#5 Franciszek Kucharczak: Najpierw znaleźć

- Jeśli „wierni” są niewierni, to dlatego, że zostali „wierzącymi” zanim uwierzyli - pisze Franciszek Kucharczak w kolejnym głosie debaty Catolico "Nietożsama tożsamość".

Redakcja Catolico
Redakcja
Catolico
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Właśnie zasiadałem do pisania tego tekstu, gdy znajomy przysłał mi esemesa z następującą sentencją: „Należy najpierw znaleźć skarb, by mieć odwagę poświęcić mu wszystko”.

Myślę, że tu tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie wierzący tak często nie zgadzają się z moralną nauką Kościoła. Najogólniej mówiąc: chrześcijanie w swojej większości nie znaleźli skarbu. Oni, owszem, słyszeli, że jest taki skarb, wart więcej niż wszelkie inne razem wzięte, ale go nie widzieli. Ewentualnie widzieli, ale z daleka. Nigdy go jednak nie dotknęli. Nie olśnił ich jego blask. Pozostał teorią, gołębiem na dachu, obiektem utopijnych rozważań, które – jeśli nie staną się osobistym doświadczeniem – muszą przegrać z mieszczącym się w garści wróblem. Tymczasem zasadniczym komunikatem, jaki dociera do przeciętnego wierzącego niemal od becika, jest wezwanie: Porzuć tego wróbla. Zostaw te swoje skarby, mówi przecież apostoł, że to wszystko śmieci wobec najwyższej wartości poznania Jezusa Chrystusa.

 


 

 

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w CATOLICO – serwisie specjalnym, który zawiera pogłębione, eksperckie artykuły w formie analiz, raportów oraz podsumowań.

 

 


 

Nie ta kolejność

To nie może działać. Nikt nie porzuci atrakcyjnego i posiadanego konkretu na rzecz mgławicowego ideału, do którego nie zbliżył się nigdy nawet drgnieniem serca. Co gorsza ci, którzy w powszechnym przekonaniu zrobili to, czyli porzucili swoje skarby i wybrali ten największy, szokująco często okazują się oszustami. Wychodzi na to, że przywłaszczyli sobie szacunek za wybór „wielkiej perły”, wypychając zarazem kieszenie małymi perłami, których się rzekomo wyrzekli.

Gdyby to były odosobnione przypadki, każdy by zrozumiał: wiadomo, Judasz w gronie apostołów, wiadomo, drzewo padające, gdy cały las stoi. Ale dziś widzimy niepokojąco dużo judaszy i zatrważająco wiele padających drzew – i to tych najwyższych. Widzimy jak padają nawet ci, których mieliśmy za źródła światła w świecie. Widzimy moralne dno nawet wśród tych, którzy wydawali się naprawdę przywiązani do jedynego skarbu, Jezusa Chrystusa.

Jeśli ktoś nieutwierdzony w wierze widzi znaczących ludzi Kościoła nurzających się w najgorszych podłościach, łatwo dochodzi do wniosku, że z tym skarbem to bujda. No bo jak to tak może być, że ktoś stale obcuje ze świętościami Domu Pańskiego, codziennie przyjmuje Komunię, głosi Słowo Boże, a jednocześnie tapla się w cuchnącym bajorze i ściąga tam niewinne dusze?

Czym w takim razie jest pójście za Chrystusem, skoro ci, co – wydaje się – poszli, tak strasznie pobłądzili? Jaką moc mają sakramenty, jeśli nawet najważniejsi ich szafarze wydają się być wręcz świadectwem ich przeciwskuteczności?

Zapewne takie i podobne myśli towarzyszą wielu. Narzuca się w tej sytuacji wniosek: to nie działa – Dzieje Apostolskie to bajki apostolskie.

 

 


 

ZOBACZ: Debata Catolico “Nietożsama tożsamość”.
Wielu katolików nie podziela moralnej nauki Kościoła. Jaka to skala? Jak duży to problem? Jakie są tego przyczyny? I w końcu – co dalej? Odpowiedzi szukają świeccy i duchowni. 

 

 


 

Głuszenie

Ludzie zwyczajnie nie mają motywacji, żeby żyć moralnie na poziomie wymaganym przez Kościół, jeśli nie dotknęli jego świętości. A nie dotknęli, bo szwankuje przepowiadanie. To nie jedyny problem, ale ten jest kluczowy. Przecież wiemy, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy”. Jeśli słyszy się Ewangelię, to rodzi się wiara. Jak zawsze, tak i dziś nie istnieje dla Ewangelii żadna konkurencja. Problemem jest jednak duchowe „postarzenie się” wielu ludzi Kościoła, którzy zamiast Ewangelię głosić – głuszą ją. W wielu środowiskach chrześcijańskich po prostu wygasła wiara w to, że Duch wciąż mówi do Kościołów. Nie nasłuchują Go, a tych, którzy nasłuchują, traktują jak zagrożenie. Tropiąc „modernizm” i „pentekostalizację”, zamykają się na świeżość Ducha Świętego. Przy założeniu, że musi być tak, „jak zawsze było” i nie może być tak, „jak nigdy nie było”, zasklepiają się w kokonie własnych przyzwyczajeń, próbując nadać im rangę doktryny. Zgorszenia w Kościele prowadzą ich często do konkluzji, że trzeba się cofnąć i wiernie odtworzyć Kościół minionej epoki, gdy podobno wszystko było jak trzeba, a wszystko wróci na swoje miejsce.

Takie koncepcje, rzecz jasna, są nierealne. Nie da się wejść w buty przodków, a wszelkie próby napełniania nowych bukłaków starym winem muszą się skończyć niepowodzeniem. I chwała Panu, bo również niepowodzenia wskazują właściwą drogę. Kryzys w Kościele w niczym nie osłabia Ewangelii. Łatwo się o tym przekonać, gdy się obserwuje tych, którzy doświadczyli jej mocy. A są tacy, którzy spotkali się i wciąż spotykają z Chrystusem w Kościele. Tym nie trzeba niczego tłumaczyć i do niczego ich zachęcać. To raczej im wciąż za mało posługi duszpasterskiej, za mało spotkań, modlitw, ofert rozwoju duchowego. Normalnie, jak to u neofitów.

– A gdzieś ty ostatnimi czasy widział neofitę? – zdziwi się ktoś.

Cóż, widziałem ich wielu i widzę wciąż. Gdy niespełna dekadę wstecz związałem się ze środowiskiem nowej ewangelizacji, zobaczyłem coś, czego widzieć się nie spodziewałem: ludzi nawracających się nieomal hurtowo. Kursy ewangelizacyjne, szczególnie Nowe Życie, raz po razie owocowały autentycznymi nawróceniami i zmianą życia. Jeszcze większe owoce widzę w konsekwencji organizowanych przez moją wspólnotę kursów ALPHA, które każdorazowo obejmują po kilkuset uczestników. To duże przeżycie obserwować setki ludzi spowiadających się długo w noc w czasie wspólnego weekendu, nieraz pierwszy raz od bardzo dawna. To głęboko poruszające widzieć tych ludzi klęczących przed Najświętszym Sakramentem, z oczami wlepionymi w Kogoś, kogo dopiero co mieli za „wafelek”.

– Ja takiego Kościoła nie znałem – słyszę nieraz z ust tych, którzy jeszcze niedawno tkwili w „katolicyzmie kulturowym” albo w ogóle byli z dala od Kościoła.

Oni znaleźli skarb i są gotowi poświęcić dla niego wszystko. Ich przemiana dokonała się wskutek tego, że został im ogłoszony kerygmat. I zadziałała łaska, bo zawsze działa, gdy Ewangelia jest głoszona z żarliwością, a jednocześnie – co koniecznie trzeba podkreślić – w pełnym posłuszeństwie Kościołowi.

 


 

ZOBACZ TEŻ: Najgłośniej o Bogu i o Kościele. Duchowni na YouTube.
Kogo katolicy słuchają i oglądają w internecie? Pierwszy Raport Catolico o duchownych, którzy najlepiej radzą sobie w sieci, oraz o tematach, jakie podejmują.

 


 

Można odwrócić

Ktoś powie, że to wizja nazbyt optymistyczna, bo przecież nie widzimy tłumów nawróconych. Owszem – bo to, co robią środowiska ewangelizacji to niewiele wobec skali potrzeb. Ponadto osoby świeżo nawrócone potrzebują troski i „zagospodarowania” w Kościele, co nie zawsze się dzieje. Sami duchowni nie są w stanie tego zapewnić, tym bardziej, że nie wszyscy rozumieją taką potrzebę, a niektórzy wręcz upatrują w tym zagrożenie. Stąd rola zewangelizowanych i ewangelizujących wspólnot, które, prowadzone przez odpowiedzialnych i posłusznych Kościołowi przewodników, umożliwią obudzonym chrześcijanom wzrost i rozwój duchowy.

Powyższe doświadczenia pokazują, że laicyzacja – a wraz z nią odejście od wartości chrześcijańskich – nie jest żadnym nieuniknionym procesem. Ludzie są dziś tak samo stęsknieni Ewangelii jak zawsze i ich serca są gotowe ją przyjąć. Pytanie tylko ilu jej głosicieli odważy się przyjąć to nowe, które czyni Duch Święty. Bo tylko wtedy przemówią z mocą i językiem zrozumiałym dla „wszystkich narodów pod słońcem”. I nie będzie to ani doktrynerstwo, ani rozmywanie Słowa Bożego – to będzie umożliwienie ludziom spotkania z żywym Jezusem Chrystusem. I staną się czcicielami Boga w Duchu i prawdzie. I nie trzeba im będzie niczego tłumaczyć ani ich żmudnie nakłaniać do przyjęcia zasad wynikających z wiary. Mając wiarę, będą też mieli motywację do przyjęcia wszystkiego, co z niej wynika. I zrobią z to z gorliwością i radością.

Zawsze o to chodzi i na tym polega przełamanie każdego kryzysu w Kościele.

 


Franciszek Kucharczak – teolog i historyk Kościoła, publicysta i dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, autor felietonów z cyklu „Tabliczka sumienia”.


Dotychczas w ramach Debaty Catolico ukazały się:

#1 Monika Przybysz “Kościół małych wspólnot”.
Problem: brak więzi rodzinnych, wolność wyboru jako priorytet i nierozwiązane problemy Kościoła. Recepta: głębokie zmiany na różnych poziomach w Kościele, a probierzem – aktywne czyny miłosierdzia.

#2 ks. Piotr Kieniewicz MIC “Zagubiony fundament”.
Chrześcijaninem nie jest ten, kto się za niego uważa, ale ten, kto jest nim rzeczywiście, a zatem myśli razem z Kościołem, czuje razem z Kościołem i postępuje razem z Kościołem.

#3 Paulina Guzik “Rozmawiajmy. Pięć wskazówek”.
Nawrócenie często zaczyna się od podania ręki osobie, która doznała krzywdy. Czyli – od komunikacji. Jeśli zaczniemy realizować lekcje komunikacji Jana Pawła II, a nie tylko ckliwie go wspominać, Kościół w Polsce znajdzie się w prezentowaniu swojej tożsamości w zupełnie innym, lepszym miejscu.

#4 ks. Daniel Wachowiak “Cena przeczekania kryzysu”.
Czy nie jest tak, że w Kościele towarzyszy nam pokusa: młodzi dorosną, zmądrzeją, my zmądrzeć nie musimy? 

Redakcja Catolico

Redakcja Catolico

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Redakcja Catolico
Redakcja
Catolico
zobacz artykuly tego autora >

#4 ks. Daniel Wachowiak: Cena przeczekania kryzysu

Czy nie jest tak, że w Kościele towarzyszy nam pokusa: młodzi dorosną, zmądrzeją, my zmądrzeć nie musimy? - zastanawia się ks. Daniel Wachowiak w kolejnym głosie debaty Catolico "Nietożsama tożsamość".

Polub nas na Facebooku!

Nieznany autor z wieku II pisze: Tak postępując damy wzór tym spośród młodych, którzy szczerze pragną się poświęcić służbie i miłowaniu Boga. Nie bądźmy przeto rozżaleni ani nie oburzajmy się, jeśli ktoś nas nierozumnych upomni i poprowadzi od niesprawiedliwości do sprawiedliwości. Niekiedy bowiem czyniąc zło, nie dostrzegamy tego z powodu niestałości umysłu i małej wiary, a “umysł nasz jest zaciemniony” zgubnymi pożądliwościami.

 

Mentorzy czy moralizatorzy?

Wiarygodność to cecha, którą młodzi łatwo wyczuwają u dorosłych. Młodzi będą cenili showmanów, bo ci dostarczają im rozrywki. Będą przyglądać się z podziwem naukowcom, którzy z lekkością przekazują innym swoją wiedzę. Będą mieli respekt wobec rówieśniczych opowieści lub niektórych będą słuchać z przymrużeniem oka, ale już wobec dorosłych, dających im rady, będą zawsze krytyczni. Ktoś zaoponuje, że wielu młodych uległo manipulacji i nie potrafili się temu oprzeć. Że po elementy szantażu sięgają osoby wpływowe a młodzież często się temu poddaje. Wydaje się jednak, że jeśli patrzeć przynajmniej na ostatnie wydarzenia z ulic polskich miast, dynamika ruchu okaże się bardziej złożona.

Jak słusznie zauważył prof. Andrzej Zybertowicz, pokolenie, które nawet na spotkaniach ze sobą jest wpatrzone w ekrany smartfonów, otrzymało bodziec, by oderwać się od telefonów. Generacja przekazywania sobie emocji za pośrednictwem social mediów, po raz pierwszy od długiego czasu zdołała wyrazić swoje uczucia, choć wulgarnie, to jednak w świecie realnym. Jak to się stało, że siły laickie zagospodarowały niewykorzystaną energią młodych, a tymczasem sfera Kościoła coraz bardziej młodych do siebie zniechęca?

Cofnijmy się do wiarygodności, bo ją ludzie Kościoła już dawno utracili w oczach młodzieży. Nie wszyscy oczywiście i nie u wszystkich, ale przynajmniej tak znacząco, że ci nastolatkowie, którzy wyraźnie określali się „za życiem od poczęcia” odczuli na własnej skórze ostracyzm. W przytoczonej przeze mnie homilii sprzed niemal 2000 tysięcy lat, kaznodzieja apeluje do duchownych, by ci nie traktowali obrazoburczo uwag ze strony młodych. Daje przy tym uniwersalną radę, by każdy, kogo spotyka upomnienie, potraktował siebie najpierw jak grzesznika, który może swoich niektórych grzechów zwyczajnie lub niezwyczajnie nie zauważać. Słuszna skądinąd myśl wydaje się dzisiaj pierwszym apelem, jaki chciałoby się przedstawić wszystkim, o których młodzi pomyślą, gdy postawi się im zadanie wymienienia ludzi, których kojarzą z Kościołem. Chyba nikogo z czytelników nie muszę przekonywać, że reprezentanci Kościoła zostaną opisani nie jak duchowi, życiowi doradcy, czy ludzie prowadzący ku zbawieniu, ale jak moralizatorzy, którzy sami mają coś na sumieniu. „Którzy mają coś na sumieniu” jest niezwykle ważne.

 


 

 

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w CATOLICO – serwisie specjalnym, który zawiera pogłębione, eksperckie artykuły w formie analiz, raportów oraz podsumowań.

 

 

 


Kto jest grzesznikiem?

Od pierwszej po ostatnią stronę Biblii mamy do czynienia ze świętymi łachudrami, nawróconymi cudzołożnikami i dotkniętymi Bożym Duchem zagubionymi oraz poniżanymi. Mojżesz – jąkała nie chciał być patriarchą z uwagi na zabójstwo, jakiego się dopuścił. Dawid, początkowo próżny i pyszny, w końcu uznał w sobie obrzydliwie łamiącego V i VI przykazanie. Piotr w swoich kazaniach wracał do własnej arcygłupoty wyparcia się Mistrza. Paweł mający krew na rękach prześladowca chrześcijan umniejsza siebie, a właściwie stawia siebie do pionu, gdy mówi, iż na szczęście Chrystus cofnął go z niewłaściwej drogi „jako poroniony płód”. Jeremiasz, Izajasz, Jonasz wręcz wojują z Bogiem, że ten zechciał, aby stali się prorokami. Nie czują się godnie i w ich ustach nie brzmi to jak fałszywa odmiana zaprzeczenia słyszanym komplementom.

Młodzi nie odbierają dzisiaj przedstawicieli Kościoła jak nawracających się grzeszników. Czyżbyśmy sami przestali żyć kerygmatem, że łatwo nam mówić o zagubieniu innych a w swoim gnieździe upatrywać się tylko kwitnących kwiatków? A może sami przestaliśmy się traktować jak grzeszników, wchodząc w rolę nieomylnych bufonów? Wytworzyliśmy przy tym system zamkniętej bańki, w której słyszeliśmy tylko to, co chcieliśmy usłyszeć. Tymczasem wielu katolików na pierwszym froncie „musi się za siebie i innych” nasłuchać, co naprawdę myśli się o księżach i biskupach. W tym wszystkim papież Franciszek ukazany jest dość pogodnie, bo choć się myli, czasem gada niezrozumiale, to jednak w oczach wielu zachowuje się właśnie wiarygodnie.

 

 


 

ZOBACZ: Debata Catolico “Nietożsama tożsamość”.
Wielu katolików nie podziela moralnej nauki Kościoła. Jaka to skala? Jak duży to problem? Jakie są tego przyczyny? I w końcu – co dalej? Odpowiedzi szukają świeccy i duchowni. 

 

 


Banalizacja Ewangelii

Po tych słowach warto retorycznie zapytać: jak to się stało, że młodzi przestali utożsamiać Kościół z takimi biblijnymi postaciami, a widzą w nim pedofilską mafię? Już sporo lat temu w jednym z liceów, w którym uczyłem, spotykałem się z mało komfortowymi pytaniami – wcale nie wulgarnymi, wręcz przeciwnie – wypowiadanymi z kulturą i należytą powagą. „Dlaczego Jan Paweł II tuszował pedofilię?”. Już kilkanaście lat temu w pewnym duszpasterstwie akademickim poprosiłem, aby studenci szczerze napisali pierwsze skojarzenie słowa „pedofilia”. KILKANAŚCIE LAT TEMU!

Przespaliśmy, to za słabe słowo. Straciliśmy młodzież to zbyt łagodne określenie. Młodzi zostali zlaicyzowani to fragment bardziej złożonej prawdy. Wybaczcie, że zacytuję siebie. Uczynię tak jedynie dlatego, że moje zdania obiegły sporo katolickich forów, więc zapewne wyraziły pewien stan faktyczny, albo przynajmniej punkt widzenia wielu osób. Chrzciliśmy nie patrząc na życie bez wiary. Organizowaliśmy ckliwe ‘komunie święte’. Mieliśmy ubaw na święconkach. Posyłaliśmy hurtowo na bierzmowanie do katedry. Śluby pozwoliliśmy przemienić na quasi-sakralne eventy. Ze szkodą dla głoszenia Ewangelii. A teraz zdziwieni. No właśnie – czy my jesteśmy WIARYgodni?

Znaczącym elementem wydajnej pracy jest system kar i nagród. Dotyczy to uczniów, pracowników, a nawet księży. Jeśli uczeń dostrzeże lepsze oceny u rówieśnika, niż u siebie, a będzie przy tym odczuwał, że jest to podyktowane nie meritum, ale sympatią nauczyciela, to może u niego nastąpić obniżenie motywacji. Jeśli przez lata przyczyniliśmy się do banalizacji Ewangelii, przymykania oczu na wymagania Bożego Prawa, zamieniania najświętszych celebracji w przestrzeń samorealizacji, to jednocześnie przyspieszyliśmy proces traktowania Kościoła jak zacofanej a nawet śmiesznej i irytującej instytucji.

Lekcje katechezy w szkołach to odrębny wątek, nie mniej ważny w formacji młodych. O ile pierwsze lata po upadku komunizmu wywołały pewną konieczną zmianę religijnej edukacji, to jednak lata 2000 pokazały, że ten model należy nieustannie mądrze reformować. Upływały kolejne rozpoczęcia roku szkolnego, a system odgórnie przyjęty dla całej niejednolitej religijnie Polski, zaczął pękać najpierw w większych miastach. Można było się spodziewać, że na odsiecz ruszą środowiska niesprzyjające Kościołowi. One wykorzystają każdą okazję, by postawić hierarchię w szeregu. Wspominam o nich jedynie tutaj i jedynie teraz, bo użalanie się nad tym, że istnieją ludzie myślący inaczej jest tylko argumentem świadczącym na naszą niekorzyść.

Katechezy z roku na rok miały do zaprezentowania młodym ludziom coraz mniej i coraz bardziej banalnie. Cywilizacja, dla której największym strapieniem jest brak lajka pod wrzuconym zdjęciem lub awaria Internetu dość łatwo przekazywała sobie nieścisłości wypowiadane przez katechetów, nudę w odkrywaniu katolickiego smęciarstwa i „Himalaje” klerykalnego zrzędzenia. Rzadko który uczeń będzie z pasją traktował szkolny przedmiot, nawet jeśli pasją jest dla niego tematyka tego przedmiotu. Teologia na poziomie szkolnego podręcznika zniechęcała najbardziej zainteresowanych wiarą. Nie można przy tym mieć urazu do katechetów. To nie ich wina, że system nauczania religii nie jest dzisiaj w stanie przekazać Bożą naukę, uwzględniając, iż najpierw należy ewangelizować, a dopiero po przyjęciu Ewangelii katechizować. W przypadku, w którym mieliśmy do czynienia z coraz to bardziej niewierzącym światem, z roku na rok spadała liczba uczniów w klasie, którzy mogliby być już katechizowani, bo przyjęli wraz ze swoim domem Ewangelię. Nie da się już „czynić uczniami” (Mt 28, 20) młodych, którzy, choć po kilku sakramentach, to pozostali na etapie zatrzymanej inicjacji chrześcijańskiej.

 


 

ZOBACZ TEŻ: Najgłośniej o Bogu i o Kościele. Duchowni na YouTube.
Kogo katolicy słuchają i oglądają w internecie? Pierwszy Raport Catolico o duchownych, którzy najlepiej radzą sobie w sieci, oraz o tematach, jakie podejmują.

 


 

Nie lukrować nauki Chrystusa

Mam nadzieję, że w powyższym artykule zauważalne jest wskazanie rozwiązań. Na podobieństwo dobrze postawionej diagnozy, która sama w sobie nasuwa lekarzom tabelę leków i rehabilitacyjnych działań. Chyba, ze diagnozę stawiam źle, wówczas potrzebny jest inny lekarz. W tym miejscu z pełnym przekonaniem polecam wcześniejsze, bardzo mądre artykuły Pani prof. Moniki Przybysz, Księdza prof. Piotra Kieniewicza i Pani redaktor Pauliny Guzik. W zasadzie nawet nie mam z czym polemizować, a jedynie czuć się pośród nich jak asystent lekarza, który obecne trudności dostrzega spojrzeniem bardziej krytycznym wobec przejawów negatywnej odmiany klerykalizmu. Przyznam się jednak, że dopiero po zacytowaniu przeze mnie ostatniego wersetu Mateuszowej Ewangelii, sięgnąłem do tekstów Księdza Kieniewicza i Pań Przybysz i Guzik, by zobaczyć bez sugerowania się innymi przemyśleniami, czy nasze diagnozy są zbieżne. Wydaje mi się, że są także uzupełnieniem tych samych tchnień.

W moim przekonaniu rozwiązaniem jest powrót do kerygmatu, ale głoszonego nie w cieplarnianych warunkach, w których Kościół kojarzony jest z zacną i majestatyczną instytucją. Kto z takim imperialistycznym podejściem chce pójść ratować młodych, bardzo szybko usłyszy, że chce ratować jedynie własny zad, czyli olbrzymi katalog kościelnych interesów (począwszy od dysponowania sakramentami, które daje się nie w zależności od wiary, ale ludzkich wpływów, a skończywszy na utrzymaniu przeróżnych państwowych posad). Kerygmat zawiera w sobie postawę pokory, a ją odzyskamy jedynie wtedy, gdy od samego dołu po samą górę rozprawimy się z ciemną stroną Kościoła. Kerygmat głoszony ze świadomością, że żyjemy w cywilizacji post chrześcijańskiej. To wymaga przyjęcia przez nas postawy przypominającej lekką kawalerię i rezygnacji z usposobienia zardzewiałych antyków. To wcale nie oznacza podawania polukrowanej nauki Chrystusa. Wręcz przeciwnie. To właśnie podawanie jej w pozbawieniu z ostrością, wynaturzyło ją i stworzyło z niej karykaturę Dobrej Nowiny. Św. Paweł, gdy mówił w Efezie o miłości, a także pisał o niej stamtąd do Koryntu, ani na moment nie obniżył poprzeczki. Wiedział, że mieszkańcy obu tych miast, mimo, że pragną miłości, zanurzeni są w pornografii i cudzołożnej nędzy. Młodzi ludzie poszukują dla siebie celu. Nie mając wzorców, czując obawy o swoje przyszłe więzy partnerskie, rodzinne mają poczucie życia bez nadziei. Ci, którzy mieli dać im przykład zdrowych związków zarówno w domach, jak i w parafiach, okazali się często sami zdemoralizowani, a wspomniany „Hymn o Miłości” także w kazaniach sięgnął poziomu ckliwych poematów.

Jeśli Benedykt XVI próbował przeanalizować czy sakrament bierzmowania nazywany często błędnie “sakramentem dojrzałości” nie powinien odbywać się raczej przed sakramentem Eucharystii, to i tutaj mówimy o pewnej rewolucji, a raczej otwartości na nowe powiewy Ducha Świętego. Ale to właśnie w tych powiewach, nie my, ale sam Duch pokaże młodym sercom, że nie zależy nam na odebraniu im wolności, ale na ofiarowaniu im Chrystusa, który tę wolność jako jedyny szanuje.

Kto wie, czy nie musi się to odbyć drogą, która nas zaboli. Jako ludzie Kościoła musimy odpokutować nasze zaniedbania, okazywanie pychy, podwójne życie, nierozliczone grzechy, faryzeizm, który rozkwitnął w ostatnich dekadach. Zanim przekonamy nieprzekonanych i tych, których odrzuciliśmy naszą nieczytelną oraz gorszącą postawą, musimy wziąć na siebie wory pokutne i szczerze uznać, że zawiedliśmy. Póki będziemy jedynie przeczekiwać, naiwnie sądząc, że kryzys minie, a młodzi jak dorosną zmądrzeją, będziemy z miesiąca na miesiąc tracić ludzi, a siebie coraz bardziej upodabniać do nie wyciągającego wnioski Judasza. To, że wielu młodych tak czy owak będzie w swych poglądach konserwatystami, nie oznacza, że taki stan przełoży się na tracone z dnia na dzień zaufanie do Kościoła. I mimo, że wielu będzie walczyć o wartości i wierzyć w Boga, to przez nieuczynioną kościelną pokutę, pozbawimy ludzi słodyczy życia sakramentami. A wtedy usłyszymy: „lepiej, żebyście przywiązali sobie kamień młyński do szyi”.

 


ks. Daniel Wachowiak – Wyświęcony w katedrze poznańskiej 31 maja 2003 roku. Pierwsza parafia w Buku pod Poznaniem. Kolejne lata w kilku parafiach w Poznaniu oraz rok w Obornikach pod Poznaniem. W październiku 2018 roku głośno wypowiadał się przeciw obecności organizacji LGBT w szkołach w Poznaniu oraz apelował do prezydenta miasta o szacunek do katolickich wartości. 15 listopada 2018 otrzymał proboszczowski dekret do parafii w Puszczy Noteckiej w Piłce. W listopadzie 2019 roku współautor listu wyrażającego sprzeciw wobec pochowania abp. Paetza w poznańskiej katedrze. Aktywnie działa w mediach społecznościowych, szczególnie na Twitterze.


Dotychczas w ramach Debaty Catolico ukazały się:

#1 Monika Przybysz “Kościół małych wspólnot”.
Problem: brak więzi rodzinnych, wolność wyboru jako priorytet i nierozwiązane problemy Kościoła. Recepta: głębokie zmiany na różnych poziomach w Kościele, a probierzem – aktywne czyny miłosierdzia.

#2 ks. Piotr Kieniewicz MIC “Zagubiony fundament”.
Chrześcijaninem nie jest ten, kto się za niego uważa, ale ten, kto jest nim rzeczywiście, a zatem myśli razem z Kościołem, czuje razem z Kościołem i postępuje razem z Kościołem.

#3 Paulina Guzik “Rozmawiajmy. Pięć wskazówek”.
Nawrócenie często zaczyna się od podania ręki osobie, która doznała krzywdy. Czyli – od komunikacji. Jeśli zaczniemy realizować lekcje komunikacji Jana Pawła II, a nie tylko ckliwie go wspominać, Kościół w Polsce znajdzie się w prezentowaniu swojej tożsamości w zupełnie innym, lepszym miejscu.

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Copy link
Powered by Social Snap