Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

A więc stało się – jedna izba przegłosowała, druga to formalność: belgijski parlament za kilka miesięcy (przed majowymi wyborami) zalegalizuje eutanazję dzieci.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Znikną obowiązujące teraz ograniczenia wiekowe (w sąsiedniej Holandii granica to 12 lat). Lekarz będzie mógł zabić dziecko, gdy będzie ono nieuleczalnie chore i w stanie „nie dającego się znieść cierpienia fizycznego“ (dorosłych można zabić również gdy cierpią psychicznie). Do aplikacji trucizny potrzeba będzie pisemnej zgody rodziców i paru specjalistów.

Do uchwalenia zmian próbuje (bezksutecznie) nie dopuścić chadecja, wspólny list w tej sprawie wystosowali przywódcy Kościołów chrześcijańskich, żydzi i muzułmanie. Większość w tym sporze stanowią jednak ludzie przekonani, że pozbawienie cierpiącego dziecka życia może być „ostatnim wyrazem ludzkiego wsparcia“, a dzieci bywają w cierpieniu znacznie dojrzalsze od swoich rodziców.

Gdy czytam takie newsy, czuję że w Europie naprawdę zaczyna brakować mi powietrza. Stary kontynent coraz bardziej przypomina mi zamknięty szczelnie pokój, w którym ludzie toną we własnym sosie, bo nie ma z nimi nikogo innego – ani Boga, ani reszty świata. Pogrążają się w paranoi, sami będąc dla siebie jedynymi punktami odniesienia. Gdy więc wydyskutowali już jak zrobić pieniądze i ustabilizować politykę, podjęli próbę walki z ostatnią rzeczą, która uwiera ich świat, ich osadzone na pluszu europejskie cztery litery – postanowili w demokratycznym głosowaniu usunąć z życia człowieka cierpienie. A z od zawsze wymykającej się człowiekowi śmierci zrobić domowego pudla, przychodzącego na zawołanie. Bo tak będzie lżej.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

I o ile głupiej, straszniej, gorzej. Inna, może bardziej dobitna, metafora – zwolennicy eutanazji przypominają mi ludzi, którzy postanowili walczyć ze ścianą waląc w nią głową tak długo, aż padną, straciwszy świadomość, że ta ściana jest. A ona nadal będzie tam stać.

Dla człowieka wierzącego cierpienie i śmierć pozostaje tajemnicą (choć ich pojawienie się na świecie da się logicznie wytłumaczyć). Chrystus jednak nie wyjaśnia problemu cierpienia, nie prowadzi akademickich wykładów: „skąd zło“. On ten problem rozwiązuje. Wchodzi w cierpienie, przechodzi przez śmierć. A skoro Mistrz musiał przejść tę drogę, to i my nie mamy innej. Jedno jednak już wiemy – On idzie tą drogą z nami. Możesz (z bólu, czy z jakiegokolwiek innego powodu) iść na skróty, popełnić samobójstwo, ale wyobrażam sobie, że cierpienie fizyczne zamienisz wtedy na cierpienie ducha. Stałeś się współpracownikiem śmierci i stając twarzą w twarz z Bogiem, który jest samym Życiem możesz poczuć, jak bardzo boli ta różnica (na tym z grubsza polega chyba czyściec, tu odsłaniający się nadzwyczaj wyraźnie).

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

Jasne, musiałbym być kretynem, mówiąc że wiem jakie będą pośmiertne losy samobójców (wszelkiej maści – tego kto prosi o śmiertelny zastrzyk i tego co idzie na tory, łączy to samo: ból tak silny że tłumi nawet instynkt przetrwania). Odebranie życia (komuś, czy sobie) to zawsze jest zło, niech Bóg jednak osądzi jaki był w tym ciężar winy. Inaczej oceniasz sprawę, gdy ktoś zniszczył dany mu prezent z rozmysłem, inaczej – gdy zrobił to miotając się w koszmarnym bólu.

Ludzie mają swoje sprawy z Panem Bogiem. Nie można jednak zła nazywać dobrem. Nawet jeśli chce się eutanazję nazwać mniejszym złem, co to za prawo, które zezwala obywatelom na robienie jakiegolwiek zła?

Rozumiem, że nie każdy jest wierzący, ludzie niereligijni, dla których życie nie jest darem, mogą mieć na to zupełnie inne spojrzenie. Czy ich jednak nie przeraża inny nierozłączny z eutanazją czynnik? Chorego, który ma już dość życia zawsze otacza grono ekspertów, którzy wydają opinię o jego stanie, rodziny, która nie może już patrzeć jak się męczy (słyszałem o belgijskim przypadku dziadka, który postanowił zakończyć życie, ale później się rozmyślił, kłopot w tym, że krewni zaczęli już z całego świata ściągać rodzinę na pogrzeb, dziadkowi wyperswadowano, żeby się nie wygłupiał i poszedł już do Pana). Zawsze jest w tym element arbitralnej oceny innego niż sam chory człowieka.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

Zawsze kontrola nad najważniejszą (nawet w prawie świeckim) wartością, jaką jest życie człowieka będzie cedowana (w choćby najmniejszym stopniu) na kogoś innego – lekarza, który może pomylić się w diagnozie (lub nie wiedzieć o innych metodach leczenia bólu), etyka (który może być mądrym człowiekiem, albo mieć w głowie fiu – bździu), czy rodziców, którym serce autentycznie pęka na widok pokłutego i zbolałego dwulatka i ich własne „nie do zniesienia“ zastępuje autocenę dziecka (której czasem nie można dokonać, tak jak nie można pytać niemowlaka jakie ma preferencje polityczne). A co w sytuacji, w której decyzyję będzie podejmował opiekun prawny, szef jakiejś opiekuńczej instytucji, a nie rodzic? Czy on w ogóle ma moralne prawo brać taką odpowiedzialność? Naprawdę trudno wyobrazić sobie, jak szeroko może to otworzyć drzwi do koszmarnych nadużyć?

Kilka lat temu pisałem duży tekst o tzw. eutanazji okołoporodowej. O dylematach lekarzy, którzy towarzyszą przychodzeniu na świat dzieci śmiertelnie chorych, takich które mają przed sobą liczone w dniach czy tygodniach i pełne bólu życie. Rozmawialiśmy o konkretnych, najcięższych przypadkach, np. bezmózgowiu, które zawsze kończy się śmiercią wkrótce po porodzie. Co robić z dziećmi w tak ciężkich stanach? Rozumiem rodziców, którzy po konsultacji z lekarzami decydują się nie kontynuować wobec swojego dziecka ewidentnie uproczywej terapii (zjawisko piętnowane przez samego JP2). Kłuć je kolejnymi kroplówkami, reanimować kiedy się zatrzyma, podawać presory, raz za razem intubować. Takie nieuleczalnie chore, stojące w drzwiach śmierci dziecko ma prawo godnie umrzeć, lekarze (za zgodą rodziców) przenoszą je wtedy w tryb tzw. opieki komfortu – zapewniają ciepło, jedzenie, terapię przeciwbólową.

Wiedzą już że nie wygrają ze śmiercią. Widziałem rodziców stojących nad takimi dziećmi, okrywających kocykami inkubatory, zmieniających się by być przy maluchu do końca. Większość z nich była spokojna, skupiona, jakby starali się w tych godzinach zawrzeć całą miłość, troskę i uwagę jaką mieli przygotowaną dla dziecka na długie lata życia. Wiedzą, że ich zadaniem jest zrobić teraz wszystko, by odeszło czując, że jest kochane. W takich chwilach można tylko zacisnąć zęby, mocno ich przytulić. Czekać na zmartwychwstanie.

Nie zabijaj! Nigdy! Nikogo!

To jednak nie jest eutanazja. Przynajmniej w moim najgłębszym przekonaniu. To (strasznie trudna) zgoda na to, by nie dodawać człowiekowi bólu szarpiąc się z nim w walce o dodatkowe kilka godzin, czy dni z nami, by pozwolić mu iść w stronę tego, co się wyraźnie zbliża i jest nieuchronne.

A więc w przypadkach gdy nie ma ratunku – nie wstrzykiwanie trucizny, nie odłączanie jedzenia, ale troskliwe bycie przy człowieku do końca. Dbając o to, by zminimalizować ból (medycyna idzie do przodu w szokującym tempie, nie wszystkie nieuleczalne choroby uleczy, ale naprawdę coraz sprawniej radzi sobie z leczeniem bólu – na przestrzeni ostatniej dekady – nie ma porównania!). Co jednak zrobić z dzieckiem, które przeżyje, ale z pewnością będzie cierpieć? Widziałem i takich rodziców, przy których inkubatorze lekarz szeptał mi do ucha: ja wiem, że za dwa lata zobaczę to dziecko w poradni z dramatycznym wielowadziem, a matka wykończona i zapłakana będzie mi krzyczeć: dlaczego pozwoliliście mu żyć?

Na to mam tylko jedną odpowiedź. Zrobić absolutnie wszystko, by dziecko nie czuło bólu, a matka mogła nabrać sił. Pisałem to tu już kiedyś – bólu nie leczy się śmiercią.

Kłopot najczęściej nie w tym, że takie dzieci żyją, ale w tym że nie mają często dostępu do lekarza, który fachowo ograniczy ich cierpienie do mininum, w tym, że ich rodzice zostają sami jak palec bo znajomi odwrócili się nie wiedząc, co powiedzieć. W tym, że są stygmatyzowani w swoim środowisku, przeciążeni obowiązkami, traktowani jak popychadła w poradniach. Im, jak swego czasu Januszowi Świtajowi, nie brakuje przedawkowanej morfiny a ludzkiej uwagi, czasu, oparcia i współczucia. Pisałem o wstrząsie jakim były dla mnie odwiedziny w DPS-ie prowadzonym w Brzozowie dla takich właśnie dzieci przez Siostry Służebniczki. Trafiają tu czasem dzieciaki, których rodzice po prostu nie wytrzymują psychicznie, potrzebują czasem paru lat, żeby się pozbierać. I dobrze, dobrze że jest takie miejsce. Jadąc teraz do Zambii czytam archiwalną księgę przyjęć dzieciaków do Kasiskiego sierocińca. Przy co drugim (a czasem przy każdym) dzieciaku z lat 30. czy 40. – adnotacja, że wkrótce umarł. Czy to dlatego, że Europa to dziś kontynent milionów samotnych ludzi, nie ma już świata w którym nad chorym siedziało się do końca, wiedząc, że jedyne co możesz dać to życie, a nie masz prawa dawać śmierci? I dlaczego eutanazję legalizuje jako pierwsza do niedawna bardzo katolicka Belgia (a wciąż opiera się jej dużo bardziej zlaicyzowana Wielka Brytania)?

Nie wiem. Wiem jedno – nie zabijaj. Bez ale. Nigdy, nikogo. A nie zabijać to zrobić wszystko, by człowiek do swojego naturalnego końca miał przy sobie drugiego człowieka, by nawet w największym bólu mógł do końca godnie żyć.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

A Jezus nie miał domu

Co kształtuje dziś mentalność i duchowość młodego (oraz średniostarego) pokolenia rodaków? Nie mam wątpliwości: nie Unia, nie Kościół, nie Palikot. Przyszłość Polski układa dziś kredyt hipoteczny.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Na kupno lokum za gotówkę stać tylko dziedziców albo innych krezusów, znaczna część z nas dobrowolnie zakłada więc sobie na szyję złotą smycz. Godząc się na to, że przez najbliższych kilkadziesiąt lat (czyli większość życia) zamiast robić w tym świecie rewolucję, będziemy pilnować by co miesiąc dopięła nam się rata. Przerażenie człowieka ogarnia gdy pomyśli sobie, ile genialnych wizji się przeterminuje, ile książek, partytur, wynalazków nie powstanie, bo uznaliśmy za stosowne tak skupić się na zapuszczaniu korzeni, że owocowanie odłożyliśmy na Święty Nigdy. Gdy uświadamiam to ludziom na różnych spotkaniach z miejsca słyszę biadolenie, że "gdyby to był normalny kraj", to młodych ludzi stać byłoby na mieszkanie bez napychania kabzy bankom. Chwilunia. Znaczna część moich znajomych żyjących w krajach dużo zamożniejszych od Polski takiego ciśnienia na nieruchomości (nawet to słowo ma w sobie coś mocno złowieszczego) nie ma. Żyją jak chcą, zgodnie z tym co czują, zmieniając (wraz z całymi rodzinami) lokum czasem i co roku, na dobre osiedlając się bywa że i w okolicach pięćdziesiątki. Po co na portalu było nie było religijnym piszę o hipotecznych kredytach? Bo mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo mentalność kredytobiorcy – kogoś, kto gotów jest dziś oddać swoją wolność, by za pięćdziesiąt lat mieć coś w ręku, zatruwa nam również i duchowe życie.

A Jezus nie miał domu

Stara mądrość mówi, że ten świat jest mostem, a na moście nie buduje się domu. Ten pęd do stabilizacji tak po ludzku idzie jednak chyba jakoś zrozumieć. Nic nie przeraża nas przecież na tym świecie bardziej niż bezdomność i osamotnienie. Każdą biedę da się przecież przetrwać, gdy człowiek ma jakiś kąt, kilka swoich rzeczy. Gdy wie, że nawet gdy będzie bardzo ciężko, znajdą się ludzie, którzy pomogą przejść przez zakręty.

Czy to jednak nie ciekawe, że Bóg żyjąc na tym świecie rezygnuje z obojga? Rodząc się w kulturze, w której znakiem Bożego błogosławieństwa był dostatek i towarzyska pozycja, wybiera samotność i nędzę. Tak na chłopski rozum: do ilu ówczesnych ludzi Jezus trafiłby szybciej i mocniej, gdyby swoje niewątpliwe talenty zainwestował inaczej?

Gdyby opracował plan, wziął od życia jakiś rodzaj ówczesnego kredytu, oczekując, że za trzydzieści, czterdzieści lat będzie miał narzędzia wpływu o jakich nie śniło się innym religijnym nauczycielom? Teraz trochę wyrzeczeń, może parę kroków do tyłu, zaciśniemy zęby, nie wszystko na raz (zachłanność jest zła), rozsądek – nie jakieś duchowe mrzonki, by w końcu, po siedemdziesiątce wypromieniować z siebie całe to dobro, skrupulatnie pomnażane przez całe ziemskie życie.

Jezus mógł być dobrze prosperującym rzemieślnikiem, mógł otoczyć się wiernymi przyjaciółmi (tych, jak się wydaje, zaczął mieć dopiero po zmartwychwstaniu), mógł być lokalnym celebrytą, mógł założyć sprawną religijną instytucję. Nie ma nic złego w żadnej z wymienionych rzeczy, a jednak On pokazuje, że każda z nich jest tylko pustym dzbankiem, który żeby miał sens, musi zostać wypełniony miłością. Oddaje wszystko inne, właśnie dlatego żeby pokazać, że tylko to wystarczy. Gdy jest w pełni sił, ledwie po trzydziestce, słyszy swoje: "sprawdzam". Rezygnuje ze wszystkiego, zostając sam, tylko ze swoim "kocham".

A Jezus nie miał domu

I nie są to słowa odrealnionego pięknoducha. Byłyby, gdyby historia Jezusa zakończyła się na krzyżu, gdyby przegrał wszystko w pięknym stylu. On jednak wszystko wygrał, bo – tu dochodzimy do sedna całej naszej sprawy – po śmierci jest jeszcze zmartwychwstanie.

Nie jakieś zupełnie nowe życie, a kontynuacja (choć w innych okolicznościach) starego. Uwaga, bo to strasznie ważne: to nie jest tak, że w tym życiu obowiązującą walutą są metry kwadratowe, ilość sukcesów, wielbłądów, owiec, Porsche Cayenne i przyjaciół, a w następnym będą już tylko duchowe uniesienia. Chrystus pokazuje: to jest jedno i to samo życie! Jasne, że możesz dziś gromadzić wspomianie wielbłądy, dolary i porschaki, kłopot w tym, że na granicy światów przekonasz się, że waluta obowiązująca po obu stronach jest ta sama – jest nią miłość. A kantoru w chwili śmierci już niestety nie znajdziesz.

Wymieniaj więc tu i teraz, póki możesz. Gdy patrzę jak papież Franciszek apeluje o ubóstwo w Kościele, nie mam wcale wrażenia, że chodzi mu o to by móc w Excelu wpisać sobie mniejsze liczby i powiedzieć: ale jesteśmy fajni, tacy chudsi, zgrabniejsi. Bycie biednym nie jest wcale obiektywnie fajniejsze niż bycie bogatym. Sprawa rozgrywa się na zupełnie innym poziomie. Mam wrażenie, że papieżowi chodzi o to, byśmy wreszcie z logiki pilnowania stanu posiadania i czekania na mające nadejść Królestwo, w którym Bóg pochwali nas, że tak ładnie żeśmy to upilnowali, przeszli do otwierania oczu na fakt, że Królestwo Boże, nasza przyszłość, dzieje się tu i teraz! I każdy wybór, którego dokonujemy dziś – wybór partnera, samochodu, pracy, sposobu spędzenia wakacji, powinien być podejmowany nie w perspektywie trzydziestu lat a wieczności. Która naprawdę może zacząć się dla Ciebie już dzisiaj. Przyjdą po Ciebie i co im powiesz: że wielkie rzeczy odłożyłeś na czasy, gdy spłacisz już swoje mieszkanie, gdy dzieci podrosną, gdy już ogarniesz się z całą tą rzeczywistością? Wtedy dasz na biedne dzieci, wtedy będziesz miał czas na modlitwę?

A Jezus nie miał domu

Przestań myśleć jak kredytobiorca – pół wieku się porozgrzewam, a później tak skoczę, że wygram. Czas na wielkie sprawy jest dokładnie w tej chwili. To bardzo piękne, że chciałeś kiedyś zrobić coś dobrego, ale jedyne "kiedyś" jakie masz jest dzisiaj. To ważne, czy śmierć zastanie Cię przy liczeniu pieniędzy, czy przy ich rozdawaniu. Czy "gdy zabrzmi trąba sroga" będziesz w dzikim pędzie szukał lokaty na dziesięć procent, czy w ramach przedświątecznych porządków czyścił regały by wyjąć z nich i rozdać swoją dziesięcinę.

Czy Jezus, gdyby żył dzisiaj, nie kupiłby więc mieszkania na kredyt? Nie ma nic głupszego niż takie gdybologie. Wiem jedno – ubóstwo Jezusa to nie programowa nędza. Mistrz używał pieniędzy, jadł, pił, gdyby chciał mógłby się z pewnością zapisać do ruchu radykalnych esseńczyków, a tego nie zrobił. Jego ubóstwo to wolność. Jezus to człowiek, który używa rzeczy, a nie jest przez nie używanym. Który nawet jeśli coś ma, nie dopuszcza do sytuacji by to coś miało jego. W którego życiu chodzi o to by tu i teraz kochać Boga i człowieka "na maksa", a cała reszta to komentarze, scenografia, didaskalia.

PS. To swoją drogą ciekawe: niby wiemy, że nie da się zagrać "Hamleta" didaskaliami, a mimo to – z jaką konsekwencją wielu z nas wciąż, uparcie próbuje…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >