Pomodlić się za Fibaka

Nie kupię nowego tomu dzienników Gombrowicza, w których detalicznie i wulgarnie opisuje meandry swej pokręconej seksualności. Gdyby ktoś wydał – nie kupiłbym też przewodnika po warszawskiej kanalizacji: wiem że istnieje, ale nie chcę jej zgłębiać. Świadomość, że każdy człowiek i każde miasto mają swoje ekskrementy jakoś nie powoduje, że mam ochotę przenieść się na Marsa, albo zacząć biadolić, że nawet najzdolniejsi to jednak moralne łachudry, nie ma już autorytetów na tym świecie, i „panie premierze, jak żyć?”

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pomodlić się za Fibaka

Dziś od rana Internet wali po oczach najnowszą okładką „Wprostu“: Wojciech Fibak w roli stręczyciela. Kliknięcie kosztuje mniej wysiłku niż wyprawa do księgarni, może dlatego przeczytałem ten tekst. Przyznaję się – nie umiem ocenić, czy Sylwkowi Latkowskiemu i dziennikarce z „Nie“ (autorce prowokacji) chodzi o to, by w społeczeństwie było więcej cnót, czy ich koncept jest dużo prostszy: namówić znanego faceta, by przekonany o swojej bezkarności, publicznie ściągnął majtki. I tym samym dać czytelnikowi pretekst, by znów na moment przestał zadręczać się tym, że zdradza żonę, kantuje w pracy, nienawidzi matki, albo wciąga nosem proszek. Uwolnić go od przykrej myśli, że jest słaby, leczniczą kąpielą w słabości cudzej. Niech zawyje z oburzenia: ojej, więc i ten ładny pan też ma pod spodem takie rzeczy? No jak to?!

Sorry, ale jakoś nie kupuję w roli nauczycieli moralności redaktorów tabloidów (byłych, obecnych, codziennych, tygodniowych). Moi koledzy z tego segmentu prasy z czyszczenia moralnych szamb i segregacji odpadów tworzą dziś religię i naukę. Wyjaśniają, że wykonują tylko „odstrzał sanitarny“, troszczą się o społeczeństwo wolne od moralnych dwuznaczności. Tropiąc aktorzynę, który zaparkował na pasach porównują się z Bernsteinem i Woodwardem (tymi od afery Watergate), o prawdzie i uczciwości mówią częściej niż sam ksiądz dobrodziej. Sami udzielili sobie święceń, spowiadają, zadają pokuty. A o tym co usłyszeli w konfesjonale opowiadają z ambony.

Tworzą też nową, opartą na przymusie „bycia poinformowanym“, teorię mediów. Wmawiają mi, że tak jak muszę wiedzieć, że Ziemia nie leży na żółwiach, tak będę idiotą nie wiedząc, że Pan X spółkuje z panią Y. To moje święte prawo, mam być poinformowany. Kurczę – ja nie chcę! Nie dlatego, że wybieram ślepotę. Dlatego, że w ogóle umiem jeszcze wybierać.

Ja wiem, że koledzy z tabloidów tego nie rozumieją. Ale wiem też, kiedy zrozumieją. Gdy wojna na sprzedaż egzemplarzową osiągnie stadium, w którym polscy dziennikarze już nie tylko będą obrażać się słownie, ale sami zaczną łapać się nawzajem za wstydliwe miejsca. Gdy zaczną robić ze sobą to, co „Wprost“ z Fibakiem – „weryfikować krążące po środowisku plotki“. I okaże się – olaboga – że „pełniący ważną społeczną misję“ redaktor, piętnujący z hukiem romanse znanych i lubianych, sam od lat prowadzi w tej sprawie liczne terenowe doświadczenia. Fotograf robiący posłowi zdjęcie nad drinkiem po pracy sam chleje na umór. A autorka lamentująca, że polityk przekroczył prędkość i mógłby pozabijać Jasia i Małgosię, sama grzeje sto pięćdziesiąt w obszarze zabudowanym.

Każdy ma prawo opisywać świat jak chce. W moim odczuciu wyścigi w wyciskaniu sobie nawzajem moralnych pryszczy są absurdem i drogą donikąd. Od Adama i Ewy każdy ma jakieś słabości. Gdy publicznie kłamie, defrauduje moje pieniądze, oszukuje: zgoda, rzecz domaga się wyjaśnienia. Misji szukania prawdy o świecie nie wyczerpie jednak strażak bawiący się też w podpalacza. To my, media, doprowadziliśmy do tego, że współczesna debata publiczna zmienia się z miejsca w którym pomagamy sobie nawzajem zrozumieć świat, w targowisko podglądaczy. Nie zaciekawiamy już, umiemy tylko szokować. Nie pomagamy ludziom się rozwijać. Wmawiamy im, że szczytem ich ambicji jest bycie stadem gapiów.

Nie tylko w tabloidach nie umiemy już rozmawiać o czymś, tylko o kimś. Pamiętam swoją rozmowę z naczelnym wielkiego medium, który namawiał mnie: „zrób coś, żeby był dym – nie wiem, pogadaj z Palikotem, ze Szczuką“. Mówię mu: „Stary, ale mnie to nie kręci, przecież to będzie tylko huk i pic, szkoda mi prądu na coś, co nie posuwa świata do przodu”. „Ale mnie nie kręci posuwanie świata do przodu” – brzmiała odpowiedź. Szanuję. Ja zdania nie zmienię.

Tyle refleksji o dziennikarstwie po ciężkiej porannej kawie nad świeżą porcją gazet. A sam tekst o Fibaku? Po przeczytaniu – mam kaca. Zjadłem coś, czego nie musiałem i co będzie mi leżało na żołądku. Nie mam w sobie oburzenia, chęci wyrokowania, ten tekst jest po prostu strasznie, przeraźliwie smutny. Zamieszczona obok rozmowa naczelnego z Fibakiem to taniec obłąkanego łosia przed odprężonym myśliwym, który i tak wie, że go ustrzeli, pozwala mu jednak do końca wykazać swoje szaleństwo. I jedno słowo, które w wypowiedziach bohatera powtarza się jak refren: „chodzi o to, żeby było MIŁO“.

O tym jak „MIŁO“ niepostrzeżenie przejmuje dziś kontrolę nad światem, jak wypiera „PIĘKNIE“, „DOBRZE“, „UCZCIWIE“, „MĄDRZE“, „PRAWDZIWIE“, jak wypłukuje nam świat, rozcieńcza życie, obniża sufit aspiracji do poziomu znanego zwierzętom, można by napisać świetny, problemowy tekst, w którym niejeden z nas mógłby się przejrzeć i coś w swoim życiu zmienić.

Ale tu nie ma się w czym przejrzeć. Jest starszy pan, który właśnie skompromitował siebie, skrzywdził rodzinę, stoi bez majtek na środku swojej pięknej galerii, szczerze zdumiony, bo myślał, że wystarczy że człowiek będzie „miły“, a moralność przestanie go dotyczyć. Trzeba zakryć tę nagość, litościwie odwrócić wzrok.

Gdzieś mniej więcej przy sprawie senatora Piesiewicza (gdy wszyscy wymagali ode mnie, bym – skoro już do mnie przyszedł – docisnął go do ściany, w imię „prawdy“ dopełnił miary upokorzenia), dotarło do mnie, że czas na kolejny rachunek sumienia. Nie każdy (dziennikarz i czytelnik) musi być rzecz jasna chrześcijaninem. Jeśli nie jest – może tylko kontemplować upadek. Jeśli jest – powinien pomóc człowiekowi się podnieść.

Czy dziennikarz do którego trafia taki „news“, pozostanie dziennikarzem, jeśli zamiast pisać pomodli się za Wojciecha Fibaka? Czy pomodli się dziś za niego któryś z czytelników?

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ciemność widzę

Od kilku dni nie daje mi spokoju ten mrok, co w dniu śmierci Jezusa spowił całą ziemię od południa do trzeciej. Odpaliłem wszystkie biblijne słowniki, rzuciłem się do biblioteki, naczytałem teologicznych apokryfów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niektóre opisy naprawdę zostały w pamięci – Jim Bishop w swojej książce „Dzień w którym umarł Chrystus“ sugestywnie pokazuje tę sytuację jako mniej więcej ściemnianie komputerowego monitora (to moja interpretacja kreślonych przezeń plastycznych wizji, w czasach gdy autor pisał, monitorów jeszcze nie było).

Na niebie nie ma ani jednej chmurki, ale błękit przechodzi w atrament, robi się coraz chłodniej, groźniej, napięcie jak przed burzą, tyle że burzy nie widać.

Mój ulubiony o. Raymond Bruckberger, dominikanin, w „Dziejach Jezusa Chrystusa“ pisze, że to raczej było sirocco, gorący wiatr wiejący od pustyni i wywołujący totalne zaciemnienie podnoszonymi tumanami kurzu.

Ciemność widzę

Grecki historyk Flegon z Tralles w II wieku pisał, że jego źródła donoszą o występującym tego właśnie dnia i widocznym w całym basenie Morza Śródziemnego zaćmieniu słońca, „tak że w ciemności w południe widać było gwiazdy”.

Egzegeci prześcigają się w interpretacjach – dla jednych ciemność jest znakiem szczególnej obecności Boga, dla innych – szatana, który na krzyżu dokonuje ostatniego kuszenia Jezusa, nakłaniając osłabionego Człowieka do zanegowania miłości Boga, wyrzeczenia się nadziei (czyli, w myśl mojej roboczej definicji – przeciwteizmu).

Krytycy przypominają, że późniejsi hagiografowie wielkich postaci zawsze dorabiali im w momencie śmierci jakieś atmosferyczne cudeńka, by w ten sposób potwierdzić ich wyjątkowość lub wręcz bóstwo. Przykładów jest rzeczywiście na pęczki.

Ciemność widzę

Lucas Cranach Starszy, “Ukrzyżowanie”

A co, jeśli tych parędziesiąt metrów za murami miasta, przy trzech wbitych w ziemię strasznych drewnianych słupach, na których konało trzech mężczyzn, przy znudzonych żołdakach, którzy czekali, aż skazani wyzioną ducha, przy grupce obserwatorów ze świętym Janem, Matką Bożą i może jeszcze kilkoma osobami, rzeczywiście było wówczas centrum historii wszechświata?

Człowiek zabijał Boga, stworzony świat krzyknął z bólu gasząc słońce. Ludzie, odklejeni na dobre przez grzech od reszty stworzenia, nie zrozumieli ostrzeżenia. Jasne, może trochę mieli pietra, ale później przypomnieli pewnie sobie, że wszystko pod kontrolą, znamy w końcu astronomię. Poza tym z zabijaniem trzeba było się pospieszyć, mieli przecież ważne religijne obowiązki, musieli szykować się na święta.

Mam wrażenie, że gdyby nawet Pan Bóg zaczął nagle kręcić ziemią w drugą stronę, ludzie też by jakoś do tego przywykli, jakoś to sobie wytłumaczyli.

To niby szokująca konstatacja, ale wyobrażam sobie chyba, że śmierć Jezusa i dziś może kogoś pozostawić wyznaniowo (choć pewnie nie emocjonalnie) obojętnym. Wstrząsem, wobec którego nie da się już jednak przejść obojętnie jest Jego zmartwychwstanie.

Ciemność widzę

Rafael Santi, “Zmartwychwstanie”

Tu już nie ma wytłumaczeń z fizyki czy chemii, więc musisz zająć stanowisko – wierzysz w to, czy sądzisz, że to wszystko brednie.

Tyle, że tu nie bardzo jest w co wierzyć.

W Napoleona też nie wierzę, choć go nie widziałem – wiem, że był. Zmartwychwstanie też było. Nie wskrzeszenie, sytuacja w której człowiek wraca z podróży znowu na stare śmieci.

Jezus nigdzie nie wraca, On przekracza śmierć i idzie dalej. Lubię Bruckbergera gdy z właściwą sobie swadą wylicza argumenty przekonywujące, że zmartwychwstanie, to nie mit, a historyczna rzeczywistość.

Bo było wielu, którym zależało żeby całą tę historię szybko zakończyć, i gdyby mieli jakiekolwiek dowody, że zmartwychwstania nie było, byłyby już wtedy na stole, a my mielibyśmy po nich jakichś ślad. Niby jakim cudem miały się zachować wybiórczo tylko te papiery, które potwierdzają, że zmartwychwstanie było?

Bo Świątyni i Rzymianom bardzo zależało na skompromitowaniu chrześcijan, mielibyśmy więc przede wszystkim odnalezione dzięki ich nakładom, ciało. Albo tych co wiedzieli, co się z nim stało. A nie mamy.

Bo gdyby zmartwychwstanie było nieprawdą zdementowałby je już wówczas z hukiem właściciel grobu, członek Sanhedrynu, Józef z Arymatei albo ktoś mu bliski i wzmianka o nim nie trafiłaby do pisanych przecież później Ewangelii.

Bo ktoś, komu zależałoby na „uszyciu” na kanwie zmartwychwstania triumfalnego mitu założycielskiego chrześcijaństwa, nie opisywałby przecież z takimi detalami towarzyszącego tym zdarzeniom niemożebnego tchórzostwa i małości Jego apostołów, tej wybranej gwardii, która go najpierw zdradziła, później uciekła, z których żadnego nie było na Jego pogrzebie i którzy Go później patologicznie nie rozpoznawali.

Bo gdyby uczniowie chcieli pokazać, że Jezus wrócił do życia i oprawcy nic mu nie zrobili nadal byłby w ich opowieści znanym wcześniej człowiekiem, a nie Kimś kto pozostawia w bezradności, za kim nie można nadążyć, bo co chwila jest gdzieś indziej, ma ciało o dziwnych własnościach, nikogo nie przekonuje, nad nikim nie triumfuje, zupełnie wymyka się schematom, a uczniowie na przemian to się cieszą, to nadal się wszystkiego boją.

Bo wtedy nie widzielibyśmy kobiet, które – u Marka – nic nikomu nie mówią o pustym grobie, bo się boją (na tym słowie kończy się Ewangelia, reszta to późniejsze dopiski).

Bo nie ma powodu, żeby nie wierzyć Pawłowi, który o zmartwychwstaniu pisze pewnie (w Liście do Koryntian, rozdziale 15.) w 55. roku, a więc dzieli go (i innych świadków) od tych zdarzeń odległość taka jak nas od rewolucji w 1989. I sami pamiętamy, i wciąż są świadkowie.

Itd. Itp. Etc.

Ciemność widzę

Lubię Bruckbergera, gdy znęca się nad racjonalistycznymi krytykami Biblii piszącymi, że uczniowie wymyślili sobie zmartwychwstanie, bo „oczekiwanie stwarza zazwyczaj swój przedmiot“.

Francuski dominikanin pisze, że podczas okupacji siedział w więzieniu, a jego gorące oczekiwanie wyzwolenia nie przyspieszyło go ostatecznie ani o dzień.

„Stanowczo wolę faryzeuszów, którzy nie mając nic do powiedzenia poza takimi banialukami, nie mieli odwagi ich napisać i nic nie powiedzieli. Jeżeli nie macie nic przeciwko historyczności Ewangelii poza tymi bzdurami, nie wypowiadajcie waszych sentencjonalnych uwag”.

Pan zmartwychwstał i żyje. To nie religijny postulat, to fakt. A my teraz musimy się z nim zmierzyć.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >