Wyrównanie rachunków

Robiąc rachunek sumienia obok minusów, policz też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostałeś. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Gdy słucham rozmów moich znajomych o spowiedzi mam wrażenie, że zbyt często tkwią w nich wciąż te same błędy. Po pierwsze: ludzie (w tym czasem księża) nie mogą się zdecydować, czy spowiedź ma być spłatą moralnej pożyczki, czy otrzymywanym darmo uzdrowieniem. Po drugie: nie umieją znaleźć właściwej relacji między spowiedzią, a kierownictwem duchowym. Po trzecie (i chyba najważniejsze) – mylą (księża też) spowiedź z sakramentem pojednania.

O historii tegoż sakramentu nabrzmiałe od wiedzy eseje z pewnością napiszą mądrzejsi ode mnie kapłani, ja przypomnę tylko, że na początku chrześcijaństwa obowiązywał system, w którym pojednanie i towarzysząca mu pokuta, najczęściej publiczna, mogła mieć miejsce raz w życiu (więc zapobiegliwie odkładano całą tę sytuację na momenty przedśmiertne). Później mnisi iroszkoccy rozpowszechnili zwyczaj pokuty prywatnej, powtarzalnej, i szczegółowo staryfikowanej w tzw. penitencjałach (rozkoszna lektura, detalicznie opisująca ile dni postu należy się za współżycie z żoną w niedzielę, za urządzanie polowań, za jedzenie padliny albo za przepowiadanie pogody). Obecne minimum minimorum, czyli przynajmniej jedna spowiedź w roku, to ustalenia Soboru Laterańskiego IV (rok 1215).

Wyrównanie rachunków

I z jednej strony chciałoby się wspomnianych mnichów iroszkockich wyściskać, za to że doprowadzili do sytuacji, w której ze spowiedzią nie trzeba czekać na śmiertelną anginę, z drugiej – to zaproponowane przez nich myślenie zabija nam dziś piękno tego sakramentu. Od początku najważniejsze były w nim przecież nie buchalteryjne wyliczanki, ale obudzenie w człowieku świadomości, że spotyka się ze Zmartwychwstałym, który z całego serca chce mu wybaczyć wszystkie głupoty i błędy, mocne postanowienie poprawy (bez którego cała ta historia zmienia się w okresową, rytualną odklepywankę) i zadośćuczynienie (które pokazuje, czy rzeczywiście żałujesz za to co zrobiłeś, masz świadomość, że to było złe i chcesz to naprawić).

Gdzieś nam się dziś rozmyła świadomość, że wyrecytowanie grzechów to tylko jeden z pięciu kroków, który powinien zrobić człowiek, który chce skorzystać z Bożego miłosierdzia. Przede wszystkim jednak ci, którzy mają kłopot z sakramentem pojednania, zdają się mieć go głównie dlatego, że w konfesjonale spotykają się z księdzem, nie z Chrystusem.

Kupują (za pokutne zdrowaśki albo lektury) moralną amnestię od przedstawiciela kościelnej instytucji, a nie zanurzają się w spotkaniu z Kimś, kto do szaleństwa i bezwarunkowo ich kocha.

Akcentują przy tym swój wysiłek: "zrachunkowania" sumienia, przekroczenia własnych lęków przed kompromitacją i wystawieniem się na inną wrażliwość (a czasem brak wrażliwości) siedzącego w konfesjonale człowieka, a gdy na dodatek on też pogrąża się w rachunkowości i oczekuje od człowieka przedstawienia wydruku z duszy, nie ma już zupełnie miejsca na uświadomienie sobie, że przecież w myśl kościelnej nauki sakrament pojednania jest jednym z dwóch sakramentów uzdrowienia (obok namaszczenia chorych). A uzdrowienie to coś, co dostaje się od kogoś, nie od siebie. Za darmo. Jedynym warunkiem, by je otrzymać, jest otworzyć się na nie. I ograniczyć tempo kolejnego zachorowania (bo na coś się chorować zawsze będzie). I po to jest tych pięć kroków, żebym był zdrowy, a nie żeby "Bozia" już się nie dąsała, nie zsyłała chorób i wypadków, i żeby generalnie przez chwilę było jej fajnie.

Wyrównanie rachunków

Dygresja: OK, wszystko super, żal, wyrównanie krzywd, postanowienie zmiany, jasna sprawa. Ale co tu robi pokuta? Co zmieni odmówienie z przymusu jednej części różańca, co to za logika: zrobiłeś coś złego, to teraz zrób coś dobrego, to będziemy kwita?

Pokuta to nie wyrównanie rachunków z Bogiem i światem, ale przekopanie gleby swojego serca, tak by postanowienie poprawy głębiej się w nim zakorzeniło, żeby uzdrowienie było trwalsze. Pokuta ma ci pomóc otworzyć się na to, na co się zamknąłeś.

Trzeci i pierwszy punkt mamy zdiagnozowany. A co z drugim: spowiedź, czy kierownictwo duchowe? Szybka interwencja na Izbie Przyjęć, czy stałe konsultacje z lekarzem rodzinnym? Osobiście obstawiam wariant drugi, wierząc, że gdy łączy się sakrament pokuty z prowadzeniem przez doświadczonego księdza, do którego i Kościół i ja mamy zaufanie – duchowe życie nie tyle przebiega szybciej, co jest się w nie znacznie bardziej zaangażowanym. Rozumie się procesy, zauważa, że jedne grzechy mają źródło w mojej własnej słabości, inne to skutek bezpośredniej działalności kusiciela. Pewnych rzeczy uczy się unikać, formuje się sumienie do tego, by samo rozsądzało, a nie ze wszystkim latało do księdza. Itd.

Wyrównanie rachunków

Co bym więc zalecał człowiekowi, który u spowiedzi nie był lata, boi się do niej iść, nie wie, jak się do tego wszystkiego zabrać? Po pierwsze, aby uwierzył, że o Boga tu chodzi, o Boga, który aż się pali do tego by wyleczyć wszystkie ludzkie rany. Po drugie – by z namysłem i rozwagą (tu naprawdę nie piekarnia) wybrał księdza, który w tym spotkaniu będzie pośredniczył i sakramentu w imieniu Chrystusa udzielał. Po trzecie – by robiąc rachunek sumienia obok minusów, policzył też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostał. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia. Policz swoje grzechy, ale też – jak chętnie mawiają protestanci: "count your blessings".

A do oglądania się w świetle przykazań Starego Prawa dołóż też Nowe Prawo: przeczytaj Osiem Błogosławieństw. Bo to jest rozpisane na konkrety podstawowe przykazanie, którego gdy nie zrozumiemy, wszystkie nasze moralne wyliczanki będą pobożnym pustosłowiem. To przykazanie brzmi: "macie się nazwajem kochać". Cała reszta to didaskalia, dodatki, komentarze.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Mój starszy brat ksiądz

Gdyby o synonim słowa "ksiądz" zapytać kogoś, kto Kościół ma w nosie, odpowiedź (w najlepszym wypadku) brzmiałaby pewnie: "urzędnik" albo "funkcjonariusz". Gdyby o to samo zapytać człowieka zaangażowanego w Kościół, odpowiedziałby pewnie: "pasterz".

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Z opisu bliżej mi pewnie do tej drugiej kategorii, ale ja księdza pasterzem nazywać nie lubię. Mam wrażenie, że dużo zbędnych napięć, niezrozumienia i frustracji narastających na linii księża – świeccy bierze się właśnie z dosłownego potraktowania przywoływanego w Ewangelii symbolu. Objawienie dokonało się w kulturze rolniczej, Jezus opisując relacje ze światem, mówił językiem którym uczniowie oddychali. Teoretycznie "łapiemy", o co chodzi, wiemy że Biblia nie jest podręcznikiem biologii, czy historii, że gdy Jezus mówi o "drzazdze w oku" nie pisze podręcznika okulistyki, a słów skierowanych do Piotra, "Paś owce moje", nie odbieramy jako wezwania do rozkręcenia hodowli. Mimo to, coś co nazwałem kiedyś "podhalańskim modelem kontaktów", w którym ksiądz wziął Ewangelię nadto dosłownie i mocno uwierzył w to, że jest pasterzem, którego rolą jest kijem zaganiać rozłażące się na boki półgłupie owieczki, wierny zaś – że jego rolą jest beczeć i dawać się strzyc, pokutuje w naszych głowach na całego.

Mój starszy brat ksiądz

Zastanawiam się, jaka metafora mogłaby lepiej oddawać dziś Jezusowy zamysł. Myśląc o tym, kim ma być dla mnie ksiądz, odwołuję się do słowa "prezibter", tj. starszy. Ale – myślę na brudno – dlaczego starszym od razu musi być ojciec (jak się powszechnie utarło)? Dlaczego nie starszy brat?

Mi osobiście (to moje, prywatne odczucie) ciężko jest widzieć ojca w dekadę ode mnie młodszym młodzieńcu, który – owszem, w akcie święceń otrzymał władzę kapłańską – ale życiową mądrość i wiedzę, której oczekuje się od ojca będzie jednak jeszcze nabywał przez wiele, wiele lat. Wśród starszych księży znam takich, którzy z miejsca zaczynają wszystkim mówić per "ty", paternalizują, są przekonani że akt święceń kapłańskich był równoznaczny z aktem adopcji mnie, jako ich przybranego dziecka, w związku z czym mogą ustawiać mi życie (dodatkowo sądząc, że w sakramencie tym otrzymali w pakiecie wszechwiedzę o wszystkim, co jest na świecie – zaczynając od spraw polityczno – społecznych, a na detalach życia rodzinnego kończąc). Tym zwykłem odpowiadać, że mam już dwóch ojców, jednego w Niebie, drugiego w Białymstoku, sierotą się nie czuję i nie szukam trzeciego. Per "ojcze" zwracam się więc zwyczajowo do zakonników. Wyobrażam sobie, że mógłbym się tak zwracać do swojego spowiednika. Na tym basta.

Najlepiej, najprościej, najpełniej układają mi się relacje z księżmi, o których wiem, że są moimi braćmi. Uwaga: nie kumplami. Braćmi. Czasem starszymi, czasem równymi wiekiem. Mającymi inną niż ja drogę realizacji powołania, wyposażonymi przez Boga w specjalną misję i zadania. Starszy brat to ktoś, kto może mi pomóc zinterpretować wolę rodziców, ostrzec przed niebezpieczeństwem, pokazać niedostatecznie dostrzegane piękno świata. Teoretycznie nie mam prawa oczekiwać od niego, by był dla mnie wzorcem (bo zadaniem księdza jest przekazać nienaruszony depozyt wiary i sprawować sakramenty), ale jednak w głębi duszy chciałbym, by nim był. Nie żeby był ideałem, odczłowieczonym wymoczkiem w sutannie, ale by był wzorem w zmaganiu się ze swoją nie-idealnością. Mądrym w zmaganiu się, nie usiłowaniu przeskoczenia swojej natury i stania się aniołem.

Mój starszy brat – ksiądz, powinien po prostu być pełną gębą dążącym do świętości człowiekiem. 

Chciałbym, żeby mi na nim zależało. Jemu powinno zależeć na mnie, a mi na nim.

Mój starszy brat ksiądz

Wielką tragedią wielu polskich księży jest to, że wierni miewają do nich schizofreniczne podejście: raz widzą w nich wyłącznie automaty do okresowego czyszczenia moralnej tapicerki oraz rozdawania komunii (a jak automat działa nie tak jak chce, to będę robił dym, krzyczał że to skandal i jak się klienta traktuje), z drugiej – oczekują czasem, że ksiądz będzie przytulanką, która nic nie mówiąc rozwiąże wszystkie ich emocjonalne problemy. Nie widzą w księżach właśnie swoich braci, fundując im czasem ciężką samotność wśród ludzi.

Jasne, Kościół to rzeczywistość hierarchiczna, ale czy naprawdę nie moglibyśmy na chwilę wydobyć się z pozycjonowania wszystkich relacji, jakie się w nim dzieją w schemacie "wyżej – niżej" (skoro nawet Bóg go na nowo napisał stając się jednym z nas)? Dlaczego nie spróbować pomyśleć, że ksiądz ma po prostu inaczej? Że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Że oni bez nas, świeckich, wyglądaliby – jak pisał kardynał Newman – "raczej głupio", a my bez nich nie mielibyśmy dostępu do źródła jakie bije w sakramentach i tych wszystkich wielkich darów, jakie Bóg dał im szansę rozwijać robiąc ich Swoimi kapłanami?

Mój starszy brat ksiądz

Gdybym tylko mógł (w polskich warunkach nie jest to nie do pomyślenia) – wszystko, co się da: kancelarię, budowę kościoła, Caritas, katechezę, kasę parafii, lokalną politykę, oddałbym świeckim, księdzu pozwalając realizować powołanie, w którym nikt go nie zastąpi. Poprosiłbym go, by zachłysnął się swoim kapłaństwem, by zostawił to, co mniej istotne. Niech z autentyczną troską czuwa nad drogą swoich młodszych braci. Którzy niechby wreszcie wyzbyli się konceptu, że ksiądz jest od tego, by się modlił i uświęcał za mnie, a ja tu sobie pożyję moje życie (i tym głośniej będę krzyczał, gdy powinie mu się noga).

Jestem głęboko przekonany, że drogą do uzdrowienia i pogłębienia relacji ksiądz – świecki w naszym Kościele jest nie więcej publicystyki i przerzucania się przykładami ("a ja słyszałem o złym księdzu, a ja znam dobrego księdza"), a dużo więcej wypitej wspólnie z miejscowym wikarym herbaty, więcej wspólnych kolacji, dyskusji. Jeśli masz problem ze swoim księdzem, cofnij się o krok i zobacz w nim takiego samego jak ty człowieka. To nie agent Watykanu, nie wlepiająca mandaty moralna Straż Miejska, nie pies ogrodnika i nie urzędnik Boga. To twój starszy brat.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >