Skazany na śmierć?

Odejście o. Krzysztofowicza nie rozczarowuje mnie. Mi księża nie służą do tego, bym sobie nimi potwierdzał, że to, w co wierzę, ma sens.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Były przeor gdańskich dominikanów zwija się z zakonu, o czym poinformował w ocierającym się miejscami o ekshibicjonizm oświadczeniu. Kilka dni temu wdałem się na Facebooku w dyskusję w tym temacie, próbując odnieść się do czterech zasadniczych grup komentarzy, które się tam pojawiły.

Pierwszy typ reakcji to pogardliwe parsknięcie, w typie tego jakie wydał z siebie zakonny współbrat byłego ojca Jacka: "d…pę sobie znalazł, zakochał się i odchodzi, z Węcławskim było podobnie, ten sam typ człowieka". Drugi – straszenie odchodzącego, że teraz na pewno będzie nieszczęśliwy, bo "z Bogiem nie ma żartów" (dobrze, że nie pociągnięto sprawy "w detal" i nie wyliczono, że na pewno teraz będzie miał chore dzieci, a pod koniec życia wpadnie w alkoholizm). Trzeci – zwyczajowa w takich sytuacjach jechanka "instytucjonalno – harlequinistyczna", czyli okrzyki w stylu: "Znowu przykład, że celibat się nie sprawdza! Księża muszą mieć żony!", bo tylko wtedy zrozumieją człowieka oraz piękno ludzkiej miłości; och jakie to cudowne, że ojciec się zakochał i teraz na pewno będzie jak w "Notting Hill" albo "Angielskim Pacjencie", a nie jak w "Imieniu Róży" albo "Wątpliwości" (tej z Meryl Streep i Philippem Seymourem Hoffmanem). Czwarta reakcja to ryk zranionej łani: "To jak my teraz mamy być wierni swoim żonom (mężom), skoro księża wierni nie są swoim przyrzeczeniom?"

Każdy z tych argumentacyjnych tropów tysiąc razy był już gdzieś przeze mnie omawiany, tu jednak chciałbym się póki co skupić na tym co je łączy. A łączy je to, że znacznie więcej mówią o oceniających niż o ocenianym. Pierwszy pokazuje jak nieprzezwyciężalna jest w głowach niektórych celibatariuszy wizja relacji mężczyzny i kobiety wyłącznie jako formy redukcji napięcia (seksualnego czy emocjonalnego, jedna chwała). Drugi – że wciąż są chrześcijanie, do których mimo dwóch tysięcy lat starań Kościoła wciąż nie dotarła Ewangelia: dla nich Bóg wciąż nie tyle pochyla się nad ludzką słabością, co czyha na każdą okazję, żeby zemścić się na człowieku za jego grzechy. Trzeci – że wielu ludzi wciąż utożsamia życie duchowe z emocjonalnością, nie odkryło jeszcze, że to zupełnie autonomiczna sfera, rządząca się swoim prawami, współpracująca ze sferą odczuć czy uniesień, ale jednak z nią nie tożsama. Czwarty – że naprawdę warto się czasem dobrze zastanowić nad własnymi motywacjami, bo pełne bólu wyznanie: "to jak ja mam być ci wierny, Tereso, skoro Roman nie jest wierny Helenie?", to ważny sygnał, że ktoś albo nie ma pojęcia o miłości, a ja dodatkowo się takiego człowieka zwyczajnie boję, skoro swoją moralność opiera na instynkcie stadnym.

W komentarzach, które padały było mnóstwo o zdradzie (pytanie: czy odejście księdza to to samo, co zdrada małżeńska), o formacji księży, o żałosnym poziomie mediów. Porównanie do Księgi Hioba nie jest tu w stu procentach trafne, ale jednak jakoś mi się nasunęło. Bo czy zmaganie się ze słabością zawsze musi mieć postać wrzodów albo nowotworu? Oto przed nami człowiek, który ze swojej winy, czy nie ze swojej (poczytajcie sobie wystąpienie o. Krzysztofowicza, zobaczcie ile jest tam bólu sięgającego do dzieciństwa, ile odkładającego się w otoczeniu niezrozumienia) próbuje poskładać swoją psychikę, która posypała się mimo że nabudowano na niej katedrę i dwie bazyliki. Nad nimi dziesiątki sędziów, z których każdy ma do opowiedzenia coś o sobie. Ja nie mam pojęcia, czy on – choć twierdzi, że znalazł – próbuje teraz szukać, czy uciekać. Czy jest w jednym kawałku, czy w pięciu. Czy ma pełną czy niepełną świadomość, że wielkie słowa, których teraz używa (by zastąpić nimi inne wielkie słowa), musi teraz zweryfikować życie, bo miłości nie da się zadekretować. Nie widzę jednak wyrachowania. Widzę ból człowieka który po pół wieku życia mówi, że chce je zacząć od początku. Jego słabość, odejście nie rozczarowuje mnie – mi księża nie służą do tego, bym sobie nimi potwierdzał, że to, w co wierzę ma sens, a moja wierność nie musi wcale opierać się na wierności innych. I nie obchodzi mnie, czy będzie przeorem. Szczerze życzę mu, by znalazł Szczęście, na własnej skórze doświadczył, że Boga nie da się zastąpić człowiekiem, ale On tylko i wyłącznie przez człowieka chce się nam objawiać.

Zamiast więc załatwiać sobie o. Krzysztofowiczem własne kłopoty z Bogiem albo ludźmi, warto po pierwsze rozejrzeć się po otoczeniu i zrobić rachunek sumienia (z wyznań o. Krzysztofowicza wyłania się np. smutny obraz spostrzegawczości jego formatorów oraz wrażliwości współbraci), po drugie – wziąć leki na "biegunkę sądów", po trzecie – po prostu się za niego pomodlić. Bo w oczach Boga życie tego człowieka, któremu coś się właśnie rozpadło, wcale się nie skończyło, mimo że wielu ludzi – przelęknionych o fundamenty swojej własnej wierności – skazało go właśnie na duchową śmierć. Stary, dobry Kreeft: "Bóg jest jak francuski kucharz, nawet z resztek jest w stanie przyrządzić świetny sos".


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Owsiak czy św. Jerzy? (9.01.2013)

Niektórych zaprawdę lepiej czasem nie pytać o coś innego niż to, na czym naprawdę się znają.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dobrze, że kilku parlamentarzystów napisało list do Jerzego Owsiaka. Zwrócili mu uwagę, z jakiego kalibru armaty strzelił sobie w stopę oświadczając na kilka dni przed tym jak zacznie zbierać na potrzeby osób starszych, że de facto jest za eutanazją ("eutanazja to pomoc człowiekowi w cierpieniu"). Dobrze, że Jerzy Owsiak odpowiedział im tak, jak odpowiedział. Tłumacząc – tak to zrozumiałem – że niczego nie rozstrzyga, nosi jednak w sobie pytania. Każdy wrażliwy człowiek musi mieć pytania, gdy patrzy na człowieka będącego w takim stanie, że śmierć nie jest dla niego tragedią, jest wybawieniem.

Parlamentarzyści podziękowali za sprostowanie, napisali też jaka odpowiedź jest im najbliższa (to też moje zdanie – nie mamy prawa majstrować przy ludzkim życiu, a nasze choćby najszlachetniejsze emocje i najtrudniejsze stany psychiczne nie mają tu nic do rzeczy, nie można z nich lepić uniwersalnego prawa). Trochę żal mi Owsiaka, który sam doposażył jednak w amunicję tych, którzy i tak go nie lubią i którzy w najbliższą niedzielę będą się na nim wyżywać w telewizjach, blogach i na ambonach, oskarżając o wszystkie możliwe "izmy" świata i próbując dowieść, że choć robi dobrze, to w istocie robi źle.

Owsiak czy św. Jerzy? (9.01.2013)

Fot. Ralf Lotys

Wyrosłem z Owsiakiem w tle. Wszyscyśmy przeszli z nim długą drogę. Ja – od totalnego uwielbienia i zachwytu nad facetem, który w żółtej koszuli, czerwonych okularach i przed mikrofonem z szyldem Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników, pokazywał że świat może być pogodny, kolorowy, zakręcony, że ludzie mogą się skrzyknąć pomimo instytucji by zrobić coś dobrego. To Owsiak nas uczył wspólnoty i obywatelskiego społeczeństwa, podczas gdy inni tłukli się teczkami i majstrowali przy wojnach na górze. Później nasze drogi zaczęły się chyba rozjeżdżać, w durny sposób podszczypywany przez niektórych księży, Owsiak "skracał lont" – reagował coraz gwałtowniej, agresywniej, a ostatnio pokazał się nawet parę razy jako autorytet w sprawach społeczno – politycznych, stając się w moich oczach de facto Kukizem a rebours. Już casus pewnego nader "wyrywnego" aktora o inicjałach K.M. nauczył mnie, że wchodzących w smugę cienia panów o artystycznej (czy pokrewnej) przeszłości zaprawdę lepiej czasem nie pytać o coś innego niż to, na czym naprawdę się znają. Lepiej nie prowokować ich do tego, by doraźnymi zgryźliwościami starców – którzy wszystko już widzieli, więc teraz wiedzą jak jest – bazgrali po swoich obrazach.

Lepiej nie wpychać ich w role, które nie są im przeznaczone. Z przerażeniem patrzę więc na głupotę środowisk, które lansują dziś Jerzego Owsiaka na mędrca, proroka, chcą przykleić go do któregoś z salonów, a z WOŚP zrobić wyłączny synonim "dobrej dobroczynności", tej pogodnej, uśmiechnętej, afirmującej a nie wymagającej, tej dla oświeconych, niech się tam smętny ciemnogród buja ze swoimi garkuchniami i oazową gitarą. Nikt nie szkodzi mu bardziej niż tacy samozwańczy akolici, robiący z tego ciekawego choć specyficznego człowieka "ikonę dobra", co natychmiast podnieca innych do przemalowywania go na "ikonę zła". Owsiak uczciwie zapracował na godne miejsce w historii Polski nie tylko przez to, że uratował tysiące ludzkich istnień i choć na sekundę obudził w milionach ducha wspólnoty wolontariatu, ale również przez to, że dał nam szansę nauczenia się co to znaczy mądrze dzielić się z innymi w wolnym społeczeństwie. Mnie przez tych dwadzieścia lat nauczył, że nie jest archaniołem Rafałem. Podoba mi się, że mówi uczciwie – dając na Orkiestrę finansujesz też Woodstock. Tak to u nas działa, tak chcemy to robić. Super. Wszyscy ci, których korci, by w niedzielę znów "jeździć" po Owsiaku mogliby wykorzystać ten "case" żeby pokazać jak mądrze używać swojej wolności, gdy jesteśmy proszeni o datki. Owsiak to nie Jezus, czerwone serduszko to nie sakrament – prosta piłka: dasz dziesięć złotych – dziewięć (czy jakie tam są proporcje) ulży ludziom w cierpieniu, a za złotówkę będzie impreza, na którą zjadą się tysiące, które lubią zmelanżować się w błotku, posłuchać muzy, a w prasie znów będzie pełno zdjęć tych, co lubią zdrowo popić i spalić (raczej nie z nienawiści) trochę egzotycznych roślin, które hurtowo zamawia pies Kory. Pasuje Ci to? Nie? Nie dorabiaj ideologii, nie domalowuj rogów. Uśmiechnij się do zbierającego wolontariusza, a te dziesięć złotych daj na program "Skrzydła" Caritasu, może to będzie bardziej "twoje". Albo wpłać na PAH. Na hospicjum. Jeśli cię stać – daj i tu i tu. A może najpierw pomyśl sobie jak zabawnie wyglądasz trzesąc się od sierioznych moralnych dylematów do której puszki wrzucić raz na rok pięć złotych, podczas gdy dziesięć złotych dziennie wydajesz na papierosy, słodycze albo pełne syfu brukowe "gazetki".

Jeżeli ktoś dobrze życzy Owsiakowi, powinien wesprzeć go w tłumaczeniu, że WOŚP to jedna z dobrych opcji, ale wcale nie jedyna. Dając na WOŚP realnie pomagasz ludziom. Nie dając – nie krzywdzisz ich, o ile tylko nie jesteś ślepy na ich potrzeby gdzie indziej i w praktyce (a nie poprzez snucie "mądrości") czegoś już dla nich nie robisz.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >