Słownik religijnego oszołoma

Każdy, kto ze świata przywędrował do „świata katoli” (a może wręcz trzeba powiedzieć do „świata dzikich”) ma świadomość, że jest to przestrzeń, w której funkcjonuje nieco odmienny język. To, co dla normalsów jest przedmiotem pogardy, tu jest czymś, co buduje dumę, a stygmatyzujące określenia coraz częściej noszone są z dumą.

Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P.
Terlikowski
zobacz artykuly tego autora >

Słownik religijnego oszołoma


Ajatollah – potoczne określenie każdego, kto jasno głosi, że katolicyzm nie jest uroczym dodatkiem do białej sukienki pierwszokomunijnej i ślubnej, ale realnym zobowiązaniem. I w zasadzie nie ma znaczenia, czy ten ktoś prezentuje poglądy miękkie i liberalne (jak na standardy Kościoła) czy twarde. Ajatollahem czynią go bowiem nie jakieś tam niuanse, ale sam fakt, że może uznawać, że katolicyzm zobowiązuje, i to nie tylko do chrztu, pierwszej komunii i prezentów dla chrześniaka, ale też do zmiany życia. Termin pochodzi od islamskiego, szyickiego przywódcy religijnego, i ma konotacje negatywne, ale dla wielu z katoli ew. katotalibów, jest już powodem do dumy. Katocelebryci, w zależności od przynależności do – otwartych lub zamkniętych – albo się nim irytują albo dodają go sobie przed nazwiskiem.

Słownik religijnego oszołoma


Ciemnogrodzianin – mieszkaniec mentalnego Podkarpacia, czyli miejsca, w którym posiadanie jednej żony (ewentualnie jednego męża), gromadki dzieci jest normą, a nie skandalem, i który uznaje, że istnieje tylko jedna instytucja (dwuosobowa), w której parytety płciowe powinny być obowiązkowe. Dla ułatwienia można powiedzieć, że nie jest to Sejm, ale małżeństwo. Ciemnogrodzianin to także człowiek, który na konkubinat nie mówi narzeczeństwo czy związek partnerski, ale życie na kocią łapę, i co gorsza nie jest nim wystarczająco zachwycony.

Historycznie termin ten zaczęto stosować wobec widzów i słuchaczy WC Kwadransa, a Wojciech Cejrowski systematycznym używaniem go uczynił z niego już nie stygmat, ale powód do dumy. I tak pozostało.

Słownik religijnego oszołoma


Katocelebryta – Człowiek znany z tego, że jest katolikiem i objeżdżający z tego powodu większość parafii, wspólnot zakonnych i spotkań dla młodzieży. Jeden z nich w rozmowie ze mną (też czasem zaliczanym do tej zacnej grupy) zapewniał, że istnieje lista dziesięciu osób, które w każdym miejscu, w którym on był, były przed nim, albo będą po nim. Katocelebryci dzielą się na otwartych i zamkniętych, ale z punktu widzenia odbiorców odróżnia ich jedynie marynarka, buty, a niekiedy styl bycia. Najbardziej znani z katocelebrytów to: Przemysław Babiarz, Wojciech Cejrowski, Brygida Grysiak, Szymon Hołownia, Małgorzata Kożuchowska i Krzysztof Ziemiec.

Słownik religijnego oszołoma


Katol – termin ukuty przez Jacka Żakowskiego przy okazji sporu o aborcję „Agaty”. Określać ma on, w wielkim skrócie, kogoś kto tak się ma do katolika jak kibol do kibica. W medialnej nowomowie oznacza on więc kogoś, kto nie tylko mówi, że jest katolikiem, ale i wyciąga z tego wnioski. A zatem, gdy widzi sytuację, w której niewinne dziecko ma być abortowane (wbrew zresztą woli swojej matki), to protestuje, działa, a nawet się modli. Wielu z katoli chętnie siada na kościelnej „żylecie” (czyli w pierwszych, zazwyczaj pustych ławkach w świątyni), a także nosi rozmaite „klubowe” oznaczenia: krzyżyki, szkaplerze, cudowne medaliki. Niekiedy katola można poznać po różańcu w ręku (albo na palcu). Wśród mężczyzn nie brak też takich, którzy – jak kibice –  organizują „oprawę”, tyle, że nie meczów a mszy.

Słownik religijnego oszołoma


Katotalib – Katotalib to wyższa i bardziej groźna (dla świata) wersja katola, czyli człowiek, który w walkę o katolskie pryncypia i zasady, zaangażował się całym sobą. Czasem jako katocelebryta, a czasem jako prolajfer. Katotalibowie stoją więc pod szpitalami, gdzie wykonuje się aborcję i protestują przeciwko temu, o czym zwyczajni katolicy nie chcą mieć nawet pojęcia, oni też zorganizowali Marsze dla Życia i Rodziny, a także jeżdżą z wystawami Wybierz Życie, na których każdy może sobie zobaczyć, jakie są skutki aborcji dla poddanych jej dzieci.

Słownik religijnego oszołoma


Kobieta domowa (dawniej kura domowa) – eleganckie – bo pochodzące od ministry od genderyzmu Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz – określenie kobiety, która nie ma ochoty szaleć na traktorach, realizować się w wielkich korporacjach czy niewielkich firmach, a która wybiera karierę mamy na pełen etat. Kobieta domowa to zatem niewiasta, która uznaje, że to jej dzieci (zazwyczaj więcej niż przepisowa dwójka) potrzebują jej bardziej niż prezes czy firma. W imię wolności wyboru i prawa do własnych poglądów kobieta taka musi być więc odpowiednio zestygmatyzowana, szczególnie, że podważa obowiązujący dogmat, że niewiasta może być szczęśliwa tylko w pracy, a dom to dla niej źródło opresji i nieszczęść. Stąd określenie „kobieta domowa” ukute na wzór domowych kapci i zwierząt. Niestety jego autorka nie wyjaśniła, jak określać kobiety pracujące poza domem. Czy są one dla niej kobietami nieudomowionymi czy może wprost dzikimi?

Słownik religijnego oszołoma


Matka Polka – termin określający podobny wybór, ale uzupełniony o pełną świadomość cierpień, jakich doznaje matka Polka, pozostając w domu. Matka Polka to dodatkowo uosobienie wszystkiego tego, czego nowoczesna kobieta się wstydzi: oddania, wierności, ciepła, cierpliwości i wreszcie ofiary z własnego życia dla innych. Większość normalnych mężczyzn i wszystkie dzieci w głębi duszy marzy o matce Polce w domu, ale feministyczne polowania na ten typ kobiet, sprawiły, że są one niemal na wymarciu. A nawet jeśli są, to nie lubią, gdy określa się je mianem, matek Polek.

Słownik religijnego oszołoma


Moher – specyficzny rodzaj katola, ewentualnie katotaliba, którego dodatkową cechą jest słuchanie Radia Maryja. Każdy moher jest katotalibem, ale nie każdy katotalib jest moherem. Cechą rozpoznawczą moherów jest fakt noszenia specyficznych wełnianych czapek (niekiedy w postaci znaczka). Cecha ta może być jednak myląca, ja sam widziałem bowiem kiedyś na spotkaniu z Adamem Michnikiem, grupę jego entuzjastek, w moherowych beretach.

Słownik religijnego oszołoma


Narzeczeństwo – w dawnych czasach, gdy Hołownia i Terlikowski byli jeszcze początkującymi katocelebrytami terminem tym określano relację wiążącą dwójkę osób różnej płci, którzy się zaręczyli i planowali małżeństwo. W podobnym znaczeniu termin ten funkcjonuje jeszcze wśród ajatotollahów, katoli, katotalibów i moherów, dla większości jednak oznacza konkubenta (zwanego także kohabitantem) lub okresowego, zazwyczaj seksualnego świadczącego usługi partnerskie.

Słownik religijnego oszołoma


Neoni – członek Drogi Neokatechumenalnej, którego cechą rozpoznawczą jest ponadstandardowa gromadka dzieci (czasem mylące może być to, że i opusiaki, taką gromadkę mają), a także superpoważne traktowanie życia rodzinnego. Neoni – przynajmniej do niedawna – modlili się też w sobotni wieczór, do innych neonów zwracali bracie, a także byli głęboko przekonani, że (często nie bez racji), że Bóg wyciągnął ich ze szczególnego bagna. A poza tym to zazwyczaj świetni, głęboko wierzący ludzie, którzy idą swoją Drogą do Boga i wciągają na nią wszystkich, którzy gdzieś w swoim życiu całkowicie się pogubili.

Słownik religijnego oszołoma


Opusiaki – inny rodzaj katolickiego oszołoma, związany (choć nie zawsze się tym chwali) z Opus Dei (zwanym Dziełem). Cechy charakterystyczne, poza gromadką dzieci, to zawsze dobrze dobrana marynarka, koszula i często sweterek, a na dłoni różaniec. Opusiaki od jakiegoś czasu występują stadnie, bowiem osiedlają się w pobliżu szkół, do których chodzą ich dzieci. W Warszawie największym skupiskiem jest Józefów.

Słownik religijnego oszołoma


Podkarpacie (mentalne) – styl myślenia, w których tradycja ma znaczenie, rodzina to mężczyzna i kobieta z dziećmi, a zdrada małżeńska to zło. Mieszkańcy mentalnego Podkarpacia mieszkają w całej Polsce, a nie tylko w jednym miejscu, a charakteryzuje ich codzienna modlitwa, związanie z Kościołem i niechęć do nowinek. Jest nadzieja, że z czasem mentalne Podkarpacie zdominuje Polskę, bo jego wyznawcy mają zazwyczaj więcej dzieci (według świata oznacza to, że nie umieją się zabezpieczyć).

Słownik religijnego oszołoma


Rydzykoid – pogardliwe określenie Mohera, które zostało wprowadzone po tym, jak paskudni moherowi katole doprowadzili do tego, że ich nowe określenie stało się powodem do dumy.

Słownik religijnego oszołoma


Trads (zwany także tradziuchem) – rodzaj katotaliba i katola skupionego przede wszystkim na liturgii. Cechą rozpoznawczą jest znajomość łaciny, a także chustka na głowach kobiet. Szczególnym obiektem niechęci jest novus ordo. W pozostałych kwestiach – mimo ostro toczonych sporów, szczególnie z neonami – trads nieszczególnie różni się od innych katoli.

Słownik religijnego oszołoma


Dodatek specjalny – z dedykacją dla Szymona Hołowni od Tomasza Terlikowskiego:

Katolik bezobjawowy – wierzący, który gdy go zapytać zapewnia, że on przecież jest katolikiem, pracuje w mediach (albo innych mainstreamowych miejscach), ale nigdy przenigdy nie spotkały go z tego powodu jakiekolwiek przykrości. A gdy zgłębiać temat okazuje się, że wprawdzie jest katolikiem, ale w połowę niewygodnych elementów nauczania moralnego nie wierzy, a o drugiej połowie nie mówi, w pracy nie obnosi się z własnymi przekonaniami (w praktyce oznacza to, że na ich temat milczy), a publicznie mówi na każdy temat oprócz wiary. Poza tym chodzi do kościoła, ale tak żeby przypadkiem go ktoś nie zobaczył i nie pomyślał, że też jest przeciw antykoncepcji, aborcji, a do tego wierzy, że Maryja była zawsze dziewicą…

Tomasz P. Terlikowski

Tomasz P. Terlikowski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P.
Terlikowski
zobacz artykuly tego autora >

Nie ściemniajmy i my

To, że o Kościele mówi się współcześnie tyle głupot, wywołuje poirytowanie (zwykle nie tym, że ktoś mówi, ale jak mówi: bez metodologii, bez danych, bez sensu), gdy jednak spojrzy się na to z dystansu dwudziestu wieków – nie dzieje się nic specjalnego. Kościołowi od samego jego początku wiernie towarzyszyła cała masa ludzi, którzy stawali na rzęsach by powstającej wspólnocie utrudnić życie, zrobić z niej zgraję oszustów, dziwaków, zadufanych w sobie wrogów ludzkości.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

To, że znaczna część otoczenia uznaje chrześcijan za głupków jest stanem normalnym. Wydaje nam się to dziś nienormalne, bo w ciągu tych dwudziestu wieków parę rzeczy zdążyło nas rozpieścić: edykt Konstantyna, klejenie tronu z ołtarzem, możliwość gromadzenia złota i purpury, obecność w ONZ-ecie, konkordaty, majątki ziemskie itd. itp. Nie twierdzę, że to rzeczy złe, higienicznie jest jednak ani na chwilę nie tracić z oczu słów: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. To napięcie na linii Kościół – świat jest przecież naturalnym przedłużeniem tego, co dzieje się w każdym człowieku. Każdy przytomny posiadacz duszy zauważył chyba, jak jego wewnętrzny Palikot z wewnętrznym Pacewiczem walczą w nim co pięć minut o lepsze z wewnętrzną Teresą od Jezusa i apostołem Piotrem.

Nie ściemniajmy i my

W zarządzaniu tym napięciem sensownie jest więc nie dać się ponieść frustracji, że nikt nas nie lubi, a jeśli już w coś ładować energię, to po pierwsze nie w to, żeby oni zaczęli nas rozumieć, ale żebyśmy my nadawali tak, by mieć pewność, że jeśli zechcą – zrozumieć nas mogą. To zawsze bardzo pożyteczne mówić tym przebrzydłym lewakom i antyklerykałom, jak mają nie błądzić, pytanie co my możemy  zrobić, by zbliżyć się do pewności, że nie tylko oni, ale i my nie fundujemy światu jakiejś „ściemy”, co do tego czym Kościół (i chrześcijaństwo) jest i do czego zmierza.

Na szybko i „na rybkę” rzucę Państwu trzy przykłady, z których każdy to de facto osobny temat na duży tekst, tu jednak musnę je tylko by dowieść, że i w naszym obejściu jest robota do zrobienia.

Pierwsze primo: ilu ludzi gada głupoty o chrześcijaństwie, albo omija je szerokim łukiem, bo skutecznie żeśmy im wytłumaczyli (sobie zresztą też), że wiara sprowadza się do moralności.

Pisałem już o tym wielokrotnie: szkodliwość prezentacji chrześcijańskiego życia jako meczu polskiej reprezentacji, w którym chodzi o to by nie puścić bramki (bo o wygranej zapominamy na wstępie), wydaje mi się porażająca. Słysząc kazania i wzniosłe speeche w tym stylu, czuję się jak kosmita, który przyleciał na ziemię i całą wiedzę o niej czerpie od policjanta z drogówki. Życie ludzkie to potrącenia, kolizje, wypadki, ofiary, uszkodzenia, oraz metody ich unikania. Nie ma świadomości życia duchowego jako procesu (a nie serii odcinków: moralne padnij – moralne powstań), nie ma nic o głębokiej teologii walki wewnętrznej, zarządzaniu zmagającymi się w człowieku energiami, uzmysłowienia sobie, że grzeszy się znacznie wcześniej niż w momencie popełnienia grzechu. Wśród wielu gorących wezwań do uznania świętości życia paradoksalnie mało jest afirmacji życia, bo życie generalnie jest po to by się z nim tłuc, nie po to by je żyć. Nie nauczymy świata bezpiecznej jazdy epatując kroniką wypadków. Nie da się dobrze żyć od zrywu do zrywu i od sprzątania do sprzątania.

Kwestia druga. Niezrozumiała dla mnie obsesja naszego Kościoła na punkcie dzieci (ale nie w tym sensie, o którym zaraz wszyscy będą sobie myśleć). Zamiast „kraść” dzieci rodzicom, porywać je na katechezy, obozy i niezliczone fajerwerki, na których ksiądz stara się zastąpić ojca a siostra matkę, powinniśmy chyba raczej włożyć cały „power” w to, żeby by tak duszpastersko „doinwestować” rodziców, aby oni sami wychowywali swoje dzieci w wierze.

Nie ściemniajmy i my

Rodzina będzie szkołą życia chrześcijańskiego, gdy to rodzice będą przekazywać dziecku wiarę. Kościół instytucjonalny może im w tym towarzyszyć, wspierać, ale nie wyręczać. A wyręcza. W skutek czego przeciętna bielanka i ministrant otrzymuje od Kościoła pięćset procent więcej uwagi niż ja i moi rówieśnicy, będący w wieku, w którym jakoś decydujemy o kształcie tego świata. Dla nas Kościół nie ma żadnej propozycji, woli bowiem poświęcić energię i cenne godziny swoich kapłanów na to by wygrali kolejną potyczkę z rozbuchanym hormonalnie gimnazjalistą. Nie twierdzę, że Kościół nie powinien się nimi zajmować, przeciwnie. Powinien jednak wreszcie przestać być instytucją sprofilowaną na dzieci i mocno starszych, niechcący potwierdzając obiegowe przeświadczenie, że religijność to właśnie coś w sam raz dla dzieci i dla staruszków, a ludzie w sile wieku mają ważniejsze sprawy i przerwę na życie. Pan Jezus przytulał dzieci i nauczał dorosłych, my robimy odwrotnie. A później się dziwimy, że w Kościołach średnia wieku to albo siedem albo siedemdziesiąt.

Kwestia trzecia – pchamy ludzi w wielosłowie i atrakcje, odciągając od Eucharystii – źródła i szczytu tego, co w Kościele dostaliśmy, przeżywamy i co mamy przekazywać. Doceniam wagę ewangelizacyjnych eventów, choć sam nie jestem ich fanem (miałem ostatnio nawet małą scysję z pewnym księdzem gorliwym ewangelizatorem, który po moim spotkaniu wezwał publiczność do powstania i publicznego wyznania, że Jezus jest ich Panem i Zbawicielem bo – jak mi później wyznał – zabrakło mu w moim ględzeniu skuteczności, wyniku i pointy).

Może ja jestem niedzisiejszy, ale nie rozumiem tego pędu do obudowywania mszy świętej milionem modlitewek (zwłaszcza do Maryi, jakbyśmy chcieli sprawić, żeby jej nie było przykro, że cała msza tylko o Jezusie), nowenn, litanii, różańców fatimskich itd. Jestem bowiem przekonany, że siła ewangelizacyjna dobrze i świadomie odprawionej mszy – uczty i podziękowania (nie proszenia, nie przepraszania –eucharystia to właśnie przede wszystkim DZIĘKOWANIE) jaką Kościół odbywa ze swoim Zbawicielem, nie da się porównać z niczym innym. A pogoń za duchowym aktywizmem i glamourem (podobnie jak żenujące spektakle polityczne odgrywane w towarzystwie ornatów na jasnogórskich wałach) to bardzo ślepa uliczka.

Nie ściemniajmy i my

Na mnie na przykład żadne książki, wykłady ani inne duszpasteryzacyjne podniety nie działają tak jak msza. W ostatnim miesiącu miałem okazję wziąć udział w dwóch takich, na które najchętniej zaciągnąłbym wszystkich moich znajomych niewierzących. By tylko byli, a później sami podjęli decyzję co dalej. W jednej z nich brałem udział w Zambii, przyjmując komunię z tego samego kielicha co odchodzący na AIDS ksiądz. Druga była w warszawskim kościele wizytek w święto Podwyższenia Krzyża, a ksiądz ją odprawiający najpierw umiał spowodować, że poszedłem przeczytać czytanie (a gdy skończyłem usłyszałem urocze: „znakomicie, mówiłem żeby się nie bać, no naprawdę doskonale panu poszło”), a następnie – ściśle trzymając się mszału – sprawić by Bóg ani przez chwilę nie przestał być w centrum, a wszystkie cztery uczestniczące w niej osoby poczuły się jakby były najważniejszymi ludźmi na świecie. Jeśli wystąpi zainteresowanie, opiszę je ze szczegółami, bo nie chcę zanudzać żądnych publicystycznych krwistych steków czytelników stacji7.pl tiramisu moich ducho-wspomnień. Zapraszając póki co do dyskusji z tym, co napisałem powyżej.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >