Zróbmy Papieżowi prezent!

W najbliższą niedzielę nie podglądajmy Jana Pawła II przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dziesięć lat temu szczyciłem się jedną z największych w Polsce kolekcji absurdalnych dewocjonaliów, wśród których poczesne miejsce zajmowały przywiezione z pewnego nadmorskiego kurortu gipsowe odlewy popiersia Jana Pawła II, jeden z wbudowanym termometrem, drugi z wieńczącą sylwetkę płetwą (żeby klient pamiętał, gdzie kupił, z gór mogł sobie przecież przywieźć papieża z ciupagą). Przerabianie Jana Pawła II (i większości znanych, wielkich ludzi) na konfekcję nigdy mnie specjalnie nie oburzało, raczej bawiło oraz dostarczało wiedzy o tym, jakie potrzeby siedzą w ludzkich głowach (kultura masowa, również jej religijna odnoga, to rzadko uczta dla poczucia estetyki, ale za to genialny teren badawczy dla socjologa amatora).

Jestem w stanie znieść puzzle z papieżem, breloki, portfele, długopisy, dzbanki i talerze, wiem, że wysycenie papieżem otaczającej nas rzeczywistości apogeum miało już dawno, a jeśli ktoś wciąż ma potrzebę kupić sobie brelok zamiast encykliki – kim ja jestem, żeby go potępiać? Nie składamy się wszak wyłącznie z mózgu; pamięci o najbliższych nie pielęgnujemy przecież wyłącznie czytając ich maturalne (czy doktorskie) prace, to bardzo ludzkie – chcieć mieć zawsze przy sobie czyjeś zdjęcie.

Zróbmy Papieżowi prezent!

Ale w całym tym okołokanonizacyjnym wzmożeniu, natknąłem się też na jedną formę upamiętnienia Wielkiego Rodaka, o której gdy usłyszałem najpierw nie mogłem uwierzyć, później się załamałem, a na końcu trafił mnie po prostu szlag.

W kilku parafiach w Paschę i w dni sąsiednie usłyszałem w ogłoszeniach, że w dniu kanonizacji odwołuje się msze odprawiane w godzinach 10 – 13, tak by umożliwić wiernym spokojne oglądanie transmisji mszy z Rzymu.

Nie jestem księdzem ani teologiem, ale jako prosty świecki wyobrażam sobie jedną okoliczność, która mogłaby uzasadnić odwołanie zaplanowanej Eucharystii: jest nią koniec świata.

Dla Jana Pawła II Eucharystia była osią życia – jego źródłem i szczytem. Miejscem, w którym człowiek stając w realnej Bożej obecności staje się w pełni człowiekiem.

Eucharystia to okno, które pozwala nam dostrzec, jak naprawdę wygląda życie. Że oprócz nas, łażących tu, po ziemi, jest przecież też połączony z nami ściśle (a nie osobno latający w przestworzach) Kościół świętych w niebie. Oni widzą Boga. A jeśli na mszy i my przed owym Bogiem stajemy, to znaczy że widzimy się i z nimi, że to jest realne spotkanie.

Krótko i dobitnie: miejscem, w którym każdy z nas może realnie i skutecznie spotkać się ze świętym jest ołtarz, nie kineskop. Lata gadania i tłumaczenia ludziom, po pierwsze że Jan Paweł II chciał, żeby ludzie patrzyli na Jezusa, nie na niego, po drugie że żadna transmisja nie zastąpi uczestnictwa w żywym zgromadzeniu (tak jak całowanie fotografii nie zastąpi randki z ukochanym/ukochaną), wszystko jednym ogłoszeniem parafialnym można puścić w gwizdek.

Księża mogą sobie teraz powtarzać, że przecież zastrzegli, że kto oglądał transmisję i tak musi iść w niedzielę do kościoła. Za późno, mleko już się rozlało, ludzie dostali jasny message: Pana Jezusa można odwołać, gdy leci coś ważnego w telewizji (nawet gdy jest to kanonizacja Wielkiego Polaka).

Zróbmy Papieżowi prezent!

Proboszczowie, których znam, tłumaczą, że chcieli zrobić swoim wiernym przysługę, ułatwić im życie. Komuś się tu chyba pomyliło, gdzie jest świat realny, a gdzie wirtualny. Mając do wyboru zaproszenie na realną, jak chleb i wino, ucztę Baranka oraz obejrzenie jej transmisji na LCD – kapłan Chrystusa wybiera LCD i to samo zaleca swoim wiernym. Nie będę może już brnął w bardziej rozbudowane komentowanie tego faktu, bo on dostatecznie głośno mówi (ba – wyje) sam za siebie, a mi za chwilę mogłoby nie starczyć emocjonalnej skali.

Zastanówmy się więc, co można zrobić. W sytuacji gdy nasi duszpasterze niesieni falą emocjonalnych uniesień będą toczyć krokodyle łzy przed swoimi plazmami, zadbajmy o swoje dusze sami i przynajmniej my nie zmarnujmy tej cudownej okazji jaką będziemy mieli, by zrobić sobie katechezę, ba – by się po kokardę zanurzyć, w tajemnicy świętych obcowania. A żeby tylko to! Spójrzmy: Niedziela. Okres Wielkanocny. Święto Miłosierdzia. Papież Argentyńczyk i papież Niemiec kanonizujący papieża Włocha i papieża Polaka. Dzień obłędnej radości z tego, że Pan żyje, że Ewangelia Miłości to nie bezdusznie skuteczny duchowy plan Balcerowicza, że jesteśmy częścią tak fascynującego i tak różnorodnego organizmu (bo kto taki narodowościowy miszmasz a na dodatek dwóch żywych papieży obok siebie, byłby sobie w stanie jeszcze pół wieku temu wyobrazić)!

Takich cudów nie przeżywa się za swoimi drzwiami, w swoim fotelu, w takich chwilach naturalnym odruchem jest szukać braci, trzymać się z nimi za ręce przed Panem.

Nie oglądajmy więc transmisji z Watykanu (ja planowałem tak właśnie zrobić, ale przedwczoraj okazało się, że muszę jednak pójść w tym czasie do TVN24, praca – choć za darmo, to chyba jednak raczej "posługiwanie" :) ). Nagrajmy ją sobie na dekoderze, znajdźmy później w internecie. Może jest gdzieś w Polsce jakiś kościół, gdzie księża nie oczadziali i będzie można wraz z nimi zrobić papieżowi największy prezent, jaki każdy naprawdę wierzący człowiek może sobie wyobrazić: za jego przyczyną, dokładnie w chwili jego kanonizacji, podziękować mu za jego dobre życie przed żywym Panem, idąc na mszę. W godzinie gdy Kościół na ziemi uroczyście ogłosi, że ma nadprzyrodzoną pewność, że jeden z naszych braci wygrał życie, że może być inspiracją i orędownikiem dla wszystkich, świętujmy z nim przy tym samym stole, przy którym on właśnie zasiada. Nie podglądajmy go przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Na własne życzenie rezygnujemy właśnie z ostatniej szansy, żeby trafić do niegdyś masowo (a dziś tylko sentymentalnie) katolickiego społeczeństwa z MEGAkomunikatem: ludzie, Jan Paweł II ma Wam coś bardzo ważnego do powiedzenia! To orędzie brzmi: "CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ" (a nie: "ja zostaję kanonizowany"). "Otwórzcie drzwi Chrystusowi!" (a nie "zamknijcie na pół dnia kościoły, bo będę w telewizji"). A przed nami największe wyzwanie: uznając to, nie ograniczyć się do skwitowania tego rytualnym samobiczowaniem i nudnymi jak flaki z olejem wymówkami typu: "bo wszyscy Polacy (nie tylko ja) są tacy powierzchowni", bo "kochali papieża, ale go nie słuchali (nie tylko ja, więc mam czyste sumienie)". To wszystko już wiemy.

Teraz mamy jeszcze parę dni, by każdy zastanowił się, co może zrobić, by w tę niedzielę w jego życiu stało się coś więcej niż przyjęcie dawki promieniowania z monitora plus emocjonalny skok ciśnienia i uronienie kilku łez w chusteczkę (objawy wspólne dla oglądania kanonizacji, "Lessie wróć", "Na dobre i na złe" oraz biegów Justyny Kowalczyk).


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Tylko mnie kochaj

Zawsze kiedy piszę tekst o Wielkiej Nocy kusi, by zacząć od biadolenia, że kiedyś ludzie przeżywali to, co się w tych dniach działo z Jezusem, a dziś przeżywają głównie to, co stanie się ze święconką, skoro ksiądz tak machnął kropidłem, że woda spadła na solniczkę, ale już nie na jajka.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ojcu Joachimowi Badniemu przypisywane jest powiedzenie, że chrześcijaństwo to nie jest słodki soczek dla niemowląt, że to "whiskey on the rocks", whisky z lodem, napój dla prawdziwych koneserów. Jeśli to prawda, to Triduum jest czasem, gdy najbardziej wykwintny gatunek tegoż trunku staje się dostępny człowiekowi kompletnie za darmo. Każdemu. Dobremu i złemu, temu co pościł i się starał i temu, który miał wszystko w nosie. Przy wejściu do pustego grobu nikt nikomu nie sprawdza dzienniczków (pięknie mówi o tym Jan Chryzostom w zamieszczonej poniżej homilii, którą nasi prawosławni bracia czytają w czasie najważniejszego wielkanocnego nabożeństwa).


Homilia wielkanocna św. Jana Chryzostoma

Jeśli ktoś jest uczciwy i pobożny, niech znajdzie radość w tej dobrej i pełnej światła uroczystości. Jeśli ktoś jest roztropny, niech wejdzie, ciesząc się, do radości Pana swego. Jeśli ktoś dźwigał udręki postu, niechże otrzyma dziś słuszną zapłatę. Jeśli niósł trudy pierwszej godziny, niech sprawiedliwą otrzyma należność. Jeśli ktoś przyszedł po trzeciej godzinie, niechże świętuje z wdzięcznością…

(czytaj więcej)


Tylko mnie kochaj

Więc dlaczego tylu ludzi ma to w poważaniu?

Próbując wytłumaczyć kiedyś niewierzącym znajomym fenomen paschalnej radości, zaproponowałem by wyobrazili sobie, co działoby się na ulicach Warszawy, gdyby jedyne w naszym kraju sklepy luksusowych marek Louis Vitton (gdzie torebka damska potrafi podobno kosztować i pod sto tysięcy złotych) oraz dajmy na to Christian Dior, na skutek szalonej decyzji właścicieli otworzyły nagle podwoje, zlikwidowały kasy, a ochroniarze wyszliby na ulicę i zachęcali: przychodźcie, bierzcie, kupujcie bez płacenia. Aleje Jerozolimskie, Bracka, Plac Trzech Krzyży, zaroiłyby się od ludzi zaczerwienionych z emocji, podnieconych do granic, szczęśliwych że coś, co było kompletnie poza ich zasięgiem nagle jest w ich ręku. Że mają coś, czego nieskutecznie pragnęli. I że dostali to kompletnie bez wysiłku, że ktoś ich fantastycznie obdarował.

Dlaczego darmowa torebka byłaby dziś dla nas niespodzianką dużo fajniejszą niż zbawienie od śmierci? Bo torebki nie mamy, a co do zbawienia – wydaje nam się, że zbawiamy się przecież doskonale sami. Jedni zabawą, inni nauką, inni seksem, inni pobożnością i kolekcjonowaniem "dobrych uczynków". Dokładnie tak, niewierzącym można stać się również przez nadmierną koncentrację na własnej doskonałości. Ucząc ludzi (i siebie) że chrześcijaństwo to ich grzeczne zachowanie, zrobiliśmy z Boga żarówkę która świeci na tyle mocno, na ile człowiek na podłączonym do niej rowerku pedałuje. Byłeś grzeczny? Niebo masz w pakiecie.

Patrząc na przedświąteczne kolejki do konfesjonałów zastanawiam się ilu ludzi idzie tam, by zobaczyć lustro. Nie spotkać się z Bogiem i jego miłością, a zupełnie samodzielnie wziąć okresowy duchowy prysznic, zrobić coroczny przegląd ducho-samochodu. Czy oni rzeczywiście doświadczyli bezsilności, bez której człowiek nie jest w stanie przeżyć Wielkiej Nocy? Czy nadal myślą, że człowiek "z Bożą pomocą" jakoś sobie to zbawienie wypracuje?

Żeby była jasność – piszę to też o sobie. Ja też nie umiem cieszyć się ze zmartwychwstania tak, jakbym ucieszył się na wieść, że ktoś spłacił mi wszystkie kredyty i dorzucił Ferrari. Długie lata patrzyłem na Triduum jak na rekonstrukcję historyczną bitwy pod Grunwaldem połączoną z próbą wymuszenia na odbiorcy emocji, których w nim raczej nie ma. Na doroczne odczytywanie legend założycielskich chrześcijaństwa. Na liturgiczną mordęgę, którą trzeba przecierpieć, bo Jezus też przecież swoje przecierpiał. Że Jezus przynosi ratunek? Dziękuję, ja jakoś sobie radzę, idź, Panie Jezu, do prostytutek i złodziei. Dostrzegałem w tym wszystkim podniosłość, ale patos nie zmienia ludzkiego życia. To potrafi tylko miłość.

Tylko mnie kochaj

A przecież te trzy dni nie są o niczym innym. Staje przed tobą ktoś, kto mówi ci: tylko mnie kochaj. Możesz zrobić wszystko: wzruszyć ramionami i rzucić się w ramiona. Triduum to Love Story, w której Jezus staje z tym oświadczeniem przed każdym człowiekiem, od Abrahama przez Ignacego Łukasiewicza do Lady Gagi. Jasne, że można obejrzeć tylko niedzielny happy end, jasne że można poprzestać na laniu łez w piątkowe popołudnie.

Każdy z tych trzech dni pokazuje prawdę z innej strony. Mój Kościół uparł się, żeby w Wielki Czwartek bardziej od Jezusa celebrować jego naziemny personel, zrobić z tego dnia swoisty Dzień Księdza, gdy mamy iść z kwiatami, wdzięcznością i deklamować wierszyki. Z całym moim wielkim szacunkiem dla duchownych, ten wątek staram się jednak grzecznie pomijać. Bo wciąż nie mogę wyjść z szoku patrząc na zachowanie Jezusa, który siada z uczniami do paschalnej wieczerzy. Który – podobnie zresztą w piątek – zdaje się robić wszystko, by dać jeszcze ludziom szansę. Judaszowi podaje kawałek chleba (co było wielkim znakiem przyjaźni, wyróżnienia), prowokuje go niejako wprost mówiąc o tym, że to on go zdradzi, próbuje go na wszystkie sposoby obudzić, ale robi to nie waląc go po głowie, ani każąc innym uczniom go związać. W reakcji na zło, nie wyciąga broni, ale robi jeszcze więcej dobra.  Zdaje się przeciągać rozmowę z Piłatem, zostawia mu miejsce do podjęcia dobrej decyzji, nie pędzi na krzyż, nie ucieka od niego, robi to, co powinien robić każdy – zło dobrem zwyciężać.

Wielki Piątek to dla mnie nie film "Pasja" i wywołujące afektywne spazmy nurzanie się w anatomicznych szczegółach agonii skazańca. To wstrząsające przypomnienie, że dziś, w środę i za tydzień we wtorek, ktoś kocha mnie do tego stopnia, że jest gotów nie tyle pożyczyć mi pięć tysięcy do pierwszego albo zrobić rosół, gdy będę miał grypę, ale literalnie oddać za mnie życie. Na Jezusa patrzymy czasem jak na aktora, który miał po prostu zagrać rolę napisaną przez Ojca. To bzdury. Przecież On sam chciał przejść przez wszystko co będzie trzeba dla mnie. Nie musiał tego robić, niczego Mu nie brakuje, ale nie wyobraża sobie  swojego boskiego życia beze mnie. Nie chce wieczności, w której nie będzie mnie, Mieszka I, Tomasza z Akwinu, carycy Katarzyny i Rihanny.

Wielka Sobota to schizofrenia doczesności. Z jednej strony – dramatyczna cisza świata po grzechu. Każdy grzech to martwy uczynek, kwas rozlany na trawniku, coś ruszało się, a nie rusza, było zielone, a umarło. Zrobiłem tak, że coś/ktoś przestał/przestało żyć. Nie ma większego grzechu niż zabicie Boga, który stworzył świat. Świat w Wielką Sobotę po prostu nie ma sensu. Szkoda, że nie doczekał jej Judasz, który prawidłowo ocenił wagę tego co się stało popełniając samobójstwo w Wielki Piątek. Gdyby przespał (albo przepłakał) dałby sobie szansę, by zrozumieć przesłanie swojego Mistrza: to nie twoje dobre czy złe uczynki decydują o istnieniu świata, to Bóg, który pierwszy zakochał się w człowieku do szaleństwa. Jezus naprawdę umarł. Ale – jak mówi Kościół – gdy trafił tam, gdzie trafiają zmarli nie zaczął wraz z nimi szykować się na wejście do Nieba, On to Niebo im własnoręcznie otworzył.

Tylko mnie kochaj

Niosace wonności Mirofory, ikona

Tymczasem po śmierci Jezusa w Jerozolimie nadal trwała przedświąteczna gorączka, kogo obchodziła egzekucja szefa jakiejś sekty? Ludzie zabili Boga w pośpiechu, by zdążyć uczcić Boga. Popełnili największe świętkoradztwo, dbając o to, by ich życie miało sens, zabili sens życia bo nie zauważyli człowieka.

A ten człowiek pokazał im, że to On jest wszystkim, nie ich moralność, pobożność czy głębokie przemyślenia. Jezus zmartwychwstały nie robi przecież uczniom wykładów z tego co się stało. Nie dba o takie szczegóły, jak przekazanie im argumentów, które mogłyby przekonać wątpiących. Jezus nie robi show, nic nikomu nie udowadnia. Robi to, co w czwartek i piątek, jest. Jedynym świadkiem zmartywchwstania była noc, nie wiemy przecież o której dokonało się godzinie. Wiadomo tylko jedno – grób jest pusty. Może dla kogoś będzie to dziś herezją, ale dla mnie – podobnie jak dla pierwszych chrześcijan – to nie krzyż jest znakiem, który zamyka Triduum, jest nim właśnie pusty grób.

Jedną z moich ulubionych ikon opowiadających o tym, co się w tych dniach dzieje jest ikona "Mirofory", Niosące Wonności. Kobiety niosły ze sobą wonności, spodziewając się, że zwłoki zaczęły się już rozkładać, potrzebowały więc ich by nie zemdleć. W kościele dominikanów na warszawskim Służewiu widziałem kiedyś Grób Pański wzorowany na tej właśnie ikonie. Miroforami byli wszyscy, którzy do owej kaplicy wchodzili. A w niej były tylko dwie wielkie ikony aniołów z rozpostartymi skrzydłami. I kamienny ołtarz z którego (nie wiem jak to zostało zrobione) wyrastały zielone gałązki.

Przed takim widokiem można tylko paść na kolana, rozpłakać się, milczeć. I próbować ze szczęścia, nie z durnej radości z powodu torebki, nie zemdleć. Skoro z kamienia jest w stanie wyrosnąć bluszcz, inaczej patrzę na te wszystkie kamienie, które są dziś w moim i moich bliskich życiu, w głowie, w sercu. Wiem, że Wybawca mój żyje.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >