Pasztet i dusza

Kilka dni temu Tomek Terlikowski publicystycznie skojarzył ubój rytualny z aborcją. Postawił tezę, że większości tych co walczą o zakaz uboju rytualnego nie przeszkadza aborcja, czyli „ubój dzieci“ też bez znieczulania i ogłuszania.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Trudno, znów będę w mniejszości, ale mi akurat przeszkadza i jedno i drugie. Oczywiście, że aborcja nieporównanie bardziej. Zabijanie ludzi nie mieści mi się w głowie, sprawa jest oczywista, koniec, kropka. Ubój rytualny nie mieści się w mojej w duszy, bo wierzę, że w imieniu całego stworzenia Ktoś złożył już najdoskonalszą ofiarę i żaden człowiek ani inna istota, nikomu w ofierze być już składana nie musi.

Rozumiem, że Tomkowi chodziło o prawo. Prawa do aborcji nikt nie powinien mieć, bo nie można mieć prawa do życia drugiego człowieka. Prawo do uboju rytualnego powinny mieć ściśle wyliczone wspólnoty religijne, których wiara nakazuje im zabijać zwierzęta w tak okrutny sposób.

Kłopot w tym, że w Polsce nie dyskutujemy dziś o prawach paru tysięcy muzułmanów, czy żydów. Ubój rytualny to dziś u nas zasłaniający się religią wielki biznes, który zaopatruje w mięso znaczną część Bliskiego Wschodu. Więc niech mi tylko uprzejmie rząd RP (który wczoraj dał zielone światło dla niehumanitarnego uboju na skalę przemysłową) nie wciska kitu, że chodzi mu o wolność religijną, gdy chodzi mu o biznes kolegów z PSL. A o ile zaspokajanie (w kontrowersyjny dla mnie sposób) potrzeb religijnych rodaków innych wyznań mogę zaakceptować, o tyle czyichś pragnień finansowych – nie muszę i nie chcę. Ich prawo do powiększania majątku stoi w mojej hierarchii wartości niżej niż obowiązek traktowania otaczającego ich świata z szacunkiem i nie zadawania mu zbędnego cierpienia.

Pasztet i dusza

Na (do niedawna) Tomkowej „Frondzie“ czytałem wczoraj (ale dziś zniknął) wywiad z pewnym franciszkaninem (albo kapucynem). Nie wiem, czy święty Franciszek po skończonej ewangelizacji braci mniejszych rzeczywiście podrzynał im gardziołka, wrzucał na grilla i ze smakiem zjadał (wywiadowany brat zarzeka się, że nie ma dowodów na to, że nie jadał mięsa). Wydaje mi się jednak, że jeśli chce się „jechać“ na dziedzictwie „pierwszego ekologa katolicyzmu“, wypadałoby najpierw wykonać dwa małe ćwiczenia.

Po pierwsze – Pismo Święte czytać ze zrozumieniem. W wywiadzie po raz kolejny pojawia się „koronny” dowód na to, że Bóg nie jest wegetarianinem: historia z wizją z Piotra i nakazem: „bierz, Piotrze, zabijaj i jedz”. Tylko – o co tu chodzi? Bóg znosi  ostatecznie przepisy o rytualnej nieczystości pokarmowej, pokazuje jak działa Nowe Prawo? Czy występuje jako promotor mięsnej diety? Analogicznie: gdy Jezus mówi o tym, by nie brać na drogę sandałów: chodzi Mu o to, by nie troszczyć się zbytnio o to, o co zatroszczy się Opatrzność, czy nakazuje nam chodzić na bosaka?

Po drugie: może franciszkanie zamiast na siłę kanonizować schabowe pochyliliby się z większą troską nad najszerszej pojętym fenomenem życia? Nie kwestionuję prymatu osoby wśród stworzeń, nie chcę nadawać zwierzętom praw osób (bo nimi nie są). O Bogu mówimy jednak, że jest nie tylko osobą, ale i zasadą wszelkiego życia. Czy nie sprzeciwia mu się więc jakoś każda śmierć stworzonego przezeń bytu? Czy jest taka śmierć, która przynosi Bogu (i człowiekowi) chwałę? Czy zabijanie zwierząt to nie smutna przypadłość świata po grzechu? Czy w świecie, który wymyślił Bóg (i do którego zmierzamy), nie ma być tak, że nie będzie ani cienia tej przemocy?

Znalezienie odpowiedzi na te pytania wydaje mi się ważne również dlatego, że znam ludzi, którzy może mogliby zasypać w swoim życiu zauważoną przez Tomka Terlikowskiego przepaść, gdyby ktoś konsekwentnie pokazał im Boga, który kocha osoby, ale jest też życiem świata (a CAŁE STWORZENIE jęczy doń i wzdycha, rozpoznając w nim Pana).

Na koniec – powtarzam: mam świadomość, że aborcja to zbrodnia. A jedzenie mięsa z pewnością nie jest grzechem. Twierdzę jednak, że zamiast po raz kolejny pleść androny, że według Boga zwierzęta to pokryte sierścią maszyny, warto skupiać się nie na tym co z powodu słabości zostało dopuszczone, ale na doskonałości, do której możemy dążyć już na ziemi.

Żeby była jasność – mi to dążenie ciągle nie wychodzi. I gdy raz na parę tygodni zdarzy mi się zjeść odrobinę mięsa, myślę z dużym wstydem o przemocy jaka pozyskaniu mojego dania towarzyszy. Nikt mnie nie przekona, że mięsożerstwo jest prawdą wiary. Wegetarianizm też nią nie jest, ale – to sąd na mój prywatny użytek – może wspierać jej rozwijanie.

 

 

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Bashobora – Kaszpirowski

Kasia Wiśniewska z „Gazety Wyborczej“ jest naprawdę fajną koleżanką. Ale o Kościele pisze czasem tak niemądrze, że nie wiadomo już, czy lepiej zemdleć czy zaślepnąć.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niesamowite są te Kaśkowe przeglądy katolickiej prasy, gdzie z „Niedzieli”, „Idziemy” czy „Gościa” niezawodnie wybierze do egzegezy jakiś fragment mający dowieść, że polski Kościół to zastęp zacofanych młotków i zderzy to z „postępowym” tekstem z „Tygodnika Powszechnego”, by – jak w każdej bajce – był zły (i liczny) Mordor i dobry hobbit (samotny, pojedynczy, walczący). W życiu bym nie wpadł na pomysł by przy okazji każdego kościelnego święta tak zawzięcie tropić tylko głupie polityczne aluzje siane przez kilku zawsze tych samych biskupów (podczas gdy dziesiątki innych i tysiące księży mówią jednak nie o mgle a o Panu Bogu). Gdyby to było dziennikarstwo, próbowałobym pewnie wznieść się ponad banał bipolarnego (i nudnego jak flaki z olejem) opowiadania o Kościele „zamkniętym” i „otwartym”, pokazać przekrój tego, co się na tej działce dziś dzieje. To jest jednak jakiś osobliwy masochizm. Względnie sadyzm (w zależności, czy się pisze z wewnątrz czy już z zewnątrz Kościoła, sam już nie wiem).

Ja ani sadystą ni masochistą nie jestem, pominę więc dziesiątki prac autorki, skupiając się na zamieszczonym dziś w serwisie wyborcza.pl komentarzu, w którym Kasia zgrabnie połączyła sprawę księdza Lemańskiego i wizytę w Warszawie ugandyjskiego księdza Johna Bashobory. Teza jest pi razy oko taka: abp Hoser karze (za błędy doktrynalne) szlachetnego księdza Lemańskiego, a wspiera księdza szarlatana, który wskrzesza zmarłych wbrew katolickiej doktrynie, „bo o ile ja znam się na teologii wskrzeszeń zmarłych dokonywał raczej tylko Jezus Chrystus, ewentualnie święty Paweł i było to dość dawno”.

Bashobora – Kaszpirowski

Otóż, Kasiu, sorry, ale nie znasz się na teologii. Ja też się zresztą nie znam. Ale mam w domu Pismo Święte. A tam jak wół stoi, że nie tylko Jezus i „ewentualnie“ Paweł. Paweł na pewno. I Piotr też (polecam Dzieje Apostolskie). Ba, nawet Eliasz (to z kolei 1. Księga Królewska). Jest też Ewangelia Mateusza. Oraz Marka. Tam Jezus zapowiada uczniom (i uczniom uczniów), że Jego mocą będą uzdrawiać ludzi z wszelkich chorób. Co zresztą masowo później czynią (znów: Dzieje Apostolskie). A czym – co do istoty – różni się uzdrowienie nieuleczalnie chorego od wskrzeszenia? I to i to jest zawieszeniem praw (skażonej grzechem) natury. Jezus mówi, że Duch Święty będzie działał, będzie potwierdzał słowa uczniów znakami. A Duch Święty to nie jogurt, ergo się nie przeterminował. Argument, że coś było „dawno temu“, w chrześcijaństwie nie ma więc zastosowania. Ewangelia to nie klechdy i podania – to życie! Wniebowstąpienie to nie Wyparowanie. Jezus żyje! Działa! Teraz! Dzisiaj! Tu! W Kościele! I to jest nasza doktryna! Alleluja! :-)

Niektórzy i dziś mocą tegoż Ducha mogą więc w Kościele (w łączności z nim, bo on te charyzmaty rozpoznaje) wyrzucać złe duchy, uzdrawiać chorych i wskrzeszać zmarłych. A jak ktoś nie wierzy w duchy i w moc Jezusa, nigdy nie zrozumie nie tyle księdza Bashobory, co po prostu chrześcijaństwa. I może dlatego będzie mu się wydawało, że przeciwstawianie Bashoborze ks. Lemańskiego i pisanie, że „jest do bólu racjonalny” w odniesieniu do księdza, nie musi być wcale komplementem.

O ks. Lemańskim piszę w jutrzejszej „Rzepie”. W skrócie: robienie zeń jedynego sprawiedliwego i męczennika wolności wydaje mi się kuriozalne. Podobnie – obkładanie go karami kościelnymi. Ks. Lemański ma dobre intencje i talent do docierania do „ludzi pogranicza”. Ma też jednak tę cechę, że owszem –  jest pełen wyrozumiałości i troski, ale tylko wobec tych, którzy myślą tak jak on. A myślących inaczej (Hołownię, Terlikowskiego, Mazurka) wdeptuje w grunt bez miłosierdzia. Doprawdy, mógłby sobie darować ciąganie się z biskupem po sądach, ale biskup mógłby też darować sobie strzelanie do niego z armat. Antyświadectwem nie są poglądy żadnego z nich, ale to, że nie nauczyli się ze sobą rozmawiać. Wróćmy jednak do Bashobory.

Bashobora – Kaszpirowski

Dopóki nie zabrania ludziom brać leków, nie bierze pieniędzy, nie przekonuje, że to on sam leczy  i nie składa obietnic bez pokrycia, nie mam mu nic do zarzucenia. Nie mam też złudzeń: znaczna część tych, co ruszą na Stadion Narodowy uda się tam z  ciekawości. I co z tego? A z Jezusem było inaczej? Zacheusz wlazł na drzewo , bo był mistykiem, czy po prostu gapiem? Tłum, który za Jezusem ciągnął to też nie była rozmodlona pielgrzymka, a pewnie fani (umowni) ówczesnych tabloidów. Niektórzy nawracają się czytając Mistrza Eckharta, inni patrząc na cuda. Jeszcze innym potrzebne jest i jedno i drugie.

Sam jednak na Stadion się nie wybiorę. Nie z powodu paternalistycznych pouczeń Kasi, która apeluje do abp. Hosera by zrobił coś z księdzem, który wywoła „niezdrową sensację i nadzieję u tysięcy naiwnych ludzi“. To tajemnica każdej modlitwy o uzdrowienie: jedni wstają z wózków, inni na nich zostają, część z nich zaczyna inaczej patrzeć na chorobę, zamieniając syf nieszczęścia w kryształ. Znów Pismo Święte (Łukasz): „wiele było wdów w Izraelu (…), ale Eliasz do żadnej z nich nie został posłany tylko do wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu było trędowatych za czasów proroka Elizeusza, ale żaden nie został oczyszczony tylko Syryjczyk Naaman”. Dlaczego? Tak, ja też tego nie rozumiem.

W religii bycie „do bólu racjonalnym” może rzeczywiście sprawiać ból. Bóg w którego wierzę mimo całej bliskości mnie przerasta. Wymyka się mojemu rozumowi. Wie więcej, szerzej ogarnia. A ja nie mogę – proszę wybaczyć kolokwializm – ładować się miedzy wódkę a zakąskę. Odmawiać Mu prawa do działania, a „naiwnym” ludziom prawa do szukania w Nim nadziei.

Na Stadion nie pójdę zaś, bo po tym wszystkim co się wokół tej sprawy dzieje, nie umiałbym sam siebie przekonać, że idę tam spotkać się z Chrystusem, a nie z ks. Bashoborą. Poza tym – moim światem jest znacznie bardziej kameralna modlitwa. Ale kim ja u licha jestem, żeby zabraniać Bogu – jeśli zechce – działać przez jakiegoś księdza na stadionie?! (zresztą wskrzeszeń tam przecież i tak nie będzie, bo jedyne co tam jest pochowane to nadzieja na sukces polskiej piłki nożnej, a tej nie ożywi nawet ks. Bashobora)

Droga Kasiu, to że głos pięciu hierarchów to dla Ciebie obraz liczącego dwadzieścia parę milionów dusz Kościoła (warto przy okazji odświeżyć sobie różnicę między pojęciami „homilia“ i „dogmat“), że nie odróżniasz cudu od czarnej magii, Ducha Świętego od Kaszpirowskiego, męczennika od nerwusa, wierzącego od naiwniaka – Twoja sprawa.

Ja nadal będę czytał Twoje teksty, bo chcę obserwować, jak rozwija się w Polsce katolicyzm kulturowy. Taki, w którym Jezus jest jak drzewko bonsai – ważny i miły element pejzażu, przycięty do naszych rozmiarów. A Kościół to egzystencjalna ogrzewalnia.

Będą one też dla mnie (te teksty) natchnieniem do modlitwy o to, żeby Pan Bóg obdarzył Cię takimi charyzmatami, przy których ks. Bashobora okaże się przedszkolakiem. A gdy już okaże się, że nie będziesz w stanie przejść koło Powązek by nie wywołać zatoru pieszych aż do ulicy Jana Pawła II, ja najpierw wybuchnę (wcale nie zawistnym) śmiechem, a później krzyknę sobie na głos: „Bóg jest wielki!“


 

 

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >