video-jav.net

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

James jest przykładem, że każdy może osiągnąć wszystko. Jeśli tylko będzie się pilnie uczył, może marzyć o najlepszych uczelniach na świecie. Wszystko jest możliwe!

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W Fundacji Kasisi mieliśmy już parę projektów, przy których realizacji czułem, że dzieje się coś niesamowitego, że to nie tylko kolejne przedsięwzięcia, ale ludzkie życie, w które (dzięki Bogu i dobrym ludziom) możemy wejść i bardzo konkretnie je zmienić.

Nigdy jednak chyba nie odczułem tej łaski "współtworzenia" tak mocno, jak asystując w podróży z Lusaki do Gdańska "absolwentowi" kasiskiego sierocińca, Jamesowi, który dzięki wsparciu darczyńców Fundacji, spełnia właśnie swoje największe marzenie – zaczyna studia medyczne w Polsce.

James ma 22 lata, w Kasisi był od dziesiątego roku życia. Trafił tu wraz z braćmi, starszym Cosmasem, dziś pracującym jako księgowy, i młodszym, Suwilanjim, niezwykle utalentowanym plastycznie – jego obrazy to przebój kasiskiego sklepiku z pamiątkami. Po ukończeniu liceum, przez dwa lata pracował jako pięlgniarz i instrumentariusz w Szpitalu Koptyjskim w Lusace. Lekarze nie mogli się nachwalić jego obowiązkowości, dyspozycyjności i fachowości. Mnie James od samego początku ujął swoją dyskretną skromnością i oddaniem, jakie okazywał chorym. Nigdy o nic nie prosił, stale dziękował, każdą kopertę z pensją oddawał nienaruszoną kierującej sierocińcem siostrze Marioli.

Gdy kiedyś rzuciłem pomysł, że może Fundacja spróbowałaby zebrać środki na stypendium dla któregoś z dzieciaków, James pierwszy przyszedł nam do głowy.

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Podczas pożegnania zorganizowanego mu kilka dni temu w dużej jadalni kasiskiego sierocińca, Siostra Mariola mówiła wszystkim lokatorom Kasisi:

"James jest dla was przykładem, że każdy z was może osiągnąć wszystko. Jeśli tylko będzie się pilnie uczył, może marzyć o najlepszych uczelniach na świecie. Wszystko jest możliwe. Nie jesteście jakimiś sierotkami, jesteście ludźmi w których Pan Bóg złożył wielkie talenty i to wy możecie któregoś dnia być wielkimi naukowcami, aktorami, kim zechcecie".

Tych słów słuchały dzieci, które naprawdę przeszły w życiu sporo, które zło chciało często po prostu wdeptać w ziemię. I które traktowane są dziś często przez "pierwszy świat" jako dzieci trzeciej kategorii, które powinny skakać pod niebiosa ze szczęścia, że w ogóle mają co jeść i w co się ubrać.

Nigeryjczycy, Zambijczycy, Botswańczycy widzą jednak coś, na co Europejczycy są dziś ślepi – dla nich edukacja, studia, to drzwi do tego, by rzeczywiście doświadczyć, że są ludźmi, którzy mogą zmieniać świat, a nie tylko być przedmiotem zmian, które na tym świecie zachodzą.

To przejście do dojrzałości, do tego etapu życia, w którym zaczynasz odkrywać, że dawanie czegoś z siebie bywa dużo bardziej ekscytujące niż dziecięce branie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie niewykształceni nie przeżywają życia w pełni – przeciwnie: oni czasem zawstydzają tych, co porobili doktoraty tym, jak fantastycznie świat wokół siebie zmieniają. Na wschodzących afrykańskich rynkach pełno jest młodych ludzi, którzy osiągają nieprawdopodobne sukcesy nie dlatego, że mieli dyplomy albo kasę, ale że mieli genialny pomysł (w który – jak to zwykle bywa – na pocżątku nikt nie wierzył) i po prostu byli mu wierni.

Chciałbym jedynie na przykładzie Jamesa i naszych kasiskich studentów przypomnieć wszystkim tym, dla których studia to należąca się im oczywistość, po której kolejną oczywistością będzie znakomita praca, że to, co mają szansę w życiu zrobić to błogosławieństwo, za które codziennie powinni na kolanach dziękować. W niczym nie są w końcu lepsi od swoich dużo biedniejszych rówieśników w Afryce, czy w Azji, mieli po prostu więcej szczęścia, że urodzili się w zamożnej Europie i mają sto razy łatwiejszy dostęp do tego, co dla tamtych jest jak podróż na księżyc.

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Gdy patrzę czasem na polskich licealistów, którzy przez całą szkołę średnią z arcypoważnymi minami analizują, który kierunek studiów najbardziej im się przez kolejnych trzydzieści lat życia opłaci, mam wrażenie, że widzę ludzi, którzy dobrowolnie zgodzili się, że sensem ich istnienia jest zrobienie możliwie najbardziej pokupnych przetworów z samych siebie.

Nie wiem wiele o tym, jak wygląda dziś od środka atmosfera w polskich przybytkach ponadlicealnej edukacji, gdy jednak spotykam studentów, oni często mają w głowie tylko jedno: lęk o przyszłość. Z drugiej strony mam choćby właśnie Jamesa, człowieka tak przejętego tym, że choćby na rok (zbieramy teraz na drugi rok jego studiów, Gdański Uniwersytet Medyczny udziela nam zniżek, ale to i tak bardzo dużo pieniędzy) dano mu szansę uczyć się od najlepszych fachowców jak skutecznie pomagać innym ludziom.

Który do swojej polskiej edukacji, na którą jego rówieśnicy będą pewnie nierzadko psioczyć i olewać, podchodzi jak do nabożeństwa. Który po prostu cieszy się tym, że będzie mógł się czegoś nauczyć.

Słowo daję, modlę się, żeby po studiach został w Polsce (choć korzystniejsze dla nas byłoby rzecz jasna, by wrócił do Zambii) – chciałbym leczyć się kiedyś u człowieka, który tak właśnie podchodzi do wiedzy, a nie u kogoś kto od początku studiów pilnie wybiera specjalizację, która się później "opyli" i dzięki której będzie mógł spłacić sto dwudziestu siódmy kredyt.

Że o takie, pełne zachwytu i wdzięczności podejście jest łatwiej, gdy ktoś za twoje studia zapłaci? W Polsce (21. na liście najbogatszych krajów świata) za znaczną część studiów płaci przecież państwo. W Zambii (117. pozycja na wspomnianej liście), gdzie dwóch naszych kasiskich absolewentów dostało się właśnie na państwowy uniwersytet w Lusace na wydział Natural Science, każdy musi zapłacić ok. 4 tys. dolarów za semestr.

Bywa, że znajdzie się jakiś dobry człowiek, który zafunduje stypendium jednemu z dzieciaków (jeden z naszych absolwentów, Nena, studiuje prawo w Denver, Tamara – dwa kierunki w Bostonie), walczymy też o każde możliwe stypendium od organizacji i rządów (w tej chwili kilkoro "kasisjan“ jest w programie prowadzonym przez amerykańską ambasadę w Lusace, ciężko pracują, ślęcząc nad komputerami i książkami, a amerykanie za kilka miesięcy wybiorą sobie z grupy kilkudziesięciu młodych ludzi z całej Zambii, kilku stypendystów na swoje uczelnie).

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Pilnie obserwujemy talenty naszych podopiecznych, by – jeśli tylko zechcą – proponować im, by się kształcili. Przykład z ostatnich tygodni: trzymiesięczną pracę w Kasisi kończy właśnie Valentina, genialna fizjoterapeutka, wykładowczyni z Włoch i Szwajcarii, która starała się przyuczyć do wykonywania stałych ćwiczeń z chorymi dzieciakami pracujące w Kasisi opiekunki. Jedna z nich, Ester, wykazywała przy tym takie wyczucie i oddanie, że chcemy teraz wysłać ją do specjalistycznej szkoły, a jeśli będzie trzeba – zafundować kursy w Europie.

Powtarzam: opisując kasiskie przygody z edukacją naszych podopiecznych, nie mam wcale intencji zawstydzania polskich studentów. Spotykając się z nimi często na różnego typu wykładach czy debatach, marzę jednak o tym, by zobaczyć w nich więcej radości i wdzięczności, zamiast przygniatającego pytania: co to będzie, czy znajdę pracę, czy świat zmierza w dobrym kierunku etc.

Wszystko będzie dobrze, świat zmierza w dobrym kierunku, jak nie znajdziesz tej pracy, to znajdziesz inną. Przede wszystkim jednak nie ulegaj stadnym odruchom pójścia na prawo czy na medycynę (tak jak za moich czasów masowo wybierało się kierunek "marketing i zarządzanie"), znajdź w sobie swoją wyjątkowość, dar i smykałkę, której nie ma nikt inny.

Bądź wierny swoim pragnieniom, a nie wyliczeniom.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Jeden strzał na całe życie

Trzydzieści ze stu zbadanych par, w ogóle nie powinny stanąć przed ołtarzem

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wkraczam w wiek, w którym spora część moich kolegów i koleżanek z rocznika wraca właśnie po pierwszym rozwodzie na matrymonialny rynek. Niektórzy z nich próbują uregulować swój status kościelny. Gdy pojawia się na horyzoncie nowy związek, składają papiery do biskupiego sądu, wnosząc o stwierdzenie, że ich pierwszy ślub był nieważny. Nie wiem jaka jest średnia krajowa, w znanej mi dobrze diecezji prawomocym orzeczeniem o nieważności zawarcia sakramentu kończy się mniej więcej jedna trzecia spraw.

Innymi słowy: trzydzieści ze stu zbadanych par, w ogóle nie powinny stanąć przed ołtarzem (bo proces kościelny stwierdza, jaka była sytuacja w momencie składania sobie przyrzeczeń, a nie później, gdy żona się nagle zbiesiła, a mąż okazał się chutliwy).

fot. BarbieFantasies

Ktoś ich jednak do tego ślubu dopuścił. Część z nich być może celowo zataiła coś przed księdzem spisującym kościelne protokoły, czasem może to ksiądz po prostu odwalił chałturę, wychodząc z założenia, że nie ma za bardzo co wnikać. Bywa i tak, że przyszli małżonkowie nie powiedzieli sobie wszystkiego, np. tego że mają jakiś nałóg, że mieli już męża/żonę, że toną w długach albo nigdy nie chcieli mieć dzieci.

Na podstawie rozmów ze wspomnianym na początku targetem, założę się jednak, że pi razy oko połowa nieważnych kościelnych małżeństw (z których wiele nigdy do żadnego sądu nie pójdzie i umrze w nieświadomości, że sakrament de facto nie zaistniał), nie jest ważna, bo ludzie po prostu nie mieli pojęcia w co tak naprawdę się pakują, na czym polega sakramentalne małżeństwo. Jeśli zaś nie uświadamiali sobie, co ślubują – nie mogli wyrazić przed Bogiem i Kościołem doskonałego aktu woli. A ten jest podstawą, na której opiera się obrzęd katolickich zaślubin. Tyle od laika.

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

Głodnym wiedzy spece od kanonów z pewnością wyjaśnią lepiej i pełniej, kiedy mamy do czynienia z realnym brakiem świadomości istotnych cech małżeństwa, a kiedy wręcz z "symulacją przysięgi" (przykład: człowiek wie, że małżeństwo przed Bogiem jest nierozerwalne, tak naprawdę jednak myśli sobie wówczas, że jak coś nie wyjdzie, to rozwód "why not?").

My, katolicy mamy najbardziej wymagające wśród chrześcijańskich wyznań (i bardzo piękne) rozumienie małżeństwa: człowiek u nas ma jeden strzał na całe życie i basta (u protestantów zasadniczo toleruje się rozwody; w prawosławiu materią sakramentu nie jest akt woli, ale miłość – gdy małżonkowie zabiją miłość, biskup może zdjąć ze związku błogosławieństwo, a strony mogą wziąć ślub po raz kolejny).

Jonathan Tellier

Logika dopuszczania do sakramentu zdaje się tymczasem opierać u nas na dwóch szokująco niefrasobliwych paradygmatach. Po pierwsze: "przecież nie można dorosłym ludziom zabronić". Po drugie: "niech już lepiej wezmą ten ślub, niżby mieli grzeszyć uprawiając seks "na kartę rowerową".

Dylemat chrześcijańskiego konserwatysty: co lepsze – doprowadzić do sytuacji, w której ludzie będą mieli więcej okazji do grzechu, czy do takiej, w której sól (w tym wypadku sól sakramentu) definitywnie utraci swój smak? Nietrudno przecież wyobrazić sobie, że gdy za pokolenie czy dwa ludzie jeszcze bardziej zeświecczeją, a podejście do religii stanie się jeszcze bardziej obrzędowe, może się okazać, że odsetek nieważnie zawieranych małżeństw wzrośnie w postępie geometrycznym, ba – że większość z nich de facto nie zaistnieje.

Gdyby to ode mnie zależało (a nie zależy) podpowiedziałbym biskupom zjeżdżającym niedługo do Rzymu na synod mający dyskutować o rodzinie, by zamiast znów lamentować nad wszystkimi możliwymi zewnętrznymi zagrożeniami, jakie na nią czyhają, dostrzegli wreszcie, że największym zagrożeniem dla trwałości i sensowności rodziny są sami małżonkowie. A pracę nad ich sakramentalnym związkiem trzeba zacząć, zanim do związania dojdzie.

Instytucja kursów przedmałżeńskich przeszła w ostatnich latach w Polsce prawdziwą rewolucję. Z nudnych wykładów obczytanych w encyklikach starszych pań, zrobiły się wcale ciekawe zajęcia z psychologii relacji, wychowania dzieci, rozwiązywania konfliktów, czy naprotechnologii. Jest też oczywiście i miniwykład z sakramentologii, który jednak działa tak, jak szkolne lekcje religii: pozwoli zdobyć wiedzę, niekoniecznie wzbudzi jednak wiarę.

Jeden strzał na całe życie

A to wiara jest tu kluczem, a nie wiedza! Można ludzi napakować jeszcze stu ekstra godzinami wykładów, które zrobią z nich megaspeców od naturalnego planowania poczęć, to jeszcze jednak niewystarczające kwalifikacje, by ubiegać się o ślub w kościele.

Ten powinny zawierać osoby, które wiarą rzeczywiście żyją, które rozumieją, w jaką tajemnicę wchodzą, spotkały żywego Boga, doświadczyły czym jest Jego miłość i chcą ją naśladować między sobą. Bo – powtórzę – jak można ślubować naśladowanie czegoś, o czym nie ma się zielonego pojęcia?

Gdy kluczowym kryterium dopuszczenia do sakramentu małżeństwa stanie się osobista znajomość Boga a nie kalendarzyka małżeńskiego, wszystko wskoczy na właściwe miejsce.

Dlaczego rozpada się dziś tyle katolickich małżeństw?

Właśnie dlatego, że ludziom umknęło, iż wchodzą w Bożą perspektywę. Że ich ślub przed ołtarzem nie był przypieczętowaniem tego, co było wcześniej, a początkiem zupełnie nowej jakości, autentyczną zamianą wody w wino. Po drugie: wypowiadając słowa przysięgi nie uwewnętrznili faktu, że ślubują sobie nie tylko na dobre, ale również na złe. A owo złe nie musi przecież wcale oznaczać wyłącznie choroby, albo innych wymagających czułego poświęcenia sytuacji. Może też oznaczać zdradę, odejście, "odkochanie się", utratę szacunku: ktoś kto ślubował nam miłość, rzuca nam ją teraz w twarz, mówiąc że jej nie chce.

fot. Dan Queiroz

Tyle, że my zobowiązaliśmy się uroczyście, że będziemy z tym kimś tak, jak jest z nim Bóg. Że nasza postawa się nie zmieni niezależnie od tego jaka korba małżonkowi czy małżonce po ślubie odwali. Wyznaliśmy, że zdajemy sobie sprawę, iż naszym zadaniem nie jest tylko zbudowanie domu i wychowanie dzieci, ale przede wszystkim doprowadzenie drugiej osoby do nieba.

Małżeństwo przed Bogiem jest zgodą na to, że naszą relację będzie się odtąd opowiadać w znanym w niebie języku. Czy naprawdę świadomość tego wszystkiego mają stające teraz (w miesiącu mającym przecież literkę "R" w swojej nazwie) młode pary?

Skutki braku tej świadomości doskonale widać czasem w losach ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych. Ich doświadczenia prowokują też do postawienia pytania: czy akt woli z natury niedoskonałego człowieka, może być doskonały? Jestem jak najdalszy od majstrowania przy nierozerwalności małżeństwa, nie widzę jednak powodów by nie rozmawiać o Kościelnej dyscyplinie wobec tych, co upadli. O tym, jak traktować tych, którzy przeliczyli się z siłami, zapomnieli o Bożej sile i per saldo wyzwaniu nie sprostali.

Dlaczego w ogóle dotykam tego tematu? Bo w nim widać podobne zjawisko: proszę spojrzeć – rozmawiając o tych, którym małżeństwo "nie wyszło" znów mówimy o wszystkim, tylko nie o Bogu. Który daje się ludziom nie jako nagroda za dobre sprawowanie, ale jako lekarstwo dające siłę do walki ze słabością grzeszników. Który wielokrotnie dawał dowody, że jest z ludźmi nawet, gdy nie dochowują mu wierności. Który z pewnością dostrzega całe dobro, również to które wypracowali w trwającym ćwierć wieku udanym związku moi znajomi, z których jedno miało za sobą półroczne małżeństwo z wybitnie niewłaściwą osobą.

Dla mojego Kościoła oboje są dziś cudzołożnikami. Czy Bóg chce, by rozbili teraz kolejny związek, zostawili dzieci, bo w tym objawi się Jego chwała? Jasne, mają opcję: mogą zaniechać współżycia. Tego nie da się jednak w tej sytuacji zrobić z powodu innego, niż odkrycie, dotknięcie miłości, która wykracza poza cielesną bliskość. Takiej miłości ci ludzie doświadczą tylko wtedy, gdy Kościół nie poprzestanie na stwierdzeniu "nie dla was komunia", ale pokaże im pozytywną wizję, da nadzieję, pozwoli zrozumieć czym jest prawdziwa miłość, poprowadzi ku żywemu Bogu!

Jeden strzał na całe życie

To jest właśnie kłopot leżący u podstaw zjawiska nietrwałości świętych związków. Nasza teologia (ta praktyczna, nie akademicka) o Bożej miłości (będącej wzorem dla ludzkiej) opowiada frazami z nierealnie patetycznych romansów, albo językiem norm i sali sądowej. Brnie w kazuistykę, próbując nazwać nienazwane, zamiast wytrwale prowadzić ludzi do znajomości Boga, by sami zanurzyli się w wodzie i poczuli, o co "kaman".

Katolickich narzeczonych (jak i małżonków oraz tych których związki się rozpadły) nie uzdrowi wyliczanie kto z kim ile razy i dlaczego, panosząca się psychologizacja i seksualizacja tematu ludzkich więzi. Je może uzdrowić tylko gruntowna katecheza!

Powołanie kapłana Kościół rozeznaje przez minimum sześć lat zanim dopuści go do sakramentu, dlaczego małżeństwo, powołanie równie godne, jest gotów błogosławić niemal od ręki?

Już słyszę głosy, że gdyby wcielić w życie mój pomysł, zorganizować dla kandydatów do małżeństwa minimum roczny proces formacji religijnej (albo krótsze, intensywne zajęcia indywidualne połączone z oceną przez doświadczonego kapłana i świeckich, którzy mogliby człowiekowi powiedzieć: OK, kojarzysz fakty, chcesz to się żeń, albo: stary, nie masz pojęcia w co się pakujesz, daj sobie siana z tym ślubem), to sakrament małżeństwa zawieraliby w Kościele wyłącznie członkowie neokatechumenatu, Oazy i inni, wybitnie "zewangelizowani" katolicy. Po pierwsze: skąd wiadomo? A może jeśli okazałoby się, że nie jest tak łatwo, w polu naszego widzenia pojawiliby się nagle ludzie, którzy umieliby to docenić?

Po drugie: a nawet jeśli, tak rzeczywiście byłoby na początku, to co w tym złego? Niech ludzie chcący żyć ze sobą zawierają kontrakty cywilne, a do ołtarza przychodzą wtedy, gdy wiedzą gdzie przychodzą, co ślubują i co się odtąd będzie działo.

Niech śluby zaczną się wreszcie opierać na Tym, na kim powinny, a nie na obyczaju, emocjach albo lęku. Tylko związki zbudowane na tym fundamencie będą rzeczywiście spełniały swoją rolę: świeciły Bożym światłem w świecie, pokazywały mu, że życie jest o miłości i o szczęściu, a nie o doczesnej niewoli.

Jeśli tak się stanie – jestem spokojny o przyszłość rodziny. Jej wizja będzie tak pociągająca, że bez niczyjej łaski i bez specjalnych programów, ostoi się w świecie. Jeśli tak nie będzie – patrząc na kondycję sakramentalnych małżeństw, już bardzo niedługo będziemy sobie zadawać ewangeliczne pytanie: "czym posolić sól, która doszczętnie zwietrzała?". A na nie, jak wiadomo, nie ma już niestety żadnej odpowiedzi.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >