Tylko mnie kochaj

Zawsze kiedy piszę tekst o Wielkiej Nocy kusi, by zacząć od biadolenia, że kiedyś ludzie przeżywali to, co się w tych dniach działo z Jezusem, a dziś przeżywają głównie to, co stanie się ze święconką, skoro ksiądz tak machnął kropidłem, że woda spadła na solniczkę, ale już nie na jajka.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ojcu Joachimowi Badniemu przypisywane jest powiedzenie, że chrześcijaństwo to nie jest słodki soczek dla niemowląt, że to "whiskey on the rocks", whisky z lodem, napój dla prawdziwych koneserów. Jeśli to prawda, to Triduum jest czasem, gdy najbardziej wykwintny gatunek tegoż trunku staje się dostępny człowiekowi kompletnie za darmo. Każdemu. Dobremu i złemu, temu co pościł i się starał i temu, który miał wszystko w nosie. Przy wejściu do pustego grobu nikt nikomu nie sprawdza dzienniczków (pięknie mówi o tym Jan Chryzostom w zamieszczonej poniżej homilii, którą nasi prawosławni bracia czytają w czasie najważniejszego wielkanocnego nabożeństwa).


Homilia wielkanocna św. Jana Chryzostoma

Jeśli ktoś jest uczciwy i pobożny, niech znajdzie radość w tej dobrej i pełnej światła uroczystości. Jeśli ktoś jest roztropny, niech wejdzie, ciesząc się, do radości Pana swego. Jeśli ktoś dźwigał udręki postu, niechże otrzyma dziś słuszną zapłatę. Jeśli niósł trudy pierwszej godziny, niech sprawiedliwą otrzyma należność. Jeśli ktoś przyszedł po trzeciej godzinie, niechże świętuje z wdzięcznością…

(czytaj więcej)


Tylko mnie kochaj

Więc dlaczego tylu ludzi ma to w poważaniu?

Próbując wytłumaczyć kiedyś niewierzącym znajomym fenomen paschalnej radości, zaproponowałem by wyobrazili sobie, co działoby się na ulicach Warszawy, gdyby jedyne w naszym kraju sklepy luksusowych marek Louis Vitton (gdzie torebka damska potrafi podobno kosztować i pod sto tysięcy złotych) oraz dajmy na to Christian Dior, na skutek szalonej decyzji właścicieli otworzyły nagle podwoje, zlikwidowały kasy, a ochroniarze wyszliby na ulicę i zachęcali: przychodźcie, bierzcie, kupujcie bez płacenia. Aleje Jerozolimskie, Bracka, Plac Trzech Krzyży, zaroiłyby się od ludzi zaczerwienionych z emocji, podnieconych do granic, szczęśliwych że coś, co było kompletnie poza ich zasięgiem nagle jest w ich ręku. Że mają coś, czego nieskutecznie pragnęli. I że dostali to kompletnie bez wysiłku, że ktoś ich fantastycznie obdarował.

Dlaczego darmowa torebka byłaby dziś dla nas niespodzianką dużo fajniejszą niż zbawienie od śmierci? Bo torebki nie mamy, a co do zbawienia – wydaje nam się, że zbawiamy się przecież doskonale sami. Jedni zabawą, inni nauką, inni seksem, inni pobożnością i kolekcjonowaniem "dobrych uczynków". Dokładnie tak, niewierzącym można stać się również przez nadmierną koncentrację na własnej doskonałości. Ucząc ludzi (i siebie) że chrześcijaństwo to ich grzeczne zachowanie, zrobiliśmy z Boga żarówkę która świeci na tyle mocno, na ile człowiek na podłączonym do niej rowerku pedałuje. Byłeś grzeczny? Niebo masz w pakiecie.

Patrząc na przedświąteczne kolejki do konfesjonałów zastanawiam się ilu ludzi idzie tam, by zobaczyć lustro. Nie spotkać się z Bogiem i jego miłością, a zupełnie samodzielnie wziąć okresowy duchowy prysznic, zrobić coroczny przegląd ducho-samochodu. Czy oni rzeczywiście doświadczyli bezsilności, bez której człowiek nie jest w stanie przeżyć Wielkiej Nocy? Czy nadal myślą, że człowiek "z Bożą pomocą" jakoś sobie to zbawienie wypracuje?

Żeby była jasność – piszę to też o sobie. Ja też nie umiem cieszyć się ze zmartwychwstania tak, jakbym ucieszył się na wieść, że ktoś spłacił mi wszystkie kredyty i dorzucił Ferrari. Długie lata patrzyłem na Triduum jak na rekonstrukcję historyczną bitwy pod Grunwaldem połączoną z próbą wymuszenia na odbiorcy emocji, których w nim raczej nie ma. Na doroczne odczytywanie legend założycielskich chrześcijaństwa. Na liturgiczną mordęgę, którą trzeba przecierpieć, bo Jezus też przecież swoje przecierpiał. Że Jezus przynosi ratunek? Dziękuję, ja jakoś sobie radzę, idź, Panie Jezu, do prostytutek i złodziei. Dostrzegałem w tym wszystkim podniosłość, ale patos nie zmienia ludzkiego życia. To potrafi tylko miłość.

Tylko mnie kochaj

A przecież te trzy dni nie są o niczym innym. Staje przed tobą ktoś, kto mówi ci: tylko mnie kochaj. Możesz zrobić wszystko: wzruszyć ramionami i rzucić się w ramiona. Triduum to Love Story, w której Jezus staje z tym oświadczeniem przed każdym człowiekiem, od Abrahama przez Ignacego Łukasiewicza do Lady Gagi. Jasne, że można obejrzeć tylko niedzielny happy end, jasne że można poprzestać na laniu łez w piątkowe popołudnie.

Każdy z tych trzech dni pokazuje prawdę z innej strony. Mój Kościół uparł się, żeby w Wielki Czwartek bardziej od Jezusa celebrować jego naziemny personel, zrobić z tego dnia swoisty Dzień Księdza, gdy mamy iść z kwiatami, wdzięcznością i deklamować wierszyki. Z całym moim wielkim szacunkiem dla duchownych, ten wątek staram się jednak grzecznie pomijać. Bo wciąż nie mogę wyjść z szoku patrząc na zachowanie Jezusa, który siada z uczniami do paschalnej wieczerzy. Który – podobnie zresztą w piątek – zdaje się robić wszystko, by dać jeszcze ludziom szansę. Judaszowi podaje kawałek chleba (co było wielkim znakiem przyjaźni, wyróżnienia), prowokuje go niejako wprost mówiąc o tym, że to on go zdradzi, próbuje go na wszystkie sposoby obudzić, ale robi to nie waląc go po głowie, ani każąc innym uczniom go związać. W reakcji na zło, nie wyciąga broni, ale robi jeszcze więcej dobra.  Zdaje się przeciągać rozmowę z Piłatem, zostawia mu miejsce do podjęcia dobrej decyzji, nie pędzi na krzyż, nie ucieka od niego, robi to, co powinien robić każdy – zło dobrem zwyciężać.

Wielki Piątek to dla mnie nie film "Pasja" i wywołujące afektywne spazmy nurzanie się w anatomicznych szczegółach agonii skazańca. To wstrząsające przypomnienie, że dziś, w środę i za tydzień we wtorek, ktoś kocha mnie do tego stopnia, że jest gotów nie tyle pożyczyć mi pięć tysięcy do pierwszego albo zrobić rosół, gdy będę miał grypę, ale literalnie oddać za mnie życie. Na Jezusa patrzymy czasem jak na aktora, który miał po prostu zagrać rolę napisaną przez Ojca. To bzdury. Przecież On sam chciał przejść przez wszystko co będzie trzeba dla mnie. Nie musiał tego robić, niczego Mu nie brakuje, ale nie wyobraża sobie  swojego boskiego życia beze mnie. Nie chce wieczności, w której nie będzie mnie, Mieszka I, Tomasza z Akwinu, carycy Katarzyny i Rihanny.

Wielka Sobota to schizofrenia doczesności. Z jednej strony – dramatyczna cisza świata po grzechu. Każdy grzech to martwy uczynek, kwas rozlany na trawniku, coś ruszało się, a nie rusza, było zielone, a umarło. Zrobiłem tak, że coś/ktoś przestał/przestało żyć. Nie ma większego grzechu niż zabicie Boga, który stworzył świat. Świat w Wielką Sobotę po prostu nie ma sensu. Szkoda, że nie doczekał jej Judasz, który prawidłowo ocenił wagę tego co się stało popełniając samobójstwo w Wielki Piątek. Gdyby przespał (albo przepłakał) dałby sobie szansę, by zrozumieć przesłanie swojego Mistrza: to nie twoje dobre czy złe uczynki decydują o istnieniu świata, to Bóg, który pierwszy zakochał się w człowieku do szaleństwa. Jezus naprawdę umarł. Ale – jak mówi Kościół – gdy trafił tam, gdzie trafiają zmarli nie zaczął wraz z nimi szykować się na wejście do Nieba, On to Niebo im własnoręcznie otworzył.

Tylko mnie kochaj

Niosace wonności Mirofory, ikona

Tymczasem po śmierci Jezusa w Jerozolimie nadal trwała przedświąteczna gorączka, kogo obchodziła egzekucja szefa jakiejś sekty? Ludzie zabili Boga w pośpiechu, by zdążyć uczcić Boga. Popełnili największe świętkoradztwo, dbając o to, by ich życie miało sens, zabili sens życia bo nie zauważyli człowieka.

A ten człowiek pokazał im, że to On jest wszystkim, nie ich moralność, pobożność czy głębokie przemyślenia. Jezus zmartwychwstały nie robi przecież uczniom wykładów z tego co się stało. Nie dba o takie szczegóły, jak przekazanie im argumentów, które mogłyby przekonać wątpiących. Jezus nie robi show, nic nikomu nie udowadnia. Robi to, co w czwartek i piątek, jest. Jedynym świadkiem zmartywchwstania była noc, nie wiemy przecież o której dokonało się godzinie. Wiadomo tylko jedno – grób jest pusty. Może dla kogoś będzie to dziś herezją, ale dla mnie – podobnie jak dla pierwszych chrześcijan – to nie krzyż jest znakiem, który zamyka Triduum, jest nim właśnie pusty grób.

Jedną z moich ulubionych ikon opowiadających o tym, co się w tych dniach dzieje jest ikona "Mirofory", Niosące Wonności. Kobiety niosły ze sobą wonności, spodziewając się, że zwłoki zaczęły się już rozkładać, potrzebowały więc ich by nie zemdleć. W kościele dominikanów na warszawskim Służewiu widziałem kiedyś Grób Pański wzorowany na tej właśnie ikonie. Miroforami byli wszyscy, którzy do owej kaplicy wchodzili. A w niej były tylko dwie wielkie ikony aniołów z rozpostartymi skrzydłami. I kamienny ołtarz z którego (nie wiem jak to zostało zrobione) wyrastały zielone gałązki.

Przed takim widokiem można tylko paść na kolana, rozpłakać się, milczeć. I próbować ze szczęścia, nie z durnej radości z powodu torebki, nie zemdleć. Skoro z kamienia jest w stanie wyrosnąć bluszcz, inaczej patrzę na te wszystkie kamienie, które są dziś w moim i moich bliskich życiu, w głowie, w sercu. Wiem, że Wybawca mój żyje.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Chłonna wola

Wolna wola jest jak ręcznik, którym możesz otrzeć twarz potrzebującemu, ale jeśli położysz go obok trującej substancji, nasiąknie nią i będzie narzędziem zbrodni.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przyłapałem się kiedyś na tym, że wolną wolę, w którą wyposażył mnie Stwórca (upodabniając tym samym do Siebie), patrzę zwykle tylko w jednym kontekście: człowiek przez wolną wolę sprowadził na świat grzech, główną jej funkcją winno być pilnowanie, bym następnym razem umiał być mądry przed szkodą.

Niedoinwestowana jest druga strona medalu: uświadamianie sobie, że milion razy dziennie mam, dzięki wolnej woli, szansę zrobić jakieś ekstra, ponadnormatywne dobro. Bo robienie dobra nie polega przecież wyłącznie na nie robieniu zła, na nie nabluzganiu, nie ukradzeniu, nie zabiciu, nie cudzołożeniu. Mogę minąć smutnego człowieka na ulicy, ale przecież MOGĘ się też do niego uśmiechnąć! Nie ciąży na mnie formalna odpowiedzialność za losy dajmy na to ofiar ukraińskiego, czy kongijskiego konfliktu, a mimo to „z własnej, nieprzymuszonej woli“, MOGĘ zrobić krok ponad standard, zainteresować się, jak można im pomóc. Właśnie to w wolnej woli jest dla mnie najbardziej fascynujące: że ona nie służy wyłącznie do praktycznej egzekucji pojęć „powinno się“, „nie powinno się“, ale że przy jej pomocy da się też robić to, co zrobić (tylko i aż) „można“!

Chłonna wola

Wolna wola, która popsuła świat, może też go skutecznie leczyć, ratować. Pod warunkiem, że stosujący ją ludzie, wiedzą jak potężne, ale zarazem delikatne mają w ręku narzędzie.

Napatrzyłem się właśnie w Rwandzie na skutki szalejącego tam dwadzieścia lat temu ludobójstwa. Memoriały pełne powykręcanych, zmumifikowanych zwłok. Tysiące piszczeli i czaszek. Ludzi, na zawsze już niepełnosprawnych, z pociętymi twarzami, odciętymi kończynami. Byłem w kościele, do którego przedstawiciele jednego z plemion zapędzili swoich sąsiadów z drugiego, wyjęli z muru cegły, a przez otwory wrzucili granaty. Takich kościołów jest w Rwandzie (kraju wielkości województwa mazowieckiego) mnóstwo.

Kiedy słucha się relacji tych, co przeżyli tamte czasy, najbardziej porażające jest to, z jaką metodyczną precyzją ta rzeź byłą realizowana. Założone specjalnie w tym celu radio (Radio Tysiąca Wzgórz) nadawało precyzyjne komunikaty: tu jeszcze tylu do zabicia, jutro tam tylu innych. Ludzie umawiali się – OK, to jutro idziemy wyrżnąć w pień tych sąsiadów i ich dzieci, ale dziś jeszcze pożyczymy od nich coś do jedzenia i pobawimy się z ich dziećmi (a nierzadko o całej sytuacji uprzedzimy, oni i tak będą wiedzieli, że nie mają gdzie uciec). Jak to się jednak stało, że normalni, porządni, empatyczni, lubiący sąsiadów ludzie, bez żadnego afektu, bez żadnego nagłego bodźca po prostu szli do szopy, brali pałki maczety i szli wyłupywać matkom, ojcom i dzieciom oczy, odcinać uszy, ręce (by najpierw uszkodzić ich zmysły, upokorzyć i zniewolić ich dodatkowo przed i tak nieuchronną śmiercią)?

Chłonna wola

Przecież oni wszyscy mieli wolną wolę! Tak, ale jej właściwością jest jednak duża chłonność. Przepraszam za banał porównania – ona jest jak ręcznik, którym możesz otrzeć twarz potrzebującemu, ale jeśli położysz go obok trującej substancji, nasiąknie nią i będzie narzędziem zbrodni.

W raju ludzie nie byli przecież Bożymi kukiełkami, po prostu ich wolna wola była nasiąknięta Bożą obecnością. W świecie po grzechu na każdym kroku łapie z otoczenia zarówno woń raju jak i odorek zgnilizny. Po pierwsze należy trzymać ją więc w precyzyjnie kontrolowanej atmosferze. Po drugie – często kalibrować (a do tego mamy sporo narzędzi – kierownictwo duchowe, rachunek sumienia itd.) 

W Rwandzie, na pytanie: dlaczego ludzie zabijali, najczęściej słyszałem odpowiedź: bo inni też zabijali.  Nie chodziło nawet o emocjonalną reakcję tłumu, w którym jeden nakręca drugiego, ale o klimat w którym pozbawienie życia człowieka stało się akceptowaną normą, w którym oddychało się śmiercią. Jeśli siedzisz całe życie w papierosowym dymie, możesz mieć szczerą wolę, by być zdrowym, a i tak umrzesz na raka. Jeśli będziesz siedział wyłącznie wśród ludzi psioczących na wszystko i widzących wszędzie zagrożenia – żebyś nie wiem jak był silny, w końcu trafisz do psychiatry albo zrobisz sobie lub komuś krzywdę.

Chłonna wola

Wnioski? Jeśli chcesz robić dobro, musisz robić dobro (wspinacze powtarzają: żeby się wspinać, trzeba się wspinać), szukać towarzystwa dobrych ludzi, trzymać się po jasnej stronie mocy, nasiąkać optymizmem, patrzeć na każdy dzień jak na szansę, nie jak na ciąg pułapek.

Można sobie o tym przypominać choćby przy okazji przygotowywania się do spowiedzi, gdy dojdzie się do punktu „postanowienie poprawy“. Nie chodzi w nim  przecież o to, by postanawiać, że się nie zgrzeszy, ale że będzie się unikało okazji do grzechu. Pomyśl o tym twórczo – nie tylko stawiaj zasiek i zaciskaj powieki, twoja doba i twój umysł mają ograniczoną pojemność, jeśli napakujesz je dobrymi rzeczami, te ciągnące ku złu, po prostu się w nich nie zmieszczą.

I najważniejsza lekcja jaką ze swoich miniautorekolekcji nad wolną wolą wyniosłem – muszę się uczyć używać wolnej woli, do tego czego zrobić nie muszę. Nie tylko na zakupach odkrywać przyjemność jaka spotyka człowieka, gdy zanurza się w świecie rzeczy niekoniecznych, a możliwych.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >