video-jav.net

Życie na misji to nie scenariusz (8)

Na drodze do Bouar nie było ani jednej wioski, która by nie ucierpiała. Cały czas puste domy, spalone domy, prawie pusta wioska i tak w kółko.

Ewelina
Krasnowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W drodze do Bouar, gdzie zamierzaliśmy odpocząć, nieustannie powtarzał się jeden widok. Były to opuszczone bądź spalone wioski. Gdzieniegdzie widzieliśmy ludzi albo dzieci, które na dźwięk samochodu wcale nie biegły za nami i nie machały jak zazwyczaj, tylko uciekały. Wiedzieliśmy, jaki był powód takich reakcji. Czasami  zatrzymywaliśmy się, aby porozmawiać z wystraszonymi mieszkańcami, dla których widok samochodu równał się z wizytą Seleki.

Na drodze do Bouar nie było ani jednej wioski, która by nie ucierpiała. Cały czas puste domy, spalone domy, prawie pusta wioska i tak w kółko, aż dojechaliśmy do Bouar. A na miejscu względny spokój, od dwóch dni stacjonują żołnierze francuscy i Miska, są też obecne organizacje charytatywne różnego rodzaju. Pierwszego wieczoru mieliśmy spotkanie z przedstawicielami wojsk francuskich, którzy zbierali informacje o sytuacji panującej w naszym regionie.

Życie na misji to nie scenariusz (8)

W Bouar o dziwo nie widać ludzi z Antybalaki, która wcześniej była wszechobecna. Jednak nocami towarzystwo wychodziło z cienia i czasami słychać było strzały. Chyba już mogę użyć takiego stwierdzenia, że takie strzały (znaczy się takie pojedyncze strzały) nie robią teraz na mnie takiego wrażenia, jak wcześniej.

W tym czasie udało nam się odwiedzić inne misje, a głównym tematem spotkań były nasze wcześniejsze doświadczenia, którymi się wymienialiśmy. Po niecałych dwóch tygodniach wracamy na naszą misję tą samą drogą. Widać, że ludzie powoli wracają do domów, jednak wioski, które były doszczętnie spalone, nadal często świecą pustkami.

Życie na misji to nie scenariusz (8)

Pomimo tego, że w drodze spędziliśmy w sumie 4 dni, cieszyłyśmy się z tej podróży. Bardzo rzadko trafia się okazja wyjazdu wszystkich misjonarzy z jednej placówki, w jednym czasie. Nie narzekając wcale na usytuowanie naszej misji, która jest bardzo oddalona od innych misji, a fatalne drogi odcinają nas wręcz od reszty kraju, podróżuje się tu głównie za  potrzebami. Tym bardziej miło było poodwiedzać parę miejsc i poczuć się trochę bardziej swobodnie… Mimo wszystko, nie zamieniłabym tych dziurawych ścieżek na inne, najlepsze asfaltowe drogi na świecie.

Ewelina Krasnowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ewelina
Krasnowska
zobacz artykuly tego autora >

A jeśli nie doczekasz jutra?

Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.

Polub nas na Facebooku!

Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem.

Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią.

Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją duszę. Przekonałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, że unikają miłości! Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie.

Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością, lecz z zapomnieniem, opuszczeniem.

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi… Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią, po raz pierwszy, palec swego ojca, trzyma się go już zawsze. Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości na niewiele się one przydadzą, gdyż kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.

Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym “kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz.

Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu.

Być może, że dziś patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.

Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć:
– jak mi przykro,
– przepraszam,
– proszę,
– dziękuję
i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni. Prześlij te słowa komu zechcesz.

Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.


Gabriel Garcia Marquez napisał ten tekst jako list pożegnalny do swoich przyjaciół po tym, jak dowiedział się, że choruje na nowotwór. List przetłumaczył prof. Zdzisław Jan Ryn z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ, ambasador RP w Chile i Boliwii w latach 1991-96. Ten list profesor dostał od swoich przyjaciół z Chile. Wynika z niego jasno, że autor chce, aby list został rozpowszechniony. Tekst Listu zamieszczono na stronie Fundacji Aniołowie Miłosierdzia.

 

Kongres mariologiczny o objawieniach

W Rzymie odbywa się międzynarodowy kongres o objawieniach. Prezes Papieskiej Akademii Mariologicznej zwraca uwagę, że w ostatnim czasie Kościół na nowo docenia objawienia. Choć nie są one konieczne do zbawienia, to jednak są to dary Boga, którymi nie powinno się gardzić.

Polub nas na Facebooku!

Objawienia potwierdzają, że Bóg nas nie opuścił, jest obecny pośród swego ludu i tę bliskość okazuje również w sposób nadprzyrodzony, najczęściej za pośrednictwem Matki, którą jest Maryja – uważa o. Stefano Cecchin OFM, prezes Papieskiej Akademii Mariologicznej. W Rzymie odbywa się międzynarodowy kongres na temat objawień maryjnych.

Jak zauważa o. Cecchin Kościół odkrywa dziś na nowo wartość objawień. W okresie posoborowym w niektórych środowiskach katolickich zostały one zepchnięte na dalszy plan, pod pretekstem, że należy powrócić do prawdziwego, biblijnego wizerunku Matki Bożej. Dziś, jak podkreśla włoski franciszkanin, Kościół pełniej docenia doświadczenia mistyczne, widzi w nich specyficzny wkład Ludu Bożego. Stąd inicjatywa, by w Rzymie powstał ośrodek, który będzie się zajmował badaniem objawień.

O. Cecchin apeluje też o większy szacunek względem objawień, zwłaszcza w wypadku, gdy Kościół nie uznał ich jednoznacznie za fałszywe. W przypadku Medjugorie, na przykład stała periodyczność domniemanych przesłań nie jest niczym podejrzanym – podkreśla włoski mariolog. W innych, zatwierdzonych przez Kościół objawieniach, jak na przykład w Fatimie, Maryja też wyznaczała widzącym datę kolejnego spotkania – mówi o. Cecchin.

O. Cecchin: objawienia darem Boga, nie wolno nimi gardzić.

“Myślę, że nasze serca powinny być trochę bardziej otwarte na te objawienia Boga – powiedział Radiu Watykańskiemu o. Cecchin. – Objawienia, które dokonują się w bardzo różny sposób, z uwzględnieniem też różnych kultur. Proszę zauważyć, i jest to bardzo piękne, że Maryja objawia się w różnych miejscach, w różny sposób. Ma inną karnację skóry, inną postawę, używa innego języka, dialektu. Zawsze dostosowuje się do danego ludu. Dlatego również i my, jako Kościół katolicki powinniśmy uszanować tę rzeczywistość Boga, który udziela nam tych darów. Oczywiście jeśli nie chcesz tego daru, możesz go nie przyjąć. Te dary nie są konieczne dla zbawienia. Ale zawsze są to dary, które Bóg nam daje. Nie powinno się nimi gardzić”.


(KAI) vaticannews / Rzym

54 dni Różańca za Polskę. Rusza narodowa Nowenna Pompejańska

Dziś rozpoczęła się ogólnopolska modlitwa Nowenną Pompejańską w intencji odrodzenia wiary w Polsce. Nowenna rozpoczęta dziś zakończy się 11 listopada - w 100-lecie odzyskania Niepodległości i polega na codziennym odmówieniu 3 części Różańca.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

– Naszej Ojczyźnie bardzo potrzeba modlitwy i pokuty. Matka Boża wielokrotnie w różnych objawieniach prosiła o odmawianie Różańca zapewniając, że to może uratować świat – mówi jeden z pomysłodawców akcji modlitewnej, salezjanin ks. Dominik Chmielewski. 

W prostym pomyśle chodzi o to, by właśnie 19 września rozpocząć codzienne odmawianie 3 części Różańca właśnie w intencji odnowienia wiary w Polsce. Różaniec odmawiany jest indywidualnie przez wszystkich, którzy zechcą podjąć takie wyzwanie modlitewne. 

Inicjatywę wsparło wiele katolickich wspólnot i stowarzyszeń, m.in. Mężczyźni św. Józefa, Wojownicy Maryi, Zakon Rycerzy Jana Pawła II. Zachęca do niej również raper TAU, Grzegorz Kasjaniuk z sanktuarium w Gietrzwałdzie czy o. Daniel Galus. 


Dla uczestników tej modlitwy została uruchomiona specjalna strona na Facebooku >>Nowenna Pompejańska za Ojczyznę na 100-lecie odzyskania Niepodległości 


Jak odmawiać Nowennę Pompejańską?

Przez 54 dni odmawiamy 3 części Różańca świętego. Na początku odmawiania danego dnia wymieniamy intencję modlitwy, codziennie tę sąmą. Kończymy wezwaniem do Matki Bożej: przez pierwszych 27 dni to wezwanie błagalne, przez kolejnych 27 – dziękczynne. 

 

Szerszy opis znajdziesz tutaj  >> Jak odmawiać Nowennę Pompejańską

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Z KRAJU

Koniec zdjęć do filmu “Klecha” o ks. Kotlarzu

Spalony autobus, powybijanie szyby w witrynach sklepowych i starcia protestujących z oddziałami ZOMO i Milicji Obywatelskiej - tak wyglądał ostatni dzień robotniczego protestu z czerwca 1976 roku w Radomiu.

Polub nas na Facebooku!

Ekipa filmowa „Klechy” pracowała 3 dni. Pod względem technicznym były to najtrudniejsze obrazy filmu. Zamykano lub czasowo ograniczano ruch na rondzie Kazimierza Wielkiego, kluczowego miejsca dla ruchu w centrum Radomia. To historyczne miejsce, bo tutaj 25 czerwca do idących w robotniczym proteście dołączył ks. Roman Kotlarz, a potem błogosławił im ze stopni kościoła księży jezuitów. W roli ks. Kotlarza występuje Mirosław Baka.

– To nie były łatwe sceny do realizacji. Jesteśmy już bardzo zmęczeni, ale zbliżamy się do końca. Do Radomia wjeżdżam na motorowerze, mijam grupy młodzieży, a potem dostrzegam robotników na wózkach, potem to wszystko przeradza się w protest, ludzie zaczynają krzyczeć “chcemy chleba” a ja wchodzę na stopnie kościoła i zaczynam ich wszystkich błogosławić. Byłem autentycznie wzruszony. Musiałem panować nad sobą. Mam nadzieję, że te emocje uda się przenieść na ekran kinowy – mówił Mirosław Baka.

Powstający obraz dotyczy wydarzeń z protestu radomskich robotników w czerwcu 1976 r. Jednym z bohaterów tego zrywu był ks. Roman Kotlarz, którego prześladowała Służba Bezpieczeństwa i który zmarł na skutek pobicia przez “nieznanych sprawców”. W obrazie występuje plejada znakomitych aktorów, m.in. Piotr Fronczewski, Mirosław Baka jako ks. Kotlarz, Artur Żmijewski, Danuta Stenka, Wojciech Pszoniak i Jan Peszek.

Ks. Roman Kotlarz w chwili śmierci miał 47 lat. Był inwigilowany przez ówczesne władze. W dniu protestu, 25 czerwca 1976 pobłogosławił uczestników tego marszu. Był potem nachodzony i dotkliwie pobity przez tzw. „nieznanych sprawców” na plebanii w Pelagowie-Trablicach, gdzie był proboszczem. Zmarł 18 sierpnia 1976.

Ks. Roman Kotlarz do dziś pozostaje w pamięci wielu osób symbolem walki robotników o wolność i godność ludzkiego życia. Od wielu lat wierni modlą się o jego rychłą beatyfikację. Premiera filmu przewidziana jest na początek 2019 r.

KAI/ad

Krew św. Januarego znów się upłynniła

Cud św. Januarego w katedrze w Neapolu znów się wydarzył. O 10:07 zostało to publicznie ogłoszone i pokazane zgromadzonym w świątyni wiernym.

Polub nas na Facebooku!

Lokalny portal “Napoli Today” donosi, że krew była płynna już rano 19 września, gdy metropolita Neapolu kard. Crescenzio Sepe poszedł w asyście do sejfu, w którym relikwiarz krwi świętego jest przechowywany. O 7:30 miał zawiadomić o tym fakcie burmistrza miasta. Oficjalne ogłoszenie cudu nastąpiło o 10:07 w katedrze wobec tłumów gromadzących się w niej od rana wiernych. Jak zwykle ogłoszeniu towarzyszyło wymachiwanie białą chusteczką, gromkie brawa i wiwaty.

– Musimy kochać Neapol, tak jak kochał te strony św. January! Swoim cudem wzywa nas dziś, zwłaszcza młodych, by pozostali w tym mieście, nie szukając lepszego życia gdzie indziej. Jeśli opuszczają je młodzi, to wielka porażka całej społeczności – mówił w przemówieniu z tej okazji kard. Sepe. Nawiązał tym samym do nasilającego się zjawiska emigracji zarobkowej mieszkańców Neapolu, co skutkuje starzeniem się populacji zamieszkującej miasto.

Więcej o historii cudu św. Januarego oraz o samym świętym>> January – męcznnik, którego krew przelewa się do dziś

ad/Stacja7

Czczenie rodziców prowadzi do szczęśliwego życia

Czczenie rodziców prowadzi do długiego, szczęśliwego życia - mówił w katechezie podczas audiencji generalnej 19 września papież Franciszek. Katechezę poświęcił kolejnemu z dziesięciorga przykazań Bożych.

Polub nas na Facebooku!

Jego słów na placu św. Piotra wysłuchało dziś około 15 tys. wiernych.

Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

W podróży w obrębie Dekalogu docieramy dzisiaj do przykazania o ojcu i matce. Mowa o czci należnej rodzicom. Czym jest ta „cześć”? Termin hebrajski wskazuje chwałę, wartość, dosłownie „wagę”, solidność danej rzeczywistości. „Oddanie czci” oznacza zatem uznanie tej wartości. Nie jest to kwestia form zewnętrznych, ale prawdy. Oddanie czci Bogu w Piśmie Świętym oznacza uznanie Jego rzeczywistości, liczenie się z Jego obecnością. Wyraża się to również w obrzędach, ale przede wszystkim oznacza nadanie Bogu właściwego miejsca w życiu. Szanowanie ojca i matki oznacza zatem uznanie ich ważności również poprzez konkretne działania, które wyrażają poświęcenie, miłość i troskę. Ale chodzi nie tylko o to.

Czwarte Słowo ma swoją własną charakterystykę: to przykazanie zawiera pewne następstwo. Powiada bowiem: „Czcij swego ojca i swoją matkę, jak ci nakazał Pan, Bóg twój, abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło na ziemi, którą ci daje Pan, Bóg twój” (Pwt 5,16). Czczenie rodziców prowadzi do długiego, szczęśliwego życia. Słowo „szczęście” w Dekalogu pojawia się jedynie w powiązaniu z relacją z rodzicami.

Ta licząca wiele tysięcy lat mądrość głosi to, co nauki humanistyczne potrafiły wypracować dopiero od nieco ponad stu lat, to znaczy, że dzieciństwo naznacza całe życie. Często łatwo można zrozumieć, czy ktoś dorastał w zdrowym i zrównoważonym środowisku. Ale również dostrzec, czy dana osoba pochodzi z doświadczeń porzucenia lub przemocy. Nasze dzieciństwo jest trochę jak niezmywalny atrament, wyraża się w gustach, sposobach bycia, nawet jeśli niektórzy próbują ukryć rany swojego pochodzenia.

Ale Czwarte Słowo mówi jeszcze więcej. Nie mówi o dobroci rodziców, nie wymaga od ojców i matek doskonałości. Mówi o akcie dzieci, niezależnie od zasług rodziców i powiada coś niezwykłego i wyzwalającego: chociaż nie wszyscy rodzice są dobrzy i nie każde dzieciństwo jest pogodne, to wszystkie dzieci mogą być szczęśliwe, ponieważ osiągnięcie życia pełnego i szczęśliwego zależy od słusznej wdzięczności wobec tych, którzy wydali nas na świat.

Zastanówmy się, jak bardzo to Słowo może być konstruktywne dla wielu ludzi młodych, którzy wywodzą się z sytuacji bólu i dla tych wszystkich, którzy cierpieli w młodości. Wielu świętych – i bardzo wielu chrześcijan – po bolesnym dzieciństwie przeżyło świetlane życie, ponieważ dzięki Jezusowi Chrystusowi pogodzili się z życiem. Pomyślmy o dziś jeszcze błogosławionym, ale w przyszłym miesiącu świętym Nuncjuszu Sulprizio, tym młodym Neapolitańczyku, który w wieku 19 lat zakończył swoje życie, pojednany z wieloma cierpieniami, bo jego serce było pogodne i nigdy nie wyparł się swoich rodziców. Pomyślmy o św. Kamilu de Lellis, który z nieuporządkowanego dzieciństwa zbudował życie pełne miłości i służby; o świętej Józefinie Bakhitcie, która dorastała w straszliwym niewolnictwie; lub błogosławionym Karolu Gnocchim, sierocie i ubogim, i o samym świętym Janie Pawle II, naznaczonym utratą matki w młodym wieku.

Człowiek, niezależnie od swego pochodzenia otrzymuje z tego przykazania ukierunkowanie prowadzące do Chrystusa: w Nim, w istocie objawia się prawdziwy Ojciec, który nam daje „zrodzenie się na nowo” (por. J 3,3-8 ). Zagadki naszego życia wyjaśniają się, kiedy odkrywamy, że Bóg zawsze przygotowuje nas do życia jako swoje dzieci, gdzie każde działanie jest otrzymaną od Niego misją.

Nasze rany zaczynają stawać się potencjałem, kiedy dzięki łasce odkrywamy, że prawdziwą zagadką nie jest już „dlaczego?”, ale „przez kogo?” to mi się przytrafiło. Z myślą o jakim dziele Bóg mnie ukształtował poprzez moją historię? Tutaj wszystko się odwraca, wszystko staje się cenne, wszystko staje się konstruktywne. Moje doświadczenie nawet smutne, bolesne w świetle miłości staje się dla innych źródłem zbawienia. Wtedy możemy zacząć oddawać cześć naszym rodzicom z wolnością dorosłych dzieci i miłosiernym przyjęciem ich ograniczeń [1]. Trzeba oddawać cześć rodzicom, bo obdarzyli nas życiem. Jeśli oddaliłeś się od swoich rodziców – podejmij wysiłek i powróć do nich. Może są starzy. Dali tobie życie. Istnieje też między nami zwyczaj mówienia złych rzeczy, nawet przekleństw. Proszę was bardzo: nigdy nie obrażajcie rodziców innych osób. Nigdy nie wolno znieważać matki, czy ojca innej osoby. Postanówcie dziś w swoim sercu: nigdy nie będę znieważał czyjejkolwiek matki czy ojca! Obdarzyli życiem. Nie wolno ich znieważać.

Ale to wspaniałe życie jest nam dane a nie narzucone: zrodzenie się na nowo w Chrystusie jest łaską, którą należy przyjąć w sposób wolny (por. J 1,11-13), i jest to skarb naszego chrztu, w którym przez Ducha Świętego jeden jest nasz Ojciec, Ten w niebie (por. Mt 23, 9; 1 Kor 8, 6; Ef 4, 6). Dziękuję.

KAI/ad

Jak abp Ryś i kard. Tagle pokazują piosenkę Owcy

Nazywany "Wojtyłą z Azji" kard. Luiz Antonio G. Tagle oraz metropolita łódzki abp Grzegorz Ryś dali się wciągnąć w pokazywanie coraz popularniejszej piosenki zespołu owca "Nie umrę a będę żył".

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nietypowa inscenizacja była częścią spotkania presynodalnego z młodzieżą w łódzkiej katedrze. Filipiński kardynał uczestniczył w nim, ponieważ równolegle w tym czasie głosi w Łodzi rekolekcje dla kapłanów. Abp Ryś zaprosił go również na spotkanie z młodymi. 

Po spotkaniach w grupach i Eucharystii, na której kard. Tagle głosił homilię, odbyła się radosna agapa i właśnie wtedy dwaj biskupi włączyli się spontanicznie we wspólny śpiew piosenki zespołu owca “Nie umrę a będę żył”. 

Kard. Tagle nazywany jest “Wojtyłą z Azji” z powodu swojego poczucia humoru. Podobno jest jedynym kardynałem, któremu udało się szczerze rozśmieszyć papieża Benedykta XVI.

 

A tak brzmi oryginał piosenki zespołu owca.

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

January – męczennik, którego krew przelewa się do dziś

Ścięto mu głowę, ponieważ odmówił składania czci rzymskim bogom za cesarza Dioklecjana. Pobożna niewiasta zebrała do flakonika jego krew, która do dziś w jego wspomnienie liturgiczne się upłynnia. Czy tak będzie i w tym roku?

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jedni uważają, że to tylko oliwa zmieszana z woskiem i barwnikiem. Inni – że to płyn tiksotropowy, mający właściwości samoistnego zmieniania stanu skupienia. Dla wielu jest to jednak kolejne niewytłumaczalne zjawisko, z jakim często mamy do czynienia w przypadku świętych. I choć Kościół dotychczas nie wydał oficjalnego stanowiska potwierdzającego prawdziwość cudu, nie sprzeciwia się miejscowemu zwyczajowi katedry w Neapolu, aby fakt wystąpienia niezwykłego zjawiska celebrować z nabożeństwem.

Kim był św. January?
January był biskupem starożytnego Benewentu, rówieśnikiem takich świętych jak Kosma i Damian, Zuzanna, Chryzogon czy Małgorzata. Tak jak i oni padł ofiarą prześladowań religijnych chrześcijan za cesarza Dioklecjana – jednych z najkrwawszych w historii Kościoła. Ponieważ tak jak oni nie chciał też zgodzić się na złożenie publicznej ofiary pogańskim bożkom, został skazany na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Wskutek wsparcia, jakim obdarzyli go przed urzędnikami wysoko postawieni bracia w wierze, kara została zamieniona na ścięcie. Ci, co się za nim wstawiali także padli jej ofiarą.
Biskupa Januarego i jego towarzyszy ścięto publicznie 19 września 305 r. Według podań jedna z pobożnych niewiast miała zebrać krew tryskającą z odciętej głowy biskupa do flakonika i obok jego kości dostarczyć jedną z ważniejszych relikwii.
Nie znamy dokładnie losów flakonika od czasu zebrania krwi do momentu odnotowania faktu przechowywania go w katedrze w Neapolu od roku 1389. To zatem aż tysiąc lat nieudokumentowanej historii. Można jednak założyć, że skoro wtedy z taką czcią zaczęto pisać o cudzie św. Januarego, mógł on być obserwowany przez lud Neapolu również wcześniej.

Co się dzieje?
Cud św. Januarego, jak określa się niezwykłe zjawisko zachodzące z relikwią jego krwi nawet kilka razy w ciągu całego roku, polega na upłynnieniu skrzepu przechowywanego w szczelnie zamkniętej ampułce. Przez większą część roku relikwia jest “ciałem stałym”, ale w niektóre dni, takie jak liturgiczne wspomnienie św. Januarego, przybiera postać płynną. Raz dzieje się to bardzo szybko, innym razem zajmuje nawet kilka dni. Raz polega na zwykłym upłynnieniu, kiedy indziej zaś towarzyszy temu wręcz bulgotanie – poruszanie się cieczy zawartej w ampułce.
Ponieważ zjawisko występuje dość regularnie, otaczane jest niezwykłą celebracją. Czekaniu na cud towarzyszy modlitwa z udziałem licznych wiernych, gdy zaś do cudu dojdzie – wybucha prawdziwe święto, z towarzyszeniem nawet wojskowych wystrzałów.

Co to znaczy?

Choć obecnie kapłani przed tym przestrzegają, sami neapolitańczycy od zawsze traktowali fakt wydarzenia się cudu św. Januarego jako rodzaj wróżby, zapowiadającej dobre lub złe wydarzenia dla miasta i okolicy. Kilka razy rzeczywiście zdarzyło się, że w roku, w którym cud się nie zdarzył wybuchł pobliski Wezuwiusz (1944), albo II wojna światowa (1939), epidemia cholery (1973) czy trzęsienie ziemi (1980). Mieszkający przez lata w Neapolu polski pisarz Gustaw Herling-Grudziński pisał nawet, że całe to miasto żyje “między cudem i wulkanem”, sugerując, że są lata, iż przed nieszczęściem nawet January nie może miejscowych ustrzec.

Nawróceni w połowie
Cud nie wydarzył się jednak również w 2016 r., ale nic strasznego nie nawiedziło miasta po tym zdarzeniu. Opekujący się kaplicą z relikwiami św. Januarego ks. Vincenzo De Gregorio uspokajał wtedy wiernych: “Nie możemy myśleć o katastrofach. Jesteśmy ludźmi wiary i to co musimy, to stale się modlić”.
Cud zdarzył się natomiast “nieterminowo” w marcu 2015 r., gdy katedrę neapolitańską odwiedził papież Franciszek. Krew świętego upłynniła się wtedy jednak cząstkowo, co Franciszek skomentował żartując: widocznie nawróciliśmy się dopiero w połowie, skoro św. January jest z nas tylko w połowie zadowolony”.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Porwano kapłana w Nigrze

Minionej nocy, z 17 na 18 września, w Nigrze porwano włoskiego misjonarza należącego do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich (SMA).

Polub nas na Facebooku!

O. Pierlugi Maccalli, pochodzący z Włoch, posługuje w parafii Bomoanga, położonej około 130 km na południowy zachód od stolicy kraju Niamey, przy granicy z Burkina Faso. Region ten zamieszkały jest przede wszystkim przez lud Gurma, stanowiący w Nigrze mniejszość.

Włoski misjonarz w tych dniach powrócił z dłuższego urlopu. Trudno więc określić, czy porwała go grupa dżihadystów działająca od kilku miesięcy w tamtym regionie, czy też bandyci, którzy być może spodziewali się, że znajdą wartościowe przedmioty i pieniądze przywiezione przez misjonarza.

O. Maccalli znany jest ze swej działalności ewangelizacyjnej i na rzecz obrony praw człowieka. Angażuje się w pracę w szkole, poradniach czy formacji ludzi młodych.

Region Nigru, gdzie posługuje, należy do jednego z najbiedniejszych w kraju, uważany jest nawet za miejsce wyizolowane i zapomniane. Charakteryzuje się wielkim ubóstwem, brakiem opieki medycznej, analfabetyzmem i brakiem dostępu do bieżącej wody. Brakuje tam dróg, komunikacji i połączeń telefonicznych.


(KAI) vaticannews.va / Niamey

Zakonnica starsza niż niepodległość świętowała urodziny

Jedna z najstarszych zakonnic w archidiecezji krakowskiej, s. Adamina Koczur skończyła 104 lata. 81 lat temu jubilatka wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim.

Polub nas na Facebooku!

Pochodząca z Andrychowa s. Adamina od 1992 r. przebywa na emeryturze w Wadowicach. Wcześniej, od 1975 r. do 1984 pełniła funkcję przełożonej wadowickiego Domu Zakonnego i Domu Opieki. Od 1976 była odpowiedzialna za budowę nowego domu. Placówka miała służyć starszym siostrom jak i podopiecznym. W 1983 budynek stanął w stanie surowym.

Obecnie dom służy siostrom emerytkom. Działa tu także Dom Opieki im. św. Brata Alberta. Siostry prowadzą także kuchnie dla bezdomnych w Wadowicach i Andrychowie.

Siostra Adamina Maria Koczur urodziła się 6 września 1914 r. w Andrychowie. Gdy miała 23 lata, wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Krakowie. Przy obłóczynach otrzymała imię Adamina.

Zdaniem przełożonej wadowickiego domu, ponad stuletnią jubilatkę cechuje wielki hart ducha, pokorna mądrość i niezwykła ufność w opiekę Bożą. „Siostra nadal służy Panu Bogu i ludziom przede wszystkim modlitwą” – zapewniła s. Urszula.

S. Adamina została ochrzczona w kościele św. Macieja w Andrychowie, gdzie przynieśli ją 2 dni po urodzeniu rodzice – Karolina i Franciszek.

KAI/ad

Studiuj Biblię online. Ruszyła platforma e-learningowa

Chcesz pogłębić wiedzę o swojej ulubionej księdze Pisma Świętego? Interesujesz się biblistyką? Portal Orygenes, skupiający najlepszych polskich biblistów uruchamia Uniwersytet Biblijny online!

Polub nas na Facebooku!

Na nowo powstałej platformie e-learningowej do końca roku znajdzie się łącznie 80 kursów obejmujących różne poziomy zaawansowania wiedzy biblijnej u słuchaczy. Na starcie jest ich 52. Razem będzie to tylko w tym roku 500 godzin wykładów w różnej formie: wideo, audio i tekstu. Pomysłodawcy Uniwersytetu zapewniają, że wykładów będzie systematycznie przybywać, a wszystkie będą bezpłatnie dostępne dla wszystkich zainteresowanych.

– Idea powołania takiej “uczelni” zrodziła się kilka lat temu, gdy odkryliśmy, jak wielką rolę w docieraniu Słowa Bożego do ludzi zaczął odgrywać Internet. Dostrzegliśmy jednocześnie, jak bardzo brakuje treści prezentujących rzetelną wiedzę biblijną, przy jednocześnie dużym zainteresowaniu Polaków tą tematyką – mówi ks. Mateusz Wyrzykowski, współtwórca Uniwersytetu Biblijnego. Dodaje, że często spotykał się z potrzebą “szkoły przenośnej”, zgłaszaną przez mieszkańców wsi czy małych miejscowości, dla których udział w zajęciach organizowanych przez ośrodki takie jak KUL, UAM czy UKSW jest niemożliwy.

Podkreśla, że – tak jak na zwykłym uniwersytecie – wszystkie dostępne słuchaczom materiały będą oznaczane stopniem zaawansowania, tak by coś dla siebie znaleźli wszyscy: zarówno ci, którzy szukają inspiracji do własnej Lectio Divina, jak i ci, którzy podstawy biblistyki mają już za sobą, a chcą pogłębić wiedzę już posiadaną.

Twórcami treści dostępnych na Uniwersytecie są najwybitniejsi bibliści w Polsce, tacy jak ks. prof. Waldemar Chrostowski, ks. prof. Janusz Kręcidło, bp prof. Michał Janocha, siostra dr Judyta Pudełko, dr Danuta Piekarz, dr Piotr Zaremba, dr Marcin Majewski i wielu innych. Część wykładów została przygotowana specjalnie na potrzeby Uniwersytetu, a część powstała przy okazji różnych głoszonych przez nich wykładów czy konferencji.

Uniwersytet Biblijny jest całkowicie otwarty: nie trzeba płacić czesnego, zapisywać się na listy chętnych czy dopasowywać swój plan zajęć do planu wykładów różnych wykładowców. Na razie nie ma też egzaminów, choć twórcy nie wykluczają, że będą jakieś formy sprawdzania wiedzy zdobytej przez studentów czy wystawiania dyplomów ukończenia. – Możliwość przeprowadzania testów na naszej platformie istnieje, ale jest jeszcze w fazie organizacyjnej – przyznaje ks. Mateusz Wyrzykowski.
Twórcy mają w planach również uruchomienie aplikacji ułatwiającej dostęp do materiałów multimedialnych.

ad/Stacja7

Sakramenty 18+

Dorośli ludzie przez 9 miesięcy spotykają się na przygotowaniu do Chrztu, Komunii i Bierzmowania. Co ich przyciąga? Dlaczego decydują się na przyjęcie sakramentów w dorosłym życiu?

Polub nas na Facebooku!

Kurs przygotowujący osoby dorosłe do chrztu i bierzmowania, który od kilku lat pomagam organizować, trwa dziewięć miesięcy. Dziewięć długich miesięcy. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, że wciąż znajdują się chętni i chętne do tego, żeby wziąć w nim udział. Bo co może być pociągającego w cotygodniowych późnowieczornych spotkaniach z początkowo zupełnie obcymi ludźmi? Otóż przynajmniej dwie rzeczy.

 

Długo, czyli porządnie 

To chyba najczęstszy argument podawany przez osoby, które wybierają długi kurs. Wiedzą, o co proszą (w chrzcie otrzymają przecież nowe życie, w bierzmowaniu – dary Ducha!), dlatego chcą mieć czas na przygotowanie się do sakramentu i pogłębienie swojej wiary. Długie miesiące przygotowań naprawdę działają na korzyść – pozwalają przyjrzeć się swoim motywacjom, zacieśnić relację z Bogiem i lepiej Go poznać.

 

Doświadczenie (mikro)Kościoła 

Dzięki temu, że kurs trwa tak długo, jest nie tylko przestrzenią do wzrastania w wierze, lecz także do wytworzenia prawdziwej wspólnoty wierzących. Zazwyczaj bierze w nim udział kilkadziesiąt osób, z których tylko część przygotowuje się do sakramentów – reszta im w tym towarzyszy. A są wśród nich zakonnicy i świeccy – małżeństwa, narzeczeni i single, młodzi i starsi. Różnią się (czasem skrajnie) “stażem wiary” i wrażliwością, bliskie są im odmienne duchowości. Wszyscy razem tworzą cudownie różnorodny mikro-Kościół złożony z ludzi, którzy są w drodze.

 

Kurs, jak co roku, odbywa się w warszawskim kościele św. Jacka. Organizują go i prowadzą bracia dominikanie (z pomocą grupy świeckich). Potrwa od października do czerwca. Spotkania odbywają się co tydzień, we wtorkowe wieczory. Na każde spotkanie składają się: modlitwa, konferencja i rozmowa w kilkuosobowej grupie. Częścią kursu są też dwa wyjazdy weekendowe pod Warszawę w listopadzie i w marcu.


Katarzyna Pliszczyńska