły. Niedaleko nich zamieszkał samotny mężczyzna. „Tuż przed uderzeniem tajfunu wyszedł z więzienia, wszyscy patrzyli na niego podejrzliwie” – opowiada siostra Marta Patricia pracująca na Mindanano. Kiedy rozpoczęła się tragedia, zamiast uciekać przywiązał się liną do drzewa i wyławiał kolejnych rozbitków. Wcześniej nikt z nim nie chciał rozmawiać, teraz jest powszechnie szanowany.   

Ocalali z tajfunu nie tylko zaczęli odbudowywać swe domy, ale i organizować dziękczynne pielgrzymki za ocalenie życia. Wiele z nich przychodziło do leżącego na obrzeżach tego miasta sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Spotykam tam mężczyznę otoczonego gromadką dzieci. Pokonują w górę schodek za schodkiem. Rytm wędrówki wyznacza modlitwa. Kiedy docierają do kaplicy, mieszczącej się w sercu 17-metrowej figury Jezusa Miłosiernego, klękają przed wystawionym tam Najświętszym Sakramentem. Dziękują za ocalenie. – „Siedzieliśmy na dachu domu sąsiadów i przez kilka godzin odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W naszej okolicy przeżyły tylko dwie rodziny. Straciliśmy wszystko, dom i to, co mieliśmy, ale żyjemy – mówi mężczyzna, wspominając dramatyczne chwile tropikalnego tajfunu, który spustoszył zamieszkiwaną przez nich okolicę. Kilka dni później w tym samym miejscu modli się kobieta”.

– „Kiedy uderzył tajfun, pociągnęłam męża i dzieci inną drogą, niż zawsze chodziliśmy z domu. Ci, którzy poszli starą ścieżką, zginęli” – opowiada. W rękach trzyma sfatygowany obrazek Jezusa Miłosiernego. – To jedna z nielicznych rzeczy, które udało nam się uratować – dodaje. Dziesiątki podobnych obrazków spotkam w centrach ewakuacyjnych przy łóżkach ocalonych. Przy nich wieczorami modlą się, dziękując Bogu za życie i zawierzając Mu swój los.  

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >