Piekielna nuda

Piekło to nie żaden tam zestaw szybkopalnych kotłów ani pośmiertne Alcatraz. To karuzela, na której kręci się w kółko grono mędrców przekonanych, że nikt poza nimi samymi nie jest im do szczęścia potrzebny. To elitarny klub ludzi zakochanych w sobie z wzajemnością.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przy jednej z kolejnej okołohaloweenowo – wszystkichświętych dyskusji, znów słyszę ten sam argument: „A ja tam wolę iść do piekła, tam przynajmniej będzie ciekawe towarzystwo“.

Słyszałem już ten bon mocik ze trzy miliony razy. Zawsze wypowiadany jest niby żartem, mam jednak wrażenie, że pod spodem skrywa coś zupełnie innego niż ironiczny dystans, albo realną chęć zaznania wiecznego potępienia. Nie słyszę w nim ciągu na piekło, widzę w nim lęk przed niebem.

Czyż to nie fascynujące?!

Po dwóch tysiącach lat zmagań kapłanów, uczonych świeckich i katechizacji, doszliśmy do punktu, w którym znaczna część ochrzczonej ludzkości nie boi się piekła, ale nieba.

Piekło jest bowiem sobie w stanie wyobrazić. Przypuszczam, że dla większości z nas pachnie ono po prostu jak codzienność: będą jakieś małe zmartwienia, ale też małe radości, parę większych tragedii na każdy ludzki los, kilku fajnych ludzi i ocean sukinsynów, który rozkręca ten świat na czynniki pierwsze (ale my już wiemy, jak się przed nimi zabezpieczać).

Piekło umiemy zrobić sobie sami.

Niebo natomiast ma zrobić dla nas Bóg.

Obraz nieba, jaki człowiek w sobie nosi, jest więc prostą pochodną jego wizji Boga. Jeśli Bóg, którego ma w głowie jest wiecznie zrzędzącą ciotką albo przełożoną pensji dla panien, pilnującą by wszyscy wyglądali tak samo, byli potulni, wykrochmaleni, żeby mieli same obowiązki i broń Boże nie zaznawali żadnej przyjemności, dla takiego człowieka niebo będzie realnym koszmarem, piekło zaś mniejszym złem. Piekło to stare, znane śmieci, trochę trudności, średnie perspektywy, ale w sumie – spokój, niebo – niekończące się nabożeństwo, musztra, karmienie na siłę duchowym tranem (paskudny, ale ciocia mówi ci, że bardzo zdrowy) itd. Niebo ma być dla nas nagrodą? To chrzanić takie nagrody.

Pierwszym i zasadniczym krokiem do uzdrowienia w sobie wizji tego, co czeka nas po zakończeniu krótkiego, kilkudziesięcioletniego wstępu do naszego życia, jest więc natychmiastowe zastopowanie myślenia o Bogu w kategoriach wziętych z pedagogiki, ekonomii, marketingu, zarządzania, bezpieczeństwa narodowego etc. „Moje drogi nie są waszymi drogami, a moje myśli nie są waszymi myślami“, mówi Bóg.

Piekielna nuda

Słowem: człowieku, jeśli chcesz odzyskać smak na niebo, po pierwsze przestań wierzyć w Boga, którym sam byś był.

Po drugie. Nie dawaj wmówić sobie, że w niebie jest nudno, a w piekle jest ciekawie. Bo jest dokładnie odwrotnie. Niebo jest pełne fantastycznych, superciekawych osobowości, ludzi o wrażliwości tak rozwiniętej, że w ich towarzystwie nie będzie można nie czuć się wspaniale (wiem, co mówię, piszę właśnie książkę o świętych). Niebo to doskonała wolność (bo nie ma miłości bez wolności, miłość na smyczy, nawet złotej, to nie miłość, to tresura). Czysta przyjemność, radość, ekscytujące czekanie na koniec historii, po którym znów wrócimy na ten świat w ciele, żyjąc od tej pory życie, które pozbawione jest cierpienia, zła, chorób, głodu, życie które z nas i z naszych bliskich wydobędzie to, co najlepsze.

Czym jest piekło? Nie żadnym tam zestawem szybkopalnych kotłów, nie pośmiertnym Alcatraz. Piekło jest bezruchem i ciszą. Nie drogą, a karuzelą. Na której kręci się w kółko to samo grono mędrców przekonanych, że nikt poza nimi samymi nie jest im do szczęścia potrzebny.

Którzy tak przejęli się swoimi sądami, że uwierzyli, że ich myśli to rzeczywistość. Elitarny klub ludzi zakochanych w sobie z wzajemnością.

Piekielna nuda

Niebo to otwartość, relacja, miłość bliźniego, piekło to zamknięcie, brak relacji, miłość własna. Każdy z nas zna pewnie ludzi, którzy w pierwszym kontakcie bywają fascynujący, wybuchają niczym sztuczne ognie, ale gdy pobędzie się z nimi chwilę i poskrobie rozmową, ma się wrażenie, że tam naprawdę jest bieda z nędzą, a w dodatku przekonana, że jest wzorem metra z Sevre. To tacy ludzie mają realne szanse, by przechodząc przez śmierć nie zauważyć bramy do szczęścia, Jezusa. Naprawdę chcesz na wieczność takiego właśnie towarzystwa, kogoś kto nie słucha bo wyłącznie mówi?

Po trzecie. Nie dawaj sobie wmówić, że niebo jest odebraniem ci wolności, bo ono jest jej spełnieniem. Nigdy nie będziesz tak wolny, jak w niebie. Nie, to nie ten rodzaj wolności (wielu znanych mi ludzi naprawdę tak sądzi), którą cieszy się wykastrowany zwierzak, a ten owszem może sobie pójść w lewo albo w prawo, ale pewnych rzeczy już jednal ex definitione nie może.

Człowiek został stworzony dobrze, więc wszystko, w co został wyposażony przetrwa próbę śmierci. Wolna wola, umiejętność kochania, inteligencja, zmysłowość. Wszystko, co dobre będziesz mógł robić dalej. A tego, co niedobre po prostu nie będziesz już umiał chcieć. Poznasz, że to był nowotwór. Że tylko wybór dobra daje ci realną satysfakcję. Poczujesz wreszcie coś, co ziemskie szumy potrafią skutecznie zagłuszyć: że dobro daje autentyczną przyjemność, a genialny porządek jest znacznie bardziej kręcący niż największy artystyczny nieład.

Po czwarte. Nie myśl za dużo o tym, co cię czeka w niebie. Jasne, że gdy po długiej i znojnej podróży wracasz do domu, już wiele kilometrów wcześniej masz przed oczami swoją ukochaną poduszkę, a w nozdrzach woń umiłowanych pieczonych kartofelków.

Gdybyś rzeczywiście wsłuchał się w siebie, może odnalazłbyś tam wpisane w każdego z nas (to moja supozycja, nie teologiczna prawda, to ocieramy się już bowiem o tzw. teorię preegzystencji) wspomnienia z domu, z którego tych parę ładnych lat temu wyszedłeś, i którego z każdym dniem znów jesteś bliżej. Najważniejsze nie jest jednak to, jak on wygląda i CO w nim jest. Ważne, KTO w nim na ciebie czeka. A czeka ktoś, kto stworzył Wszechświat, który z trudem umieją ogarnąć ziemscy astronomowie i ktoś, kto kocha cię bardziej niż mąż, dzieci, ojciec i matka razem wzięci. Nawet nie próbuj więc sobie wyobrazić kreacyjnego potencjału, który na pewno włożył by przyjąć cię tam jak najlepiej.

Po piąte i wreszcie ostatnie: nie wierz więc w niebo, które sam byś sobie zrobił. Bo niebo, które człowiek sam by sobie zrobił, to właśnie jest definicja piekła. Nie możesz na niebo zapracować, więc to nie ty je wyposażasz i urządzasz. Na szczęście.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Czary mary

„Wróżbiarstwo, przepowiednie z lotu ptaków i marzenia senne są bez wartości, jak urojenia serca rodzącej kobiety.“

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Zdarzyło mi się kiedyś mieć sen, który napełnił mnie lękiem. Śniło mi się, że miałem stłuczkę. Skasowałem cały przód swojego samochodu, nikomu nic wielkiego się nie stało, ale każdy kto miał stłuczkę wie jak nieprzyjemny potrafi być związany z nią wyrzut adrenaliny, do tego dochodzą wszystkie pokolizyjne formalności, słowem – brrr.

Nieprzyjemne napięcie towarzyszyło mi przez cały ranek, sen jeszcze raz przypomniał mi się z detalami, gdy schodziłem do garażu. Miałem tego dnia zaplanowany wyjazd do rodziców, poprzedniego dnia przyleciałem z Afryki, dziwne obawy złożyłem więc na karb zmęczenia.

Kilkanaście minut później mój sen się ziścił. Przejeżdżając ulicą nad którą sygnalizatory zawieszone są co sto metrów, zagapiłem się na nie ten co trzeba. Na tym, co trzeba zmieniło się w tym czasie światło, człowiek przede mną nagle zahamował, ciąg dalszy – wypisz wymaluj: przód auta skasowany, na szczęście nic nikomu się nie stało.

Nie jestem szczególnie skłonny do przejmowania się wygłaszanymi pod moim adresem czasem (lub przesyłanymi) przepowiedniami. Wróżbiarstwo uważam za gałąź przemysłu rozrywkowego, a nie terapeutycznego. Z horoskopów wyłącznie się śmieję (może również dlatego, że znałem parę osób, które je zawodowo piszą i wiem jak to się robi). Snów nie analizuję (niemal zawsze ich nie pamiętam, a na kursy świadomego śnienia oferowane przez jedną z moich wykładowczyń ze studiów jakoś nie miałem ochoty chodzić).

Czary mary

Tym razem jednak musiałem postawić sobie pytanie: czym był sen, który miałem? Ostrzeżeniem od Boga (które zlekceważyłem)? Samospełniającym się proroctwem wygenerowanym w podświadomości a zrealizowanym świadomie? Totalnym zbiegiem okoliczności (dodajmy: mocno pechowym – w końcu dlaczego równie konkretnie nie mogły mi się we śnie objawić wyniki sobotniego losowania Multilotka)?

Poczytałem, co na temat mówi Pismo. Gdy chodzi o ludzi aktywnie próbujących zajrzeć za zasłonę przyszłości, biegających do wróżbiarzy (teraz również do telewizora, gdzie wróżbiarze się pokazują), stawiających sobie tarota, wróżących z rąk (a kiedyś również z lotu ptaków, czy zwierzęcych wnętrzności) – sprawa postawiona jest jasno: gdy jest się w relacji z Bogiem, chodzenie do wróżki jest tym samym, czym w życiu małżeńskim byłoby chodzenie do (męskiej lub żeńskiej) prostytutki. Jest jasną deklaracją, że ktoś z kim żyjesz nie dostarcza ci wszystkiego, co potrzebujesz, że choć On mówi ci, że ma twoje życie w swoim ręku, i że zatroszczy się o ciebie najlepiej jak potrafi, ty wolisz na wszelki wypadek zabezpieczyć się jeszcze gdzie indziej.

Co jednak ze snami? Te przecież po prostu nam się przytrafiają. W Piśmie wiele razy opisywane są sny prorocze, w których do człowieka mówił Bóg. Są też jednak zupełnie inne wskazówki.

„Nie dajcie się wprowadzić w błąd przez waszych proroków i przez waszych wróżbitów; nie zwracajcie uwagi na sny jakie macie. Oni bowiem prorokują wam kłamstwo w imię Moje. Ja nie posłałem ich – wyrocznia Pana“ (Jr 29, 8-9).

„Wróżbiarstwo, przepowiednie z lotu ptaków i marzenia senne są bez wartości, jak urojenia serca rodzącej kobiety. Jeśli Najwyższy nie zsyła ich jako nawiedzenia, nie bierz ich do serca! Marzenia senne w błąd wprowadziły bardzo wielu, którzy ufając im, upadli“. (Syr 34, 5-7). 

Jak rozpoznać, który sen jest owym Bożym „nawiedzeniem“, a który nie? Przypomnieć sobie raz jeszcze, że w wierze chodzi o bycie z żywą Osobą, a nie o tworzenie algorytmów zachowań albo opracowywanie technik weryfikacji komunikatów.

Jedyną receptą na wszystkie sytuacje, w których ktoś coś o naszej przyszłości nam mówi, albo coś nam się na jej temat śni, jest zaufanie Komuś, kto kocha cię nad życie.

Nie ma metody by ze stuprocentową pewnością stwierdzić, ze jakiś sen albo słowa, które od kogoś usłyszałeś objawiają ci fragment Bożego planu, czy może planu Złego, który też przecież ma precyzyjną wizję twojego życia, wie w którą stronę powinieneś pójść by wpaść w jego objęcia.

Czy Bóg chciał mnie przez ten sen ostrzec przed możliwym wypadkiem? A może to Zły tak mnie tą wizją zaniepokoił, że dodatkowo osłabił moje siły i stało się to, co się stało? „Sen mara, Bóg wiara“, mawiali nasi przodkowie i to oni mieli rację.

Czary mary

Po każdej takiej akcji, gdy niby na chwilę dane jest nam zajrzeć za zasłonkę czasu, najlepiej po prostu stanąć przed Bogiem i powiedzieć mu: miałem taki sen, słyszałem takie a nie inne słowo. Nie wiem, czy to od Ciebie, czy nie, ale jedno wiem na pewno – chcę, żeby w moim życiu spełniały się nie moje sny, a Twoja wola. Żebym ją wypełnił. Wiem, że Ty chcesz dla mnie tylko dobra, że nie pozwolisz mnie skrzywdzić. Ufam Tobie, a nie temu, co urodziło się w mojej głowie. Po prostu.

Możliwość sfałszowania drogowskazu – to oś problemu jaki mam nie tylko ze snami, ale też z tak bardzo popularnymi dziś telepseudowróżbitami, wróżkami „stacjonarnymi“, horoskopami, a nawet andrzejkowym wróżeniem z lania wosku.

Byłbym skończonym idiotą potępiając teraz tych, co pokupowali już sobie świeczki z myślą o zbliżających się prywatkach i imprezach firmowych. Bawcie się dobrze!

Ja jednak wolałbym spalić je na chwałę Bożą na przykład przed ikoną. Dlaczego? Ano dlatego, że zawsze gdy pozwalam komuś albo czemuś zaszczepiać w mojej głowie choćby najbardziej niewinną myśl o mojej przyszłości, mogę doprowadzić do tego, że choćby w minimalnym stopniu zacznie mnie ona determinować. Że gdy usłyszę, gdzie to niby dojdę, w tym kierunku podświadomie zacznę iść. Zadziała wspomiany już wyżej mechanizm samospełniającego się proroctwa. Że przecież większość z nas od razu uśmiecha się z politowaniem na to, co wychodzi im z wróżb i horoskopów i zaraz o tym zapomina?

Jak to się więc jednak dzieje, że gdy coś nawet zbliżonego do treści owych przepowiedni kiedyś nas jednak spotka, od razu przypominamy sobie: a przecież to właśnie kiedyś mi przepowiedziano! Tylko skąd będziesz miał wtedy pewność, że jesteś w miejscu, w którym zgodnie z wolą Bożą miałeś być? Najlepszym miejscu dla ciebie? Skąd wiesz, że nie zboczyłeś ze ścieżki i nie polazłeś w jakieś chaszcze?

Nie przezywam wszystkich wróżów od satanistów, nie dyskutuję z nimi, nie kropię ich święconą wodą. Po prostu ich mijam. Jak przydrożne bary, co do których nigdy nie mogę mieć pewności, z czego naprawdę robią te swoje kotleciki i czy nie mają jakiegoś megasyfu na zapleczu, czy zamiast zyskać w nich siły nie stracę ich przez egzystencjalną biegunkę.

Wiem komu zaufałem, wiem kto dostarcza mi stuprocentowo pewnego pokarmu na drogę i nim staram się żywić. Dostawca tego pokarmu mówi mi też wyraźnie: nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest teraz. A twoja przyszłość, to przecież nic więcej niż suma wyborów, których dokonasz dziś. Nie chcę ci odbierać wolności, chcę cię nakarmić tak, byś jak najlepiej z niej skorzystał.

Więc nie daj sobie wciskać kitu, że twoje życie to jakaś plansza, której fragment  ktoś za sto, czy pięćset złotych teraz przed tobą odsłoni. Namalujesz na niej dzisiaj to, co sam chcesz. I sam zdecydujesz, kogo uznasz za mistrza.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >